Nietrwały szałas czy trwałe dziedzictwo? Czym jest nasze życie?

Launch Sermon Player

Nietrwały szałas czy trwałe dziedzictwo? Czym jest nasze życie?

Mati Kirschenbaum

W trakcie Sukkot czytamy Księgę Koheleta, która wydaje się twierdzić, że ludzkie życie jest równie nietrwałe, jak budowane przez nas sukkotowe szałasy. Kohelet opisuje przemijalność ludzkich osiągnięć w sposób następujący:

„Znienawidziłem też wszelki swój dorobek, jaki nabyłem z trudem pod słońcem, a który zostawię człowiekowi, co przyjdzie po mnie. A któż to wie, czy mądry on będzie, czy głupi? A władać on będzie całym mym dorobkiem, w który włożyłem trud swój oraz mądrość swoją pod słońcem. I to jest ulotność”
(Koh 2,18-19).

Przypomniałem sobie słowa Koheleta czytając przypadającą na ten tydzień parszę We Zot HaBracha (Oto błogosławieństwo), ostatnią parszę w rocznym czytaniu Tory. W parszy tej Mojżesz udziela błogosławieństwa poszczególnym plemionom Ludu Izraela. On sam nie ma jednak powodów do radości. Wiekuisty nakazuje mu bowiem udać się na górę Nebo, na której szczycie ma spotkać go śmierć. Mojżesz pozbawiony jest możliwości wejścia do Ziemi Obiecanej, może ją jedynie zobaczyć ze szczytu góry. Taki los mógł wzbudzić w Mojżeszu poczucie krzywdy. Kto wie, może w głębi duszy chciał on powtórzyć słowa Koheleta, wyrażające smutek związany z brakiem możliwości cieszenia się owocami własnego wysiłku?

Wielu mędrców naszej tradycji wydaje się interpretować uczucia Mojżesza właśnie w taki sposób. Talmud zawiera wstrząsający opis Mojżesza płaczącego, gdy Wiekuisty dyktuje mu słowa Tory opisujące jego własną śmierć. Potrafię sobie wyobrazić smutek Mojżesza, który zdaje sobie sprawę, że za chwilę umrze. Może się on obawiać, że jego dorobek nie zostanie zapamiętany.

W Talmudzie znajdujemy przypowieść, która nawiązuje do lęku Mojżesza przed zapomnieniem. Opisuje ona podróż Mojżesza, w której trakcie odwiedza on jesziwę rabina Akiwy. W jesziwie siada on w ostatnim rzędzie i przysłuchuje się dyskusji między uczniami rabina Akiwy. Nic z niej nie rozumie! Wyobcowany, Mojżesz chce opuścić jesziwę. Jednak nagle słyszy on słowa rabina Akiwy, który stwierdza, że dyskusja między uczniami dotyczy prawa otrzymanego przez Mojżesza na Synaju. Uspokaja to Mojżesza, który zdaje sobie sprawę, że jego dorobek stanie się punktem wyjścia do rozważań przyszłych pokoleń.
Przytoczona powyżej przypowieść o Mojżeszu uświadamia nam, że nasz dorobek nie należy do nas samych. Przeciwnie, nasze osiągnięcia mogą pomóc kolejnym pokoleniom pogłębiać wiedzę o świecie. W jaki sposób? Tego nawet nie potrafimy sobie wyobrazić. Dlatego nie powinniśmy za dużo myśleć o tym, czy pozostawimy coś trwałego po sobie. Przestrzega nas przed tym także Kohelet, który opisuje wszystkie nasze starania hebrajskim słowem hewel. Chrześcijańskie tłumaczenia Biblii Hebrajskiej tłumaczą to słowo jako „marność”. W tym tłumaczeniu najsławniejsze słowa Koheleta brzmią następująco: marność nad marnościami i wszystko marność. Nie jest to jednak właściwe tłumaczenie. „Hewel” znaczeniowo bliższy jest takim słowom jak „przemijanie” i „ulotność”. Nasze osiągnięcia nie są zatem marne, są ulotne – nie jesteśmy w stanie ocenić ich przyszłego znaczenia, możemy tylko ufać Wiekuistemu i robić to, co do nas należy, najlepiej jak potrafimy. Mojżesz tak czynił i uznawany jest za najwybitniejszego przywódcę Izraelitów, mimo że nigdy nie dotarł do Ziemi Obiecanej. W ten Szabat w trakcie Sukkot zachęcam Was do docenienia Waszych osiągnięć, nawet jeśli wydają się Wam nieistotne. Kto wie, może staną się one kiedyś fundamentem czegoś wielkiego? Szabat Szalom weMoadim LeSimcha!

Mati Kirschenbaum

 

 

 

 

 

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany, Beit Polska, Beit Warszawa, Kongregacja Beit Warszawa,

An Ephemeral Booth or a Lasting Legacy? How Should We View Our Lives?

Launch Sermon Player

An Ephemeral Booth or a Lasting Legacy? How Should We View Our Lives?

Mati Kirschenbaum

During Sukkot we read the Book of Ecclesiastes, which seems to claim that human life is equally ephemeral as the Sukkot booths which we build. Kohelet describes the transient character of human achievements in the following way:

So, too, I loathed all the wealth that I was gaining under the sun. For I shall leave it to the man who will succeed me— and who knows whether he will be wise or foolish?—and he will control all the wealth that I gained by toil and wisdom under the sun. That too is [fleeting]
(Ecclesiastes 2:18-19.)

I was reminded of Kohelet’s words as I was reading this week’s Torah Portion VeZot HaBracha (“This is the Blessing”), the last Parasha in the yearly Torah reading cycle. In this Parasha Moses blesses each of the tribes of the people of Israel. However, personally he has no reason to be joyous, since the Eternal commands him to go to the top of Mount Nebo, where he will face his own death. Moses has been deprived of the possibility to enter the Promised Land, he can only see it from the top of the mountain. Facing such a fate could have evoked a sense of injustice in Moses. Who knows, maybe deep down he wanted to repeat the words of Kohelet expressing the sadness stemming from not being able to enjoy the fruits of his own efforts?

That’s exactly how many sages within our tradition seem to interpret Moses’ feelings. In the Talmud we find a harrowing description of Moses weeping as the Eternal is dictating to him the words of the Torah describing his own death. I can imagine Moses’ sadness as he realizes that he is about to die. He might be afraid that his achievements won’t be remembered.

In the Talmud we find a parable which refers to Moses’ fear of being forgotten. It describes Moses’ journey, during which he visits Rabbi Akiba’s yeshiva. At the yeshiva he sits in the last row and he listens to the discussion between rabbi Akiba’s disciples. And he can’t understand anything of what’s being said! Feeling alienated, Moses wants to leave the yeshiva. However, suddenly he hears the words of Rabbi Akiva, who states that the discussion between the disciples refers to the law received by Moses at Sinai. This reassures Moses, who realizes that his achievements will become a starting point for the deliberations of future generations.

The above mentioned parable about Moses makes us realize that our achievements do not belong to ourselves. On the contrary, our achievements can help subsequent generations  gain a deeper understanding of the world. How so? In ways we can’t even imagine. That’s why we should not spend too much time wondering if we’ll leave something permanent behind us. Kohelet warns us against this as well, as he describes all of our endeavors with the Hebrew term hevel. In Christian translations of the Hebrew Bible this word is translated as “vanity”. According to this translation the most famous of Kohelet’s quotes sounds as follows: “Vanity of vanities  and all is vanity.” However, this is not an appropriate translation. The meaning of the term “hevel” is closer to words such as “transience” and “fleeting”. Hence our achievements are not in vain – they are fleeting – we are not able to assess their future significance, we can only trust the Eternal and keep on doing what we can as best as we can. That is exactly what Moses did and he is considered the most outstanding among all the Israelite’s leaders, even though he never reached the Promised Land. On this Shabbat which falls during Sukkot I encourage you to appreciate your own achievements, even if they might seem insignificant to you. Who knows, perhaps one day they will become the basis of something great? Shabbat Shalom veMoadim LeSimcha!

Translated from Polish by: Marzena Szymańska-Błotnicka

Mati Kirschenbaum

progresive judaism in Poland, reformed judaism in Poland, Beit Polska, Beit Warszawa, congregation Beit Warszawa,

SUKKOT

Launch Sermon Player

SEPTEMBER 2018, Beit Polska

SUKKOT

 

Rabbi Dr. Walter Rothschild

The festival of Sukkot, following on the full moon so shortly after the end of Yom Kippur and the lengthy period of repentance and meditation and teshuvah, is always a difficult one in some respects because one has just done so much praying and then comes the command ”Be happy!” ”VeSsamachta beChagecha”, ”You should rejoice and be happy in your festival.”  (Deuteronomy 16:14). It is not just a case of WHAT you should do to perform a specific set of mitzvot – there is that too, of course, with the commands for building the Sukkah or using the Arba Minim, the Four Species, but of HOW one should feel while doing it. I always consider this to be one of the most difficult of Mitzvot, as it involves Feeling, not Doing.

For technical reasons, to do partly with the time required for translation into Polish and partly with my own work schedule, I am preparing this address a few days before the festival and as I write it is not yet clear just what effect the latest hurricane has had in certain Eastern states of the USA – by the time we come to this day, you may have had chance to see in the media more aerial photos of devastated cities, just as the images we saw a few years ago of New Orleans and frankly just as the images we see almost every year of buildings torn up and split apart by invisible forces – you do not SEE Wind, only its effects – and streets littered with débris and upturned cars, and boats standing stranded far inland. It seems to happen very frequently, almost as frequently as there are fires raging on the West Coast, in California, burning people’s homes and making them into homeless refugees. I am preparing this address before we have had chance to learn how congregations of our fellow Jews will have had to cope with these natural forces, how they coped with Yom Kippur and how they will cope with Sukkot. Thanks to modern technology we can learn such things very quickly, but it still takes time. So I am having to estimate or to make assumptions, in the knowledge that we will as before hear from colleagues, from our religious movements, we shall hear appeals for help and support. ”Kol Yisrael arevim zeh-lazeh”, all Jews are responsible for helping one another in times of need, and it may even be only with moral support, but nevertheless a sense of solidarity is important. I do know that citizens of some States have been warned by Federal, State and local government leaders to leave, to get into their cars and simply drive away, to lock up and abandon their homes for a while so as to save their lives…..   To seek better, more substantial shelters. And many people will be living for extended periods in temporary accommodation while repairs are made, while roofs are rebuild, while uprooted trees are cleared away, while electric power is restored. As I say, the details and the statistics are unknown at the time of writing but the general picture is already clear. In a wealthy and powerful country, the wind can blow, the rain can fall – and suddenly Nature stops being something charming to look at and enjoy, but a threat to one’s very existence and to all that one has built up.  (There are also storms currently  in the Pacific affecting the Philippines and China, though – to put it bluntly – there are simply fewer Jews in this part of the world!) 

At the same time in another part of the world, as I write these lines and perhaps even when I deliver them to you personally, further cities in the Near East, in Syria or in Yemen and elsewhere, are being reduced to concrete rubble and twisted bits of steel; buildings and the people within them are being turned into dust by all the power of modern warfare. Television cameras and even amateur mobile telephones are now used to show the same, repetitive images of ruined cities, of heaps of wreckage – the wreckage of civilisations, of individual lives, of cultures. Collections of books or of archaeological exhibits and archives and memories will be destroyed just like homes, schools, markets, hospitals, places of worship….. We will see familiar pictures of what were tall buildings with gaping holes in them, of walls without floors, or of floors exposed without walls to contain them, slabs of concrete dangling, streets piled high and impassable. We have seen these images for years now, for decades, we get used to them, inured to them….. but for those who live there, or lived there, or used to live there, or try to live there, or who have and had loved ones who lived there, or who want to go back and live there, these images mean much, much more.

And of course we as a community will celebrate Sukkot in a city which, as old photographs show, albeit it is still just within living memory, was once almost unrecognisable as a city at all, with barely two bricks left on top of each other.  The blast of an explosive shell is also invisible to the naked eye – you do not see the wind, only what it does. It takes years to build a city block, minutes to destroy it, maybe even just seconds.

From all this we learn how temporary human-built buildings can be, how fragile, how provisional. The greatest castles and palaces, the largest bunkers even, everything built of stone or timber, of brick or concrete or steel or glass, of aluminium and slate and terra-cotta and marble – EVERYTHING that can be built up, can be torn down or torn apart.

Sukkot was once for the Farmers in Israel a harvest festival and the Sukkah recalled temporary shacks set up to enable the workers to overnight close to their places of work. But for the Rabbis in exile from Israel Sukkot was always the opportunity to remind ourselves that cities with thick city walls and high city gates were just as vulnerable as anything else, that for wanderers in the desert, runaway slaves, refugees, ANY form of shelter was better than none, and that even city-dwellers could and should learn the art of hospitality to fellow nomads, to invite into their shacks symbolic visitors and to share a bite to eat and something to drink, a chance to remind ourselves that essentially we are all nomads in life and that the only fixed abode we shall eventually have is in the earth, not on it.

VeSsamachta beChagecha. ”Be happy and enjoy your festival.”  We actually, here, today, this year, have a lot to be happy about. The Sukkah is just temporary, for ritual or for decorative purposes. We will not have to live in it through the oncoming winter. We shall not have to meet as a community in it for the next several Shabbatot. We shall return from the festival service to homes or hotels with intact roofs and functioning water or electricity services, to intact furniture, floors we can walk on and the sort of draught where you can tell it is a draught because the rest of the wall or window is still there.

We have a lot to be happy about and we should not take that for granted. The lesson of Sukkot is: Not to forget that. That’s all. Do not forget that. And be happy.

 

  Chag Sameach!

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

 

 

 

 

progresive judaism in Poland, reformed judaism in Poland, Beit Polska, Beit Warszawa, Kongregacja Beit Warszawa,

SUKOT

Launch Sermon Player

BEIT POLSKA, wrzesień 2018

SUKOT

  Rabin dr. Walter Rothschild

Święto Sukot, przypadające podczas pełni księżyca wkrótce po zakończeniu Jom Kipur, po długim okresie pokuty, refleksji i tszuwy, zawsze stanowi pod pewnymi względami trudny czas, bowiem tak wiele się już ostatnio modliliśmy, zaś teraz otrzymujmy przykazanie „bądź szczęśliwy”, Wesamachta bechagecha, „Będziesz się weselił w to swoje święto” (Pwt 16, 14). Nie chodzi więc tylko o to, CO należy zrobić, aby wypełnić pewien określony zestaw micwot  (oczywiście również i ten aspekt jest obecny, mamy bowiem przykazania nakazujące budować szałas i potrząsać arba minim, „czterema gatunkami”), ale również o to, JAK powinniśmy się w tym czasie czuć. Zawsze wydawało mi się to jedną z najtrudniejszych micwot, bowiem przykazanie to dotyczy odczuwania, a nie wykonywania jakichś czynności.

Z przyczyn technicznych, po części związanych z czasem niezbędnym na przetłumaczenie mojego tekstu na język polski, a po części wynikających z mojego własnego harmonogramu pracy, wystąpienie to przygotowuję na kilka dni przed świętem Sukot. W związku z tym w czasie, gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zniszczenia w niektórych wschodnich stanach USA wyrządził ostatni huragan, lecz do czasu nadejścia święta Sukot będziecie mieli zapewne okazję obejrzeć w mediach nowe zdjęcia lotnicze przedstawiające zniszczone miasta – zdjęcia przypominające oglądane przez nas kilka lat temu obrazy z Nowego Orleanu. Szczerze powiedziawszy, przypominają one obrazy, jakie oglądamy prawie co roku, przedstawiające zniszczone i uszkodzone budynki zdewastowane przez niewidzialne siły – nie WIDZIMY wiatru, lecz tylko jego efekty; widzimy ulice zawalone stertami gruzów, poprzewracane samochody i łodzie osiadłe gdzieś daleko w głębi lądu. Wydarzenia te zdają się powtarzać niezwykle często, prawie równie często, co pożary szalejące na zachodnim wybrzeżu USA, w Kalifornii, pozostawiające po sobie spalone domy i czyniące z ich mieszkańców bezdomnych uchodźców. Przygotowuję to wystąpienie zanim mieliśmy się jeszcze szansę  dowiedzieć, jak dokładnie tamtejsze kongregacje żydowskie musiały się zmierzyć z naturalnymi żywiołami, jak poradziły sobie z obchodami Jom Kipur i jak uda się im zorganizować obchody Sukot. Dzięki współczesnej technologii tego typu wieści docierają do nas bardzo szybko, lecz mimo wszystko zajmuje to trochę czasu. Zmuszony jestem więc opierać się na domniemaniach i założeniach, ze świadomością, że (tak jak to bywało wcześniej przy tego typu okazjach) dotrą do nas apele od naszych kolegów i koleżanek oraz od pokrewnych nam organizacji religijnych, apele o pomoc i wsparcie. Kol Jisrael arewim ze-laze, na wszystkich Żydach i Żydówkach spoczywa obowiązek pomagania sobie nawzajem w potrzebie; pomoc ta może przybrać choćby tylko formę wsparcia moralnego, niemniej poczucie solidarności jest czymś niezmiernie ważnym. Wiem, że mieszkańcy niektórych stanów USA dostali ostrzeżenie od władz ze szczebla krajowego i stanowego oraz od przedstawicieli lokalnych samorządów, aby opuścili swoje domy, aby po prostu wsiedli do samochodów i odjechali, by zamknęli domy
i wyjechali na jakiś czas, tak by ocalić swoje życie…. Aby poszukali lepszych, solidniejszych schronów. Wiele osób będzie mieszkać w tymczasowych kwaterach przez długi czas, niezbędny do przeprowadzenia napraw, do odbudowania dachów, usunięcia wyrwanych z korzeniami drzew
i przywrócenia dostępu do prądu. Jak już wspominałem, pisząc te słowa nie dysponuję jeszcze szczegółami i statystykami, jednakże ogólny obraz sytuacji jest już znany. W bogatym i potężnym kraju zdarza się niekiedy, że zawieje wiatr bądź spadnie deszcz – i nagle przyroda przestaje być fascynującym zjawiskiem, czymś, na co miło popatrzeć i co sprawia przyjemność, staje się natomiast zagrożeniem dla samego ludzkiego przetrwania i dla wszystkiego, co tylko ludziom udało się zbudować. (Obecnie sztormy szaleją również na Pacyfiku, stanowiąc zagrożenie dla Filipin
i Chin, lecz – mówiąc wprost – w tamtej części świata mieszka po prostu mniej Żydów!).

Jednocześnie zaś w chwili, gdy piszę te słowa – i być może również wtedy, gdy będę je przed wami osobiście wygłaszał – w innej części świata kolejne miasta na Bliskim Wschodzie, w Syrii, Jemenie czy też w innych miejscach zamieniane są w betonowe rumowiska i w powykręcane kawałki stali; budynki oraz znajdujący się w nich ludzie obracani są w pył przez całą potęgę współczesnej machiny wojennej.  Kamery telewizyjne (a nawet amatorskie telefony komórkowe) wykorzystywane są obecnie do pokazywania tych samych, powtarzających się obrazów zrujnowanych miast i stert gruzów – gruzów cywilizacji, jednostkowych egzystencji i kultur. Zbiory książek, eksponatów i archiwów archeologicznych oraz wspomnień zostaną zniszczone tak samo, jak domy, szkoły, sklepy, targowiska i miejsca kultu…. Będziemy oglądać dobrze nam znane obrazki pozostałości po wysokich budynkach, teraz straszących ziejącymi dziurami, ścianami bez podłóg czy też odsłoniętymi podłogami bez otaczających je ścian; ujrzymy zwisające betonowe płyty
i nieprzejezdne ulice pokryte wielkimi stertami gruzów. Tego typu obrazy oglądamy już od lat, od dziesięcioleci, przyzwyczajamy się do nich i uodparniamy się na nie…; lecz dla osób, które tam mieszkają lub kiedyś tam mieszkały, które próbują tam żyć, których bliscy mieszkali tam w przeszłości lub mieszkają obecnie, dla tych, którzy chcieliby tam powrócić i na nowo zamieszkać, obrazy te znaczą o wiele, wiele więcej.  

Oczywiście my jako kongregacja obchodzimy Sukot w mieście, które, jak widać na starych fotografiach (choć niektórzy mają te zdarzenia wciąż żywo w pamięci),  jakiś czas temu przestało prawie w ogóle przypominać miasto i w którym nie pozostał praktycznie kamień na kamieniu. Również eksplozja pocisku wybuchowego jest niewidzialna dla ludzkiego oka – nie widać wiatru, lecz tylko jego skutki. Wybudowanie budynku zajmuje lata, natomiast zniszczenie go zaledwie minuty, jeśli nie sekundy.

Wszystko to uświadamia nam, jak prowizoryczne bywają budowle wzniesione ludzką ręką, jak bardzo kruche, jak tymczasowe. Choćby najwspanialsze zamki i pałace, choćby największe bunkry, wszystko, co tylko zostało zbudowane z kamienia bądź drewna, z cegieł, betonu, stali, szkła, aluminium, z łupków, terakoty i marmuru – WSZYSTKO, co może zostać zbudowane, może również zostać zburzone i obrócone w pył.

Sukot było niegdyś dla rolników w Izraelu świętem zbiorów, zaś suka  przypominała prowizoryczne budki stawiane po to, aby pracownicy mogli nocować nieopodal swego miejsca pracy. Lecz dla rabinów żyjących na wygnaniu poza Izraelem Sukot stanowiło zawsze okazję do przypomnienia sobie, że miasta otoczone grubymi murami i wysokimi bramami miejskim są podatne na zniszczenie dokładnie tak samo, jak cała reszta, że dla wędrowców na pustyni, dla zbiegłych niewolników i dla uchodźców JAKIEKOLWIEK schronienie jest lepsze niż żadne oraz że nawet mieszkańcy miast mogą i powinni nauczyć się sztuki gościnności wobec innych nomadów, powinni zapraszać do swych szałasów symbolicznych gości i podzielić się z nimi czymś do zjedzenia
i do wypicia. Będzie to dla nich szansa na przypomnienie sobie, iż w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy życiowymi nomadami i że jedyne trwałe miejsce zamieszkania, jakie przypadnie nam kiedyś w udziale, znajdować będzie się pod ziemią, a nie na jej powierzchni.

Wesamachta bechagecha. „Będziesz się weselił w to swoje święto”. W istocie my, zgromadzeni tutaj, dzisiaj, w tym roku, mamy wiele powodów do radości. Nasz szałas ma tylko tymczasowy charakter i został zbudowany w celach rytualnych czy też ozdobnych. Nie będziemy zmuszeni w nim mieszkać podczas nadchodzącej zimy. Nie będziemy musieli się w nim spotykać jako kongregacja przez następnych kilka szabatot. Po świątecznym nabożeństwie wrócimy do domu lub do hotelu
z nieprzeciekającym dachem i bezproblemowym dostępem do wody i prądu, z  niezniszczonymi meblami i z podłogami, po których da się chodzić. Zaś gdy zawieje wiatr, będziemy wiedzieli, że to tylko przeciąg, gdyż ściany i pozostała część okien będą wciąż na swoim miejscu.

Mamy wiele powodów do zadowolenia i nie powinniśmy o tym zapominać. Lekcja płynąca ze święta Sukot jest następująca: Nie zapominajmy o tym. To wszystko. Nie zapominajmy o tym.
I weselmy się.

  Chag Sameach!

 

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany.

Is Progress Actually Always Progress? Thoughts on Parashat Haazinu.

Launch Sermon Player

Is Progress Actually Always Progress? Thoughts on Parashat Haazinu.

Menachem Mirski

They incensed Him with alien things, Vexed Him with abominations.

They sacrificed to demons, no-gods, Gods they had never known,

New ones, who came but lately, Who stirred not your fathers’ fears.

You neglected the Rock that begot you, Forgot the God who brought you forth.

[…]

I might have reduced them to naught, Made their memory cease among men,

But for fear of the taunts of the foe, Their enemies who might misjudge

And say, “Our own hand has prevailed; None of this was wrought by the LORD!” For they are a folk void of sense, Lacking in all discernment.

(Deut 32:16-28)

 

Today’s drasha will be very philosophical, perhaps more than all my previous drashot. Nonetheless I encourage you to read it and to follow my train of thought. I assure you it will be worth your while!

 

Humanity is continuously growing further apart from its origins, which seems to be something completely natural for human beings. A radical conservative would say that humanity keeps on straying from its path, since the Truth (with a capital “T”) has been already known for a long time and there is no need to come up with anything new; all one needs to do is to adopt “the wisdom of ages” and live according to it; Whereas a radical progressive would say that the wisdom of our ancestors was in essence “mere ravings of the ignorant”,  that all which humanity has embraced until now has been replete with errors and that only striving for progress will lead us to anything of value – but not to the truth, since truth does not exist etc. Oh, wait, actually truth does exist, it exists in science and it is predominantly in science that there is progress; it is owing to science that we enjoy “progress in general”. Only that which is scientific holds any value, and those who dare question this premise are a bunch of ignorants.

 

This is a vastly extensive topic, but we can go ahead and say that it is not reasonable to believe in everything that is spruced up with the label “scientific” or “scientifically proven”. Behind each scientific truth there is a certain methodology which has led to its discovery. And this methodology is a human invention, often an effect of many years of pondering done by methodological minds, but still just an invention, and thereby something which is flawed. Science is not a disengaged reflection on reality, as it had seemed to antic Greek philosophers and as it was commonly believed in the 19th century. The Austrian-British philosopher Karl Popper clearly demonstrated (and his theory was improved and confirmed by other philosophers from the same school,  such as Thomas Kuhn or Paul Feyerabend) that scientific truths are not derived directly from human experience nor from experiments. They are a creation of the human mind, the result of its “creative guessing”, wherein the observed reality serves only as “creative inspiration”, since due to our limited capabilities we always have only a certain limited amount of data based on which we can formulate our theories. And only after we have formulated them we proceed to check how they work in practice – and if they do work, we decree that they comply with reality, and therefore are true. However, there can be several alternative theories which work and explain reality. They differ with regards to the range of phenomena they can successfully describe. A theory deemed to be “true” is one which successfully describes the broadest range of phenomena known to us and which does not attempt to deny the validity of those phenomena which contradict it. (In fact the same rule applies to religions as well – a religion which attempts to invalidate other religions is tainted with falsehood. And while some of its other teachings may be true, it cannot aspire to be the „only right” religion, one coming directly from God.)  And if this is the case, then science can be mistaken as well. And while there is undoubtedly progress in science, which amounts to the accumulation of human knowledge and to the constant emergence of newer theories which are better equipped to describe reality, nevertheless this progress is not entirely “linear”. 

Moral progress. Since every epoch faces its own kind of moral challenges, which are the result of the changing paths of history, the question of progress in this field is problematic. Certainly it is not a linear one and the famous metaphor claiming that “we stand on the shoulders of giants” applies here only to a limited extent. According to one belief, actually quite a legitimate one (though counter-examples could be provided), the measure of human morality is their approach towards animals. Generally speaking times of peace and prosperity are the ones which foster the development of that “moral sensitivity”, the level of which can serve as the criterion for progress in this area. But paradoxically in times of peace and prosperity people move away from traditional moral ideas which are part of different religions and from religion as such. A Polish philosopher who worked as a professor at Oxford University for many years, Leszek Kołakowski, claimed that the passing of three generations is enough for a society, if it is cut off from religion, to completely distort its familiar, traditional and deep-rooted morality. And since reality can’t stand a void, the “void left by religion” is filled by various idols: be it human intellect, science, pseudo-sciences, political ideologies or various other kinds of ideologies. All and each one of them start to play the role of religion in a given society. Therefore, if progress entails rejecting traditional religious teachings and turning to “new idols”, then the ancient Israelites, who repeatedly engaged in idolatry, could be called… progressive.

 

Progress in culture, understood in its broadest, anthropological sense (that is when by culture we understand for example eating with the use of a knife and a fork, and not for example with chopsticks) objectively speaking does not exist, even though people commonly believe that in fact it does exist, since they view certain cultural behaviors as better and some as worse. These judgments are being made only on the basis of conventions accepted in a given society. Real progress in culture applies only to those of its parts which are directly related to interpersonal relationships and to ethics, when given cultural norms are subordinated to ethical norms. But here we also face a problem, if in a given situation different ethical norms contradict each other: for example “love thy neighbor” and “tell the truth.” From the first norm the rule that we should be nice towards others or that we should treat everyone with respect is commonly derived. These guidelines become difficult to adhere to in certain situations, for example when we should tell someone a certain unpleasant truth about them, a truth regarding which there is a consensus among many people. While respect seems to be something unconditional, which is possible to display in almost any situation, things get much trickier when it comes to being “nice”. The truth may be painful for the other person, it may be perceived as an attack and it can trigger a counterattack. Of course a lot depends on the way in which we communicate a certain message to someone, but let’s remember that the more diplomacy there is in language, the more falsehoods it contains, if we define truthfulness as a complete agreement of our words with our thoughts and feelings. Thus with excessive diplomacy communication starts to falter as well, since we leave much more to speculation: We hope that the other side will guess our true intentions. They might, but they don’t have to. They might derive completely erroneous conclusions from what we said. Also, good communication is valuable in itself and it is yet another variable which factors into the equation in all of this chaos.

Different cultures of different communities have created different norms trying to find a balance between these rules. To resort to stereotypes and simplifications, Californians are nice and diplomatic, whereas Poles and Israelis are honest and blunt. However, there are no criteria which would allow us to determine that the culture of a given country, of one community, is superior to the culture of a different community, since both of them have their virtues and vices. In spite of that people in many countries across the world are convinced of the superiority of their own culture over their “neighbor’s” culture. Or, in the best case scenario – that their own culture is not “inferior” to or worse than others. If I’m mistaken, then please show me a country, a community, a society which thinks of themselves differently on the whole. Of course I’m not counting individuals who display a critical approach towards their own country’s culture, since such people exist in every society, but they play only  a marginal role in them.

Such a social egoism does not have to be something bad, if kept to reasonable proportions. The problem starts when, blown out of proportion by local demagogues, it turns into a universal basking in self-complacency, which usually serves to compensate for the inferiority complex displayed by that human community. All displays of nationalism and all forms of tribal thinking are symptoms of an overblown ego of a given group of people. The larger the size of that ego, the more defensive or aggressive its reaction to criticism will be (this rule applies to each separate human being as well.) The larger the size of the ego of a given society, of a given human community is, the larger its genocidal potential directed towards all kinds of strangers, since the easier it becomes to dehumanize all those viewed as “inferior”. A society with an overblown ego and devoid of any criticism commences its path towards the annihilation of all the others by choosing/establishing the only proper and “legitimate” authority, which is already dangerous once it turns into an oligarchy, but becomes even more dangerous when it evolves into tyranny – the despotism of one individual. Regardless in which of these two forms it manifests itself, this new authority starts to claim that it possesses a Divine mandate, and thus the right to create a new law, a new morality and a new “truth”, all of which is done solely for the sake of its own group, nation or tribe. In our religion this kind of arrogance is vehemently reviled:

 

The pious will celebrate with song,

evil will be silenced

all wickedness will disappear like smoke,

when You remove the tyranny of arrogance from the earth

(U-v’khein, Mahzor Lev Shalem)

And that is why in the Hebrew Bible God repeatedly calls for humility and He admonishes and rebukes the Chosen Nation, which is also repeatedly called the “stiff-necked people”. The aim of these Divine actions is to offset all the possible negative traits, such as that overblown ego, which stem from being  the nation chosen by Him. “Yes, you are my people, but I’m the one who’s God here!” – that’s one way to put this concept in a nutshell.

Based on my observations of the political world I can say that generally in many societies people accept words of critique only when it becomes absolutely clear and commonly known that they have done something truly bad, when they have absolutely no other choice. And even then – not always. Therefore I am not an optimist when it comes to the belief that criticizing  social norms can serve as a driving force for their further development, at least in most cases.

However, our religion, especially in its traditional form, introduces no sharp distinction between science, morality and culture. In its case all of these spheres can be ascribed to one category: the realm of human spirit. Our tradition abounds in different visions of “final days”; almost in all of them the arrival of a new world order is preceded by some enormous catastrophe. All that which I’ve mentioned above seems to be already somehow encapsulated in these visions – namely in the claim that “human nature” can be changed only through some kind of an enormous catastrophe, after which humanity will engage in a truly deep reflection about itself and will decide to build a society based on entirely new pillars and rules, keeping in mind that previous drama and intent on not re-living it never again. That’s how the theological significance of all the great catastrophes which took place over the course of human history could be understood: despite the enormity of evil and suffering they bring with them they are a necessary element which leads all of us towards a better future. However, if that vision of history has a cyclical character – that is how history was understood by the ancient Greeks – then we can’t really speak of progress. We can speak of progress in the realm of human spirit only if we embrace the Jewish, linear concept of history and if we believe in the coming of one, final catastrophe, which will completely change the course of things as well as the “human nature.”

Shabbat Shalom!

Hag Sukkot Sameach!

Menachem Mirski

 

Translated from Polish by: Marzena Szymańska-Błotnicka

Czy postęp to zawsze postęp? Refleksja nad paraszą Haazinu.

Launch Sermon Player

Czy postęp to zawsze postęp? Refleksja nad paraszą Haazinu.

Menachem Mirski

Bogami obcymi do zazdrości Go pobudzają i gniewają obrzydliwościami.

Złym duchom składają ofiary, nie Bogu, bogom, których oni nie znają,

nowym, świeżo przybyłym – nie służyli im wasi przodkowie.

Gardzisz Skałą, co ciebie zrodziła, zapomniałeś o Bogu, który cię zrodził.  

[…]

I rzekłem: Ja ich wygładzę, wygubię ich pamięć u ludzi.

Alem się bał drwiny wroga, że przeciwnicy ich będą się łudzić,

mówiąc: Nasza ręka przemożna, a nie Pan uczynił to wszystko.

Gdyż jest to plemię niemądre i nie mające rozwagi.  

(Pwt 32, 16-28)

Moja dzisiejsza drasza będzie bardzo filozoficzna, możliwe, że bardziej niż wszystkie moje dotychczasowe drasze. Niemniej jednak zachęcam to jej przeczytania i podążania za moją refleksją. Naprawdę warto!

Ludzkość stale odchodzi od swoich źródeł, wydaje się to być czymś całkiem naturalnym dla człowieka. Skrajny konserwatysta powie, że ludzkość stale błądzi, bowiem prawda przez duże P jest już znana od dawna i nie ma potrzeby niczego nowego wymyślać; wystarczy przyjąć „mądrości wieków” i wedle nich żyć. Człowiek radykalnie postępowy powie, że mądrości naszych przodków to zasadniczo „majaczenia ignorantów”, że w tym, w czym ludzkość dotychczas tkwiła roi się od błędów i tylko pragnienie postępu doprowadzi nas do czegoś wartościowego, ale też nie do prawdy, bo prawda nie istnieje itd. Oj, chwila, prawda jednak istnieje, istnieje w nauce i to w nauce przede wszystkim istnieje postęp i to jej zawdzięczamy „postęp w ogóle”. Tylko to, co naukowe ma wartość, a ci, którzy ośmielają się w to wątpić, są ignorantami.

Temat ten jest niezwykle obszerny, ale można śmiało powiedzieć, że nie jest rozsądnym wierzyć we wszystko co okraszone jest etykietą „naukowe” czy „udowodnione naukowo”. Za każdą prawdą naukową stoi jakaś metodologia, która doprowadziła do jej odkrycia. A ta jest wymysłem ludzkim, często efektem wieloletnich rozważań umysłów metodologicznych, ale wymysłem, więc niedoskonałym. Nauka nie jest biernym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak wydawało się antycznym filozofom greckim i jak powszechnie wierzono w XIX wieku. Austriacko-brytyjski filozof, Karl Popper, jasno wykazał (a jego rozważania udoskonalili i potwierdzili inni filozofowie tego samego nurtu, jak Thomas Kuhn czy Paul Feyerabend), iż prawdy naukowe nie pochodzą wprost z ludzkiego doświadczenia czy eksperymentów. Są tworem ludzkiego umysłu, jego „kreatywnym zgadywaniem”, w którym obserwowana rzeczywistość pełni jedynie rolę „twórczej inspiracji”, bowiem danych do sporządzenia teorii zawsze mamy pewną, ograniczoną naszymi możliwościami, ilość. Dopiero po ich sformułowaniu sprawdzamy, jak działają w praktyce, a jeśli działają, dekretujemy, że są one zgodne z rzeczywistością, czyli prawdziwe. Ale może istnieć kilka alternatywnych teorii, które działają i wyjaśniają rzeczywistość. Różnią się one zakresem zjawisk, które skutecznie opisują. Prawdziwa teoria to ta, która skutecznie opisuje najszerszy zakres znanych nam zjawisk i nie próbuje negować zjawisk, które temu zaprzeczają (podobnie rzecz ma się zresztą z religiami – religia, która próbuje unieważnić inne religie, jest skażona nieprawdą. I chociaż niektóre inne jej nauki mogą być prawdziwe, to nie może ona pretendować do religii „jedynie słusznej”, pochodzącej bezpośrednio od Boga). A skoro tak, to nauka także błądzi. I choć w nauce niewątpliwie istnieje postęp, polegający na kumulacji ludzkiej wiedzy i wyłanianiu się coraz to nowych, lepiej opisujących rzeczywistość teorii, to postęp ów nie jest całkowicie „linearny”.

Postęp moralny. Jako, że każda epoka mierzy się ze sobie właściwymi wyzwaniami moralnymi, będącymi wynikiem zmiennych kolei historii, sprawa postępu w tej dziedzinie jest problematyczna. Na pewno nie jest on linearny i znana metafora mówiąca,  iż „stajemy na barkach olbrzymów” ma tu ograniczone zastosowanie. Istnieje przekonanie, całkiem zresztą uzasadnione (choć nie bez kontr-przykładów), że miarą moralności człowieka jest jego stosunek do zwierząt. Generalnie to czasy pokoju i dobrobytu sprzyjają rozwojowi owej „wrażliwości moralnej”, której poziom można przyjąć za kryterium postępu w tej dziedzinie. Paradoksem jest jednak to, że w czasach pokoju i dobrobytu ludzie odchodzą od tradycyjnych, zawartych w religiach idei moralnych i od religii w ogóle. Polski filozof, wieloletni profesor Oxford University, Leszek Kołakowski, twierdził, iż wystarczą trzy pokolenia, by społeczeństwo odcięte od religii całkowicie wypaczyło znaną zakorzenioną w nim tradycyjną moralność. I jako, że natura nie znosi próżni, „dziurę po religii” wypełniają rozmaite idole: a to ludzki rozum, nauka, pseudonauki, ideologie polityczne i różnego rodzaju inne ideologie. Wszystkie lub każda z osobna zaczynają pełnić funkcję religii w danym społeczeństwie. Jeśli więc postęp polega na odrzuceniu tradycyjnych nauk religii i zwróceniu się ku „nowym idolom”, to starożytnych Izraelitów, którzy co rusz to oddawali się bałwochwalstwu, można by nazwać… postępowymi.

Postęp w kulturze, rozumianej w jej najszerszym, antropologicznym sensie (tj. w takim, w którym rozumiemy przez kulturę np. jedzenie nożem i widelcem lub np. pałeczkami) obiektywnie nie istnieje, choć ludzie powszechnie wierzą, że owszem istnieje, bowiem uważają pewne kulturowe zachowania za lepsze, a inne za gorsze. Oceny te dokonywane są jedynie na mocy przyjętych w danym społeczeństwie konwencji. Realny postęp w kulturze dotyczy tylko tej jej części, która bezpośrednio dotyczy stosunków międzyludzkich i etyki, gdy dane normy kulturowe są podporządkowane normom etycznym. Ale i tu napotykamy problem, jeśli normy etyczne w konkretnej sytuacji stają ze sobą w sprzeczności: przykładowo kochaj swojego brata i mów prawdę. Z pierwszej normy powszechnie dedukuje się zasadę, że należy być miłym wobec innych lub też odnosić się do wszystkich z szacunkiem. Kwestie te stają się trudne to wypełnienia w pewnych sytuacjach, np. gdy należałoby powiedzieć danej osobie jakąś nieprzyjemną o niej prawdę, co do której istnieje zgoda wielu osób. Jakkolwiek szacunek wydaje się być czymś bezwzględnym i możliwym do okazania w niemal każdej sytuacji, to z byciem „sympatycznym” jest już dużo gorzej. Prawda może być dla drugiej osoby bolesna, może być odebrana jako atak i wywołać kontr-atak. Oczywiście wiele też zależy od sposobu, w którym daną rzecz komuś komunikujemy, jednakże pamiętajmy, że im więcej dyplomacji w języku, tym więcej w nim nieprawdy, jeśli przez prawdziwość rozumiemy bezpośrednią zgodność naszych słów z naszymi myślami i uczuciami. Tym samym przy nadmiarze dyplomacji zaczyna szwankować też komunikacja, ponieważ zostawiamy znacznie więcej w sferze domysłów: liczymy na to, że druga strona domyśli się naszych prawdziwych intencji. Może, ale nie musi. Może wyciągnąć całkowicie błędne wnioski. A dobra komunikacja jest sama w sobie wartością i jest kolejną zmienną, która w ten cały galimatias tutaj wchodzi.

Różne kultury różnych zbiorowości wypracowały różne normy balansujące między tymi zasadami. Stereotypizując i upraszczając sprawę, Kalifornijczycy są mili i dyplomatyczni, Polacy i Izraelczycy natomiast szczerzy i dosadni. Jednakże nie ma żadnych kryteriów by rozstrzygnąć, że kultura jednego kraju, jednej zbiorowości, jest wyższa od kultury innej zbiorowości, bowiem każda z nich ma swoje wady i zalety. Mimo tego, ludzie w wielu krajach na świecie są przekonani o wyższości własnej kultury nad kulturą „sąsiadów”. W najlepszym wypadku –  że własna kultura nie jest „niższa” czy gorsza od innych. Jeśli się mylę, to pokażcie mi proszę kraj, zbiorowość, społeczeństwo, które myślałoby o sobie, per saldo, inaczej. Wyłączam stąd oczywiście jednostki krytycznie nastawione do kultury własnego kraju, które istnieją w każdym społeczeństwie, ale stanowią zasadniczo margines.

Ów społeczny egoizm nie musi być czymś złym, jeśli jego rozmiary są rozsądne. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozdmuchiwany przez lokalnych demagogów staje się powszechnym pławieniem w samozadowoleniu, którego celem jest zwykle kompensacja kompleksów niższości danej zbiorowości ludzkiej. Cały nacjonalizm i wszelkie formy myślenia plemiennego to przejaw przerośniętego ego danej grupy ludzi. Im większe jest owe ego, tym bardziej defensywna lub agresywna reakcja na krytycyzm (ta zasada dotyczy też każdej ludzkiej jednostki). Im większe jest ego danego społeczeństwa, danej zbiorowości ludzkiej, tym większy w nim potencjał ludobójczy wobec wszelkiego rodzaju obcych, bowiem tym łatwiej jest zdehumanizować wszystkich „gorszych”. Społeczeństwo z przerośniętym ego, pozbawione krytycyzmu, swoją drogę do anihilacji wszystkich innych rozpoczyna od wybrania/ustanowienia jedynie słusznej i „praworządnej” władzy. Ta już jest groźna, gdy staje się oligarchią, ale staje się jeszcze groźniejsza, gdy ewoluuje w tyranię – despotyzm jednostki. Obojętnie w której z tych dwóch postaci, nowa władza zaczyna pretendować do posiadania boskiego mandatu, a co za tym idzie, kreować nowe prawo, nową moralność i nową „prawdę”, a robi to wyłącznie na użytek własnej grupy, narodu czy plemienia. Tego rodzaju arogancja jest głęboko piętnowana w naszej religii:

Pobożni będą świętować w śpiewie,

zło zostanie uciszone,

wszelka niegodziwość zniknie jak dym,

kiedy usuniesz tyranię arogancji z ziemi.

(U-v’khein, Mahzor Lev Shalem)

Dlatego też Bóg, w Biblii Hebrajskiej, wielokrotnie nakłania do pokory, upomina i karci Naród Wybrany, nazywany jednocześnie narodem twardego karku. Celem tych boskich działań jest zbalansowanie wszelkich negatywów, jak owo przerośnięte ego, płynących z faktu bycia narodem przez Niego wybranym. „Jesteście moim narodem, ale Bogiem tutaj jestem ja” – tak można ująć tę ideę w skrócie.

Z moich obserwacji świata politycznego wynika, iż w wielu społeczeństwach ludzie, generalnie, przyjmują słowa krytyki dopiero wtedy, gdy jest absolutnie oczywistym i powszechnie wiadomym, że popełnili coś naprawdę złego, kiedy absolutnie nie mają już innego wyjścia. Ale i to nie zawsze. Czarno więc widzę role krytycyzmu norm społecznych jako narzędzie ich rozwoju, przynajmniej w większości przypadków.

Nasza religia jednakże, zwłaszcza w tradycyjnym wydaniu, nie zna ostrych rozróżnień pomiędzy nauką, moralnością i kulturą. Wszystkie te dziedziny możemy w niej jednak zaliczyć do jednej kategorii: dziedziny ludzkiego ducha. Nasza tradycja obfituje w wizje czasów ostatecznych; niemal w każdej z nich nastanie nowego porządku świata poprzedza jakaś ogromna katastrofa. To, o czym powyżej wspomniałem, wydaje zawierać się już niejako w tych wizjach, a mianowicie w tezie, że „naturę ludzką” może zmienić tylko jakaś wielka katastrofa, po której ludzkość dokona w sobie naprawdę głębokiej refleksji na temat samej siebie i postanowi budować społeczeństwo na całkowicie nowych filarach i zasadach, mając w pamięci ów dramat i nie chcąc go przeżywać nigdy więcej. Tak można pojmować teologiczny sens wszystkich wielkich katastrof w dziejach ludzkości: mimo ogromu zła i cierpień stanowią one konieczny element wiodący nas wszystkich ku lepszej przyszłości. Jeśli jednak owa wizja historii ma charakter cykliczny, czyli tak, jak pojmowali historię starożytni Grecy, wówczas nie bardzo możemy mówić o postępie. O postępie w sferze ludzkiego ducha możemy mówić tylko wówczas, gdy przyjmiemy żydowską, linearną koncepcję historii i gdy wierzymy w nadejście jednej, ostatecznej katastrofy, która całkowicie odmieni bieg rzeczy i „naturę ludzką”.

Szabat szalom!

Hag Sukkot Sameach!

Menachem Mirski

YOM KIPPUR 2018 JONAH

Launch Sermon Player

YOM KIPPUR 2018

JONAH

Rabbi Dr Walter Rothschild

My favourite part of the Book of Jonah is Chapter Five. You won’t find it in the printed editions, because it is a chapter – thanks to a form of ”Interactive Narrative Composition” – that the reader, each reader has to supply for themselves. So it is never the same twice. Its main theme is Jonah’s reaction to what God has said and done – or rather, what God has said and NOT done. It is not a sequel but a continuation, a further development.

The scene is set for us in Chapter Four and so we know the location and the main characters; We know that Jonah is sitting under a dead tree outside the mega-city of Nineveh, that he is angry and upset and frustrated. He would seem to have good reasons for these feelings. He has been dragged from his normal, humdrum routine and predictable life by a divine voice that has compelled him, against his will, to leave everything and everyone he knows and to undertake adventurous and dangerous journeys. Although he has resisted, tried to run away, tried to hide, he has experienced what no other person on earth (or in the water) has experienced – he has survived being thrown overboard a ship in danger of sinking in a storm; he has survived three days and nights in the belly of some sea monster; he has managed to walk all the way from the Mediterranean coast through Lebanon and Syria to the centre of Iraq. At some risk, for it is always a dangerous thing to deliver an unpopular message, he has gone into the centre of the most evil and brutal and violent city on earth and he has called out ”God is angry with you all! In forty days God will destroy this city!” Then he has got out, somehow, and found a place outside where he can sit in the shade and watch the show. Until the tree providing his shade dies and he gets a headache through sunstroke.

But then: Nothing happens. And Jonah asks God ”Why Not?” and God answers, ”Oh, well, you see, I’ve changed My mind. After all, the city is full of the most dreadfully ignorant, incompetent, illiterate and mentally-challenged people, not counting the animals who are barely lower than them in intellectual attainments. So, well, I decided not to do it after all.”

That is the end of Chapter Four in the printed texts. Then Chapter Five starts. Here is one version:

”WHAT?” cried Jonah in a rage. ”What?! But You knew this already before I set off, before you made me set off! You KNEW already what kind of people there were here, you KNEW they were stupid, as thick as two short planks, uneducated, unable to think outside their own tiny comfort zone, unable to see beyond their own city walls and borders. You KNEW already there were lots of animals here. So what? Every day You kill thousands of people! They get up, catch an illness and drop dead; or their hearts give way or you send them a blow, a stroke. They fall off steps, they get crushed by a cart. Do you care about THEM?  Every day thousands of animals are killed in Nineveh – I don’t have the statistics, it is true, but I have seen the market place, well, just ONE market place and I can tell you there were hundreds of cows there, of calves, of sheep, of lambs, of goats, of pigs, of donkeys, of horses, of rabbits – did I tell you they eat rats here, too, and dogs, and cats? Chickens, turkeys, geese, ducks, pigeons, larks? They were all there to be slaughtered! There’s a kebab or a burger joint at every corner! And that’s not even counting the rats who are poisoned or killed in traps, the dogs beaten to death; The snakes trodden on, that’s not counting the millions of insects trodden on by sandals, splattered against a wall, caught in fly traps! Every day! Don’t come suddenly the hoity-toity politically-correct animal lover to Me, God! Don’t play Vegetarian games with me now! I know better!”

There was a pause. A deep pause, a pause that got longer and longer. When God spoke, it was no longer in anger. God’s voice was mild, conciliatory, almost pleading.

And the word of the Lord came once again to Jonah the son of Amittai. ”But you haven’t understood, Jonah,” said God. ”This whole journey. This whole mission. It wasn’t about Nineveh. No, it never was. It was about YOU. Would You be able to obey? Would You be able to change? Would You be able to show sympathy and feel empathy for other people forced to leave their homes and all they have built up, their families and all they care about, and face an unknown future in a strange land? Would YOU be able to feel sympathy for people at risk of drowning in a small boat in a storm-filled Mediterranean? Would You feel sympathy for people in Iraq and Syria whose cities are indeed being demolished around their ears, complete with all their fellow inhabitants and all their animals? Can’t you even feel a bit of sympathy for a tree that grows and then dies in the dry heat, when it cannot cope with the climate in which it had thought it could grow? I notice you did nothing to water it or care for it, you just took the shade for granted. Isn’t that typical? You assume there will always be cool shade or fans or air-conditioning, you complain when it isn’t there or isn’t working, but do you ever think where the energy comes from? Or at what cost? Or who has to work so hard so that you can sit in comfort?

This whole journey has been about YOU, Jonah. You complain to Me when the people of Nineveh, stupid though they might be, suddenly take notice that things cannot continue the way they have until now, that something will have to change, starting with their attitudes, if their city is to survive. But would you not complain if they didn’t? If your words had been ignored? And tell Me – If, now, I were to say to you, ”Go, Jonah, Go back to your homeland and go back to Jerusalem and say to the people there, 'God is angry with you because of what you are doing’ ” – do you think they would behave any better, do you think they would listen to you, do you think they would change their ways, put on sackcloth, sit in ashes, fast and pray and consider how they might mend their ways? Do you? And if you do, then go and do it, Jonah, and I will help you on your way, but if you don’t, deep in your shrivelled heart, then please don’t get all self-righteous with me and think you are any better than these Ninevites. Just calling yourself a Jew isn’t enough, you know. You have to BE Jewish as well! That’s what a covenant is all about.”

This is a spine-chilling, dramatic, exciting spot, a real cliff-hanger, a duel of words between the Master of the Universe and an individual Jew who is struggling with the concepts of individual and communal Responsibility and Repentance, of Self-Criticism, of Honesty with Himself – and theoretically here Chapter Six could begin – but I don’t want to go too far, too quickly. Maybe next year, at Yom Kippur. If we ever reach that point. Incidentally, according to tradition Jonah stayed on in Nineveh and was buried there, his 'Nabio Yunus’ tomb near Mosul becoming a place of pilgrimage until blown up by ISIS in 2014. But that’s just a minor 'spoiler alert’.

Not everyone here today is a writer by nature, but all of you have ideas – I certainly hope you are not as stupid as the inhabitants of Nineveh have been described, not knowing the difference between Right and Left – not even as these terms apply to Politics – and all of you have read the first four chapters of this bizarre but wonderful book.

So – I wish you all a very creative, and thoughtful, and helpful, and challenging time, writing your own Chapter Fives – and then perhaps you may discuss your drafts with your friends and neighbours, and you may consider what both you, and they, may learn from it. Can we reach, truly, a Happy End? Time may tell – depending on what we tell it. But a lot depends on what WE put into our chapters. And our lives.

 

Chatimah Tovah,

Rabbi Dr Walter Rothschild

JOM KIPUR 2018 JONASZ

Launch Sermon Player

JOM KIPUR 2018

JONASZ

Rabin dr. Walter Rothschild

Moją ulubioną częścią księgi Jonasza jest rozdział piąty. Nie znajdziecie go w drukowanych wydaniach, jako że jest to rozdział – dzięki formatowi „interaktywnego tworzenia narracji” – który czytelnik, każdy z czytelników, musi sobie stworzyć na własną rękę. Jego treść nie będzie więc nigdy taka sama. Jego motywem przewodnim jest reakcja Jonasza na to, co powiedział i uczynił Bóg – a raczej na to, co Bóg powiedział i czego NIE uczynił. Nie jest to odrębna, druga część opowiadania, lecz kontynuacja zdarzeń, dalszy rozwój wypadków.

Tło i ramy wydarzeń zostały już nakreślone w rozdziale czwartym, znamy więc miejsce akcji oraz główne postacie; wiemy, że Jonasz siedzi pod uschniętym drzewem poza granicami wielkiego miasta Niniwy oraz że jest zły, niezadowolony i sfrustrowany. I, jak się wydaje, ma ku temu dobre powody. Został wyrwany ze swojego zwyczajnego, monotonnego, rutynowego i przewidywalnego życia przez boski głos, który zmusił go, wbrew jego woli, do porzucenia wszystkiego, co zna
i wszystkich, których zna oraz do wyruszenia w pełną przygód i niebezpieczeństw podróż. Choć stawiał opór, próbował uciec i usiłował się ukryć, przeżył coś, czego nie doświadczyła żadna inna osoba na ziemi (ani na wodzie) – przeżył po tym, jak został wyrzucony za burtę statku i groziło mu utonięcie podczas sztormu; przeżył trzy dni i noce w brzuchu jakiegoś potwora morskiego; udało mu się przejść od wybrzeża Morza Śródziemnego przez Liban i Syrię aż po sam środek Iraku. Ponosząc pewne ryzyko, jako że dostarczanie niepopularnego przesłania jest zawsze niebezpiecznym zajęciem, udał się do samego centrum najbardziej niegodziwego, brutalnego i pełnego przemocy miasta na ziemi i zawołał na głos: „Bóg jest na was wszystkich rozgniewany! Za czterdzieści dni Bóg zniszczy to miasto!”. Następnie jakoś się stamtąd wydostał i znalazł sobie miejsce poza murami miasta, rozsiadł się w cieniu i przypatrywał się rozgrywającym się wydarzeniom. Aż do chwili, gdy zapewniające mu cień drzewo uschło, a Jonasz dostał udaru słonecznego i rozbolała go głowa.

Potem jednak nic się nie dzieje. Jonasz pyta więc Boga: „Dlaczego nie?”, na co Bóg odpowiada: „No cóż, widzisz, zmieniłem zdanie. W końcu to miasto jest siedliskiem najokropniejszych ignorantów, ludzi niekompetentnych, niepiśmiennych i niepełnosprawnych umysłowo, nie wspominając już o zwierzętach, które plasują się niewiele niżej od nich pod względem osiągnięć intelektualnych. Więc, no cóż, zdecydowałem się jednak ostatecznie tego nie robić”.

I na tym kończy się rozdział czwarty w drukowanych wydaniach księgi Jonasza. Następnie rozpoczyna się zaś rozdział piąty. Oto jedna z jego możliwych wersji:

– CO? – wykrzyknął z wściekłością Jonasz. – Co?! Ależ wiedziałeś o tym jeszcze zanim wyruszyłem w drogę, zanim zmusiłeś mnie do wyruszenia w drogę! Już wtedy WIEDZIAŁEŚ, jakiego rodzaju ludzie tu mieszkają, WIEDZIAŁEŚ, że są głupi, głupi jak noga stołowa, niewykształceni, niezdolni wykroczyć myślą poza swoją własną, małą strefę komfortu, niezdolni wybiec spojrzeniem poza mury i granice własnego miasta. Już wcześniej WIEDZIAŁEŚ, że jest tu dużo zwierząt. No i co z tego? Każdego dnia zabijasz tysiące ludzi! Wstają, łapią jakąś chorobę i padają trupem; albo ich serca się zatrzymują, zwalasz ich z nóg bądź zsyłasz udar. Spadają ze schodów lub przejeżdża ich jakiś wóz. Czy o NICH też się tak troszczysz? Każdego dnia w Niniwie zabijanych jest tysiące zwierząt – nie dysponuję wprawdzie statystykami, ale byłem na targowisku – no dobrze, tylko na JEDNYM targowisku, i zaręczam cię, że były tam setki krów, cieląt, owiec, baranków, kóz, świń, osłów, koni i królików – czy wspominałem już, że tutaj zjadają również szczury, psy i koty? Kurczaki, indyki, gęsi, kaczki, gołębie i skowronki? Wszystkie sprowadzono tam po to, aby je zarżnąć! Na każdym rogu można tam znaleźć kebabownie lub burgerownie! Nie wspominając już o szczurach, które truje się tam bądź zabija w pułapkach, ani o psach, które zostają zatłuczone przez ludzi na śmierć, ani o zadeptanych wężach; nie wliczając milionów owadów rozdeptywanych sandałami, rozbijanych na ścianach, łapanych w pułapki na muchy! Każdego dnia! Nie pozuj mi tu nagle na egzaltowanego, poprawnego politycznie miłośnika zwierząt, Boże! Nie baw się teraz ze mną w te wegetariańskie gierki! Nie ze mną takie numery!”.

W tym miejscu nastąpiła przerwa. Długa, przeciągająca się w nieskończoność przerwa. Gdy Bóg w końcu się odezwał, nie przemawiał już ze złością. Jego głos był łagodny, pojednawczy, nieomal błagalny.

I słowo Pana spłynęło raz jeszcze na Jonasza syna Amitaja. „Ależ nie zrozumiałeś, Jonaszu”, powiedział Bóg. „Ta cała podróż. Ta cała misja. Nie chodziło w niej wcale o Niniwę. Nie, nigdy o to nie chodziło. Chodziło o CIEBIE. Czy dasz radę posłusznie wypełnić polecenie? Czy uda ci się zmienić? Czy będziesz potrafił okazać współczucie i odczuwać empatię wobec innych ludzi, zmuszonych porzucić swoje domy i cały swój dobytek, swoje rodziny i wszystko, co jest im bliskie i zmierzyć się z nieznaną przyszłością na obcej ziemi? Czy TY potrafiłbyś okazać współczucie ludziom siedzącym w małej łódce na nękanym sztormami morzu Śródziemnym, którym grozi utonięcie? Czy okazałbyś współczucie mieszkańcom Iraku i Syrii, których miasta faktycznie są burzone tuż przed ich oczami, razem z  wszystkimi ich współmieszkańcami i zwierzętami? Czy nie jesteś w stanie wykrzesać z siebie choćby krzty współczucia dla drzewa, które rośnie, a potem umiera w skwarnym upale, nie mogąc sobie poradzić z klimatem, który wcześniej wydawał mu się sprzyjający do rozwoju? Zauważyłem, że nie kiwnąłeś nawet palcem, aby je podlewać i troszczyć się o nie, najzwyczajniej uznałeś cień za coś oczywistego. Czyż to nie typowe? Zakładasz, że chłodny cień, wiatraki czy też klimatyzacja zawsze będą dostępne i narzekasz, gdy ich nie ma lub gdy coś nie działa tak jak należy, ale czy zastanowiłeś się kiedykolwiek, skąd się bierze prąd? Lub jakim kosztem jest on dostępny? Lub kto musi tak ciężko pracować, abyś ty mógł sobie siedzieć w komfortowych warunkach?   

W całej tej podróży chodziło o CIEBIE, Jonaszu. Przychodzisz do mnie z pretensjami, gdy mieszkańcy Niniwy, jakkolwiek by nie byli głupi, nagle uświadamiają sobie, że sprawy nie mogą dłużej wyglądać tak, jak dotąd, że coś musi się zmienić, począwszy od ich własnego podejścia, jeśli ich miasto ma przetrwać. Ale czy nie narzekałbyś też, gdyby tego nie uczynili? Gdyby zignorowali twoje słowa? Powiedz mi też – gdybym ci teraz oznajmił: „Dalej Jonaszu, wracaj z powrotem do swej ojczyzny, wracaj do Jerozolimy i ogłoś jej mieszkańcom: „Bóg jest na was rozgniewany z powodu tego, co robicie” – czy sądzisz, że zachowaliby się choć trochę lepiej, czy sądzisz, że by cię posłuchali, czy uważasz, że zmieniliby swe postępowanie, przywdzialiby włosiennicę, posypaliby sobie głowę popiołem, pościliby, modlili się i zastanawiali, jak mogą naprawić swoje postępowanie? Czy naprawdę tak sądzisz? Jeśli tak, to idź i uczyń właśnie w taki sposób, Jonaszu,
a ja pomogę ci w twym przedsięwzięciu, lecz jeśli w głębi swego wysuszonego serca wcale w to nie wierzysz, to nie przybieraj mi tu proszę takiej na wskroś moralizującej pozy i nie sądź, że jesteś w czymkolwiek lepszy od tych Niniwijczyków. Wiesz, nie wystarczy tylko określać się mianem Żyda. Musisz również BYĆ Żydem! Właśnie na tym polega przymierze”.

Jest to mrożące krew w żyłach, dramatyczne, ekscytujące i trzymające w niesamowitym napięciu miejsce w tekście, potyczka słowna pomiędzy Władcą Wszechświata i jednostkowym Żydem, który zmaga się z koncepcją indywidualnej oraz wspólnotowej odpowiedzialności i pokuty, samokrytyki oraz uczciwości wobec siebie samego. Tutaj mógłby się teoretycznie zacząć rozdział szósty, nie chciałbym jednak wybiegać za daleko. Być może za rok, w Jom Kipur. Jeśli dotrwamy do tego momentu. Nawiasem mówiąc, tradycyjnie uważa się, że Jonasz pozostał w Niniwie i został tam pochowany, a jego grób „Nabi Junus” nieopodal Mosulu stał się miejscem pielgrzymek, dopóki w 2014 roku nie wysadziło go w powietrze tzw. Państwo Islamskie czy też ISIS. Uchylamy tu jednak tylko rąbka tajemnicy w kwestii dalszych wydarzeń.

Nie wszyscy spośród dziś tu zgromadzonych są urodzonymi pisarzami, wszyscy macie jednak różne pomysły – mam oczywiście nadzieję, że nie jesteście równie głupi, co – jeśli wierzyć opisom – mieszkańcy Niniwy, niepotrafiący rozróżnić pomiędzy swoją prawicą i lewicą (i to nawet niew politycznym znaczeniu tych terminów) i że wszyscy przeczytaliście pierwsze cztery rozdziały tej dziwacznej, niemniej wspaniałej księgi.

Tak więc – życzę wszystkim nadzwyczaj kreatywnego, pomocnego, pełnego namysłu i wyzwań czasu poświęconego na spisanie waszej własnej wersji piątego rozdziału. Zaś potem zechcecie być może omówić robocze wersje waszych tekstów z przyjaciółmi i sąsiadami oraz zastanowicie się, jaką lekcję możecie z nich wynieść zarówno wy sami, jak i wasi bliscy. Czy możliwe jest prawdziwie szczęśliwe zakończenie? Tylko czas może pokazać – w zależności od tego, co mu pokażemy. Dużo zależy jednak od tego, jakie treści MY sami umieścimy w naszych rozdziałach.
I w naszym życiu.

 

Chatima Towa,

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

KOL NIDRE

Launch Sermon Player

KOL NIDRE

Rabbi Dr. Walter Rothschild

We start our Day of Atonement with a strange request, one which even comes in different formats and one which has caused much confusion, not to mention hostility from those who always seek an excuse to be hostile. The 'Kol Nidre’ prayer is a request to God to forgive either the sins we have committed, in the past year, or the sins we will commit, in the coming year, by making promises and commitments which we then broke – or will break. The first version seems to be a 'catch-all’ that seeks to wipe away past debts – at least moral debts; the second version seems to be like writing ourselves a blank cheque (if anyone here remembers cheques!), giving ourselves unlimited credit so that we will not have to worry seriously until the year is over – if then – for we can always repeat it, yes?

Those who want to believe that Jews always break their promises find this prayer to be the perfect material for their claims; on the surface it truly is, even if – as we are often reminded – everyone else breaks their promises as well. This cannot however be a justification for us.

There are articles and commentaries enough on the text in its different versions; most rabbis would point to its origins as a way of allowing those who, for whatever reason, had lapsed from the faith, to return to it once again, to be accepted into the congregation even if they or their ancestors had drifted away, had accepted a forced baptism, had left their Jewish homes, had become wanderers in a secular or a heretical world. The idea is that this was a plea to God to forgive the neglect of promises made to God, not to other people. The Rabbis insisted that during the Ten Days of Penitence, the Asseret Yemei Teshuvah, one has opportunity to try to put right what one can in terms of broken relationships and broken trusts with Other People, to repay the debts, to return the loans, to repair the broken, to restore the lost; Then on Yom Kippur we have the opportunity to do the same with God. The Hebrew terms are ”Beyn Adam veMakom” – not just ”Beyn Adam veChaveyro” – Between a Person and God, not just between a Person and Other Persons.

Kol Nidrei

Printed by Zvi Hirsch Spitz Segal – Machzor to Yom Kippur, Offenbach


It is an important idea, but I would like to suggest a further refinement. There are many who have great difficulties in the idea of God; But do we believe in Ourselves?

What about the promises We make to Ourselves? The resolutions we make? To care more for our health, to work better, to be more consistent, to lose weight, to exercise, to study, to pray more? To be faithful and loyal?

I stress that we do not seek Perfection. Humans are not and never can be ”perfect”; we are made in a certain way, there will always be fatigue, illness, bodily secretions, sensitivities, temptations; Concepts of Perfection are also highly dangerous, for they rule out any possibility for further development. Furthermore we have learned many times that people who believe in Perfection and in perfecting other people never find this perfection and therefore turn to hate those other people who, they feel, have 'failed’, have 'let them down’, have 'not appreciated the aim, the vision’ – and so they try to destroy these others. These are dogmatic Ideologues, not people with faith and with tolerance for human variety and human frailty.

So let us be realistic. We will not become Perfect, but we CAN become Better. There is no excuse to become apathetic and say, ”Well, I will never manage to avoid all sins, so why should I bother trying?” No, each day brings new challenges; some of them maybe harder than others but all of them confront us with moral choices. It may be that we will attempt to improve ourselves, bit by bit – and sometimes we will hopefully succeed, but sometimes we may fail; We may not only fail, we may even slide backwards! At such a moment we will need encouragement, support, the help to try again.

I believe it was the Irish playwright Samuel Beckett who said:

”Ever tried?

Ever failed?

Never mind,

Try again.

Fail again.

But fail BETTER.”

 

This is a good aim, a realistic aim, precisely because it places limited and not unlimited demands upon us. It challenges us but in a way that we, as humans, can cope. Or should be able to cope. However, it means admitting the possibility of failure before we even begin; It means accepting that we may not reach our aims, even before we set out. It means being modest – but determined nevertheless to do our best.

And if this is the context, then the words of the Kol Nidre are relevant and helpful.

In the coming hours much lies ahead of us. We shall – unless we have good health reasons not to – be fasting, deliberately trying not to diet, not to lose weight, but simply to learn to do without, to concentrate less on our stomachs and more on our souls. Because we are probably not very accustomed to this, there will be initial discomforts – as with any exercise, whether a physical or a spiritual exercise – but these will pass and in any case the period (for us) is limited.

There will be many prayers and some of them come only once and some of them will be repeated. Why repeat them? Some things grow and go deeper with repetition, they do not become blunted, they do not become routine, they become a part of the way we think, when for example we call to ”Avinu Malkenu”, ”Our Father, Our King.” These words remind us that we are but children, that we are but subjects, that although in the modern world it is fashionable to be proud of autonomy and independence, we are indeed still mortal, and it is not we ourselves who define our limits.

There will be chances to read and think, to study and to contemplate. There will be opportunities to join in as the entire congregation sings or reads, and there will be opportunities to 'switch off’ and follow our own thoughts, to gather up our own regrets, to remind ourselves of our own memories, of things done and not done – things that are and that should remain intensely personal, not to be shared with any other people – but only with ourselves, and with God. There will be times we can read aloud joint confessions – ”We have sinned, we have failed…” and by doing this jointly, together, in the 'We’ form, we can avoid personal embarrassment whilst at the same time giving our tongues and mouths the ability to formulate what our mind is feeling.

There will be opportunities to consider how the system of sacrifices used to work in former times and to consider what we ourselves would be prepared to sacrifice, and how.

It may be that, by the end of the day, this time tomorrow evening, you will feel, ”I didn’t manage it all, I didn’t concentrate enough, I didn’t succeed – I MEANT to pray better, to think deeper. I meant to stay awake. I meant to read it all.” This is quite possible, Don’t worry. If the Kol Nidre means anything, it means that we acknowledge that we cannot always manage to achieve our aims – but at least we have those aims.

And next year – if God allows – we can try again. Better.

Chatimah Tova.

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

KOL NIDRE

Launch Sermon Player

KOL NIDRE

Rabin dr. Walter Rothschild

Nasz Dzień Pojednania rozpoczynamy od dziwnej prośby, która dostępna jest nawet w różnych wersjach i która wywołała wiele nieporozumień, nie wspominając już o wrogości ze strony tych, którzy zawsze szukają wymówek, aby okazać wrogość. Modlitwa Kol Nidre jest skierowaną do Boga prośbą, aby przebaczył albo te grzechy, które popełniliśmy w minionym roku – bądź też te grzechy, które dopiero popełnimy w roku nadchodzącym – składając obietnice i biorąc na siebie zobowiązania, które następnie złamaliśmy – lub które dopiero złamiemy. Pierwsza wersja tej prośby zdaje się być „uniwersalną formułą”, za pomocą której usiłujemy wymazać dawne długi – a przynajmniej długi natury moralnej; zaś druga wersja zdaje się przypominać wystawianie samemu sobie czeku in blanco (jeśli ktokolwiek z was pamięta jeszcze, czym były czeki!), dzięki któremu przyznajemy samym sobie nieograniczony limit kredytowy, tak abyśmy nie musieli się już poważnie martwić aż do końca roku – a może nawet i dłużej – bo zawsze możemy przecież powtórzyć tę czynność jeszcze raz, czyż nie?

Dla osób chcących wierzyć, że Żydzi zawsze łamią złożone przez siebie obietnice, modlitwa ta stanowi doskonały dowód potwierdzający ich przeświadczenie; i na pierwszy rzut oka faktycznie tak jest, nawet jeśli – jak mamy się często okazję przekonać – również wszyscy inni łamią swoje obietnice. Fakt ten nie może być jednak dla nas usprawiedliwieniem.

Istnieje wystarczająco dużo artykułów i komentarzy na temat różnych wersji Kol Nidre; większość rabinów jest zdania, iż miało to być w zamierzeniu rozwiązanie pozwalające tym, którzy z dowolnego powodu oddalili się od wiary, na nowo do niej powrócić i zostać przyjętym do kongregacji, nawet jeśli oni sami bądź ich przodkowie się od niej odsunęli, zostali zmuszeni do przyjęcia chrztu, opuścili swoje żydowskie domy bądź stali się tułaczami w świeckim czy też heretyckim świecie. Zgodnie z założeniem miała to być skierowana do Boga prośba o to, aby przebaczył nam, iż zaniedbaliśmy obietnice złożone właśnie Jemu, a nie innym ludziom. Rabini podkreślali, że podczas Dziesięciu Dni Pokuty, Aseret Jemej Tszuwa, każdy ma szansę spróbować naprawić to, co tylko można w zakresie zepsutych relacji i nadwyrężonego zaufania w kontaktach z innymi ludźmi; można spłacić długi, zwrócić pożyczki, naprawić to, co zostało zepsute, przywrócić to, co zostało utracone. Następnie w Jom Kipur mamy szansę uczynić to samo w odniesieniu do naszej relacji z Bogiem. Terminy hebrajskie używane w tym kontekście to: bejn Adam wemakom, a nie tylko bejn Adam wechawejro  – między daną osobą i Bogiem,
a nie tylko między daną osobą i innymi ludźmi.

Kol Nidrei

Printed by Zvi Hirsch Spitz Segal – Machzor to Yom Kippur, Offenbach


To ważna koncepcja, chciałbym tu jednak zaproponować jej nieco udoskonaloną wersję. Wielu osobom dużą trudność sprawia sama koncepcja Boga; czy potrafimy jednak uwierzyć w nas samych?

A co z obietnicami, które składamy samym sobie? Z naszymi własnymi postanowieniami? Że będziemy bardziej dbać o nasze zdrowie, że będziemy bardziej wydajnie pracować, będziemy bardziej konsekwentni, zrzucimy nieco kilogramów, będziemy więcej ćwiczyć, uczyć się
i modlić? Że będziemy wierni i lojalni?

Chciałbym podkreślić, że nie próbujemy osiągnąć stanu doskonałości. Ludzie nie są i nigdy nie będą „doskonali”; jesteśmy stworzeni w taki a nie inny sposób, w grę zawsze wchodzić będzie zmęczenie, choroby, rozmaite wydzieliny cielesne, przewrażliwienie, pokusy. Co więcej, teorie zakładające doskonałość są na wskroś niebezpieczne, wykluczają bowiem jakąkolwiek możliwość dalszego rozwoju. Przekonaliśmy się też wielokrotnie, że osobom, które wierzą w doskonałość i w „ulepszanie” innych, nigdy nie udaje się odnaleźć owej doskonałości, w związku z czym zaczynają nienawidzić innych ludzi, którzy w ich odczuciu „ponieśli porażkę”, „rozczarowali ich”, „nie docenili rangi celu i wizji” – usiłują ich więc zniszczyć. Są to dogmatyczni ideologowie, a nie ludzie cechujący się wiarą i tolerancją wobec ludzkiej różnorodności i ludzkiej słabości.

Bądźmy więc realistami. Nie staniemy się doskonali, ale MOŻEMY stać się lepsi. Nie ma wytłumaczenia dla popadania w apatię i mówienia: „Cóż, i tak nigdy nie uda mi się wystrzec wszystkich grzechów, więc po co w ogóle próbować?”. Nie! Każdy dzień przynosi nowe wyzwania; niektóre bywają trudniejsze od innych, jednak wszystkie stawiają nas w obliczu wyborów moralnych. Być może podejmiemy próbę samodoskonalenia się, krok po kroku –
i czasem, miejmy nadzieję, uda nam się odnotować na tym polu sukces, niekiedy zdarzy nam się jednak ponieść porażkę; nieraz zaś nie tylko zaliczymy porażkę, lecz jeszcze cofniemy się na naszej drodze! W takich chwilach potrzebujemy zachęty, wsparcia i pomocy, aby spróbować na nowo.

Jeśli się nie mylę, to irlandzki dramatopisarz Samuel Beckett napisał:

„Podjąłeś próbę?

Nie wyszło ci?

Nieważne,

Spróbuj jeszcze raz.

Znów ci nie wyjdzie.

Ale nie wyjdzie ci LEPIEJ”.*

Oto dobry cel, cel realistyczny, właśnie dlatego, że stawia przed nami tylko pewne ograniczone,
a nie nieskończone żądania. Konfrontuje nas z pewnym wyzwaniem, lecz czyni to w sposób,
z którym my, jako istoty ludzkie, jesteśmy w stanie sobie poradzić. Bądź powinniśmy być
w stanie sobie poradzić. Wymaga to jednak zaakceptowania możliwości porażki, zanim jeszcze na dobre zabierzemy się do działania; wymaga to pogodzenia się z faktem, że być może nie uda nam się osiągnąć naszych celów, i to jeszcze zanim podejmiemy w ogóle jakiekolwiek działania w kierunku ich spełnienia. Wymaga to wykazania się skromnością – ale zarazem determinacją, aby uczynić wszystko, co w naszej mocy.

Jeśli będziemy rozpatrywać słowa modlitwy Kol Nidre właśnie w takim kontekście, to nabiorą one ważnego, aktualnego znaczenia i staną się pomocne.

W nadchodzących godzinach czeka nas wiele do zrobienia. Będziemy pościć (o ile nie uniemożliwią nam tego ważne względy zdrowotne), celowo starając się nie tyle stosować dietę
i stracić na wadze, co po prostu nauczyć się obchodzić bez czegoś, skoncentrować się
w mniejszym stopniu na naszych żołądkach, a bardziej na naszych duszach. Zważywszy iż nie jesteśmy do tego prawdopodobnie zbytnio przyzwyczajeni, początkowo będzie się to wiązać
z pewnym dyskomfortem – podobnie jak w przypadku każdego innego rodzaju ćwiczeń, czy będą to ćwiczenia natury fizycznej czy też duchowej – lecz dyskomfort ten przeminie,
a w każdym razie czas jego trwania będzie (dla nas) ograniczony.

Będziemy odmawiać wiele modlitw; niektóre z nich wyrecytujemy tylko raz, inne zaś będziemy powtarzać kilkukrotnie. Po co je powtarzamy? Niektóre przesłania nabierają większego znaczenia i są przyswajane jeszcze lepiej dzięki powtarzaniu, siła ich oddziaływania nie słabnie
i nie powszednieją nam, lecz stają się częścią naszego sposobu myślenia – na przykład gdy zwracamy się do Awinu Malkenu, do „naszego Ojca, naszego Króla”. Słowa te przypominają nam, iż jesteśmy tylko dziećmi, iż jesteśmy tylko poddanymi, że choć współcześnie modne jest bycie dumnym z własnej autonomii i niezależności, to w rzeczywistości dalej pozostajemy śmiertelni i to nie my sami definiujemy nasze ograniczenia.

Będziemy mieli okazję czytać i myśleć, studiować i oddawać się kontemplacji. Będziemy mogli przyłączyć się do wspólnych śpiewów i czytań całej kongregacji, będą też jednak okazje do „wyłączenia się” i podążania tokiem własnych myśli, do przywołania własnych żali oraz wspomnień o rzeczach uczynionych i nieuczynionych – o rzeczach, które są na wskroś osobiste
i które takimi powinny pozostać, którymi nie podzielimy się z żadnym innym człowiekiem – lecz tylko z samym sobą i Bogiem. Niekiedy będziemy odczytywać na głos wspólne wyznania: „Zgrzeszyliśmy, zawiedliśmy…” – a jako że czytamy je wspólnie, razem, w „pierwszej osobie liczby mnogiej”, unikamy tym samym osobistego upokorzenia, dając jednocześnie naszym językom i ustom możliwość wyrażenia tego, co czują nasze umysły.

Będzie też okazja zastanowić się nad tym, w jaki sposób działał system składania ofiar
w dawnych czasach, jak również nad tym, co my sami – i w jaki sposób – bylibyśmy skłonni poświęcić i złożyć w ofierze.

Może się zdarzyć tak, że w momencie, gdy ten dzień będzie dobiegać końca, czyli właśnie o tej porze jutro wieczorem, będziecie mieć poczucie: „To wszystko mnie przerosło, nie skupiłem się wystarczająco, nie wyszedłem z tej próby zwycięsko – CHCIAŁEM się lepiej modlić i głębiej się zastanawiać. Chciałem wytrwać w stanie czuwania. Chciałem wszystko przeczytać”. Scenariusz ten jest dość prawdopodobny, nie ma się czym martwić. Jeśli w modlitwie Kol Nidre możemy dopatrzeć się jakiegoś znaczenia, to jest nim nauka otwartego przyznawania, że nie zawsze udaje się nam osiągnąć nasze cele – ale że przynajmniej cele te sobie postawiliśmy.

A w następnym roku – jeśli Bóg pozwoli – możemy spróbować jeszcze raz. Lepiej.

Chatima Towa.

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

* Przekład za wersją angielską (przyp. tłum.).