Launch Sermon Player

EMOR

 

Rabin dr Walter Rothschild

Jest to dzień, którego znaczenia nie można zignorować, nawet jeśli wiąże się z nim wiele różnych aspektów. Oficjalnie 8 maja 1945 roku Trzecia Rzesza skapitulowała przed zwycięskimi siłami aliantów reprezentowanymi przez Wielką Brytanię (wraz z jej imperialnymi wojskami), Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Za jednym pociągnięciem pióra. Jako że pochodzę z Wielkiej Brytanii, żyję i pracuję w Niemczech i pracuję również w Polsce (choć obecnie jestem zmuszony zachowywać dystans geograficzny z powodu nowego rodzaju Żelaznej Kurtyny), jest to w moim przekonaniu rocznica, której nie można zignorować. Jak wiemy – jeśli tylko zadamy sobie trud słuchania i uczenia się – NIE oznaczało to, że konflikt zwany Drugą Wojną Światową dobiegł wtedy końca. (Konflikt ten stał się wojną światową być może wtedy, gdy Stany Zjednoczone dołączyły do niego w grudniu 1941 roku). Konflikt na Dalekim Wschodzie ciągnął się jeszcze przez kolejne pół roku, a ówcześni stratedzy wojskowi zakładali, że może trwać jeszcze przez kilka lat. Dopiero po straszliwym szoku po uświadomieniu sobie, że jeden samolot z jedną bombą może w jednej chwili zmieść z powierzchni ziemi całe miasto – coś, co wcześniej wymagało tysięcy ludzi, czołgów, pocisków i miesięcy udręki – dopiero to wstrząsnęło niektórymi decydentami i skłoniło ich do położenia kresu walkom. (A nawet i to przesłanie wymagało powtórzenia, powielenia, zanim zostało zrozumiane).

     Jak wiemy, zabijanie nie skończyło się od razu, ani też umieranie – od ran, z głodu, wyczerpania, chorób, rozpaczy. Jak wiemy, miliony osób w każdym wieku i narodowości były w owym czasie wysiedlonymi uchodźcami, pogrążonymi w żałobie, zagubionymi, straumatyzowanymi, zubożałymi i zdezorientowanymi. Niektórzy uważali, że powinni wrócić do domu, niektórzy już wiedzieli, że nie mają domu, do którego mogliby wrócić, zaś inni dowiedzieli się o tym dopiero wtedy, gdy podjęli już wysiłek powrotu do miejsc, z których zostali tak brutalnie zabrani – ale które nie były już dla nich „domem”. Wielu przekonało się, że są jedyną ocalałą osobą ze swojej rodziny, ze swojego pokolenia albo ze swojej społeczności. Wielu było więźniami, jeńcami wojennymi albo więźniami z powodu uprzedzeń politycznych. Wielu z nich zostało wywłaszczonych, wielu było trwale okaleczonych. Można by ciągnąć dalej tę listę różnych rodzajów ludzkich nieszczęść. Oczywiście Stalin pierwotnie zawarł potajemną umowę z Hitlerem, a potem, gdy Hitler ją złamał, zażądał pomocy od aliantów (udzielonej ogromnym kosztem w postaci straconych konwojów i okrętów) oraz otwarcia drugiego frontu, po czym natychmiast znów zmienił zdanie, na skutek czego dla dużej części Europy wyzwolenie nie było w rzeczywistości prawdziwym wyzwoleniem, a zaledwie zastąpieniem jednego totalitarnego najeźdźcy przez drugiego. Wojny rzadko kiedy mają jasno określone zakończenie. Widziałem zdjęcia pokazujące, jak wyglądał Berlin w maju 1945 roku; widziałem też zdjęcia przedstawiające, jak wyglądała Warszawa w 1945 roku – jestem pewien, że oglądaliście podobne zdjęcia – i mówiąc szczerze nie ma między nimi dużej różnicy i trudno się nie zastanawiać, jak ktokolwiek, KTOKOLWIEK mógł znaleźć siłę, żeby zacząć wszystko od początku.

Zaledwie trzy czwarte stulecia później wojna dalej się jeszcze tak naprawdę nie skończyła, a z pewnością nie zatarło się jej wspomnienie w ludzkiej pamięci, nawet jeśli ostatni czynnie biorący udział w tych wydarzeniach świadkowie schodzą ze sceny. Spędziłem nieco czasu w trwającym obecnym „zamknięciu”, nadrabiając zaległości w lekturze; przeczytałem między innymi pamiętniki „mojego rabina” Hugo Gryna, z’l’, który został „wyzwolony” w Austrii po biegnącej zygzakiem odysei z okupowanej przez Węgry Czechosłowacji, przez Auschwitz, przez Lieberose nieopodal Cottbus (Chociebuża) aż do Gunskirchen nieopodal Linzu. Przeglądałem też niezwykłą publikację wydaną w 1981 roku dotyczącą dziwacznych marzeń Hitlera o zbudowaniu ogromnej linii kolejowej, żeby połączyć Berlin z Charkowem, z Moskwą i Konstantynopolem. Zdjęcia pokazują Hitlera, zaledwie dwa tygodnie przed jego samobójstwem, patrzącego w zadumie na modele zaplanowanych nowych miast Wielkiej Rzeszy Niemieckiej, które zamierzał zbudować, w razie konieczności niszcząc już istniejące miasta. To w sumie dość niesamowite, jak sam jeden wymarzył sobie, zaplanował i rozpoczął wojnę – oraz jak osobiście doprowadził do klęski Niemiec. Na początku roku 1941 powiedział generałowi Paulusowi, który martwił się o zaopatrzenie dla wojska w zimie: „Przestań mówić o kampaniach zimowych, nie będzie żadnej kampanii zimowej, zabraniam komukolwiek o tym mówić”. Owej zimy – Wehrmacht zamarzł i blitzkrieg przeciwko Rosji się zatrzymał. Równie niesamowite jest to, jak inteligentni, doświadczeni, kompetentni ludzie ślepo za nim podążali, nawet kiedy wiedzieli, że nie ma racji, nawet kiedy wiedzieli, że sprawa jest stracona, nawet kiedy było to sprzeczne ze sposobem, w jaki zostali wychowani albo z sumieniem, które wciąż (ledwo co) posiadali. A gdyby ktoś spytał któregokolwiek z ówczesnych przywódców Osi, czego tak naprawdę potrzebują, czego osobiście chcą, co mają nadzieję uzyskać przesuwając granice narodowe o kilka kilometrów, rozlewając przy tym tak wiele krwi i niszcząc tak wiele domów – nie jestem pewien, co mogliby na to odpowiedzieć, poza pustą retoryką o „dumie narodowej” albo „przeznaczeniu”.

Przelatywałem często nad różnymi częściami Europy i interesujące jest to, że kiedy patrzy się w dół z okna, można zobaczyć góry, rzeki, miasta i pola – ale nie można dostrzec granic. Z drugiej strony, mapy są niebezpieczne: nie widać na nich gór, rzek, miast i pól – dowodów na to, co zbudowali ludzie, widać tylko niewyraźne zarysy i linie wijące się na papierze oraz kartkę podzieloną na różne kolory. Narody są definiowane poprzez ich miejsce na mapie, a nie ich miejsce na świecie.

Ludzie często marzą o zmianie świata, a niektórym udaje się nawet tego dokonać. Jest to w końcu na wskroś ludzka cecha. Projektują coś, komponują, piszą albo głoszą, przekonują ludzi, żeby zmienili swoje życie, oferują im nowe możliwości jeśli chodzi o sposób podróżowania, uprawiania plonów, ogrzewania domów, budowania, leczenia ciała z infekcji i inne rzeczy. Przekonują ludzi, żeby spróbowali nowych form organizacji społecznej, namawiają ich, żeby myśleli inaczej o swoim miejscu we wszechświecie. Dokonuje się to jednak najlepiej poprzez pokazywanie, nauczanie i przekonywanie – a nie siłą, nie poprzez przymus, groźby i przemoc. Taka droga prędzej czy później prowadzi do zniszczenia i śmierci.

Ale niektórzy mają inne marzenia. Marzą o kontroli. O kontroli nad państwem, nad jakimś biznesem, o kontroli nad każdym z osobna i wszystkimi razem wziętymi. Ich psychika zdaje się tego potrzebować. Jestem przekonany, że historia świata byłaby o wiele lepsza, gdyby wszyscy ci, którzy marzą o zabawie w żołnierzy, mogli się zadowolić zabawą malowanymi, ołowianymi figurkami. (Obecnie zastępstwem mogą być oczywiście elektroniczne gry wideo, ale choć pozwalają one na szybszy i bardziej realistyczny, dwuwymiarowy konflikt, to osłabiają jednocześnie potrzebę i zdolność fantazjowania). Niektórzy lubią budować modele krajobrazów, a inni lubią projektować przebiegające przez nie modele kolejowe. Będąc twórcą modelowej sieci kolejowej można o wszystkim decydować, jako że nie ma nikogo, kto miałby inną opinię, kto by narzekał albo się sprzeciwiał. Nikogo, kogo trzeba by usunąć albo wyeliminować siłą…. Nie ma udziałowców, którzy narzekaliby na koszty ani pasażerów, którzy narzekaliby na opóźnienia. Pełna kontrola.

Sytuacja w czasie tamtego okropnego okresu polegała na tym, że ludzie –  proporcjonalnie rzecz biorąc może tylko niewielka ich liczba – uważali, że mają prawo kontrolować całe państwa i całe kontynenty; że oni i tylko oni będą mieli prawo decydować, kto może żyć (i gdzie i w jakich warunkach), a kto musi umrzeć. Proporcjonalnie rzecz biorąc była to niewielka liczba osób – ale gdy uzyskali już (bądź zostały im dane) władzę i zwierzchnictwo – smutną prawdą jest, jak wiele innych osób było gotowych im pomóc; jak wiele innych osób było gotowych czerpać korzyści ze słabości albo strat innych ludzi, wykorzystywać ich, okradać i wywłaszczać.

W sidrze Emor, którą będziemy czytać (albo powinniśmy czytać) w tym tygodniu, w 25 rozdziale księgi Kapłańskiej znajdziemy przykazanie, żeby traktować ziemię z szacunkiem. Ziemia, podobnie jak każde inne żywe stworzenie, potrzebuje odpoczynku i przerwy raz na każde siedem cykli. Dla człowieka albo zwierzęcia cykl wynosi jeden dzień oraz siedem dni; dla ziemi, która się budzi, rozkwita, a potem wraca do snu, cykl wynosi rok albo siedem lat. Bóg mówi, że Izraelici muszą się nauczyć, że ziemia nie jest ich własnością, z którą mogą robić, co tylko im się podoba – lecz należy do Boga i trzeba się o nią troszczyć. Wcześniej, w rozdziale 23, Izraelici muszą stworzyć dla siebie czy też narzucić sobie jednoroczny cykl, tak żeby liczyć dni i miesiące (włącznie z liczeniem omeru, czyli czasem, w którym sami obecnie się znajdujemy), tak żeby każdy roczny cykl mógł mieć odpowiedni początek i odpowiednie zakończenie. Muszą się też nauczyć, że potrzebują ziemi bardziej, niż ziemia potrzebuje ich.

Jeśli przyjrzeć się temu, do czego są zdolne istoty ludzkie – a przypadająca w tym tygodniu rocznica jest doskonałym przykładem tych okropności – to Tora wraz z jej przykazaniami nakazującymi skromne podporządkowanie się Bogu połączone z regularnym wyrażaniem wdzięczności i troski staje się w istocie bardzo potężnym symbolem tego, jak mogłaby (i jak powinna) wyglądać nasza relacja z ziemią i ze sobą nawzajem, a w istocie również nasza relacja z samym czasem. Jubileusz powinien być obchodzony co pięćdziesiąt lat – tak stwierdza Tora. Na tyle właśnie jesteśmy w stanie wybiegać naprzód spojrzeniem, a potem wszystko zostaje „zresetowane”. Nie wspomina się nigdzie o Tysiącletniej Rzeszy….

 

Szabat Szalom,  rabin dr Walter Rothschild

P.S. W tym czasie należy również wspomnieć, choć nie jest to szczególnie modne, o kwestii winy. W ciągu ostatnich kilku tygodni, jak być może mieliście okazję przeczytać, badacze pracujący w (niedawno otworzonym) Archiwum Watykańskim odkryli, że papież Pius XII został w istocie poinformowany o masowym mordowaniu Żydów w Europie, ale albo jego pomocnicy zachęcili go, żeby zbagatelizować te doniesienia, albo sam podjął taką decyzję. Jednakże istnieją dokumenty potwierdzające, iż dochodziło do spotkań i pisemnych oświadczeń, co sugeruje, że czasy zacierania tych kwestii albo poddawania ich w wątpliwość muszą dobiec końca. Podobnie, właśnie w tym tygodniu Kościół katolicki w Niemczech publicznie przyznał się do przewinień Kościoła w okresie nazistowskim, gdy większość jego biskupów i księży wspierało Hitlera i partię narodowych socjalistów – motywowani mieszanką nacjonalizmu, strachu przed bolszewizmem oraz, jak można zakładać, głupoty i uprzedzeń w stosunku do wszystkich niebędących katolikami. Jest to ogromny krok naprzód. Pojedynczy księża oraz inni robili, co było w ich mocy, żeby pomagać albo ratować tych, których tylko mogli, jednak Kościół jako instytucja zawiódł – wydaje się, że jako „Ciało Chrystusa na Ziemi” zagubił albo zaprzedał swoją duszę. I choć wina ta nie spada na osoby działające obecnie w ramach tej instytucji, (chyba że ktoś wierzy w dziedziczenie grzechów?), to powinna nam posłużyć za przypomnienie, że mieszanie religii i polityki zwykle demoralizuje i jedną, i drugą. Dobrze byłoby, gdyby ta lekcja została przyswojona, albo ponownie przyswojona, w obecnych czasach.

Nawiasem mówiąc, można by (ironicznie) zasugerować, że najlepszym w całej historii czasem na życie w Niemczech był czas tuż po kapitulacji. Choć ziemia była zapełniona gruzami, masowymi grobami i ludzką niedolą, to był też pewien pozytywny aspekt – gdzie by nie spojrzeć i kogo by nie spytać, NIE BYŁO ABSOLUTNIE ŻADNYCH NAZISTÓW!!! Jeśli kiedykolwiek jacyś tam byli, to musieli odlecieć z powrotem na Marsa. Wszyscy byli niewinni! Prawdziwy (choć dziwny) raj….

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka