EMOR

EMOR

 

Rabin dr Walter Rothschild

Jest to dzień, którego znaczenia nie można zignorować, nawet jeśli wiąże się z nim wiele różnych aspektów. Oficjalnie 8 maja 1945 roku Trzecia Rzesza skapitulowała przed zwycięskimi siłami aliantów reprezentowanymi przez Wielką Brytanię (wraz z jej imperialnymi wojskami), Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Za jednym pociągnięciem pióra. Jako że pochodzę z Wielkiej Brytanii, żyję i pracuję w Niemczech i pracuję również w Polsce (choć obecnie jestem zmuszony zachowywać dystans geograficzny z powodu nowego rodzaju Żelaznej Kurtyny), jest to w moim przekonaniu rocznica, której nie można zignorować. Jak wiemy – jeśli tylko zadamy sobie trud słuchania i uczenia się – NIE oznaczało to, że konflikt zwany Drugą Wojną Światową dobiegł wtedy końca. (Konflikt ten stał się wojną światową być może wtedy, gdy Stany Zjednoczone dołączyły do niego w grudniu 1941 roku). Konflikt na Dalekim Wschodzie ciągnął się jeszcze przez kolejne pół roku, a ówcześni stratedzy wojskowi zakładali, że może trwać jeszcze przez kilka lat. Dopiero po straszliwym szoku po uświadomieniu sobie, że jeden samolot z jedną bombą może w jednej chwili zmieść z powierzchni ziemi całe miasto – coś, co wcześniej wymagało tysięcy ludzi, czołgów, pocisków i miesięcy udręki – dopiero to wstrząsnęło niektórymi decydentami i skłoniło ich do położenia kresu walkom. (A nawet i to przesłanie wymagało powtórzenia, powielenia, zanim zostało zrozumiane).

     Jak wiemy, zabijanie nie skończyło się od razu, ani też umieranie – od ran, z głodu, wyczerpania, chorób, rozpaczy. Jak wiemy, miliony osób w każdym wieku i narodowości były w owym czasie wysiedlonymi uchodźcami, pogrążonymi w żałobie, zagubionymi, straumatyzowanymi, zubożałymi i zdezorientowanymi. Niektórzy uważali, że powinni wrócić do domu, niektórzy już wiedzieli, że nie mają domu, do którego mogliby wrócić, zaś inni dowiedzieli się o tym dopiero wtedy, gdy podjęli już wysiłek powrotu do miejsc, z których zostali tak brutalnie zabrani – ale które nie były już dla nich „domem”. Wielu przekonało się, że są jedyną ocalałą osobą ze swojej rodziny, ze swojego pokolenia albo ze swojej społeczności. Wielu było więźniami, jeńcami wojennymi albo więźniami z powodu uprzedzeń politycznych. Wielu z nich zostało wywłaszczonych, wielu było trwale okaleczonych. Można by ciągnąć dalej tę listę różnych rodzajów ludzkich nieszczęść. Oczywiście Stalin pierwotnie zawarł potajemną umowę z Hitlerem, a potem, gdy Hitler ją złamał, zażądał pomocy od aliantów (udzielonej ogromnym kosztem w postaci straconych konwojów i okrętów) oraz otwarcia drugiego frontu, po czym natychmiast znów zmienił zdanie, na skutek czego dla dużej części Europy wyzwolenie nie było w rzeczywistości prawdziwym wyzwoleniem, a zaledwie zastąpieniem jednego totalitarnego najeźdźcy przez drugiego. Wojny rzadko kiedy mają jasno określone zakończenie. Widziałem zdjęcia pokazujące, jak wyglądał Berlin w maju 1945 roku; widziałem też zdjęcia przedstawiające, jak wyglądała Warszawa w 1945 roku – jestem pewien, że oglądaliście podobne zdjęcia – i mówiąc szczerze nie ma między nimi dużej różnicy i trudno się nie zastanawiać, jak ktokolwiek, KTOKOLWIEK mógł znaleźć siłę, żeby zacząć wszystko od początku.

Zaledwie trzy czwarte stulecia później wojna dalej się jeszcze tak naprawdę nie skończyła, a z pewnością nie zatarło się jej wspomnienie w ludzkiej pamięci, nawet jeśli ostatni czynnie biorący udział w tych wydarzeniach świadkowie schodzą ze sceny. Spędziłem nieco czasu w trwającym obecnym „zamknięciu”, nadrabiając zaległości w lekturze; przeczytałem między innymi pamiętniki „mojego rabina” Hugo Gryna, z’l’, który został „wyzwolony” w Austrii po biegnącej zygzakiem odysei z okupowanej przez Węgry Czechosłowacji, przez Auschwitz, przez Lieberose nieopodal Cottbus (Chociebuża) aż do Gunskirchen nieopodal Linzu. Przeglądałem też niezwykłą publikację wydaną w 1981 roku dotyczącą dziwacznych marzeń Hitlera o zbudowaniu ogromnej linii kolejowej, żeby połączyć Berlin z Charkowem, z Moskwą i Konstantynopolem. Zdjęcia pokazują Hitlera, zaledwie dwa tygodnie przed jego samobójstwem, patrzącego w zadumie na modele zaplanowanych nowych miast Wielkiej Rzeszy Niemieckiej, które zamierzał zbudować, w razie konieczności niszcząc już istniejące miasta. To w sumie dość niesamowite, jak sam jeden wymarzył sobie, zaplanował i rozpoczął wojnę – oraz jak osobiście doprowadził do klęski Niemiec. Na początku roku 1941 powiedział generałowi Paulusowi, który martwił się o zaopatrzenie dla wojska w zimie: „Przestań mówić o kampaniach zimowych, nie będzie żadnej kampanii zimowej, zabraniam komukolwiek o tym mówić”. Owej zimy – Wehrmacht zamarzł i blitzkrieg przeciwko Rosji się zatrzymał. Równie niesamowite jest to, jak inteligentni, doświadczeni, kompetentni ludzie ślepo za nim podążali, nawet kiedy wiedzieli, że nie ma racji, nawet kiedy wiedzieli, że sprawa jest stracona, nawet kiedy było to sprzeczne ze sposobem, w jaki zostali wychowani albo z sumieniem, które wciąż (ledwo co) posiadali. A gdyby ktoś spytał któregokolwiek z ówczesnych przywódców Osi, czego tak naprawdę potrzebują, czego osobiście chcą, co mają nadzieję uzyskać przesuwając granice narodowe o kilka kilometrów, rozlewając przy tym tak wiele krwi i niszcząc tak wiele domów – nie jestem pewien, co mogliby na to odpowiedzieć, poza pustą retoryką o „dumie narodowej” albo „przeznaczeniu”.

Przelatywałem często nad różnymi częściami Europy i interesujące jest to, że kiedy patrzy się w dół z okna, można zobaczyć góry, rzeki, miasta i pola – ale nie można dostrzec granic. Z drugiej strony, mapy są niebezpieczne: nie widać na nich gór, rzek, miast i pól – dowodów na to, co zbudowali ludzie, widać tylko niewyraźne zarysy i linie wijące się na papierze oraz kartkę podzieloną na różne kolory. Narody są definiowane poprzez ich miejsce na mapie, a nie ich miejsce na świecie.

Ludzie często marzą o zmianie świata, a niektórym udaje się nawet tego dokonać. Jest to w końcu na wskroś ludzka cecha. Projektują coś, komponują, piszą albo głoszą, przekonują ludzi, żeby zmienili swoje życie, oferują im nowe możliwości jeśli chodzi o sposób podróżowania, uprawiania plonów, ogrzewania domów, budowania, leczenia ciała z infekcji i inne rzeczy. Przekonują ludzi, żeby spróbowali nowych form organizacji społecznej, namawiają ich, żeby myśleli inaczej o swoim miejscu we wszechświecie. Dokonuje się to jednak najlepiej poprzez pokazywanie, nauczanie i przekonywanie – a nie siłą, nie poprzez przymus, groźby i przemoc. Taka droga prędzej czy później prowadzi do zniszczenia i śmierci.

Ale niektórzy mają inne marzenia. Marzą o kontroli. O kontroli nad państwem, nad jakimś biznesem, o kontroli nad każdym z osobna i wszystkimi razem wziętymi. Ich psychika zdaje się tego potrzebować. Jestem przekonany, że historia świata byłaby o wiele lepsza, gdyby wszyscy ci, którzy marzą o zabawie w żołnierzy, mogli się zadowolić zabawą malowanymi, ołowianymi figurkami. (Obecnie zastępstwem mogą być oczywiście elektroniczne gry wideo, ale choć pozwalają one na szybszy i bardziej realistyczny, dwuwymiarowy konflikt, to osłabiają jednocześnie potrzebę i zdolność fantazjowania). Niektórzy lubią budować modele krajobrazów, a inni lubią projektować przebiegające przez nie modele kolejowe. Będąc twórcą modelowej sieci kolejowej można o wszystkim decydować, jako że nie ma nikogo, kto miałby inną opinię, kto by narzekał albo się sprzeciwiał. Nikogo, kogo trzeba by usunąć albo wyeliminować siłą…. Nie ma udziałowców, którzy narzekaliby na koszty ani pasażerów, którzy narzekaliby na opóźnienia. Pełna kontrola.

Sytuacja w czasie tamtego okropnego okresu polegała na tym, że ludzie –  proporcjonalnie rzecz biorąc może tylko niewielka ich liczba – uważali, że mają prawo kontrolować całe państwa i całe kontynenty; że oni i tylko oni będą mieli prawo decydować, kto może żyć (i gdzie i w jakich warunkach), a kto musi umrzeć. Proporcjonalnie rzecz biorąc była to niewielka liczba osób – ale gdy uzyskali już (bądź zostały im dane) władzę i zwierzchnictwo – smutną prawdą jest, jak wiele innych osób było gotowych im pomóc; jak wiele innych osób było gotowych czerpać korzyści ze słabości albo strat innych ludzi, wykorzystywać ich, okradać i wywłaszczać.

W sidrze Emor, którą będziemy czytać (albo powinniśmy czytać) w tym tygodniu, w 25 rozdziale księgi Kapłańskiej znajdziemy przykazanie, żeby traktować ziemię z szacunkiem. Ziemia, podobnie jak każde inne żywe stworzenie, potrzebuje odpoczynku i przerwy raz na każde siedem cykli. Dla człowieka albo zwierzęcia cykl wynosi jeden dzień oraz siedem dni; dla ziemi, która się budzi, rozkwita, a potem wraca do snu, cykl wynosi rok albo siedem lat. Bóg mówi, że Izraelici muszą się nauczyć, że ziemia nie jest ich własnością, z którą mogą robić, co tylko im się podoba – lecz należy do Boga i trzeba się o nią troszczyć. Wcześniej, w rozdziale 23, Izraelici muszą stworzyć dla siebie czy też narzucić sobie jednoroczny cykl, tak żeby liczyć dni i miesiące (włącznie z liczeniem omeru, czyli czasem, w którym sami obecnie się znajdujemy), tak żeby każdy roczny cykl mógł mieć odpowiedni początek i odpowiednie zakończenie. Muszą się też nauczyć, że potrzebują ziemi bardziej, niż ziemia potrzebuje ich.

Jeśli przyjrzeć się temu, do czego są zdolne istoty ludzkie – a przypadająca w tym tygodniu rocznica jest doskonałym przykładem tych okropności – to Tora wraz z jej przykazaniami nakazującymi skromne podporządkowanie się Bogu połączone z regularnym wyrażaniem wdzięczności i troski staje się w istocie bardzo potężnym symbolem tego, jak mogłaby (i jak powinna) wyglądać nasza relacja z ziemią i ze sobą nawzajem, a w istocie również nasza relacja z samym czasem. Jubileusz powinien być obchodzony co pięćdziesiąt lat – tak stwierdza Tora. Na tyle właśnie jesteśmy w stanie wybiegać naprzód spojrzeniem, a potem wszystko zostaje „zresetowane”. Nie wspomina się nigdzie o Tysiącletniej Rzeszy….

 

Szabat Szalom,  rabin dr Walter Rothschild

P.S. W tym czasie należy również wspomnieć, choć nie jest to szczególnie modne, o kwestii winy. W ciągu ostatnich kilku tygodni, jak być może mieliście okazję przeczytać, badacze pracujący w (niedawno otworzonym) Archiwum Watykańskim odkryli, że papież Pius XII został w istocie poinformowany o masowym mordowaniu Żydów w Europie, ale albo jego pomocnicy zachęcili go, żeby zbagatelizować te doniesienia, albo sam podjął taką decyzję. Jednakże istnieją dokumenty potwierdzające, iż dochodziło do spotkań i pisemnych oświadczeń, co sugeruje, że czasy zacierania tych kwestii albo poddawania ich w wątpliwość muszą dobiec końca. Podobnie, właśnie w tym tygodniu Kościół katolicki w Niemczech publicznie przyznał się do przewinień Kościoła w okresie nazistowskim, gdy większość jego biskupów i księży wspierało Hitlera i partię narodowych socjalistów – motywowani mieszanką nacjonalizmu, strachu przed bolszewizmem oraz, jak można zakładać, głupoty i uprzedzeń w stosunku do wszystkich niebędących katolikami. Jest to ogromny krok naprzód. Pojedynczy księża oraz inni robili, co było w ich mocy, żeby pomagać albo ratować tych, których tylko mogli, jednak Kościół jako instytucja zawiódł – wydaje się, że jako „Ciało Chrystusa na Ziemi” zagubił albo zaprzedał swoją duszę. I choć wina ta nie spada na osoby działające obecnie w ramach tej instytucji, (chyba że ktoś wierzy w dziedziczenie grzechów?), to powinna nam posłużyć za przypomnienie, że mieszanie religii i polityki zwykle demoralizuje i jedną, i drugą. Dobrze byłoby, gdyby ta lekcja została przyswojona, albo ponownie przyswojona, w obecnych czasach.

Nawiasem mówiąc, można by (ironicznie) zasugerować, że najlepszym w całej historii czasem na życie w Niemczech był czas tuż po kapitulacji. Choć ziemia była zapełniona gruzami, masowymi grobami i ludzką niedolą, to był też pewien pozytywny aspekt – gdzie by nie spojrzeć i kogo by nie spytać, NIE BYŁO ABSOLUTNIE ŻADNYCH NAZISTÓW!!! Jeśli kiedykolwiek jacyś tam byli, to musieli odlecieć z powrotem na Marsa. Wszyscy byli niewinni! Prawdziwy (choć dziwny) raj….

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Acharej Mot

Oczyszczanie sfery porządku

Refleksja nad paraszą Acharej Mot

Menachem Mirski

Istoty ludzkie pierwotnie zdominowały świat nie za sprawą swojej siły fizycznej, ale poprzez siłę swojego intelektu. Dominacja fizyczna przyszła o wiele później, wraz z początkiem współczesnej ery przemysłowej. W ciągu stuleci tego rozwoju uzyskiwaliśmy coraz to więcej kontroli nad środowiskiem naturalnym i nad innymi żywymi istotami. Dzięki zdolnościom naszego intelektu wygraliśmy walkę o przetrwanie z innymi stworzeniami. Wydaje się, że mamy naturalną skłonność do tego, żeby sprawować kontrolę nad światem albo przynajmniej nad naszym bliskim otoczeniem i czerpać z tego przyjemność. Osiągamy tę kontrolę przede wszystkim za sprawą naszego intelektu. Osiągając ją, znajdujemy spokój i stabilność, pozwala nam to też na rozwój naszych wewnętrznych przymiotów.

W przeznaczonej na ten tydzień porcji Tory czytamy o dość dziwnym rytuale ofiarnym. W dodatku do wszystkich rytuałów składania ofiar Bogu, które są szeroko opisywane w księdze Kapłańskiej, Mojżesz instruuje Aarona, żeby złożył kozła w ofierze tajemniczemu Azazelowi. Azazel to upadły anioł pojawiający się zarówno w hebrajskiej jak i muzułmańskiej mitologii. W okresie Drugiej Świątyni pojawia się jako upadły anioł odpowiedzialny za zapoznanie ludzi z zakazaną wiedzą. Jego postać pojawia się później w apokryfach, w Talmudzie i Zoharze, ale nie będziemy dzisiaj omawiać związanych z nim szczegółów. Powiem tylko, że obie te kwestie – zarówno sama ta postać jak i ów starodawny rytuał – stanowiły problem dla normatywnego żydowskiego monoteizmu, a problem ten możemy podsumować w jednym pytaniu: jaki cel miało w gruncie rzeczy składanie ofiar demonicznej istocie i próby jej udobruchania, jeśli jedynym władcą tego świata jest zazdrosny Bóg, który nie miał litości dla Izraelitów składających ofiary jakimkolwiek istotom albo bóstwom poza Nim?

Odpowiedź na to pytanie, jaką dzisiaj zaproponuję, jest następująca: oba rodzaje ofiar, czyli te składane Bogu i Azazelowi, były składane po to, żeby przywrócić boski porządek świata. Ten biblijny, boski porządek świata posiada swoje centrum oraz swoje peryferie. Centrum tego porządku był Miszkan (a później Świątynia), ale przede wszystkim Arka Przymierza. Im dalej odchodzimy od tego centrum boskiego porządku, tym więcej napotykamy sił chaosu i tym bardziej jesteśmy wystawieni na przypadkowe, nieprzewidywalne i – z definicji – złe wydarzenia.  Pustynia, na którą nakazano Aaronowi posłać kozła dla Azazela, jest miejscem, w którym rządzą siły chaosu. Tego miejsca należy albo unikać, albo trzeba je udobruchać bądź całkowicie podbić – kontrolować je i ostatecznie przemienić w miejsce porządku. Tutaj mamy do czynienia tylko z unikaniem oraz jakimś rodzajem symbolicznego ułagodzenia, ale przede wszystkim z unikaniem/separacją – wszystkie grzechy Izraela zostały umieszczone na głowie kozła:

I położy Aaron obie swoje ręce na głowie kozła żywego, i wyzna nad nim wszystkie przewinienia [Izraelitów] i wszystkie ich przestępstwa, którymi zgrzeszyli, i złoży je na głowę kozła, i wypędzi go przez wyznaczonego męża na pustynię. Tak poniesie na sobie ten kozioł wszystkie ich przewinienia do ziemi [niedostępnej]*; a tamten wypuści tego kozła na pustynię. (Wajikra/Kpł 16, 21-22)

Wszystkie grzechy, przewinienia i transgresje przynależą do sfery chaosu i w rzeczywistości są spowodowane siłami chaosu, w związku z czym jasne jest, że powinny zostać odesłane z powrotem do miejsca, z którego pierwotnie przyszły.  Czyniąc to, usuwamy te siły ze sfery boskiego porządku, oczyszczamy tę sferę i przywracamy jej całkowity porządek. Ta odnowiona separacja porządku i chaosu była konieczna, ponieważ to właśnie chaos – brak odpowiednich procedur – spowodował wypadek, w którym zostali zabici synowie Aarona, a o którym wspomina się w naszej poprzedniej porcji Tory.

Ten boski porządek istnieje wiecznie, a zatem również i dzisiaj. Rozciąga się on na wszystkie ontologiczne wymiary doświadczanego przez nas świata: na świat natury (opisywany przez fizykę, chemię i biologię), na sferę społeczną (sferę ludzkich interakcji) oraz sferę duchową. Sferę duchową można podzielić na sferę psychologiczną oraz na sferę „obiektywnego ducha”, obejmującą wszystkie formy wyrazu ludzkiego ducha: sztukę, literaturę, filozofię, religię etc. Nie musimy się zbytnio martwić o boski porządek w świecie natury: jest on czymś danym i stabilnym i przestrzega praw przyrody, które odkrywaliśmy na przestrzeni historii i które wciąż odkrywamy. Jedyną rzeczą, o którą możemy się martwić jeśli chodzi o boski porządek przyrody, jest nasz wpływ na tę sferę, wpływ, który może zdestabilizować naturalne procesy i może doprowadzić nas do negatywnych konsekwencji. Nie mamy możliwości zmienić praw natury, ale natura może nas „ukarać”, jeśli nasze z nią interakcje prowadzą do konfliktu. Przez naturę nie mam tutaj koniecznie na myśli planety Ziemi, tzn. klimatu. Może to równie dobrze dotyczyć sytuacji, w której destabilizujemy naturalne, biologiczne procesy w naszym organizmie, w wyniku czego możemy stać się bezpłodni.

Tym, o co musimy się najbardziej martwić, jest boski porządek w dwóch pozostałych sferach: w sferze społecznej oraz duchowej, gdyż to właśnie my jesteśmy bezpośrednio odpowiedzialni za utrzymanie tego porządku w tych sferach. Oznacza to, że musimy utrzymać rządy prawa, równowagi i harmonii wewnątrz tych sfer. Jako że w praktyce są one w istocie nierozłączne, żeby wieść dobre i zdrowe życie musimy utrzymywać wszystkie porządki tych sfer „w stanie spójności” – zintegrowane ze sobą. Nasz duchowy porządek i równowaga muszą zostać zintegrowane z porządkiem społeczeństwa, a oba z nich muszą zostać zintegrowane z porządkiem natury. Nie oznacza to, że musimy się zawsze poddawać dyktatowi przyrody albo społeczeństwa. Nie. Nasze zdolności duchowe  oraz koncepcje dotyczące porządku społecznego i regulacji społecznych mogą, a czasem powinny, podważać ustanowione porządki społeczeństwa i przyrody – w ten sposób dokonuje się postęp. Ale utrzymywanie niemądrej i długoterminowej niespójności pomiędzy porządkami którychkolwiek z tych sfer bez żadnego celu ani realnej perspektywy zmiany może być niszczycielskie dla ludzi i naszych społeczeństw.

Warto wspomnieć tutaj o koncepcji zbawienia zaproponowanej przez Mordechaja Kaplana. Dla Kaplana zbawienie posiada wymiar zarówno osobisty jak i społeczny, a oba te wymiary mają równie duże znaczenie i nie mogą w pełni istnieć bez siebie nawzajem. Zbawienie w wymiarze osobistym odpowiada wierze  w możliwość wykształcenia zintegrowanej osobowości. Posiadać zintegrowaną osobowość oznacza, że wszystkie nasze naturalne impulsy, żądze i pragnienia, pomiędzy którymi tak często zachodzi konflikt, zostają zharmonizowane. Jak mówi Kaplan, „nie wolno nigdy pozwolić na to, żeby doszło między nimi do impasu, do takiego wzajemnego zahamowania, które czyni życie pustym i pozbawionym sensu, bez zapału i smaku. Ani nie można im pozwolić na prowadzenie do rozproszenia, do stanu, w którym nasza osobowość jest tak bardzo rozdarta przez sprzeczne z sobą pragnienia, że człowiek, jakim jesteśmy w niektórych momentach albo w niektórych relacjach patrzy z pogardą i obrzydzeniem na człowieka, jakim jesteśmy w innych”. Tak długo, jak będzie to wyglądać właśnie w ten sposób, nie osiągnęliśmy jeszcze osobistego zbawienia. W biblijnych narracjach znajdziemy wiele opowieści, których bohaterowie doświadczają tego rodzaju wewnętrznych zmagań – zmagań, które często wpływają na ich ludzkie otoczenie.

Według koncepcji Kaplana zbawienie posiada również wymiar społeczny. Samolubne zbawienie jest czymś niemożliwym do osiągnięcia, gdyż żaden człowiek nie jest samowystarczalny w wymiarze psychologicznym. Do osobistego zbawienia nie może dojść dopóty, dopóki w porządku społecznym istnieje niesprawiedliwość; do zbawienia społecznego nie może dojść dopóty, dopóki  chciwość  i żądza władzy tłumią ludzkie pragnienie życia w ludzkiej społeczności, w której szanowane są wartości takie jak miłość, szacunek i współczucie. Bóg zajmuje tutaj szczególne miejsce: „Wierzyć w Boga oznacza zakładać, że przeznaczeniem człowieka jest wznieść się ponad brutalność i wyeliminować wszelkie formy przemocy i wyzysku z ludzkiego społeczeństwa”. Krótko mówiąc – jak pisze dalej Kaplan, „Bóg jest Siłą w kosmosie, która nadaje ludzkiemu życiu taki kierunek, dzięki któremu człowiek może odzwierciedlać obraz Boga. W tym sensie prawdą jest, że prawdziwe zbawienie jest w świecie, który nadejdzie, jako że nie zostało jeszcze osiągnięte”.

Izraelici, nasi starodawni przodkowie, postrzegali świat, podobnie jak wiele innych starodawnych ludów, przede wszystkim jako walkę pomiędzy dobrymi i złymi siłami na świecie. Z czasem, i to jest nasz żydowski, oryginalny wynalazek, koncepcja ta utraciła swoją symetrię i dwie potęgi, które rządzą światem, przestały mieć równy status ontologiczny – w tym momencie staliśmy się monoteistami. Ale wiele naszych starodawnych opowieści można postrzegać jako obiektywizację wewnętrznych, duchowych zjawisk. Historie o Azazelu czy Arce Przymierza mogą być rozumiane jako opowieści o wewnętrznej walce toczonej przez naszych przodków o ustanowienie nowego porządku świata, w którym sprawiedliwość, miłość, szacunek i pokój są najwyższymi wartościami. Ta walka jeszcze się nie skończyła; naszym dziedzictwem jest kontynuować walkę o te wartości aż do chwili, gdy osiągniemy świat, który nadejdzie.    

 

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

* Przekład za wersją angielską (przyp. tłum.).

Szemini

Stało się coś niedobrego. Co teraz?

Refleksja nad paraszą Szemini

 

Dopiero co skończyły się obchody Pesach, święta wolności. Koncepcja wolności jest nierozłącznie powiązana z koncepcją wyboru. Życie stawia przed nami wybory, może nie w każdej chwili, jednakże przez większość czasu stawia nas w sytuacji, kiedy musimy wybierać. Są małe i duże wybory. Drobne wybory zwykle łatwiej jest podejmować, gdyż wiążą się z nimi mniejsze konsekwencje. Duże wybory niosą z sobą większe konsekwencje – czasem obejmujące nawet cierpienie, są zatem znacznie trudniejsze do podjęcia. Nieuchronnym problemem jest fakt, iż nasza wiedza o przyszłości jest zawsze ograniczona, więc trudno jest dokonywać trudnych wyborów. Ale mamy wybór.

Nigdy nie mamy całkowicie niezawodnych recept w kwestii tego, co powinniśmy robić w danej chwili z powodu następujących dwóch faktów: gdyż nasze życie wymaga, żebyśmy dokonywali wyborów w wyznaczonym czasie oraz gdyż nigdy nie mamy pełnej wiedzy na temat przyszłości, żeby się upewnić, czy nasze wybory są słuszne (ponieważ nie możemy czekać w nieskończoność na tę wiedzę, bo musimy dokonywać naszych wyborów w wyznaczonym czasie, to jakość naszej wiedzy zależy od czasu, jaki mamy do dyspozycji, żeby zgromadzić dane i stworzyć odpowiednią teorię). Mamy zatem całe spektrum postaw wobec życia – ludzi, którzy ponad wszystko cenią sobie bezpieczeństwo, zaś z drugiej strony tych, którzy nie potrafią żyć bez podejmowania ryzyka. Na ten dualizm postaw często nakłada się inny dualizm: mamy ludzi, którzy działają cierpliwie (nie dlatego, że boją się utraty bezpieczeństwa, ale ponieważ głęboko się zastanawiają nad konsekwencjami każdego działania) oraz ludzi, którzy działają szybko i przechodzą do kolejnych spraw, gdyż ich to nie obchodzi albo są przekonani, że wszystko wiedzą. Moglibyśmy mnożyć te nakładające się na siebie dualizmy. Zasadniczym problemem jest fakt, iż nie posiadamy obiektywnych kryteriów aby ocenić, które postawy są właściwe, a które nie. Zgadzam się, że bycie wyedukowanym ryzykantem może być najlepszym z wszystkich przedstawionych wyżej wyborów, ale zwykle wiemy o tym post-factum, gdy znamy już skutki różnych decyzji.

Przeznaczona na ten tydzień porcja Tory opisuje tragedię śmierci dwóch synów Aarona, Nadaba i Abihu. Obaj z nich zmarli na skutek ofiarowania Bogu „innego ognia, którego im nie nakazał [ofiarować]”. Aaron zamilkł w obliczu tego, co się wydarzyło, ale wydaje się, że Mojżesz zareagował w przesadny sposób: był zły z powodu tego, co się wydarzyło, a jednocześnie bał się możliwego powtórzenia tej tragedii. Z tego powodu postanowił zastosować nadzwyczajne środki ostrożności, do tego stopnia, że zabronił Aaronowi odprawić rytuał żałobny nad zmarłymi synami:

„Rzekł potem Mojżesz do Aarona i do Eleazara i do Itamara, synów jego: Głów waszych nie obnażajcie, ani szat swych nie rozdzierajcie, byście nie pomarli, a Bóg nie rozgniewał się na wszystko zgromadzenie. Ale bracia wasi, wszystek dom [Izraela], niech płaczą tego spalenia, które uczynił Pan. Ze drzwi też namiotu zgromadzenia nie wychodźcie, byście nie pomarli; albowiem olejek pomazania Pańskiego jest na was. I uczynili według rozkazania Mojżeszowego” (Kpł 10, 6-7).

Później mamy szereg instrukcji dotyczących procedur składania ofiar oraz debatę na ten temat pomiędzy Mojżeszem i Aaronem. Historia ta wywołała szeroką dyskusję rabiniczną na temat wszystkich kwestii związanych z tym wypadkiem, począwszy od przyczyn wypadku po praktyczne wnioski w kwestii tego, jak radzić sobie z podobnymi sytuacjami w przyszłości. Bez wdawania się w szczegóły, zarówno Biblia jak i rabini zgadzają się, że Aaron miał rację: nie wolno mu było rozedrzeć swoich szat na znak żałoby, ale nie miał obowiązku zmuszać go do radowania się. Ofiara nie przybliża automatycznie oddającego cześć do Boskości, jeśli nie towarzyszy jej odpowiedni stan umysłu. Oznaczałoby to, że gdyby poza Aaronem i jego dwoma pozostałymi przy życiu synami, Itamarem i Eleazarem, byli też inni kapłani, którzy mogliby wypełniać te obowiązki, to nie musieliby w dalszym ciągu składać tych ofiar.

Z tej historii możemy wynieść taką lekcję, że fakt, iż mamy rację jeśli chodzi o analizowanie przyczyn danej sytuacji, nie oznacza koniecznie, że mamy rację w kwestii tego, jak powinniśmy radzić sobie z jej skutkami. Nasza wiedza jest zawsze ograniczona i często najlepiej jest założyć, że INNI LUDZIE WIEDZĄ COŚ, CZEGO MY NIE WIEMY. Spójrzmy prawdzie w oczy – właśnie dlatego często mamy różne opinie. Spójrzmy prawdzie w oczy – wiemy tylko tyle, ile wiemy – czy nie powinniśmy być otwarci na dowiadywanie się…, na uczenie się…  tego, co wiedzą inne osoby. Spójrzmy prawdzie w oczy – tym właśnie jest w istocie Talmud.

Historia ta uczy nas, że stosowanie nadzwyczajnych środków ostrożności nie zawsze bywa dobre. Filozofia stojąca za powiedzeniem „lepiej dmuchać na zimne” może mieć negatywne skutki, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą strach, złość albo dowolne inne silne emocje.

Innym bardzo istotnym względem jeśli chodzi o ograniczanie wolności jest nieuchronny bunt człowieka. Bycie nadopiekuńczym i posunięcie się za daleko z restrykcjami może wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Jest to szczególnie aktualne dzisiaj, gdy mamy do czynienia z „rozkazami” pozostania w domu. Dla nas jako dla społeczeństwa kluczowe jest, żeby nasze rządy oszacowały konsekwencje działań społecznych, biorąc pod uwagę pełny kontekst sytuacji. W szczególności, kiedy mówimy o Covid i ograniczeniach dotyczących pozostawania w domach i dyskusjach na temat „otwierania społeczeństwa”, musimy być bardzo ostrożni jeśli chodzi o nakładanie ograniczeń na ludzi i na ludzkość. Nie jest to dyskusja na temat „gospodarka versus życie”, co może dostrzec każdy myślący obserwator. Przekonanie, że poprzez nałożenie surowych ograniczeń na ludzi uda się ich podporządkować nie ma oparcia ani w ludzkiej psychologii, ani w historii. Wiemy z historii – do licha, każdy, kto wychowywał nastolatka wie, że jeśli nałoży się na ludzi arbitralne ograniczenia, to się zbuntują. Każdy, kto był świadkiem upadku komunizmu w latach 90. XX wieku wie, że jeśli nałoży się arbitralne ograniczenia na społeczeństwo, to ono się zbuntuje. Ludzie będą się buntować z różnych powodów, ale sprowadza się to do tego, że bycie na siłę pozbawionym swobód nie jest naturalnym stanem i chyba że zostaną wytresowani i złamani przez… chociażby komunistyczne społeczeństwo, to ludzie się temu nie podporządkują. Gdy tylko „lud” zda sobie sprawę, że ograniczenia nie są niezbędne albo są wręcz arbitralne, to nieuchronnie odpowiedzą w przesadny sposób i będą postrzegać wszystkie ograniczenia jako arbitralne i zasługujące na bunt, a to będzie miało tragiczne konsekwencje, zwłaszcza teraz, kiedy stawka jest tak wysoka. Właśnie dlatego zawsze ważne jest zachowanie odpowiedniej równowagi. Odpowiednim podejściem do tej kwestii jest posiadanie jasnego, zrozumiałego i uzasadnionego zestawu zasad oraz dobry i skuteczny system ich egzekwowania.

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Komu możemy zaufać?

Komu możemy zaufać?

Mati Kirschenbaum

 Czytana przez nas w tym tygodniu parsza Bechukotaj zamyka tak zwany Kodeks Świętości, rozdziały 17-26 Księgi Kapłańskiej poświęcone rytualnym i moralnym zakazom mającym na celu uczynienie ludu Izraela narodem aspirującym do świętości. Początek naszej parszy przypada na podsumowanie Kodeksu, w którym znajdziemy opis błogosławieństw i przekleństw mających spaść na Izraelitów, jeśli będą — lub nie będą — oni posłuszni poleceniom Wiekuistego po wkroczeniu do Ziemi Izraela. Nagrodą jest pomyślność i pokój. Karą zaś — spustoszenie Ziemi Izraela, wygnanie Izraelitów, strach, głód i poniżenie na obczyźnie. Kara nie ma jednak trwać wiecznie – Wiekuisty nie opuści resztki Swojego ludu i w końcu przypomni sobie o przymierzu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem.

Do tematu przymierza z Bogiem nawiązuje haftara do naszej parszy — rozdział 16 i 17 proroctwa Jeremiasza. W haftarze  znajdujemy następujące stwierdzenie:

אָרוּר הַגֶּבֶר אֲשֶׁר יִבְטַח בָּאָדָם

Przeklęty jest człowiek, który pokłada nadzieję w innym człowieku. (Jr 17,5)

Takiego człowieka Jeremiasz opisuje następująco:

jest on podobny do dzikiego krzaka na stepie, nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście: wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną. (Jr 17,6)

W czym zatem mamy pokładać nadzieję? Jeremiasz nie pozostawia nam co do tego żadnych wątpliwości, mówiąc:

בָּרוּךְ הַגֶּבֶר, אֲשֶׁר יִבְטַח בַּיהוָה; וְהָיָה יְהוָה, מִבְטַחוֹ

Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Wiekuistym, i Wiekuisty jest jego otuchą. (Jr 17,7)

W niedzielę wybieramy polskich przedstawicieli w Parlamencie Europejskim. Wielu z nas ma poczucie, że głosuje na mniejsze zło. Nie mamy poczucia, że ufamy naszym politykom. I nie musimy: Jeremiasz uczy nas, że tak naprawdę możemy ufać tylko Wiekuistemu. Nie oznacza to jednak, że mamy, pełni nieufności, powstrzymać się od głosowania. Przeciwnie, musimy głosować, pamiętając o kolejnych słowach Jeremiasza:

 עָקֹב הַלֵּב מִכֹּל, וְאָנֻשׁ הוּא; מִי, יֵדָעֶנּוּ. אֲנִי יְהוָה חֹקֵר לֵב, בֹּחֵן כְּלָיוֹת:  וְלָתֵת לְאִישׁ כִּדְרָכָו, כִּפְרִי מַעֲלָלָיו

Serce (źródło ludzkiego intelektu) jest bardziej zdradliwe niż wszystko inne, jest ono słabe; któż je zbada? Ja, Wiekuisty, zgłębiam serce, badam wnętrze (charakter) człowieka, aby oddać każdemu według jego postępowania, stosownie do owoców jego starań. (Jr 17,9-10).

Jeremiasz uczy nas, że politycy popełniają błędy, co wynika z ludzkiej, niedoskonałej natury. W ostatecznym rozrachunku to Wiekuisty oceni ich błędy i wyciągnie ich konsekwencje. Teraz jednak musimy wierzyć, że ufając Wiekuistemu i Jego naukom jesteśmy w stanie wybrać najlepszych polityków, na jakich stać nasze społeczeństwo. Życzę Wam wszystkim oddania przemyślanego głosu w niedzielę.

 

A już teraz – Szabat Szalom!

 

Mati Kirschenbaum

Czy nadszedł czas na rok jubileuszowy?

Czy nadszedł czas na rok jubileuszowy?

 Mati Kirschenbaum

W czytanej w tym tygodniu paraszy Behar znajdziemy opis praw dotyczących roku jubileuszowego – roku, w którym wszelka własność wraca do jej pierwotnego właściciela. Praktyka obchodzenia roku jubileuszowego została przedstawiona w następujący sposób:

Naliczysz sobie siedem lat sabatowych, siedem razy po siedem lat. Czas tych siedmiu lat sabatowych obejmować będzie czterdzieści dziewięć lat. W dziesiątym dniu siódmego miesiąca każesz zadąć w róg. W dniu pojednania każecie dąć w rogi po całej waszej ziemi. Poświęcicie pięćdziesiąty rok i obwołacie w ziemi wolność dla wszystkich jej mieszkańców. Będzie to dla was rok jubileuszowy. Wrócicie każdy do dawnej swej własności i wrócicie każdy do swojej rodziny.

(Kpł 25, 8-10)

Opis jubileuszu zdaje się sugerować, że co czterdzieści dziewięć lat w społeczeństwie izraelickim dochodziło do swoistego „zrestartowania”, w ramach którego własność, która wcześniej przechodziła z rąk do rąk, powracała do jej pierwotnego właściciela. Koncepcja ta może wywołać u wielu z nas uczucie głębokiego dyskomfortu. W końcu w świecie cechującym się długą przewidywalnością życia przypadający co pięćdziesiąt lat jubileusz jest wydarzeniem, które prawie wszyscy z nas mieliby okazję przeżyć za swojego życia. Sądzę też, że większość z nas nie byłaby zadowolona, gdyby na przykład nasze mieszkanie, zakupione dzięki wsparciu w postaci zaciągniętego na 35 lat kredytu hipotecznego, miało powrócić do swojego poprzedniego właściciela tylko dlatego, że nadszedł rok jubileuszowy.

To uczucie dyskomfortu wynika z naszego oderwania od rzeczywistości biblijnej. My sami funkcjonujemy w gospodarce opartej na umiejętnościach, w ramach której zarabiamy na życie, sprzedając nasze umiejętności, a nie owoce naszej ziemi. Dla odróżnienia, społeczeństwo biblijne było w dużej mierze społeczeństwem rolniczym – większość Izraelitów pracowało w charakterze pasterzy i rolników. Dla nich sprzedaż ich ziemi komuś innemu była równoznaczna z przemienieniem się w pracownika najemnego, należącego do klasy społecznej plasującej się tylko oczko wyżej od niewolników. Gdy tacy pracownicy najemni popadali w długi, sprzedawali swoją wolność i stawali się niewolnikami. Zarówno akt sprzedaży własnej ziemi jak i sprzedaży własnej wolności były unieważniane podczas roku jubileuszowego, kiedy to ziemia była zwracana jej pierwotnemu właścicielowi, zaś niewolników wyzwalano i mogli wrócić do swoich rodzin. Jaki stał za tym powód? Dlaczego Tora postanowiła anulować transakcje, które stanowiły nieodłączną część życia gospodarczego na starożytnym Bliskim Wschodzie?

Tradycyjne komentarze przedstawiają odmienne odpowiedzi na te pytania. Zgodnie z wyjaśnieniem pochodzącym z Sifry, czyli komentarza do księgi Kapłańskiej, powrót ziemi do jej pierwotnych właścicieli miał w zamierzeniu służyć zachowaniu stanu posiadania ziemi przez plemiona izraelickie, zapewniając tym samym między nimi pokój. Sifra stwierdza również, że izraelickich niewolników uwalniano dlatego, iż stan zniewolenia uniemożliwiał im służenie ich prawdziwemu panu – czyli Bogu – z pełnym, niczym nieograniczonym oddaniem. Średniowieczny hiszpański komentator Abraham Ibn Ezra podkreślał znaczenie osobistej wolności, porównując osobę pozbawioną wolności do ptaka w klatce, który ostatecznie traci chęć do życia.

Wydaje się, że prawa dotyczące lat jubileuszowych miały służyć zapewnieniu zarówno jednostkowej wolności, jak również harmonii społecznej w starożytnym społeczeństwie izraelickim. Jakie mają one jednak znaczenie i zastosowanie w naszym życiu jako mieszkańców współczesnego świata zachodniego, w którym niewolnictwo odeszło już do przeszłości? Co oznaczają one w demokratycznym społeczeństwie szanującym nienaruszalność prawa własności?

Sądzę, że powinniśmy postrzegać prawa roku jubileuszowego przez pryzmat nierówności, które zagrażają stabilności naszego świata. Jednym z takich zagrożeń jest wciąż narastająca obecnie w skali globalnej nierówność pomiędzy bogatymi i biednymi. Na przykład, w roku 2018 najbogatszy 1% światowej ludności kontrolował 45% globalnego bogactwa, podczas gdy 64% światowej populacji posiadało tylko 2% światowego bogactwa. Ta nierówność jeszcze bardziej rzuca się w oczy, jeśli przyjrzymy się wzrastającemu w zawrotnym tempie bogactwu najbogatszych jednostek na świecie. W 2009 roku łączny majątek najbogatszych 380 ludzi na świecie odpowiadał stanowi posiadania całej biedniejszej połowy ludzkości. W 2017 roku bogactwo zgromadzone przez zaledwie czterdzieści dwie najbogatsze jednostki dorównywało wartości majątku posiadanego przez biedniejszą połowę ludzkości. Nierówności wyraźnie się powiększyły.

Nie chciałbym zostać źle zrozumiany, nie postuluję tu komunistycznej rewolucji jako remedium na wzrastające nierówności. Chcę tylko zwrócić uwagę, że dzisiejsze nadmierne nierówności są równie szkodliwe dla społeczeństwa, jak miało to miejsce w czasach biblijnych. W skali narodowej fakt ten osłabia spójność społeczną, antagonizuje różne grupy społeczne i sprzyja rozwojowi prawicowych ruchów populistycznych, które poszukują kozła ofiarnego. W skali globalnej nieproporcjonalny rozkład bogactwa prowadzi do narastania fundamentalistycznych postaw w społeczeństwach, które czują się skolonizowane, stanowi zarzewie wojen domowych i skłania ludzi do podejmowania dramatycznych, często kończących się śmiercią prób dostania się do krajów rozwiniętych.

Konsekwencje nierówności pod względem dochodu i szans są dotkliwie odczuwane w naszym społeczeństwie i skutkują występującymi w nim głębokimi podziałami politycznymi. W ten szabat, w szabat przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, zachęcam was do spojrzenia poza wzajemne oskarżenia naszych polityków i do zadania sobie następujących pytań: wybór której partii i którego programu może doprowadzić do powstania bardziej równego i mniej podzielonego społeczeństwa? Co mogę zrobić, aby doprowadzić do nastania współczesnego roku jubileuszowego, którego tak bardzo dziś potrzebujemy w tym kraju, w Europie i na całym świecie.

Szabat szalom!

Mati Kirschenbaum

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Emor

Emor

Rabin dr Walter Rothschild

W czytanej w tym tygodniu sidrze zostaje poruszonych kilka wątków, jednak w rozdziale 23 księgi Kapłańskiej znajdziemy listę świąt, które mamy obchodzić – wraz z wyjaśnieniem, w jaki sposób należy je obchodzić. Nasuwa się w związku z tym wiele pytań, zważywszy iż nie wypełniamy już opisanych tam zaleceń – nie przynosimy ofiar zwierzęcych ani nie potrząsamy „omerem”, czyli snopkiem. Liczymy, ale nie potrząsamy! Lecz jak powinniśmy świętować nasze święta i jaki tak naprawdę mamy powód do świętowania?

Muszę przyznać, że zaczynam się stopniowo coraz bardziej martwić o rabinów mieszkających w Stanach Zjednoczonych. I nie jest to kwestia „Schadenfreude”. Od lat dostawałem e-maile i komentarze w stylu „Jak możesz wciąż pracować w Europie? Czyż nie jest tam niebezpiecznie? Tak wiele tam narastającego antysemityzmu i populistycznych prawicowych polityków?”. Zaś teraz – muszą sobie jakoś radzić z faktem mieszkania w kraju rządzonym w na wpół-dyktatorski sposób przez prezydenta, który uważa, że może po prostu wydać zarządzenie – i zostanie ono wykonane; który może wydawać oświadczenia przeciwko uchodźcom i imigrantom, który może cofnąć zegar poprawności politycznej i liberalnych wartości o dwadzieścia albo trzydzieści lat – i wciąż będzie miał poparcie pokaźnej mniejszości, a nawet większości narodu; muszą też jakoś żyć z okropnymi, morderczymi atakami z bronią w ręku dokonywanymi przez szaleńców na synagogi w Pittsburghu i w Kalifornii… (nie wspominając o tak wielu innych atakach – na cywilów, na pracowników biurowych w Nowym Jorku, na biegnących w bostońskim maratonie oraz innych). Z samych niewłaściwych powodów – gdyż są to NIEWŁAŚCIWE powody – ich pełen zadufania w sobie i samozadowolenia ton zniknął. Liberalne wartości są zagrożone, zagrożeni są również Żydzi. Komentarze od znajomych amerykańskich rabinów się wykruszyły.

   Staje się to jeszcze bardziej widoczne w świetle faktu, iż przez dziesięciolecia wielu rabinów wyrażało swoje niezadowolenie z faktu korzystania z tradycyjnej Hagady na Pesach – która oczywiście zastąpiła składane niegdyś tradycyjne ofiary. Minęło już wprawdzie kilka tygodni, odkąd używaliśmy jakiejkolwiek wersji Hagady, widzę jednak, że jest to wciąż temat wart dyskusji: czy powinniśmy uwzględniać tradycyjne ustępy krytykujące nie-Żydów, czy też je usunąć? „W końcu – argumentuje się – obecnie łączą nas o wiele lepsze relacje z naszymi nie-żydowskimi sąsiadami niż wcześniej, w średniowieczu (definiowanym jako okres od V do XV wieku) czy też w „późniejszym średniowieczu” (definiowanym jako pierwsza połowa XX wieku). Obecnie wielu spośród naszych członków sami zaczęli życie jako nie-Żydzi i wielu z nich ma nie-żydowskich członków rodziny albo nie-żydowskich rodziców – nie chcemy obrażać tych osób”. Są to interesujące argumenty, świadczą jednak o niezrozumieniu sedna problemu. Ustępy, których najczęściej dotyczą tego typu  dyskusje – Wehi Szeamda i Szefoch Chamatcha – nie są modlitwami skierowanymi przeciwko nie-Żydom jako takim; są to oświadczenia i modlitwy skierowane przeciwko antysemitom. NIE wszyscy nie-Żydzi są antysemitami; w istocie wielu nie-Żydów podziela wartości, które wprowadził do świata judaizm – wartości monoteizmu, odpowiedzialności i wzajemnego szacunku, błogosławieństwa i pragnienia, aby nastały stabilność i pokój. ALE – i jest to poważne zastrzeżenie – istnieją ludzie, którymi kieruje jedynie nienawiść: nienawiść wobec muzułmanów, nienawiść wobec chrześcijan i nienawiść wobec Żydów. Oczywiście są też tacy muzułmanie, którzy nienawidzą innych muzułmanów za to, że są niewłaściwego rodzaju muzułmanami; wielu chrześcijan nienawidziło innych chrześcijan za bycie niewłaściwego rodzaju chrześcijanami, zaś historia Europy, a obecnie Bliskiego Wschodu została wielokrotnie splamiona krwią szyitów, sunnitów i ahmadystów, krwią katolików, protestantów, Koptów, husytów, albigensów  i innych, wielu innych…. Jednakże we wszystkich tych krwawych i żądnych krwi stuleciach występował jeden wspólny czynnik – mianowicie sposób, w jaki ziemia i wody zostały splamione krwią Żydów. Żydów zabijanych tylko dlatego, że byli Żydami. Dla naszych wrogów nie ma czegoś takiego jak „niewłaściwy rodzaj Żydów” – WSZYSCY Żydzi bez wyjątku (nawet byli Żydzi, którzy przeszli konwersję, albo ochrzczeni Żydzi, albo potomkowie Żydów) byli uznawani za uzasadniony obiekt ich nienawiści. Na opisanie mordowania Żydów albo ich męczeństwa  używamy terminu Kidusz HaSzem, mówiąc w ten sposób, iż „uświęcają Imię” – podkreślamy tym samym, że powodem ich ofiary, śmierci i cierpienia był tylko i wyłącznie fakt, iż byli oni Żydami – nie Niemcami, nie Polakami, nie Rosjanami, a nawet nie Izraelczykami – ale Żydami. To właśnie „Imię” – w tym przypadku, imię „Żyd”, miało w tej sytuacji znaczenie.

I właśnie dlatego uważam, że w pełni uzasadnione jest, abyśmy podczas  świętowania naszego wyzwolenia z niewoli i prześladowań recytowali oświadczenie głoszące, że nie było to tylko jednorazowe wydarzenie. W Wehi Szeamda stwierdza się: „W KAŻDYM pokoleniu są tacy, którzy powstają przeciwko nam i usiłują nas zniszczyć. W KAŻDYM pokoleniu, czego byśmy nie zrobili albo nie robimy, gdziekolwiek byśmy się nie znajdowali. Nie możemy od tego uciec. Ale aż do teraz Najświętszy zawsze ratował co najmniej niektórych z nas – w przeciwnym wypadku nie byłoby nas tutaj dzisiaj i nie moglibyśmy śpiewać tych słów”.

Słowa te wydają mi się całkiem uzasadnionym podsumowaniem historii żydowskiej oraz żydowskich nadziei na przyszłość. Aż do niedawna przynajmniej Żydzi w Stanach Zjednoczonych mieli poczucie, że udało im się przeżyć przez kilka pokoleń tylko z łagodną formą społecznego antysemityzmu; byli wykluczeni z pewnych klubów i być może również ze sprawowania pewnych stanowisk politycznych, ale w gruncie rzeczy spotykali się z niemal pełną akceptacją i poczuciem bezpieczeństwa. To się jednak skończyło….

Szefoch Chamatcha, tradycyjnie często recytowane na stojąco, przy otwartych drzwiach, aby pokazać wszelkim czającym się na zewnątrz wrogom, że nie mamy się czego obawiać, że nie mamy nic do ukrycia, jest skierowaną do Boga prośbą, aby zesłał boską zemstę na „te narody, które powstają, aby nas zniszczyć, aby nas pochłonąć” – a nie na inne, które nas nie prześladują i zostawiają nas w spokoju. I dlaczego nie mielibyśmy o to prosić? Gdzie w Tanachu napisano, że mamy obowiązek pozostać bierni, że mamy być pacyfistami i spokojnie i bez złości przyjmować wymierzone przeciwko nam nieusprawiedliwione ataki? Wprost przeciwnie – zaczynając od obrony przeciwko Amalekitom opisanej w 17 rozdziale księgi Wyjścia. Prorocy wspominają wielokrotnie o USPRAWIEDLIWIONYCH atakach – w przypadku gdy uczyniliśmy coś złego, czym zirytowaliśmy Boga i zasłużyliśmy na karę – jest to problematyczna zasada teologiczna, niemniej jednak można spotkać tego typu rozumowanie. Jednakże, gdy jakieś ludy atakują nas bez żadnej przyczyny,  wówczas nie ma powodu, aby fałszywie brać na siebie winę. Byłby to, delikatnie mówiąc, przejaw „fałszywej skromności”. Nie powstajemy i nie mówimy, że NASZYM obowiązkiem jest zaatakowanie i ukaranie tych przeciwników, lecz prosimy Boga, aby zrobił to dla nas.

Jest wielu takich, którzy twierdzą, że działają w imię Boga, gdy wysadzają w powietrze kościoły albo mordują osoby modlące się w kościołach, synagogach i meczetach, albo kiedy grożą, że zgładzą z powierzchni ziemi państwo żydowskie wraz z jego mieszkańcami – lecz jest to nikczemne bluźnierstwo. Nigdzie w żadnym z monoteistycznych pism nie powiedziano, że Bóg, pod jakimkolwiek imieniem, faktycznie poprosił ich o to albo nakazał im, aby to uczynili. Sprzeniewierzają się oni imieniu Boga i nadużywają go, aby usprawiedliwić swoją własną ludzką słabość i nienawiść. Gdyby naprawdę wierzyli w Boga, poprosiliby Go, aby ukarał tych, z którymi się nie zgadzają – a następnie czekaliby, aż Bóg to uczyni. A jeśli Bóg by tego nie uczynił – wówczas powinno im to zasugerować, że być może ich życzenia były nieuzasadnione, a ich przekonania błędne. Powiedzmy więc otwarcie, że nie musimy akceptować ani wierzyć tym, którzy twierdzą, że ich działania są motywowane wiarą; w istocie kieruje nimi BRAK wiary. NIE wierzą, że Bóg podejmie jakieś działania, więc podejmują je na własną rękę. Jest to całkowite odwrócenie wszelkiej prawdy i jakiejkolwiek wiary.

 

Bywały czasy i miejsca, w których czuliśmy się bardziej bezpiecznie i bardziej akceptowani niż gdzie indziej i aż do teraz USA, po części ustanowione przez prześladowaną sektę brytyjskich purytanów, którzy domagali się rozdziału między Kościołem i państwem, były być może jednym z takich miejsc. Obecnie – chyba w mniejszym stopniu. Oczywiście nie ułatwia to nam w żaden sposób życia tutaj, w Europie, gdzie mierzymy się z mnogością dowodów na ludzką głupotę. Ale pozwala nam to lepiej zrozumieć tych anonimowych geniuszy, którzy ułożyli dwa ustępy uwzględnione w Hagada szel Pesach, które – w moim przekonaniu – stanowią ważną część rytuału oraz sposobu, w jaki podchodzimy do naszej historii i do naszej tożsamości. Zawarte są w nich niewygodne, ale głębokie prawdy.

Chukat olam ledorotechem – „oto wieczne prawo dla wszystkich twoich pokoleń” – właśnie takiego zwrotu używa się w Torze na opisanie czegoś, co powinno trwać dalej; niestety musimy używać go również do opisywania rzeczy, które NIE powinny dalej trwać, ale z jakiegoś powodu wciąż mają miejsce….

 

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Świat między porządkiem a chaosem

Świat między porządkiem a chaosem.

Refleksja nad paraszą Szemini.

Menachem Mirski

W porcji Tory na ten tydzień (Księga Kapłańska/Wajikra 9:1-11:47) Aaron oraz jego synowie zaczynają pełnić obowiązki kohanim (kapłanów).  Bóg zsyła ogień, który pochłania ofiary na ołtarzu; tym samym boska obecność zaczyna mieszkać w Namiocie Spotkania, zwanym po hebrajsku również Miszkanem.[1]

I wszedł Mojżesz i Ahron do przybytku zboru; i wyszli, i pobłogosławili lud. I ukazał się Majestat Wiekuistego całemu ludowi. I wyszedł ogień z przed Wiekuistego i pochłonął na ofiarnicy całopalenie i łoje; i widział to lud cały i wydali radosny okrzyk, i padli na oblicze swoje.

(Księga Kapłańska/Wajikra 9:23-24)

Wkrótce potem, po chwili wielkiej radości i euforii, dochodzi jednakże do tragedii:

I wzięli synowie Ahrona – Nadab i Abihu, każdy kadzielnicę swoję, i włożyli w nie ognia, i położyli nań kadzidła, i tak przynieśli przed oblicze Wiekuistego ogień nieuświęcony, którego nie przekazał im. I wyszedł ogień z przed oblicza Wiekuistego i pochłonął ich; i pomarli przed obliczem Wiekuistego. I rzekł Mojżesz do Ahrona: „Oto co powiedział Wiekuisty, gdy rzekł: Przez bliskich Mi uświęconym będę, i w obliczu całego ludu sławionym!” I zamilkł Ahron.

(Księga Kapłańska/Wajikra 10:1-3)

Powyższe wydarzenia przykuły uwagę wielu komentatorów i niejednokrotnie stanowiły wyzwanie dla teologów. Napisano o tym sporo, nie na tym się jednak tutaj skupię, lecz na samej chronologii wydarzeń: chwila euforii, szczęścia, radości i nagle tragedia.

Brzmi znajomo? Oczywiście, może nawet nazbyt znajomo, prawdopodobnie niemal każdy z nas jest w stanie przytoczyć podobny bieg wydarzeń, które zna ze słyszenia lub był bezpośrednio ich świadkiem. W drugim przypadku często pamiętamy je do końca życia; tego rodzaju doświadczenia są często traumatyczne i pozostawiają nas z szeregiem dramatycznych pytań, typu: czy można było temu zapobiec, co tak naprawdę było przyczyną, dlaczego do tego doszło i tak dalej.

Jedna pomyłka, chwila nieuwagi, mogą doprowadzić nas do katastrofy. Czy jesteśmy w stanie tak zorganizować świat, ażeby do takich sytuacji nie dochodziło? Moim zdaniem jest to utopia, przede wszystkim dlatego, że jako ludzie nie dysponujemy środkami i umysłem, by móc zapanować nad całą otaczającą nas rzeczywistością. Najlepiej więc świadomie zaakceptować własną ograniczoność. Świat jest wciąż zbyt wielki i złożony i wciąż za mało wiemy o zachodzących w nim procesach, choć oczywiście wiemy dużo więcej niż nasi dziadkowie i pradziadkowie. I choć powinniśmy szczególnie dbać o nasze bezpieczeństwo, musimy to robić we właściwy sposób.

Potrzeba bezpieczeństwa jest jedną z fundamentalnych, biologicznych ludzkich potrzeb, obok takich jak potrzeba odżywiania się, prokreacji itd. Jednakże dbałość o bezpieczeństwo, zwłaszcza osób nam bliskich, może łatwo przerodzić się w protekcjonalność, co sprowadza na osoby, o których bezpieczeństwo dbamy, np. nasze dzieci, potencjalnie jeszcze większe niebezpieczeństwa. Dlaczego? Ponieważ zapewniając komuś permanentny komfort oduczamy tę osobę dbałości o własne bezpieczeństwo. Dlatego dzieci należy wychowywać nie tak, by zawsze były bezpieczne – i wiele autorytetów z dziedziny psychologii i pedagogiki się tutaj ze mną zgodzi – ale tak, aby same zaczęły o dbać o swoje bezpieczeństwo, aby same stały się ostrożne w tym co robią i jak żyją. Powinniśmy je więc stopniowo, z biegiem lat, wystawiać na otaczający nas świat realny, ze wszystkimi związanymi z tym problemami, trudnościami, niepowodzeniami czy cierpieniami. Jeśli tego nie zrobimy, jeśli będziemy je trzymać w „bańce bezpieczeństwa”, po jakimś czasie rzeczywistość bezwzględnie skoryguje nasze błędy w życiu dziecka i może to uczynić w sposób niekiedy bardzo brutalny. Nadmierna dbałość o bezpieczeństwo innych infantylizuje i powoduje, że ludzie nigdy nie dorastają i unikają wzięcia odpowiedzialności za samych siebie, nie mówiąc już o wzięciu odpowiedzialności za innych. Świat, w którym ludzkość składałaby się wyłącznie z takich jednostek byłby jednym z wariantów piekła na ziemi.

I choć w panowaniu nad otaczającym nas światem nie ma zasadniczo nic złego (o ile owo panowanie nie oznacza brutalnej czy choćby bezsensownej eksploatacji) i jest ono niezbędne dla naszego przetrwania, musimy sobie wybić z głowy ideę, że możemy panować nad wszystkim. Nie, nie możemy, dlatego musimy wiedzieć jak rozróżnić to nad czym panować możemy od tego, nad czym nie możemy i być może nigdy nie będziemy mogli. Tak samo jak nie da się potrzeby bezpieczeństwa, jak też innych naszych potrzeb, „załatwić”, zaspokoić raz na zawsze. Chaos zawsze będzie się wdzierał w porządek, bez względu na to, czy jest to porządek przez nas ustanowiony czy naturalny. I nie ma na to rady, taka jest bowiem natura świata, w którym żyjemy, że użyję bardzo tradycyjnego języka. Co więc możemy zrobić?

Odpowiedź brzmi: żyć sensownie. Co to znaczy? To znaczy stale stawiać czoła owemu chaosowi, żyć w opozycji do niego i zarazem ów chaos organizować, zarówno w naszym życiu zewnętrznym jak i wewnętrznym. W tym drugim aspekcie, a do pewnego stopnia także w pierwszym, najlepiej dopracowanym systemem walki z chaosem jest, śmiem twierdzić, nasza religia – judaizm. Jeśli żyjemy wedle jej zasad, to niemal każdy aspekt naszego życia staje się sensowny i zorganizowany. Choć oczywiście, są sprawy praktyczne, które wykraczają poza nasze życie religijne, ale i tu ich sensowna organizacja jest niezbędna, a mądrość naszej tradycji także przyjdzie z pomocą, bowiem judaizm to nauka o życiu według reguł i z umiarem, z trwale wdrożonym, regularnym obowiązkiem odpoczywania, chroniącego w dłuższej perspektywie ludzkie życie, bo podporządkowanego jemu właśnie. Dla ratowania życia w Szabat można złamać wszystkie jego reguły oraz zasadniczo zrobić wszystko, poza tym, o czym wiemy, że doprowadzi nas do czczenia bożków, zabronionych stosunków seksualnych czy rozlewu krwi.

Osoby, które mają obrany w życiu cel oraz regularny tryb życia mają statystycznie mniejsze skłonności do depresji, nałogów i innych tendencji destruktywnych. Obrać cele, mieć regularny rytm życia (np. pory posiłków, snu, pracy, nauki, rozrywki itd.) oraz uporządkowane życie osobiste. Dla niektórych ludzi to może być już cel sam w sobie. Tylko wówczas można planować i osiągać wszystko to, co zamierzamy. Spotykają nas niepowodzenia? Oczywiście, one zawsze będą nas spotykać, trzeba przechodzić nad nimi do porządku dziennego i iść dalej. Bardzo możliwe, że już następnego dnia odkryjemy ich sens i znaczenie, dzięki którym np. odnajdziemy i wdrożymy w swoim życiu reguły, które pomogą nam uniknąć potencjalnie znacznie większych nieszczęść.

Oczywiście pozostaje pytanie o rolę spontaniczności w naszym życiu i owszem, dla niej też jest miejsce. Konflikt pomiędzy planem a życiem tu i teraz jest rzeczą, której niejednokrotnie doświadczyliśmy. Nie ma jednakże nic złego ani głupiego w planowaniu i absolutnie nie stoi to w sprzeczności ze starym, zabawnym przysłowiem jidysz Der Mentsz tracht un Got lacht – Człowiek planuje, Bóg się śmieje – które jest przede wszystkim wyrazem dystansu oraz zdrowej reakcji na własne niepowodzenia. Posiadanie zbyt wielu planów i zamierzeń też nie musi być wcale głupie. Im więcej ich mamy, tym więcej ich zrealizujemy (zakładając, że nie mamy ich po prostu milion na minutę lub też np. że nie ma w naszym życiu jakiegoś stałego, patologicznego elementu, który wszystko udaremnia, jak np. nałóg, uzależnienie, choć walka z nimi też polega na wdrażaniu w życie porządku i poszerzaniu jego zakresu). Zrealizujemy więcej, choć oczywiście nigdy nie zrealizujemy wszystkich naszych planów, co z kolei często okazuje się nie być specjalnym problemem w długoterminowej perspektywie. Podobnie rzecz się ma z przykazaniami i regułami naszej religii: im więcej z nich szczerze postanowimy wypełniać, tym więcej z nich realnie wypełnimy i w rezultacie nasze życie zmieni się na lepsze. Dlatego rzekomo „zdroworozsądkowa” tendencja do redukcji reguł życia wcale nie jest dobra – im mniej reguł i zasad respektujemy w teorii, tym mniej wypełniamy w praktyce i wówczas nasze życie może powoli zacząć dryfować w stronę chaosu, choć ten może szczególnie dotknąć dopiero życie naszych dzieci.

To może być jedna z odpowiedzi na pytanie dlaczego judaizm zawiera tak wiele przykazań, reguł i norm, dotyczących wszystkiego. To przypuszczalnie jest też jedna z odpowiedzi na pytanie dlaczego jako mająca ciągłość tożsamości i tradycji społeczność przetrwaliśmy już ponad 3 millenia, podczas gdy wiele innych narodów i grup religijnych zwyczajnie przestało istnieć.

Celowe, sensowne i wypełnione odpowiedzialnością życie nie jest zmyśloną przez „religijnie nawiedzonych” ludzi mrzonką, jak chcieliby niektórzy, rzekomo racjonalni, modernistyczni i postmodernistyczni „mędrcy”. Po co robić cokolwiek, skoro za milion lat i tak nas nie będzie –  ten argument to zwyczajny trik nihilistycznego umysłu. Owszem, nasz rozum posiada tę możliwość i zawsze możemy wyobrazić sobie pewną czasową perspektywę, w której żadne z naszych działań nie będzie miało sensu. Nie musi to być wcale perspektywa tysiąca czy miliona lat, wystarczy sto. Takie rozumowanie to jednak logiczno-metafizyczna pułapka, a postawa z tego wypływająca to zwyczajne oddanie walki z chaosem, walki o życie, walkowerem. Nie ma w tym nic wzniosłego, nic wartościowego, nic godnego naśladowania i ostatecznie – nic mądrego.

Jeśli porzucamy wiarę w sens i cel ludzkiego życia, wkrada się w nie nihilizm, chaos, a ostatecznie destrukcja. Idea sensu i celu ludzkiego życia, w każdym wydaniu, i religijnym, i świeckim, kolektywnym czy indywidualnym nie jest niczym „irracjonalnym”, przeciwnie, jest najwyższą formą ludzkiej racjonalności.

 

Szabat szalom

Menachem Mirski

 

 

 

 

 

 

 

[1] Niektórzy językoznawcy utrzymują, że polskie słowo „mieszkać” pochodzi właśnie od hebrajskiego miszkan.

TZAV

TZAV

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

The Torah portion for this week contains a lot of ritual instructions for the different sacrifices. On the surface these instructions are, for many readers, rather boring, certainly repetitive and essentially irrelevant. I can understand this point of view, but I do not wholly share it. For me they hold an importance and that importance is: That they are written down and available for the public to see, to read, to learn, to copy. They are not kept secret and mysterious, locked away, written in code in a different script, for the initiated few. The sacrifices in the Sanctuary and later in the Temple were not part of some conspiracy plot, for the Illuminati only; on the contrary, everyone could see what it was the Cohen, the priest had to do, and how much he got paid for it. We talk a lot about Transparency in modern political life but of course we do very little to ensure it happens.

So often in life or in the Torah you have to look carefully at context and sequence and look for clues as to what is going on. Sometimes the clues are hidden between the lines, sometimes the clues are staring at you in black and white and you just to take a step back to see them better. In Judaism, the Priests were downgraded in importance. This is vital. They were not allowed any own initiative. God tells Moses – a lay leader – to tell them what their instructions are. For a Full Burnt Offering, for a Flour Offering….. So Moses as lay leader is also not God but only a mouthpiece for God, an intermediary. God does not talk to the Priests direct! How amazing is that! But God gives firm and clear and systematic instructions as to how the Israelites are to approach God, what they are to give under certain specific circumstances, what parts of their sacrifices they are allowed to eat themselves, what share the priests are entitled to as their professional fee.

I do not want to pretend that the details of the sacrifices are so fascinating – but it IS relevant to look at the language and the structure. How often do we hear a politician – of any country, of any party – use words like ”We are going to GIVE so-and-so many-millions to Education or to Health or to Social Welfare”? And they expect praise and gratitude for such statements. Whereas in fact the Government as such is actually giving Nothing at All – it is only ALLOCATING a certain sum from the annual budget for a certain cause… it is not their personal money, it is the money raised by taxation, direct and indirect. So when the Priests bring a routine sacrifice this is from the donations made, collectively or individually, by the Israelites who come to the temple. They represent the People to God in the way a lawyer represents a client to a judge in a court – everyone knows that they are paid to do their job, to say good things about their client, to plead for a good judgement or at least for a mild punishment; Everyone knows they did not know their client before the client came to their office and everyone knows they will never see the client again afterwards – with luck! – or become a close family friend, and yet they speak of their client as though they had known them intimately all their lives and are close personal friends….

How often do politicians and officials say ”We” when they mean ”I – but I am dragging you along and down with me”? ”We in our party…” ”We in our government…” ”We in our country…” or even ”We in our nation.”

The word ”kadosh”, translated as ”holy”, means just ”special, separate, out of the ordinary”. It is so easy, when you are working for a special cause, to feel that you yourself are special. What does this mean? That you expect special rewards, that normal rules and restrictions no longer apply to you, that you are entitled to privileges, not just because of your status but because of you yourself. It is a standard and common temptation. You feel you can speak for everybody – even for those not yet born, even for those who have already died. You might tell yourself you feel ”closer to God” but actually you are just as distant as everyone else and subject to just the same human failings and weaknesses.

In recent months – I don’t want to get too 'political’ here but I do want to illustrate my argument with some current examples – we have seen the major impact in the Church of the awareness that just because a man puts on a robe and makes certain commitments, this does not mean that his sexuality simply evaporates; It may merely be channelled in other directions which then, almost by definition, become destructive one, destructive for themselves, for their victims and for the system they serve. We have seen political leaders deny historical tendencies and facts, seeking to make of their nation in its history, three quarters of a century ago, a nation purely of victims, of innocents, a nation in which Nobody collaborated with evil or supported evil or was possibly even aware of evil…. an innocent fluffy Lamb that lay down with the Lion without becoming corrupted. And anyone who denies this is accused of being a heretic, a slanderer, a blasphemer, who should be punished. An entire nation of innocents! It really makes one wonder what some people believe, and what they think they can persuade others to believe..

A further important issue is that of 'Closure’. If a person, a Jew, has performed a certain sin or has a certain request, it is laid down clearly and systematically what has to be done to resolve this need. Rather than years of counselling and therapy, a Sin Offering can be brought. I recently had to counsel a man – not Jewish – who had been carrying for almost the whole of his life the guilt for a tragedy in which he was involved as a teenager. How different things might have been for him, over decades, if he had been able to 'put things right with God” in a certain way – admitting his guilt and his shame, admitting the impossibility of putting right what had happened – a man had been killed in an accident – but at least repairing the relationship to God and getting on with his life. The price list given in the Torah is fairly simple, there are occasional discounts for the very poor but no punitive extra costs for the wealthier – but it is clear, it is published just like the prices on a menu outside the restaurant. As a human before God, it is not so important what one has, but what one is prepared to give. A sacrifice is not necessary for God to remain well-nourished, a sacrifice is necessary so that a human can say ”I can do without this, I can afford to donate this, I won’t need this for ever” and give it away – can distance themselves from material things, can watch as it all goes up in smoke anyway or is shared with others. The word for a sacrifice – Korban – is derived from the word for ”getting close” to God. The Rabbis said we can get close to God through Prayer, as an alternative, as a substitute.

So – we read these chapters of Leviticus – we do not need to stick to the strict interpretation and fulfilment of the regulations and commands, and I am certainly not one of those Jews who argues that the sacrificial cult in Jerusalem should be restored – but we can and should ask ourselves : Why have almost all religions in world history demanded something from their adherents? Why have there been priests and altars and sacrifices (in various forms, with various names, even whether a matter of money or incense sticks to images or donations to the priests or monks) from Thailand through India to Peru? What effect did these forms of worship have on the worshippers?; and what do we use today to take their place, when we want to approach God?

Shabbat Shalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Parasza Caw

 

Parasza Caw

Rabin dr Walter Rothschild

 

Czytana w tym tygodniu parasza zawiera liczne instrukcje rytualne dotyczące składania różnego rodzaju ofiar. Wielu czytelnikom instrukcje te wydają się na pierwszy rzut oka raczej nudne,
a z pewnością pełne powtórzeń i w gruncie rzeczy pozbawione znaczenia. Mogę zrozumieć ten punkt widzenia, jednak nie w pełni go podzielam. W moim przekonaniu posiadają one znaczenie, które przedstawia się następująco: zostały one spisane i są dostępne dla szerokiej publiczności, która może je oglądać, czytać, studiować i kopiować. Nie przechowuje się ich
w sekrecie, nie są owiane tajemnicą, nie trzyma się ich w ukryciu, nie napisano ich za pomocą jakiegoś kodu w nieznanym języku, nie są przeznaczone tylko dla nielicznej grupy wtajemniczonych. Ofiary składane w Przybytku, a następnie w Świątyni nie były częścią jakiegoś konspiracyjnego spisku, nie były przeznaczone tylko dla członków Zakonu Iluminatów; przeciwnie, każdy mógł się przekonać, na czym polega zakres obowiązków kohena, czyli kapłana, oraz jakie dostaje za to wynagrodzenie. Dużo się mówi o potrzebie większej transparentności we współczesnym życiu politycznym, ale w praktyce podejmujemy niewiele konkretnych działań mających zapewnić, że zasady te faktycznie zostaną wprowadzone w życie.

Bardzo często w życiu czy też przy lekturze Tory musimy przyglądać się uważnie kontekstowi
i sekwencji wydarzeń oraz wypatrywać wskazówek wyjaśniających, co tak naprawdę ma tam miejsce. Czasem podpowiedzi te są ukryte między wierszami, zaś niekiedy podane są dużymi literami, czarno na białym, i musimy po prostu cofnąć się o krok, żeby je było lepiej widać.
W judaizmie ranga i znaczenie kapłanów uległy zmniejszeniu. Jest to fakt o wielkiej doniosłości. Nie pozwolono im się wykazywać jakąkolwiek własną inicjatywą. Bóg mówi Mojżeszowi – czyli świeckiemu przywódcy – aby przekazał kapłanom polecenia dotyczące wykonywanych przez nich zadań – takich jak składanie ofiary całopalnej, ofiary z mąki etc. Tak więc Mojżesz jako świecki przywódca również nie jest Bogiem, lecz zaledwie „rzecznikiem” Boga, jego pośrednikiem. Bóg nie przemawia bezpośrednio do kapłanów! Czyż nie jest to niesamowite! Niemniej Bóg przekazuje stanowcze, jednoznaczne instrukcje opisujące krok po kroku, jak Izraelici mają się w stosunku do Niego zachowywać, jakiego rodzaju ofiary mają składać
w różnych okolicznościach, jaką część swoich ofiar mają prawo sami spożyć, a do jakiej części mają prawo kapłani tytułem honorarium za swoją pracę.

Nie zamierzam udawać, że szczegóły dotyczące składania wszystkich tych ofiar są nad wyraz fascynujące – WARTO jednak przyjrzeć się użytemu w tym kontekście językowi oraz formie,
w jakiej zostały wyrażone. Jakże często słyszymy, jak politycy – w dowolnym kraju i z dowolnej partii – wygłaszają hasła takie jak: „DAMY tyle i tyle milionów na edukację, na służbę zdrowia albo na pomoc socjalną”? Po czym oczekują pochwał i wdzięczności za takie stwierdzenia. Podczas gdy prawda jest taka, że rząd jako taki w rzeczywistości w ogóle niczego nie daje – jedynie PRZEZNACZA pewną kwotę z rocznego budżetu na jakiś konkretny cel…; nie są to jego osobiste pieniądze, są to fundusze pochodzące z podatków, zarówno tych pośrednich jak
i bezpośrednich. Tak więc, gdy kapłani składają zgodne z ustalonym porządkiem ofiary, pochodzą one z datków złożonych wspólnie lub indywidualnie przez przybywających do Świątyni Izraelitów. Kapłani reprezentują lud przed Bogiem w taki sam sposób, w jaki prawnik reprezentuje swojego klienta przed sędzią w sądzie – wszyscy wiedzą, że dostaje wynagrodzenie za wykonywaną przez siebie pracę, za mówienie dobrych rzeczy o swoim kliencie, za proszenie
o wydanie dla niego korzystnego orzeczenia albo przynajmniej o łagodną karę; wszyscy wiedzą, że prawnik nie znał swojego klienta, zanim ten nie zjawił się u niego w biurze; wszyscy wiedzą też, że potem nigdy więcej nie zobaczy go już na oczy (miejmy nadzieję!) i że nie zostanie bliskim przyjacielem rodziny, a jednak prawnik ten mówi o swoim kliencie tak, jak gdyby łączyła ich od zawsze zażyła relacja i byli bliskimi przyjaciółmi….

Jakże często politycy i urzędnicy mówią „my”, podczas gdy w istocie mają na myśli: „Ja – ale pociągnę was razem z sobą – choćby i na samo dno?”. „My w naszej partii…”, „My w naszym rządzie…”, „My w naszym kraju…” lub nawet „my w naszym narodzie”.

Słowo „kadosz”, które tłumaczy się często jako „święty”, oznacza po prostu „specjalny, oddzielny, niezwykły”. W sytuacji, gdy pracujemy nad wyjątkowym zadaniem, jakże łatwo jest nabrać przekonania o własnej wyjątkowości. Co to oznacza? Że oczekujemy specjalnych nagród, że mamy poczucie, iż nie obowiązują nas już normalne zasady i ograniczenia, że mamy prawo do szczególnych przywilejów – nie tylko z uwagi na posiadany przez nas status, ale przez wzgląd na nas samych. Jest to typowa, często występująca pokusa. Ma się wtedy poczucie, że możemy przemawiać w imieniu wszystkich pozostałych – nawet tych, którzy jeszcze się nie urodzili; nawet tych, którzy już nie żyją. Możemy sobie wtedy wmawiać, iż czujemy, że jesteśmy „bliżej Boga”, lecz w rzeczywistości jesteśmy od niego równie daleko, co wszyscy inni i nie jesteśmy wolni od dokładnie takich samych ludzkich ułomności i słabości.

W ostatnich miesiącach (nie chcę się tu zbytnio angażować w politykę, chciałbym jednak zilustrować moją argumentację jakimiś bieżącymi przykładami) obserwujemy, jak wielkie piętno odcisnął na Kościele fakt, iż tylko dlatego, że mężczyzna przywdziewa sutannę i składa pewne śluby, nie oznacza to wcale, że jego seksualność po prostu wyparowuje; co najwyżej zostaje skanalizowana w innych kierunkach, a w konsekwencji nieomalże z definicji staje się destrukcyjna – dla nich samych, dla ich ofiar oraz dla systemu, któremu służą. Widzieliśmy, jak przywódcy polityczni zaprzeczają historycznym tendencjom i faktom, próbując przedstawić historię swojego narodu sprzed siedemdziesięciu pięciu lat w taki sposób, aby wyglądało na to, iż naród ten składał się tylko i wyłącznie z ofiar i niewiniątek, aby wyglądało na to, że nikt nie kolaborował w nim ze złem, nikt nie wspierał zła i nikt nie zdawał sobie nawet sprawy z jego istnienia…. Niewinna, puszysta owieczka, która miała styczność z lwem, nie ulegając przy tym  zdeprawowaniu. Zaś każdy, kto temu zaprzecza, oskarżany jest o bycie heretykiem
i zasługującym na karę oszczercą i bluźniercą. Cały naród niewiniątek! W takiej sytuacji człowiek zaczyna się zastanawiać, w co tak naprawdę wierzą niektórzy ludzie i w co myślą, że uda im się przekonać do uwierzenia innych….

Kolejnym ważnym zagadnieniem jest kwestia „zamknięcia jakiegoś rozdziału życiowego”. Jeśli jakiś człowiek, dajmy na to Żyd, dopuścił się jakiegoś grzechu lub chciałby o coś poprosić, dysponuje jasnymi, opisanymi krok po kroku instrukcjami wyjaśniającymi, co ma zrobić, żeby zaspokoić tę potrzebę. Zamiast korzystać latami z pomocy psychologicznej bądź z psychoterapii, można przynieść ofiarę przebłagalną. Niedawno sam musiałem udzielać tego typu wsparcia pewnemu mężczyźnie – nie-Żydowi – który przez prawie całe życie nosił w sobie poczucie winy za tragedię, w którą był zamieszany jako nastolatek. Jakże inaczej mogłoby się potoczyć całe jego życie, gdyby udało mu się „naprawić relację z Bogiem” w taki czy inny sposób – gdyby przyznał się do nękającego go poczucia winy i wstydu, gdyby przyznał się do niemożliwości naprawienia tego, co się wydarzyło – ktoś stracił życie w wypadku – ale gdyby mógł przynajmniej naprostować swoją relację z Bogiem i jakoś dalej żyć. Lista opłat przedstawiona
w Torze jest stosunkowo prosta, zdarzają się okazyjne zniżki dla najuboższych, nie przewiduje się jednak wyższych, dodatkowych opłat dla bogatszych – niemniej lista ta jest jasna, została podana do ogólnej wiadomości niczym ceny w menu wystawianym na zewnątrz restauracji. Gdy jako ludzie stoimy przed Bogiem, ważne jest nie tyle to, co posiadamy, ale raczej to, co jesteśmy gotowi ofiarować. Bóg nie potrzebuje ofiary po to, aby zaspokoić swoje potrzeby; ofiara służy temu, żeby człowiek mógł powiedzieć: „poradzę sobie bez tego, stać mnie na to, żeby to ofiarować, nie będę tego zawsze potrzebował” i żeby mógł oddać to komuś innemu – aby pokazać, że potrafi się zdystansować od rzeczy materialnych, że jest w stanie patrzeć, jak trawi je ogień albo że potrafi dzielić się nimi z innymi. Słowo oznaczające ofiarę – korban – wywodzi się od zwrotu oznaczającego „zbliżanie się” do Boga. Rabini oświadczyli, że możemy się zbliżyć do Boga poprzez modlitwę, która stanowić ma w zamierzeniu alternatywę czy też zastępstwo dla składanych niegdyś ofiar.

Tak więc, gdy czytamy te rozdziały z księgi Kapłańskiej – nie musimy trzymać się ścisłej interpretacji i wypełniania zasad i przykazań, a ja z pewnością nie zaliczam się do tych Żydów, którzy dowodzą, że należy przywrócić kult ofiarny w Jerozolimie – jednak możemy i powinniśmy zadać sobie pytanie: dlaczego prawie wszystkie religie w historii świata zawsze domagały się czegoś od swoich wyznawców? Dlaczego zawsze istniało zapotrzebowanie na kapłanów, ołtarze i ofiary (w różnych formach, pod różnymi nazwami, nawet jeśli chodziło o pieniądze, palenie kadzideł przed obrazami albo ofiary składane kapłanom lub mnichom) i dlaczego zwyczaje te występowały wszędzie – od Tajlandii przez Indie aż po Peru? Jaki wpływ na modlących się wywierały właśnie takie a nie inne formy oddawania czci? I po jakie opcje sięgamy obecnie w ich zastępstwie, gdy chcemy zbliżyć się do Boga?

Szabat Szalom,

Rabin dr Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Demokracja i odpowiedzialność. Refleksja nad paraszą Wajikra

 Demokracja i odpowiedzialność.

Refleksja nad paraszą Wajikra

Menachem Mirski

 […] Obojętność na zło jest gorsza niż samo zło, […] w wolnym społeczeństwie winni są niektórzy,  odpowiedzialni są jednakże wszyscy.

Abraham Joshua Heschel

 Jeśli kapłan namaszczony zgrzeszy, tak że wina spada na lud, niech złoży ofiarę zagrzeszną za swój grzech: cielca młodego, bez skazy, Wiekuistemu na ofiarę zagrzeszną.

(Księga Kapłańska/Wajikra 4:3)

Gdy kapłan, rabin czy inny religijny autorytet popełnia grzech lub przestępstwo, jego wina nie jest wyłącznie jego winą, lecz przynajmniej część tej winy spada na społeczność, którą przewodzi i reprezentuje. Nie ma w tym nic metafizycznego, to zwyczajny fakt socjologiczny: ludzie wyrabiają sobie opinię o grupach religijnych czy stronnictwach politycznych na podstawie zachowania ich liderów. Tym samym jest koniecznym, ażeby na przywódców wybierać ludzi przede wszystkim odpowiedzialnych. Im wyższa jest pozycja danej osoby w społeczeństwie, to znaczy w hierarchicznych strukturach decyzyjnych tego społeczeństwa, tym większa jest odpowiedzialność tej osoby. To wszystko wydaje się być bardzo proste, banalne wręcz, jednakże praktyka nazbyt często pokazuje, że wcale tak nie jest. Ludzie piastujący powierzone im wysokie funkcje w społeczeństwie nie zawsze chcą brać na siebie większą, wynikającą z funkcji, odpowiedzialność. Nie zawsze są nawet tego świadomi, że właśnie poziom ich odpowiedzialności wzrósł. Często skupiają się na realizacji swoich wizji i na delektowaniu władzą oraz przywilejami, którymi ich obdarzono.

Rasistowskie wypowiedzi rabina Owadii Josefa, takie jak: „Goje urodzili się tylko po to, by nam służyć. Bez tego nie mieliby po co istnieć na tym świecie – są tu tylko po to, by usługiwać ludowi Izraela” (kazanie na sobotni wieczór, październik 2010; źródło:  www.timesofisrael.com), stały się wieloletnią wodą na młyn wszystkich antysemitów i zwolenników tezy, że Żydzi są z gruntu rasistami. Ostatnie antysemickie wypowiedzi kongresmenki Ilhan Omar zaciążyły bardzo na wizerunku Partii Demokratycznej, nie tylko w USA, ale i na całym świecie. Słowa mają znaczenie, a ich waga jest wprost proporcjonalna do pozycji zajmowanej w hierarchii społecznej. Dlatego wszyscy liderzy, i religijni, i polityczni, muszą dbać o nie. Muszą też dbać o precyzję swoich wypowiedzi. A jeśli muszą dbać o słowa, to tym bardziej o swoje decyzje, czyny i ich konsekwencje. Prywatne wojny liderów religijnych są w stanie zniszczyć niejedną religijną społeczność.

We współczesnym, zachodnim świecie wiele instytucji zostało zdemokratyzowanych, jako że demokracja została uznana jako najlepszy dotąd wymyślony system sprawowania władzy. Różne są jej koncepcje i odcienie, lecz nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły. Wiadomym jest jednakże, że mechanizmy demokratycznego wyboru reprezentantów społeczeństw nie gwarantują tego, że wybranymi zostaną jednostki o wyjątkowych przymiotach przywódczych, intelektualnych oraz moralnych. Innymi słowy, nic nie gwarantuje, że wybrani przez nas reprezentanci nie będą popełniać błędów, grzechów, które ostatecznie zaciążą na tych, co ich wybrali. Nasi reprezentanci w parlamentach stanowią zasadniczo „statystyczny przekrój” tej części społeczeństwa, która bierze czynny udział w wyborach. Jak to ujął George Bernard Shaw:

Demokracja jest przedsięwzięciem, które gwarantuje, że otrzymujemy nie lepsze rządy niż te, na które zasługujemy.

W identycznym duchu wypowiadał się również Joseph de Maistre:

Demokracja jest najsprawiedliwszym ustrojem, bowiem w niej społeczeństwo otrzymuje to, na co zasługuje. 

To wszystko brzmi dość cynicznie, lecz w podobnym duchu wypowiadało się na temat demokracji wielu innych myślicieli i filozofów, którzy nie byli bynajmniej przeciwnikami demokracji, jak np. Bertrand Russell:

Demokracja ma przynajmniej jedną zaletę – mianowicie taką, że parlamentarzysta nie może być głupszy od swoich wyborców, gdyż im głupszy parlamentarzysta, tym jeszcze głupsi byli ci, którzy go wybrali.

…czy też:

W demokracji wolno głupcom głosować, w dyktaturze wolno głupcom rządzić.  

I jakkolwiek oczywistym jest, że demokracja nie gwarantuje, że nie będą nami rządzić ludzie nieodpowiedzialni lub zwyczajnie głupi, nie gwarantuje tego i nie gwarantował żaden inny sposób namaszczania ludzi na publiczne urzędy. Każda władza ma tendencję do degeneracji, by przywołać słynny cytat  autorstwa Johna Actona:

Władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie.

Osoba obdarzona władzą, przywilejami i obowiązkami musi umieć znaleźć odpowiedni balans pomiędzy tym wszystkim. Tylko wówczas możliwe jest długotrwałe i sprawiedliwe sprawowanie władzy. Powołanie na lidera w moim odczuciu automatycznie powinno oznaczać przesłanie: od tej pory twoje ego będzie musiało wielokrotnie ustępować przed odpowiedzialnością, którą ci powierzono. Sumieniem władzy w starożytnym Izraelu byli prorocy, którzy mieli głęboki wgląd w jej naturę i posiadali głębokie, normatywne wizje jej funkcjonowania. By na koniec raz jeszcze przywołać rabina Heschela:

Im głębiej zanurzałem się w sposób myślenia właściwy prorokom, tym mocniej i wyraźniej docierała do mnie prawda, jaką usiłowali przekazać swoim życiem: iż z moralnego punktu widzenia nie ma granic dla zatroskania, jakie należy odczuwać z powodu ludzkiego cierpienia, że obojętność na zło jest gorsza niż samo zło, że w wolnym społeczeństwie winni są niektórzy, odpowiedzialni są jednakże wszyscy.

Szabat szalom,

Menachem Mirski