Pinchas

Nie w trzęsieniu ziemi znajdziesz Mnie, ale w cichym, mruczącym dźwięku

Refleksja nad paraszą Pinchas

Menachem Mirski

Jak należy postępować w obliczu zła? Czy powinniśmy żarliwie wobec niego oponować? Zachować pokerową twarz? A może odpowiedzieć wykazując się właściwym zachowaniem, etycznym zachowaniem i zrobić dla złoczyńcy dobry uczynek w nadziei, że uświadomi sobie niegodziwość swojego zachowania i wróci na właściwą ścieżkę? Odpowiedzi na te pytania zależą od tego, co wierzymy na temat natury zła, na przykład, czy zło istnieje obiektywnie? A może jest tak, że pewne ludzkie działania są złem jedynie „w naszych oczach” – my tylko postrzegamy je jako zło i w ten sposób je nazywamy. Wiele zależy również od naszych przekonań o tzw “złych ludziach”: czy możliwe, że ktoś może być po prostu “zły z natury”, czy może ludzie ci po prostu zbłądzili?

Ta debata oczywiście nie ma końca i zawiera wiele argumentów za i przeciw takiemu i owemu stanowisku. Dobrze jest jednak mieć wypracowaną opinię na ten temat, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy możemy stanąć w obliczu realnego, prawdziwego zła. A ponieważ jesteśmy religijnymi Żydami, przyjrzyjmy się temu co mówi na ten temat Tora.

Nasza parasza zaczyna się od opowieści o boskiej nagrodzie dla Pinchasa. Pinchas, wnuk Aarona, został nagrodzony wiecznym kapłaństwem za zabicie innego Izraelity –  Zimriego, księcia Symeonitów – oraz księżniczki Madianitów, która była jego kochanką. Wszystko to wydarzyło się po tym, jak „naród izraelski począł uprawiać nierząd z córkami Moabu, które zapraszały ów lud do składania ofiar swoim bogom i oddawania swoim bogom pokłonów” (Liczb 25:1-2). I choć dla naszych współczesnych uszu może to zabrzmieć co najmniej kontrowersyjnie, zarówno nasi mędrcy, jak i biblijni komentatorzy uważają, że zabicie Zimriego było słuszne. Niezalecane, ale właściwe. Halachicznie rzecz ujmując mamy tu do czynienia z przypadkiem halacha ve’ein morin ken – jest to halacha, której nie uczymy. I chociaż nasi mędrcy w traktacie Sanhedryn rozważają ekskomunikowanie Pinchasa za jego czyn, komentatorzy tacy jak Raszi, Ramban, Kli Yakar przedstawiają Pinchasa jako bohatera, który w rzeczywistości zasługuje na uznanie i pochwałę, nie tylko dlatego, że postąpił słusznie, ale także dla tego, że dla Tory gotów był zaryzykować własnym życiem.

A zatem to, co zrobił Pinchas, było słuszne, jednakże sam akt egzekucji wykraczał poza normy żydowskiej etyki i żydowskiego prawa. Historia Pinchasa jest często porównywana do historii proroka Eliasza, który zabił 450 proroków Baala, o czym czytamy w I Księdze Królewskiej 18:40:

Eliasz zaś im rozkazał: «Chwytajcie proroków Baala! Niech nikt z nich nie ujdzie!» Zaraz więc ich schwytali. Eliasz zaś sprowadził ich do potoku Kiszon i tam ich wytracił. (I Krl 18:40)

Zaraz potem Eliasz ucieka przed królem Achabem, ponieważ jego żona Jezebel poprzysięga pomścić zamordowanych proroków i go zabić. Jednakże zachowanie proroka wykracza poza strach o własne życie; jest on bardzo zatrwożony i zasmucony po tym, co uczynił. W głodzie i spiekocie pustyni postanawia umrzeć:

Wtedy Eliasz zląkłszy się, powstał i ratując się ucieczką, przyszedł do Beer-Szeby w Judzie i tam zostawił swego sługę, a sam na [odległość] jednego dnia drogi poszedł na pustynię. Przyszedłszy, usiadł pod jednym z janowców i pragnąc umrzeć, rzekł: «Wielki już czas, o Wiekuisty! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków». Po czym położył się tam i zasnął. A oto anioł, trącając go, powiedział mu: «Wstań, jedz!» Eliasz spojrzał, a oto przy jego głowie podpłomyk i dzban z wodą. Zjadł więc i wypił, i znów się położył. (I Krl 19:3-6)

Eliasz jest w drodze na górę Horeb (Synaj). Wędruje przez 40 dni i 40 nocy, by ponownie przeżyć doświadczenie Synaju i powrócić na właściwą, Boską ścieżkę. Bóg ratuje życie Eliasza i przedstawia mu drogi Wiekuistego:

Wtedy rzekł: «Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Wiekuistego!» A oto Wiekuisty przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Wiekuistym; ale Wiekuisty nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Wiekuisty nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Wiekuisty nie był w ogniu. A po tym ogniu – cichy, mruczący dźwięk. (I Krl 19:10-12)

Powyższy fragment wyraża dość jasno jakie są drogi Wiekuistego i jak powinni postępować ludzie, jeśli chcą Jego drogami podążać. Chociaż wszystkie owe zjawiska były efektem działania Boskiej mocą, Boga w nich nie było; Bóg nie był w wietrze, ani w trzęsieniu ziemi, ani w ogniu. Bóg był w tym, co wydarzyło się na końcu – był w szmerze łagodnego powiewu, w cichym mruczącym dźwięku. Tym samym właściwe oczach Boga działania to działania spokojne o przezorne.

Właśnie w taki spokojny i cierpliwy sposób powinniśmy podchodzić do zła. Ogólnie rzecz biorąc, nigdy nie powinniśmy pozwalać na to, by zło zdominowało nasze umysły ani zachowanie. Reszta zależy od sytuacji. Czasami musimy aktywnie walczyć przeciw złu, czasami musimy pozostać obojętni, a czasami musimy odpowiedzieć dobrem na zło. Wszystko zależy od ogromu zła i dynamiki sił między zaangażowanymi stronami: jeśli przewaga siły jest po naszej stronie, a nasze życie i dobrobyt nie są zagrożone, to wówczas mamy luksus odpowiadania na zło dobrem, z intencją pokazania komuś dobrej drogi. Jeśli bilans sił się równoważy, zwykle lepiej zachować spokój i negocjować, próbować odciągnąć osobę od złej ścieżki, udaremnić złe intencje i plany. Jeśli jednakże siła jest po stronie złoczyńców, to nie mamy wielkiego wyboru: możemy albo uciec i poświęcić wszystko, co cenimy, albo podjąć ryzyko żarliwej walki w celu przywrócenia prawidłowego status quo (i tak było w przypadku Pinchasa).

Akt zabójstwa, jakiego dokonali Pinchas czy Eliasz, nie stanowił uzasadnionego odebrania życia już w czasach talmudycznych, nie mówiąc o czasach współczesnych, kiedy uznano by to po prostu za morderstwo (choć może był to akt wojny? Możliwe, ale to już osobny, rozległy temat). Obie historie zawierają jednak jeszcze jedno przesłanie: każdy eskalujący konflikt społeczny może w pewnym momencie osiągnąć swój punkt krytyczny, po którym nie ma już powrotu. Po osiągnięciu tego punktu jest już tylko przemoc i ta przemoc staje się “przemocą uzasadnioną” w oczach każdej ze stron, która uzna, że jest ona ostatecznością. Nie mamy jednak wiedzy a priori o tym, kiedy ów punkt krytyczny może zostać osiągnięty. Dlatego w naszych niespokojnych czasach, w których niemal wszystko może stać się przedmiotem sięgający zenitu emocji, musimy przynajmniej starać się wysłuchać argumentów „drugiej strony” i potraktować je poważnie, w imię pokoju. Im częściej to będziemy robić, tym lepiej. I chociaż czasem można poświęcić pokój w imię prawdy, to właśnie pokój jest zasadniczo tym, co leży w interesie wszystkich ze stron: nie tylko w interesie naszego „plemienia”, ale w interesie całej ludzkości.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA.
Menachem Mirski is a Polish born philosopher, musician, scholar and international speaker. He earned his Ph.D. in Philosophy and is currently studying to become a Rabbi at the Ziegler School of Rabbinic Studies. His current area of interests focus on freedom of expression and thought as well as the laws of logic as it pertains to the discourse of ideology and social and political issues. Dr. Mirski has been a leader in Polish klezmer music scene for well over a decade and his LA based band is called Waking Jericho.

Obserwator gwiazd wpatruje się w Izrael

Obserwator gwiazd wpatruje się w Izrael

Refleksja nad paraszą Balak

Menachem Mirski

Żaden człowiek nie wejdzie dwa razy do tej samej rzeki; bo nie będzie to już ta sama rzeka lub on nie będzie tym samym człowiekiem. Ta wielka, wypowiedziana przez Heraklita metafora, głosi, iż zmiana jest istotą wszystkiego, zarówno w świecie przyrody, jak i w świecie człowieka. I  choć we wszechświecie istnieją stałe elementy (takie jak prawa fizyki) i istnieją stałe schematy/szablony ludzkich zachowań, w ostatecznym rozrachunku zmiana, szczególnie w ludzkim świecie, może unieważnić wszystko, łącznie z tymi stałymi wzorcami.

Z drugiej strony, ten stały element, szablon ludzkiego zachowania, może również przynieść zmianę i zarazem unieważnić lub zniszczyć wszystko, w tym ludzkie życie. Porcja Tory na ten tydzień opowiada nam historię, która zawiera zarówno elementy zmiany, jak i stałe wzorce/schematy. (Nie-żydowski) prorok Balaam zostaje zatrudniony przez króla Moabitów, Balaka, by przekląć Izrael, by ich mógł w dalszej perspektywie pokonać. Balaam próbuje przekląć Izraelitów trzy razy i za każdym razem jego usta wypowiadają błogosławieństwa. Jednak wbrew obiegowej opinii Balaam ostatecznie wywiązuje się ze swojego zadania i udaje mu się przekląć Izrael: staje się podżegaczem, który radzi Moabitkom i Midianitom uwieść Izraelitów i skłonić ich do bałwochwalstwa, co sprowadza na nich Boski gniew. Ostatecznie Balaam ginie z ręki Izraela, oni bowiem podbijają Madianitów i zabijają go (Lb 31).

Kim był Balaam? Opinie rabinów na ten temat są bardzo różne. Niektórzy wierzyli, że był jednym z siedmiu wielkich proroków, którzy prorokowali w nieżydowskim świecie (Talmud Bawa Batra 15b). Midrasz Bereszit Rabba 65:20 nazywa go największym filozofem w świecie, podczas gdy Bamidbar Rabba 14 przedstawia go jako proroka podobnemu Moszemu, a nawet przewyższającego go pod pewnymi względami. Potrafił on np. poznać stan uczuć Boga i przewidzieć moment gniewu Bożego (Talmud Berachot 7).

Ibn Ezra jednakże twierdzi, by był on jedynie obserwatorem gwiazd i astrologiem, i odmawia mu jakiejkolwiek zdolności do przeklinania lub błogosławienia. Podobnie wielu innych komentatorów nazywa go czarownikiem, a nawet szarlatanem. Zohar przedstawia go jako człowieka z otwartym, ale złym okiem: gdziekolwiek spojrzał, posłał złe duchy, aby wyrządziły szkody i taki był jego zamiar względem Izraela. Według Abravanela, Balaam w rzeczywistości chciał zaszkodzić Izraelowi nawet bardziej niż jego „pracodawca”, Balak, jednak jego złe moce zniknęły, gdy staną oko w oko z Izraelem.

Rabiniczne opinie na temat Balaama różnią się, ponieważ sytuacja opisana w naszej części Tory jest dynamiczna i rozwija się. Nasza parsza opowiada historię upadłego proroka, człowieka obdarzonego niegdyś Boską mądrością, który stał się naszym wrogiem i wrogiem samego Boga. Nasi mędrcy mówią w Midraszu, że Balaam został napełniony duchem proroczym (ruach ha-kodesz), ale kiedy połączył się z Balakiem, opuścił go i stał się zwykłym magikiem. W tym świetle cud przemawiającego do niego osła miałby następujące znaczenie: symbolizowałby upadek jego zdolności proroczych, a tym samym upadek i porażkę niegdyś znakomitego, oświeconego człowieka, który stał się zawzięty i zaślepiony w swoich intencjach, działaniach i tym samym stracił swoje wybitne, nadprzyrodzone zdolności. Istotnie, to osioł uświadomił mu niezgodność jego intencji z wolą Bożą. Co może być bardziej dobitne, co może być bardziej krzykliwe dla proroka niż to?

Jednak w przypadku Balaama zadziałało to tylko częściowo i tymczasowo. Po tym, jak trzykrotnie uderzył osła i sprawił, że on przemówił do niego ludzkim głosem, Wiekuisty otworzył mu oczy:

Wtedy otworzył Wiekuisty oczy Balaama i zobaczył on anioła Wiekuistego, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. (Lb 22:31)

Ale Balaam kontynuuje swoją podróż z zamiarem przeklęcia Izraela, co wedle zachowania anioła, wydaje się być legitymizowane przez samego Boga, który tymczasowo zmienia jego serce i sprawia, że jego usta błogosławią Izraelowi, zamiast go przeklinać. Wydaje się jednak, że sytuacja staje się coraz trudniejsza. Kiedy po raz trzeci Balaam próbuje przekląć Izrael, Bóg intensyfikuje swoją obecność w świecie, tak że sam Duch Boży (ruach Elohim) zstępuje na niego:

Gdy więc podniósł oczy i zobaczył Izraela rozłożonego obozem według swoich pokoleń, ogarnął go Duch Boży (Lb 24:2)

Co jest rzadkim zjawiskiem, które zdarza się w Torze tylko trzy razy poza naszą paraszą: przed stworzeniem świata (Rdz 1:2), kiedy Józef interpretuje sny faraona (Rdz 41:38) i kiedy Bóg obdarza nim Becalela by ten zaprojektał i zbudował Miszkan (Wj 31:3 i 35:31). Ale to w niczym nie pomaga. Nie słyszymy o Balaamie aż do Księgi Liczb 31, kiedy zostaje zabity przez Izraelitów i kiedy ujawniony zostaje jego ostatni spisek przeciwko nim (Lb 31:8-16)

Jakie znaczenie może mieć ta historia dla nas dzisiaj? Uważam, że z tego, co powiedziałem powyżej, można wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, nawet inteligentni i oświeceni ludzie mogą stać się naszymi wrogami, nawet zażartymi wrogami. Tak więc inteligencja i edukacja nie są 100% szczepionką przeciwko antysemityzmowi i nienawiści. Historia świata tego przykłady: istnieli wielcy luminarze, którzy byli antysemitami lub stanęli po stronie antysemitów (jak Wolter, Dostojewski, Martin Heidegger czy rumuński religioznawca Mircea Eliade). Po drugie, powinniśmy być ostrożni w kontaktach z ludźmi, którzy swoje interesy przedkładają ponad swoje wartości: w tym przypadku wszystko może się odwrócić, a nasi „przyjaciele” mogą natychmiast zamienić się we wrogów. Z tego powodu powinniśmy raczej szukać przyjaciół wśród ludzi, którzy podzielają podobne do naszych wartości, lub przynajmniej powinniśmy znać ich tablicę wartości i wiedzieć, że naprawdę ją szanują. I po trzecie, chociaż powinniśmy cierpliwie pracować nad naszymi relacjami z innymi narodami i ich przywódcami, powinniśmy być świadomi wiatrów historii i powinniśmy być świadomi względnej kruchości wszelkich relacji między ludźmi różnych narodów, kultur i wyznań. Jeśli nawet sam Bóg zwątpił w Balaama, to tym bardziej nasza moc jest w tej sprawie ograniczona. Dlatego też musimy wspierać nasze państwo – Izrael. To nasz dom, w którym nie musimy polegać na nikim innym niż na nas samych, bez względu na to, co dzieje się w reszcie świata i bez względu na to, co świat myśli o Izraelu.

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA.
Menachem Mirski is a Polish born philosopher, musician, scholar and international speaker. He earned his Ph.D. in Philosophy and is currently studying to become a Rabbi at the Ziegler School of Rabbinic Studies. His current area of interests focus on freedom of expression and thought as well as the laws of logic as it pertains to the discourse of ideology and social and political issues. Dr. Mirski has been a leader in Polish klezmer music scene for well over a decade and his LA based band is called Waking Jericho.

Szpiegujące oko i wędrujące serce

Szpiegujące oko i wędrujące serce

Refleksja nad paraszą Szelach

Menachem Mirski

Rozum, uczucia, zmysły… te pojęcia odnoszące się do zjawisk intelektualnych i duchowych od starożytności nurtowały filozofów, myślicieli, pisarzy. Czym powinniśmy się kierować, za czym powinniśmy iść? Czy istnieją jakieś ogóle reguły w tej kwestii czy wszystko zależy wyłącznie od sytuacji?

Opinie na ten temat były zawsze podzielone. Porcja Tory na ten tydzień również podnosi to zagadnienie:

To będzie wasz cicit po to, abyście, gdy na niego spojrzycie, przypomnieli sobie wszystkie przykazania Wiekuistego, i abyście je wypełniali, a nie podążali za swoimi sercami i swoimi oczami, którym dajecie się zwodzić. (Liczb 15:39)

To są słowa trzeciego akapitu naszej codziennej Szemy: we’lo-taturu acharei lewawchem we’acharei ejneichem aszer atem zonim achareihem. Hebrajski czasownik taturu użyty tutaj do wyrażenia „abyście nie podążali” jest tym samym, co czasownik latur użyty do opisania zwiadu/badania, na które zostali wysłani szpiedzy do Erec Israel na samym początku naszej parszy (Liczb 13:2, 13:16) Jak wyjaśnia Raszi, przywołując inne źródła:

Serce i oczy są „szpiegami” ciała — działają jako jego agenci by grzeszyć: oko widzi, serce pożąda, a ciało grzeszy (Midrasz Tanchuma, Szelach 15; cf. Talmud Jeruszalmi Berachot 1:8).

Tak więc nasze serca i zmysły prowokują nas do grzechu. Tego rodzaju twierdzenia można znaleźć w wielu tradycjach religijnych. Ale co tak naprawdę oznacza owo „nie podążanie za naszymi sercami i oczami”? Jak możemy to zdefiniować? Kiedy nasze uczucia/wrażenia zmysłowe są koszerne, a kiedy nie?

Sam werset podsuwa nam pewną wskazówkę: powinieneś mieć citcit (frędzle) i patrzeć na nie (przypominają ci one o przykazaniach), aby nie podążać za swoim sercem lub oczami (lub innymi zmysłami). Ale czy powinniśmy skupić się wyłącznie na przykazaniach i całkowicie odrzucić uczucia oraz świadectwo zmysłów? Tego uczyły niektóre tradycje filozoficzne, ale Tora nigdy by czegoś takiego nie zasugerowała. Wręcz przeciwnie, to właśnie rozkoszowanie się pięknem i cudem wszechświata może przybliżyć nas do Boga, do Jego miłości i Jego bojaźni. Oto, co zauważa rabin Bahia Ibn Pakuda w swoich Obowiązkach serca:

Czy mamy obowiązek kontemplować wszystkie stworzone rzeczy, czy nie? Zarówno Rozum, jak i Tradycja (w piśmie oraz ustna) obligują nas do kontemplacji stworzenia i poznawania z niego mądrości Stwórcy…
Jeśli chodzi o tradycję w piśmie, Biblia stwierdza: “Podnieście oczy w górę i patrzcie: Kto stworzył te [gwiazdy]” (Iz 40:26) oraz “Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził: czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym – syn człowieczy, że się nim zajmujesz? (Psalm 8:4-5)

W ten sposób miłując Stworzenie, docieramy do Stwórcy. W literaturze rabinicznej można znaleźć jeszcze silniejsze wyrazy uwielbienia wobec otaczającej nas rzeczywistości:

Człowiek powinien być pociągnięty do odpowiedzialności za cokolwiek, co jego oczy widziały, a w czym nie wziął udziału (Talmud Jeruszalmi, Kiduszin 4:12). Raw Jehuda głosił, że każdy, kto zobaczy drzewa w pełnym rozkwicie w miesiącu Nissan powinien wypowiedzieć błogosławieństwo: „Błogosławiony Ten, który nie pozostawił swojego świata w braku czegokolwiek i stworzył piękne stworzenia oraz piękne drzewa dla radości wszystkich ludzi” (Talmud Bawli, Berachot 43b)

Rabini wprowadzili także liczne błogosławieństwa, z pomocą których winniśmy błogosławić Boga za stworzenie całej różnorodności zjawisk przyrody: morza, słońca, grzmotów, tęczy, niezwykłej napotkanej przez nas istoty, a nawet czegoś tak abstrakcyjnego jak samo piękno:

Baruch atah adonai eloheinu melech ha’olam shekahcha lo baolamo.
Błogosławiony jesteś, Boże nasz, Królu Wszechświata, że tak [pięknie] jest w Twoim wszechświecie!

Oczywiście mamy też liczne błogosławieństwa, których używamy codziennie błogosławiąc Stwórcę za różnego rodzaju potrawy, które dzięki Niemu spożywamy. Jak zatem mamy rozumieć przykazanie, które mówi nam, abyśmy nie kierowali się naszym sercem i zmysłami?

Uważam, że właściwe, współczesne rozumienie tego przykazania powinno wyglądać następująco: Musimy zawsze być w stanie dostrzec związek między zjawiskami, których doświadczamy a Stwórcą. Tak długo, jak widzimy ten związek, sami jesteśmy w bliskiej relacji ze Stwórcą, i jesteśmy Mu wdzięczni za wszystko, co nas spotyka, możemy robić w świecie całkiem sporo, bez ryzyka, że zostaniemy zwiedzeni przez nasze uczucia lub zmysły. To na poziomie duchowym. Natomiast na poziomie praktycznym oznacza to nigdy nie spuszczać z oka z cicit – z przykazań. Innymi słowy, oznacza to postrzegać całą rzeczywistość w kontekście Boskiego prawa (lub przynajmniej być w stanie ją tak postrzegać).

Jakie są dalsze, praktyczne konsekwencje tego, co właśnie tutaj zasugerowałem? Uważam, że nigdy nie powinniśmy opierać naszych (etycznych) osądów wyłącznie na tym, co mówi nam nasze serce – wyłącznie na empatii, wyłącznie na współczuciu, bowiem takie osądy nigdy nie będą sprawiedliwe. Współczucie, empatia powinny być składnikiem naszych sądów moralnych, ale tylko w szerszym kontekście, w kontekście Boskiego prawa, które odróżnia dobro od złego, słuszne od tego co niesłuszne. Tylko wtedy, gdy potrafimy umiejscowić człowieka lub działanie, które osądzamy, w tym kontekście, powinniśmy pozwolić naszym sercom przemówić. Innymi słowy – musimy wiedzieć kim jest moralnie dana osoba lub znać dokładne szczegóły działań, o których mówimy. Podobnie też nigdy nie powinniśmy opierać naszych osądów wyłącznie na tym, co widzieliśmy lub czego doświadczyliśmy. To wszystko jest zawsze ograniczone. Zawsze jest o wiele więcej tego, czego nie widzieliśmy ani nie doświadczyliśmy. Tak więc tutaj znów powinniśmy stale patrzeć na nasze cicit – Boskie przykazania – i oceniać rzeczywistość w tych ramach. Boskie prawo, duch i mądrość pomagają nam nieustannie pokonywać nasze ludzkie ograniczenia: subiektywność naszych uczuć, percepcji i poglądów. Powiększają one także naszą wspaniałą, niemniej jednak wciąż ograniczoną, wyobraźnię.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Bemidbar

Wykonać Boską pracę zanim On ją wykona

Refleksja nad paraszą Bemidbar

Menachem Mirski

Życie stawia nas czasem w trudnych i skomplikowanych sytuacjach, w których mówimy do siebie “jakoś to będzie”, po czym okazuje się, że rzeczywistością staje się to, czego najbardziej się obawialiśmy. Czasem jest też tak, że jesteśmy w tych trudnych przepełnieni optymizmem, przez co dostrzegamy tylko to, co pozytywne i wręcz nie dopuszczamy do siebie myśli, że może wydarzyć się inaczej. Nasze rozczarowanie jest wtedy dużo większe. Wówczas, po fakcie, rozliczamy samych siebie i czasem stwierdzamy, że nie zrobiliśmy wszystkiego by owej sytuacji zapobiec, że mogliśmy być bardziej przewidujący i zrobić więcej.

Nasza porcja Tory na ten tydzień rozpoczyna się od słów, które wydają się nie mieć nic wspólnego z tym, co napisałem powyżej:

Dnia pierwszego drugiego miesiąca, w drugim roku po wyjściu z Egiptu, tymi słowami przemówił Pan do Mojżesza na pustyni Synaj w Namiocie Spotkania: Dokonajcie obliczenia całego zgromadzenia Izraelitów według szczepów i rodów, licząc według głów imiona wszystkich mężczyzn. Ty i Aaron dokonajcie spisu wszystkich Izraelitów zdolnych do walki od lat dwudziestu wzwyż, według ich zastępów. Z każdego pokolenia winien wam towarzyszyć mąż, głowa rodu. (Liczb 1:1-4)

Bóg nakazuje Mojżeszowi policzyć plemiona Izraelskie w celu określenia ilości mężczyzn zdolnych do sformowania wojska i wyruszenia w bitwy, aby podbić Erec Israel. Możemy zapytać: dlaczego (wszechwiedzący) Bóg potrzebuje tej liczby, czyżby jej nie znał? Odpowiedź na to pytanie brzmi następująco: On tej liczby nie potrzebuje. Potrzebuje jej Mojżesz, inni liderzy Izraela i lud Izraela jako taki, żeby zaplanować i dokonać owego podboju. Potrzebują tego, bowiem od momentu wyjścia z Egiptu boska protekcja i interwencja ulega stopniowemu zmniejszeniu. Jedynie pierwszą bitwę, z Egipcjanami, Bóg sam stoczył dla Izraela, własnymi rękami, zatapiając egipskie wojska w morzu.  Następna bitwa, stoczona z Amalekitami zaraz po wyjściu z Egiptu (Wj 17:8-16) stoczona była już przez Izraelitów, Bóg jedynie pomógł im ją wygrać. W takiej też postaci – relacji partnerstwa, nie zaś kompletnej zależności od Boga – zostaje utrwalona relacja ludu wybranego z Wiekuistym.

Jak ujął to, idąc za mędrcami, Nachmanides nigdy nie powinniśmy zakładać, że wydarzą się cuda; musimy zawsze poczynić wszelkie niezbędne przygotowania, aby realnie móc się zmierzyć z wrogiem. Podobnie w naszym indywidualnym życiu, w naszych zmaganiach z rzucanymi nam wyzwaniami: musimy być stale zdolni oszacować co jest od nas zależne, co jest w naszej mocy i co, w konsekwencji, należy do naszych obowiązków, czym nie powinniśmy obarczać Wiekuistego, ani też innych ludzi. Wtedy powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby stawić czoła złu lub niebezpieczeństwu. Z powodu naszej wyjątkowej relacji z Wiekuistym, cuda się (prawdopodobnie) wydarzą (co mieliśmy okazję zaobserwować w naszej nawet nieodległej historii). Jeśli się one wydarzą, będzie to dla nas dodatkowy dar, który będzie nagrodą za naszą mądrość i gotowość do działania, dar który przyniesie nam ulgę, przywróci szczęście oraz pokój między ludźmi.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Pinchas

Pinchas

Rabbi Dr Walter Rothschild

Poznałem Pinchasa wiele razy. W istocie wydaje się, że prawie w każdej społeczności, w jakiej służyłem, był jakiś Pinchas! Jest on (bądź ona) ogromnie entuzjastyczny, głęboko zaangażowany, impulsywny i ma skłonność do podejmowania szybkich i skrajnych działań, nie zawsze do końca przemyślanych. Mają dobre intencje i wiedzą, że realizują dzieło Boga i że Bóg jest po ich stronie. Niektórzy z nich zostają nawet rabinami albo przynajmniej ludźmi przekonanymi, że wiedzą więcej od rabinów! Z najgłębszym szacunkiem, potrafią być też zupełnie nieznośni.

W istocie sam Pinchas był nieznośny w dwójnasób – jako że pod koniec zeszłotygodniowej sidry (w Lb 25, 6-8) wstaje i z własnej inicjatywy przebija włócznią dwójkę osób zastanych „in flagranti” – Izraelitę przez plecy (najwyraźniej był na górze), a Midianitkę przez brzuch. Tora pozwala sobie przy tym nawet na żart – Pinchas wchodzi do „kuba” – jest to słowo, które pojawia się tylko w tym miejscu i oznacza rodzaj dużego, ceremonialnego namiotu – i przebija włócznią parę nieszczęśników w trakcie ich ostatecznego „stosunku przerywanego” przez „kuba” – słowo to pojawia się w Torze tylko dwukrotnie, ale tutaj oznacza brzuch albo żołądek. Była to wyjątkowa prowokacja – wielu spośród Izraelitów, którzy teraz mieszkali w Szitim, zaczęło zadawać się z lokalnymi Moabitkami, a nawet zaczęli przyłączać się do ich rytualnego oddawania czci „Baal Peorowi” – przypuszczalnie miejscowemu bogu góry Peor, o której wspomina się w Lb 23, 28 i z której Balak i Bilaam spoglądają w dół na pustynię. Samo słowo „Peor” oznacza „szeroki” albo „otwarty”. Bóg jest naturalnie rozgniewany, że Izraelici przestrzegają pogańskich zwyczajów – dołączając do rytualnych ofiarnych posiłków ze zwierząt poświęconych bożkowi Baalowi, a zwłaszcza angażując się w stosunki płciowe, które w kultach pogańskich miały najwyraźniej symbolizować relację między człowiekiem a bogiem.

Czytamy następnie zwięzłe, ale bardzo gwałtowne i brutalne wersety opisujące sposób, w jaki zostaną ukarani winni (25, 4-5) – i dokładnie w tym momencie Izraelita (Zimri) postanawia współżyć w bardzo publiczny, prowokacyjny sposób z Midianitką (Kozbi); nie jest do końca jasne, w którym namiocie oddawali się swojej rozpuście – Izraelici siedzą i lamentują przy wejściu do Miszkanu, Namiotu Spotkania – „Ohel Moed”. Czy nasza para w istocie użyła „Ohel Moed” jako kuba i miejsca dla swojej schadzki? Jeśli tak, to dopuściliby się jego zbezczeszczenia – ale nie w takim stopniu, co Pinchas, który w swojej gorliwości i porywczości morduje dwie istoty ludzkie, rozlewając tym samym ludzką krew w świętym namiocie…. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z naprawdę nieciekawą sytuacją, z kryzysem. I to abstrahując od politycznych konsekwencji zamordowania Midianickiej księżniczki, córki wodza.

Być może właśnie dlatego rabini postanowili podzielić sidrot właśnie w tym miejscu, w środku relacji na temat tych wydarzeń. Żeby dać wszystkim szansę na odzyskanie oddechu, żeby zastanawiali się przez tydzień, jak ta historia potoczy się dalej w kolejny szabat. Żeby mogli się uspokoić.

Ale reakcja zatyka dech w piersiach. Bóg mówi Mojżeszowi, że wnuk jego brata (jako że Pinchas jest wnukiem Aharona) dobrze postąpił i że wszyscy powinni być z niego dumni! Choć Pinchas należy już do rodu kapłańskiego, to teraz jego status kapłański oraz status jego potomków został zagwarantowany na zawsze. (Nawiasem mówiąc, kohen powinien oczywiście unikać wszelkiego kontaktu z ludzkimi zwłokami i ludzką krwią, które uczyniłyby go nieczystym – może Pinchas użył długiej włóczni i dzięki temu nie został ochlapany krwią?). Bóg mówi nawet, że za sprawą swojego czynu Pinchas zasługuje na „Moje przymierze szalom” – „Briti Szalom”. Bóg zatrzymuje plagę.

W rozdziale 26 przeprowadzony zostaje kolejny spis powszechny, a tym razem osobą odpowiedzialną za liczenie jest Eleazar, ojciec Pinchasa; tym razem celem jest ustalenie, ilu jest dostępnych mężczyzn w wieku poborowym (powyżej 20 lat) – jako że żadnego z tych młodych mężczyzn nie było na świecie, kiedy Mojżesz z Aharonem przeprowadzili pierwszy spis powszechny na pustyni Synajskiej – za wyjątkiem Kaleba i Jozuego. Rzeczywiście nadszedł czas na zmianę na górze i Mojżeszowi przykazuje się, żeby przygotował się na własne „usunięcie ze stanowiska” i żeby mianował Jozuego na swojego następcę, za przyzwoleniem Arcykapłana Eleazara. Eleazar zajął miejsce Aharona, a Jozue zajmie miejsce Moszego, jedyna różnica jest taka, że Eleazar był synem Aharona, zaś Jozue nie jest w ogóle spokrewniony z Mojżeszem.

W Lb 31, 6 wojska izraelickie wysłano, żeby walczyły z Midianitami; Pinchas zostaje wysłany jako swoisty pierwszy „kapelan wojskowy”, „który zabrał ze sobą święte naczynia i trąby wojenne.” Tym razem nie jest uzbrojony w żadną broń, a tylko w wyposażenie służące do rytuałów i do komunikacji. Przypuszczalnie uważano, że jest młody i w dobrej formie fizycznej i nie będzie się bał widoku krwi. Czy jest to rodzaj awansu czy też degradacji? To wciąż właśnie do jego ojca Eleazara ludzie muszą przynosić wszystkie łupy. Jest to nieprzyjemna historia i trzeba zadać sobie pytanie, jaką tak naprawdę rolę odgrywa w tym wszystkim Pinchas.

O co tu więc chodzi? Co Bóg próbuje powiedzieć Mojżeszowi i jego bratankowi, ojcowi Pinchasa? Co próbuje powiedzieć ludowi? Że siedzenie przed wejściem do Namiotu Spotkania i lamentowanie nad zaistniałą sytuacją nie wystarczy, że trzeba COŚ zrobić? Podjąć działanie, a w razie konieczności dopuścić się przemocy? Sądzę, że u wielu z nas taka myśl budzi dyskomfort. Judaizm nie jest formą pacyfizmu, rozumiemy, że czasem konieczne są wojny obronne, a uczestniczenie w takiej wojnie uznawane jest nawet za „milchemet micwa” – jednak w tym przypadku zagrożenie, z jakim zmagają się Izraelici, ma charakter duchowy, a nie fizyczny; ich wiara w niewidzialnego, jedynego Boga jest wystawiana na próbę w efekcie styczności z rozkoszami pogańskiego politeizmu i oddawania się przyjemnościom materialnym i fizycznym – jest to z pewnością rozpaczliwa sytuacja, ale czy usprawiedliwia to taką rzeź? Niestety historia świata wypełniona jest sytuacjami, kiedy jedna grupa czuła się usprawiedliwiona, żeby zmasakrować inną grupę po prostu za wyznawanie „niewłaściwych” przekonań i zjawisko to nie przeszło jeszcze do historii – tutaj, w tych rozdziałach, odkrywamy ku naszemu dyskomfortowi, że historia żydowska – albo, żeby lepiej to ująć, starożytna historia izraelicka – nie jest całkowicie wolna ani od takich koncepcji, ani od takich zajść.

Jako Żydzi czasem – nazbyt często – mierzyliśmy się z egzystencjalnym pytaniem: „za co jesteś gotów umrzeć?” – i wielu Żydów wybierało na przykład raczej męczeństwo aniżeli chrzest. Druga strona tego samego pytania brzmi: „za co jesteś gotów zabić?”. Mam nadzieję, że większość z nas nie będzie się nigdy musiała mierzyć z tym pytaniem w konkretnej, rzeczywistej sytuacji, ale niedawno toczyłem dyskusję z członkiem kongregacji w Berlinie, któremu nie podobała się modlitwa za Siły Obronne Izraela w synagodze – „Możemy równie dobrze wrócić do błogosławienia armat!” – powiedział. Nie zgodziłem się z nim. Są w tej chwili młodzi mężczyźni i kobiety, których obowiązkiem jest chronić i bronić – w razie konieczności (i jest to obwarowane warunkami i podlega ścisłej kontroli) przy użyciu przemocy, przy użyciu broni, tak żeby inni mogli dalej wieść swoje życie jako Żydzi w (stosunkowym) pokoju. Nie dlatego, że inni koniecznie chcą, żebyśmy przyjęli ich religię, ale ponieważ chcą, żebyśmy porzucili naszą własną – albo nie widzą powodu, dlaczego mielibyśmy żyć, jeśli mamy naszą odrębną religię. Jest to poważny problem i póki co nic nie wskazuje na to, żeby miał zniknąć, a jego zaczątek możemy zaobserwować już w Biblii.

Pinchas NIE jest wzorem do naśladowania dla nas wszystkich, ale jest człowiekiem, który bierze sprawy w swoje ręce, żeby zrobić to, co uznaje za słuszne. Przynajmniej za to należy mu się nasz szacunek, nawet jeśli uznamy jego metody za nazbyt skrajne w bardziej „normalnych” czasach.

Szabat Szalom,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Bamidbar

O naszym zobowiązaniu wobec Przymierza

Refleksja nad paraszą Bamidbar

Menachem Mirski

W ten szabat rozpoczynamy czytanie księgi Liczb, po hebrajsku Bamidbar (Na pustyni). Na początku paraszy Bamidbar Bóg prosi Mojżesza, żeby przeprowadził spis dwunastu plemion Izraela. Mojżesz dolicza się 603 505 mężczyzn zdatnych do służby wojskowej (w wieku od 20 do 60 lat); jednakże plemię Lewiego, liczące 22 300 jednostek płci męskiej w wieku od jednego miesiąca i starszych, zostaje policzone oddzielnie. Prawie wszystko, o czym mówi nasza parasza jest omawiane w kontekście liczb. Imiona, umiejscowienie ludzi w obozie i w obrębie hierarchii, jak również pewne zobowiązania i obowiązki – wszystko to rozważane jest w kontekście liczb.

Pierwszy werset czytanej w tym tygodniu haftary przypomina nam o obietnicy danej Abrahamowi:

„A liczba [ludu] Izraela będzie jak piasek morski, którego nie można ani zmierzyć, ani zliczyć. I będzie tak, że zamiast mówić do nich: Wy nie jesteście moim ludem, będzie się do nich mówiło: [Dziećmi] Boga żywego jesteście”. (Ozeasz 2, 1)

Ozeasz daje taką samą obietnicę Izraelitom, których Bóg chce ponownie poślubić, ganiąc ich jednocześnie (gdyż jest to jeden z fundamentalnych elementów aktywności proroczej) i formułując warunki, jakie muszą zostać spełnione, aby obietnica została dana ponownie, co można streścić jednym zdaniem: trzeba zerwać z przeszłością. Czyniąc to, Ozeasz wprowadza również pewną ważną koncepcję teologiczną: przymierze postrzegane jako małżeństwo pomiędzy Mężem i Żoną, Bogiem i Izraelem. Ta metaforyka została zaadoptowana przez późniejszych proroków, jak Izajasz czy Jeremiasz. Ale początki tej koncepcji wcale nie są takie piękne. W pierwszym rozdziale księgi Bóg nakazuje Ozeaszowi poślubić nierządnicę, Gomer, i mieć z nią dzieci. Akceptacja haniebnej roli męża żony nierządnicy jest analogią haniebnego statusu Boga będącego w związku z Izraelem. Ale z drugiej strony narracja ta pokazuje, że Bóg nie porzuciłby Izraela, nawet gdyby Go zostawili, by służyć fałszywym bogom. Pokazuje ona też, jak daleko Bóg może posunąć się, aby naprawić relację Przymierza ze swoim ludem.

Tora przyzwyczaiła nas do istnienia ścisłego związku pomiędzy płodnością i boskim błogosławieństwem. Powiedziałbym, że jest to jedno z „praw natury”, zaś to szczególne „prawo natury” zawiera w sobie również prawa boskie. Co przemawia za takim twierdzeniem? Mówię tak, gdyż sama płodność nie wystarczy dla przetrwania danego ludu, zwłaszcza jeśli mówimy o konkretnych grupach etnicznych lub religijnych. Nie jesteśmy zwierzętami, nasze przeżycie od zawsze miało wymiar polityczny. Musimy utrzymywać stabilne instytucje społeczne, musimy przestrzegać praw i zasad, tak aby zapewnić ludziom środowisko, w którym będą mogli wzrastać i się rozwijać. Musimy żyć zgodnie z pewną ideologią czy też etosem, który uznaje prawdziwe wartości, takie jak sprawiedliwość, miłość i pokój, jak również wartość samego ludzkiego życia, i to nie tylko wartość jednostkowego życia, ale również życia całej wspólnoty. Na przestrzeni historii istniały liczne plemiona, grupy etniczne i religijne albo nawet całe cywilizacje, które zniknęły z powierzchni ziemi. Jesteśmy jednym z bardzo nielicznych starożytnych ludów, które nie zniknęły. Stało się tak głównie dlatego, że nasza religia zawsze uznawała prawdziwe wartości, wartość samego życia i nigdy nie przestała czynnie wprowadzać tych wartości w życie.

Uważam, że obie te rzeczy – zarówno życie jednostkowe, jak i życie wspólnoty – posiadają z założenia taką samą wartość. Wspólnota szanująca tę równowagę jest wspólnotą, którą Bóg chce poślubić czy też poślubić na nowo, tak jak w naszej haftarze; to jest właśnie lud, wśród którego zamieszka Jego duch. Bóg rozwiódł się i rozwiedzie się ze społecznością egoistycznych ludzi, którzy dbają tylko o swoje indywidualne potrzeby i interesy. Uczyni to nie tylko z powodów etycznych: tego typu społeczności są na dłuższą metę nietrwałe; a jeśli nie są trwałe, to nie mogą wypełnić swojej części przymierza z Bogiem, które jest, z definicji, wieczne. Jest to jedna z fundamentalnych idei i przekonań w naszej religii: zostaliśmy wyznaczeni do bycia świadkami jednego, jedynego Boga i mamy pozostać świadkami na zawsze, aż do końca czasów (cokolwiek by to nie znaczyło, ale bardzo, bardzo długo). Sądzę też, że Bóg nigdy nie poślubiłby wspólnoty, która nieustannie składa w ofierze możliwości i interesy swoich jednostek na ołtarzu tak zwanego „wspólnego dobra” – wspólnoty, która popiera różne, radykalne formy kolektywizmu i nie dba o prawa jednostek.

Co to oznacza dla poszczególnych jednostek? Oznacza to, że twoje życie jest cenne, ma jednak skończony charakter. Życie, które możesz stworzyć, nie jest mniej cenne od twojego – jest z definicji równie cenne. Celem jest zachowanie pewnej równowagi pomiędzy docenianiem znaczenia swojej indywidualnej samorealizacji i docenianiem znaczenia prokreacji. Ta równowaga ma oczywiście różną postać na różnych etapach ludzkiego życia. Musimy zdobyć pewną mądrość, żeby odnaleźć tę równowagę. Na poziomie społecznym musimy osiągnąć pewną mądrość, żeby znaleźć równowagę pomiędzy prawami i marzeniami jednostek a dobrostanem wspólnoty. Taka granica może być i powinna być gdzieś wytyczona, jako że oba podejścia – zarówno radykalny indywidualizm (czyli postrzeganie i ocenianie wszystkiego wyłącznie z perspektywy danej jednostki) jak i radykalny kolektywizm (postrzeganie i ocenianie wszystkiego wyłącznie z perspektywy grupy) jest szkodliwe dla ludzi. Radykalny, bezmyślny indywidualizm krzywdzi przede wszystkim jednostki – zaś samo społeczeństwo w mniejszym stopniu, w zależności od tego, jak bardzo jest rozpowszechniony. Radykalny kolektywizm, zwłaszcza na dłuższą metę, szkodzi większości jednostek, a zatem szkodzi również samemu społeczeństwu.

Kolektywizm znalazł mocny wyraz w filozofiach politycznych takich jak socjalizm, faszyzm i komunizm. Jego radykalne odmiany istniały w praktyce w różnych systemach totalitarnych ustanowionych na przestrzeni historii. Również dzisiaj są one widoczne i realnie istniejące. Są one wprowadzane w życie w krajach takich jak Korea Północna, w islamistycznych teokracjach takich jak Afganistan i być może w mniejszym stopniu w Chinach i na Białorusi. Na Zachodzie idee kolektywistyczne są obecne w ideologiach skrajnie prawicowych i skrajnie lewicowych ruchów. Kolektywizm jest również obecny w tych formach polityki tożsamościowej, które przedkładają tożsamość grupową ponad jednostkową tożsamość. Tego rodzaju koncepcje są niebezpieczne, gdyż mogą łatwo skutkować przypisywaniem czegoś, co zwie się zbiorową odpowiedzialnością pewnym grupom w obrębie społeczeństwa. Nie zaprzeczam, że zjawisko takie jak zbiorowa odpowiedzialność może istnieć, ale powinniśmy podchodzić do tej koncepcji z dużą ostrożnością. Generuje ona szereg kontrowersji na wielu poziomach: metafizycznym, moralnym, psychologicznym i socjologicznym. Sytuacja jeszcze się pogarsza, kiedy w imię zbiorowej odpowiedzialności porzucamy koncepcję indywidualnej odpowiedzialności. Niemożliwa jest wtedy jakakolwiek forma sprawiedliwości, gdyż sprawiedliwość jest nierozerwalnie powiązana z odpowiedzialnością jednostkową. Jako Żydzi zbyt dobrze wiemy, jak działa w praktyce przypisywanie ludziom odpowiedzialności zbiorowej i jak tragiczne mogą być tego konsekwencje. Powinniśmy jako pierwsi odrzucić te wzorce myślenia lub przynajmniej podchodzić do nich bardzo krytycznie.

Zagrożenia wynikające z wszystkich tych radykalnych koncepcji nigdy nie znikają i nigdy nie znikną. Jest to bezpośrednia konsekwencja ludzkiej wolności: wolności myśli, wypowiedzi i działania oraz wolności egzystencjalnego samookreślenia. Wiedząc o tym wszystkim, powinniśmy jednak zdystansować się – nie tylko w wymiarze praktycznym, ale również ideologicznie, od wszelkich odmian tego typu koncepcji: radykalnego kolektywizmu, różnych form egocentryzmu i narcyzmu, jak również od ich rzekomo racjonalnych usprawiedliwień. Powinniśmy dystansować się też od grupowych form egocentryzmu i narcyzmu, które są bardzo często spotykane w naszych dzisiejszych społeczeństwach i tylko podsycają stronniczość i pogłębiają podziały. Wszystkie przekonania w stylu: “tylko ludzie z mojej grupy są naprawdę mądrzy, inteligentni i wykształceni, wszyscy inni zaś (szczególnie przedstawiciele grup, których nie znoszę) są albo szaleni, głupi albo niewykształceni” podpadają pod tę kategorię.

Bóg kocha nas tak samo jako jednostki oraz jako wspólnotę. To on odpowiada za rozwiązywanie konfliktów ludzkich interesów. Jego działania mogą być opóźnione, ale są zawsze sprawiedliwe. Ilekroć mamy poczucie, że w wyniku tych konfliktów zostaliśmy potraktowani niesprawiedliwie, przez ludzi albo nawet przez samego Boga, powinniśmy wykazać się cierpliwością i ufać, że sprawiedliwość nadejdzie. Nie oznacza to, że powinniśmy po prostu biernie czekać i nie podejmować działań w celu naprawy sytuacji. Przeciwnie, powinniśmy podejmować działania, jeśli czujemy, że są one uzasadnione. Ale wcześniejsze bycie cierpliwym i zaufanie do Najwyższego Sędziego sprawiają, że dalsze działania są bardziej przemyślane, bardziej rozsądne i zrównoważone, co jest zawsze konieczne w dążeniu do sprawiedliwości.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Pinchas

O balansie sił dobra i zła.

Refleksja nad paraszą Pinchas

Menachem Mirski

Na samym początku porcji Tory przeznaczonej na ten tydzień Bóg nagradza Pinchasa, wnuka Aarona, za swój akt gorliwości mający swój wyraz w zabiciu księcia Symeonitów Zimriego i jego kochanki Kozbi, księżniczki Midianitów. W ramach owej nagrody, Bóg udziela Pinachasowi przymierza pokoju i włącza go do rodu kapłańskiego na wieczność (co wedle Rashiego nie było dotychczas wcześniej jego udziałem; Pinchas nie wziął udziału w kapłańskim namaszczeniu Aarona i jego synów (Szemot/Exodus 28:40-41)).

Wątek zabójstwa dokonanego przez Pinchasa na Zimrim i jego kochance jest często przedstawiany jako impulsywny akt samosądu, co czyni ten tekst dość problematycznym dla naszej tradycji. Ów czyn, w oczach współczesnego człowieka wygląda jak brutalne, bezwzględne morderstwo, dokonane przez (religijnego) fanatyka, i w taki sposób podobny akt zostałby potraktowany w większości systemów prawnych współczesnego świata. Nie jest to też bynajmniej wyłącznie współczesna optyka – historia ta trapiła już rabinów. Gwałtowna, samowolna, pozasądowa egzekucja Zimriego i Kozbi jest sprzeczna z podstawowymi rabinicznymi zasadami sprawiedliwości, zwłaszcza w odniesieniu do kwestii tak poważnej, jak kara śmierci.

Czy ta optyka jest jednak słuszna względem omawianej przez nas historii? Warto zwrócić uwagę na to, co wedle biblijnego tekstu wydarzyło się zanim Pinchas dokonał swojego czynu.

Otóż naród Izraela, przebywając w Szittim, zaczyna uprawiać nierząd z midianickimi kobietami. (Księga Liczb/Bamidbar 25:1). W tekście hebrajskim mamy czasownik liznot, co w bardziej eufemistycznych tłumaczeniach przełożone jest jako uprawiać nierząd (mistrzostwem eufemizmu jest tutaj przekład Cylkowa: zalecać się). Angielskie tłumaczenie Jewish Publication Society używa słowa ‘whoring’ (co możemy na polski przetłumaczyć, również eufemistycznie, jako ‘prostytuowanie się’). Jest też mowa o ‘narodzie’ jako podmiocie tychże ekscesów, można to więc uznać, raczej bez cienia wątpliwości, jako zjawisko masowe.

Chwilę potem Bóg nakazuje Mojżeszowi dokonać publicznej egzekucji (prawdopodobnie przez nabicie na pal) wszystkich obecnych przywódców Izraela (hebr. et kol roszej ha’am, Księga Liczb/Bamidbar 25:4) co obrazuje stopień zepsucia izraelskiego społeczeństwa. Następny werset sugeruje, że Mojżesz stara się zmienić i złagodzić wyrok boski, ograniczając jego zastosowanie jedynie do spośród Izraelitów, którzy bezpośrednio zaangażowali się w nierząd i służbę obcemu bóstwu. Chwilę potem Zimri, wraz ze swoją kochanką, ostentacyjnie pojawiają się przed Namiotem Spotkania, przed którym Mojżesz, wraz z grupą Izraelitów, płaczą pogrążeni w rozpaczy. Stamtąd udają się do pobliskiego namiotu, w wiadomym celu. W tym momencie wkracza Pinchas i zabija ich oboje w namiocie.

Mamy więc do czynienia z sytuacją dość ekstremalną. Z tych, jak również kilku innych powodów (o których mowa poniżej) uważam, iż ujęcie czynu Pinchasa jako impulsywnego samosądu nie jest całkiem trafne, jest poważnym uproszczeniem. Istnieje bowiem kontekst prawny dla jego działania – wyrok śmierci wydany przez samego Wiekuistego, na odpowiedzialnych za całą zaistniałą sytuację – a także kontekst uzasadniający samo działanie – względnie łagodna postawa samego Mojżesza wobec zaistniałej sytuacji. Dlatego Pinchas zostaje nagrodzony przez Boga za swoją religijną gorliwość, bowiem wiele w tej historii wskazuje na to, że to właśnie on, jako pierwszy, prawidłowo wypełnił boski dekret.

I choć może się to nam, współczesnym, wydawać barbarzyńskie, Pinchas, poprzez swój czyn odpokutował za grzechy Izraela. Wziął na siebie nie tylko winę za dokonanie czegoś z zasady zabronionego, lecz także odpowiedzialność za zmianę biegu rzeczy, który, jeśli nie powstrzymany, doprowadziłby prędzej czy później do katastrofy całej społeczności. Oczywiście nie wiemy na pewno, jakby potoczyła się ta historia, gdyby nie to zabójstwo, jednakże odpowiedź, jaką podaje nam sama Tora jest właśnie taka – poprzez dokonanie sądu nad Zimrim, Pinchas wstrzymał gniew Boży, który miał się rozlać na całą społeczność ludu wybranego. (Księga Liczb/Bamidbar 25:11-13)

Historia z naszej paraszy jest jeszcze jedną (choć dość radykalną w treści) opowieścią o tym, że naprawa rzeczywistości społecznej, czy to w wymiarze mikro czy marko, zwykle nie jest rzeczą miłą, przyjemną czy sympatyczna. Historia ta stawia też wiele pytań, np. co może zrobić jednostka, która zachowała moralność, trzeźwość umysłu w sytuacji, gdy widzi ona czarno na białym, iż całą społeczność, w której żyje, ogarnął obłęd? Iść i przekonywać, nauczać i nawracać? Znosić szyderstwa i upokorzenia? Czy Pinchas (lub ktokolwiek inny) był w stanie zorganizować “uczciwy proces” ludziom pogrążającym społeczeństwo w rozkładzie w sytuacji, gdy Bóg skazał już na śmierć elitę tego samego społeczeństwa, za te same (w domyśle) grzechy? Czy byłby możliwy jakikolwiek uczciwy proces w rzeczywistości, którą opisuje nasza historia? Przenosząc kwestię na współczesny grunt możemy zapytać: czy istnieje szansa na uczciwy proces w społeczeństwie, w którym jego przywódcy, w tym wymiar sprawiedliwości, są całkowicie skorumpowani i np. współpracują z mafią?

Niestety, metody naprawy społeczeństwa należy dostosować do stopnia szaleństwa, w którym się ono pogrążyło. A społeczeństwa ludzkie cyklicznie pogrążają się w różnego rodzaju obłędach. Wiemy o tym doskonale z naszej ludzkiej historii i niewiele wskazuje na to, że sytuacja ta kiedykolwiek ulegnie radykalnej przemianie.

Naprawianie zła, moralnego i społecznego zepsucia jest owszem możliwe łagodniejszymi środkami, ale jest to zależne od balansu pomiędzy siłami dobra i zła. W sytuacji, gdy znacząca przewaga mocy znajduje się po stronie dobra, metody – nazwijmy to – “łagodne” mają swoją skuteczność. Jeśli moc jest po naszej stronie, możemy wpływać na ludzi czyniących zło upomnieniami, łagodnymi karami itd. bowiem są oni otoczeni przez siły dobra i przystosowanie się do reguł sprawiedliwości leży w ich interesie, jeśli nie chcą oni zmienić swojego życia w piekło. W takich sytuacjach także zapłata dobrem za zło ma szansę zadziałać. Sytuacja komplikuje się, gdy zmienia się balans sił, na bardziej wyrównany, jak na przykład w konfliktach rodzinnych czy małżeńskich, w których jedna ze stron definitywnie znalazła się po ciemnej stronie mocy (alkoholizm, przestępczość, patologiczna niewierność itp.). Wówczas łagodne metody tracą swoją moc i potrzebne jest zastosowanie bardziej radykalnych, jak rozwód czy separacja. W sytuacjach, w których zdecydowana przewaga mocy jest po stronie zła, żadne łagodne, pokojowe metody nie działają; jednostki, które usiłują je praktykować zostają zwykle męczennikami. Dlatego zanim ocenimy czyjeś postępowanie w sytuacjach ekstremalnych, przyjrzyjmy się dokładnie balansowi zewnętrznych i wewnętrznych sił dobra i zła, w które dana jednostka jest w swoim postępowaniu uwikłana.

Szabat szalom!

Menachem Mirski

 

PINCHAS

PINCHAS

 

Rabin dr Walter Rothschild    

Sidra Pinchas zaczyna się w środku przerażającego wydarzenia i rozpoczyna się w sposób nie tylko zaskakujący, ale szokujący – Bóg APROBUJE impulsywne, gwałtowne działania Pinchasa, syna Eleazara, wnuka Aharona, kohena, który właśnie zamordował dwie osoby przyłapane „in flagranti”, gdyż były nie tylko różnej płci, ale należały również do dwóch różnych religii. (Interesującym tematem do dyskusji byłoby to, na ile poważnie którekolwiek z nich podchodziło do swojej religii; Tora podaje nam również ich imiona i status społeczny, nie wspomina jednak wiele na temat tego, jak się poznali, czy byli w sobie zakochani ani czy to był ich pierwszy raz…). Omawiane tu zajście stanowi poważne wyzwanie dla każdego, kto od tego czasu czytał tę historię. Czy jesteśmy w stanie zrozumieć, co się dzieje? Czy możemy poprzeć podjęte w tej sytuacji działania? Czy też może się od nich dystansujemy, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Gwoli sprawiedliwości, owo zajście, tak jak je opisano w Lb 25, 6-9, czyli w wersetach tuż przed początkiem czytanej w tym tygodniu sidry, nie wydaje się mieć wiele wspólnego z romantyczną miłością czy erotyzmem; wygląda raczej na celowy akt rebelii, na afiszowanie się przez nich z całkowitym lekceważeniem Boga i Mojżesza. W przypadku Koracha doszło do kryzysu politycznego; teraz mamy zaś do czynienia z kryzysem religijnym. Religia moabicka i midianicka jest najwyraźniej bardzo atrakcyjna dla Izraelitów, którzy, powiedzmy sobie otwarcie, aż do teraz żyli na pustyni, w namiotach, jedząc mannę. Nagle pojawiło się składanie ofiar – mięso! – i zapewne również alkohol; przypuszczalnie jest tam muzyka, tańce i atrakcyjne, bardzo skąpo ubrane młode damy (noszące jeszcze mniej pod owym bardzo skąpym odzieniem), i w związku z tym wygląda na to, że Izraelici bez większego zawahania odchodzą od ascetycznej, abstrakcyjnej, rygorystycznej religii, która aż do tej pory składała się przede wszystkim z zakazów i kar oraz z obietnic dotyczących przyszłości. Chcą spróbować, jak to będzie z lokalnymi bogami, którzy zdają się oferować dobrą zabawę.

Monoteizm NIE jest prosty. Koncepcja głosząca, że istnieje tylko JEDNO bóstwo, które jest odpowiedzialne za WSZYSTKO, zarówno za to, co dobre, jak i za to, co złe w życiu i we wszechświecie, jest często trudna do zaakceptowania. Bądźmy co do tego szczerzy. W dużej części świata wciąż wyznaje się politeizm albo animizm, wiarę w istnienie naturalnych sił w każdym drzewie i każdej górze albo nad nami, w niebie, zaś za każdy aspekt ludzkiego życia odpowiada inne bóstwo. W końcu w zwykłym życiu udajemy się do innego specjalisty, jeśli zamierzamy naprawić samochód, obciąć włosy albo jeśli chcemy, żeby wycięli nam wyrostek; nie oczekujemy, że jedna osoba będzie fachowym specjalistą w absolutnie każdej dziedzinie. Sensowne wydaje się więc założenie, że istnieje jeden bóg odpowiedzialny za wygrywanie wojen, inny za to, żeby wyrosły plony albo żeby krowy się ocieliły, a jeszcze inny w celu zapewnienia, że żona zajdzie w ciążę albo żeby ochronić nasze dzieci od chorób. W takiej sytuacji będzie się chciało znaleźć przychylność w oczach każdego z nich, będzie się więc chodzić do ich kapliczek albo świątyń i będzie się ofiarować datki albo małe dary, które składa się albo na ręce kapłanów, albo bezpośrednio samemu bogu albo samej bogini, wykona się kilka gestów, pokłoni się albo co tam jeszcze. Wiemy, że w niektórych miejscach oddawania czci dostępny był alkohol do picia albo zioła do palenia, a w niektórych uprawiano nawet „święty seks” – miał to być sposób na przypomnienie bogu, żeby nie zapomniał zrobić tego, co ma do zrobienia.

W takim układzie mogły zapewne występować trudności z codziennym zapewnieniem minjanu. Jeden pozytywny aspekt politeizmu – którego często się nie dostrzega – jest taki, że zwykle jest on bardzo tolerancyjny wobec istnienia innych bogów. Ktoś, kto oddaje jednocześnie cześć pięciu czy sześciu bogom nie będzie miał trudności, żeby pozostawać w dobrych stosunkach (pod względem religijnym) z inną osobą, która ma innych czterech czy pięciu bogów. Być może będą mogli się powymieniać anegdotami, przepisami i dobrymi pomysłami w kwestii składania ofiar. Osoba, która ma już wielu bogów, nie będzie się czuła tak bardzo zagrożona przez fakt, że istnieją również jacyś inni. Natomiast osoba wierząca, że istnieje tylko JEDEN Bóg będzie postrzegała taką różnorodność jako coś odrażającego, jako zaprzeczenie tej podstawowej prawdy.

(Nawiasem mówiąc, jest to jeden z zasadniczych problemów teologicznych, jakie występują pomiędzy judaizmem i pewnymi formami chrześcijaństwa, gdzie – poza kwestią Trójcy Świętej – istnieje najwyraźniej cała armia przeróżnych świętych i błogosławionych osób o niezdefiniowanym albo mitycznym statusie, do których można się modlić w sprawie konkretnych kwestii i problemów, zamiast modlić się tylko do samego Boga).

I podobnie jest z Pinchasem. Ale również z osobą piszącą ową narrację, która używa bardzo mocnego języka – pisze, że Izraelici „oddają się nierządowi /prostytucji” z miejscowymi dziewczynami; że podjadają pogańskie ofiary, kłaniają się pogańskim figurkom i symbolom. Bóg Midianitów został opisany w wersecie 3 jako  „Baal Peor” – rdzeń „pe/ajin/resz zwykle oznacza albo bycie bardzo chciwym, albo „wydalanie”. A zatem ten Baal jest Baalem, „Panem Gówna”. Mamy tu zatem do czynienia z terminologią seksualną i kloaczną (nie ma to nic wspólnego z faktem, że w wersecie 1 Izraelici znajdują się w Szittim*!). Zachowanie tej pary zostaje opisane nie tylko jako niereligijne, ale również jako coś odrażającego. Nic dziwnego zatem, że Bóg to zauważa i (kolejny raz) wpada w ogromną złość.

Widzimy tutaj (kolejny raz) bardzo ważną, podstawową zasadę judaizmu, która obowiązywała już od najwcześniejszych czasów. Celem NIE jest skłonienie Midianitów, żeby uwierzyli w Boga; chodzi o zapewnienie, żeby Izraelici NIE przestali wierzyć w Boga. Izraelici są – z racji swojego urodzenia – członkami przymierza, brit; jeśli porzucają wiarę, łamią tym samym umowę z Bogiem. Jest to dożywotnia umowa i nie oferuje im się żadnego prostego sposobu, żeby od niej odstąpić. W tym przypadku Midianici, Moabici i cała reszta, z ich radosnym świętowaniem i rytuałami, nie zostają potępieni – gdyż są poganami. Nie – nikt nie ma nic przeciwko temu, żeby dalej podążali swoimi własnymi drogami, jednak  zostają potępieni za to, że uwodzą Izraelitów i odwodzą ich od ICH prawdziwej drogi, od wiary w Jednego Boga i od służenia Mu (Boga, który, nie zapominajmy, ostrzegł nas w 20 rozdziale księgi Wyjścia, że może poczuć się bardzo zazdrosny, jeśli ludzie się od Niego odwrócą, żeby służyć jakimkolwiek innym bogom). Bóg nie chce, żeby Izraelici prowadzili działalność misjonarską wśród pogan; Bóg chce, żeby Izraelici trzymali się z dala od pogan, żeby się z nimi nie mieszali, żeby się z nimi nie spoufalali, żeby nie przyswajali sobie ich zwyczajów; Bóg nie chce, żeby Izraelici uczyli Kananejczyków, jak być dobrymi Izraelitami – Bóg chce, żeby Izraelici zachowali odrębność od Kananejczyków i nie przejmowali ich zwyczajów, ich religii ani obowiązujących u nich zasad moralnych. Żeby się nie asymilowali.

Przez prawie całą pozostałą część historii żydowskiej – która w owym momencie ledwo co się zaczęła – Żydzi będą na świecie małą mniejszością. Choć niektórzy Żydzi będą gloryfikować takiego pomniejszego regionalnego przywódcę plemiennego jak Dawid, nigdy nie będą jednak posiadać rozległych imperiów niczym Babilończycy albo Asyryjczycy, albo Helleniści, albo tak jak Aleksander Wielki, albo jak Osmanowie albo Mongołowie albo Mogołowie albo Bizantyjczycy albo Austro-Węgry albo carowie albo – broń Boże – jak naziści. Nigdy nie rozprzestrzenią się po całych kontynentach tak jak chrześcijanie, muzułmanie albo komuniści czy maoiści. Nie, zawsze pozostaną małą mniejszością na świecie, nieustannie zagrożoną tym, że jeszcze bardziej się rozproszy wśród innych i zostanie wchłonięta i połknięta przez inne, otaczające ją kultury. W wielu przypadkach będą się trzymać razem ze względów bezpieczeństwa, zaś w innych będą zmuszeni trzymać się razem ze względu na naciski wywierane z zewnątrz. Będą istnieć „żydowskie obszary” albo „żydowskie przedmieścia” albo „getta” oraz – od czasu do czasu – pojedyncze małe państewko rządzone przez Żydów i dla Żydów.

Skoro wiemy, że tak właśnie się sprawy mają, wydaje się to oczywiste. Ale czy naprawdę jest to takie oczywiste? Ten ekskluzywizm? Oczywiście były okresy, gdy judaizm czuł się bardziej w stanie otwierać na nowych członków – w rzeczy samej w „Nowym Testamencie” w Mt 23, 15 Jezus krytykuje faryzeuszy za to, że są gotowi włożyć wiele wysiłku w nakłanianie ludzi do konwersji – jak na ironię, gdyż jeśli oznacza to, że sam Jezus, jako dobry Żyd, był przeciwny prowadzeniu działalności misjonarskiej – to dlaczego chrześcijanie wciąż prowadzą taką działalność misjonarską w jego imieniu? Ale – cóż, to nie jest NASZ problem.

Nasz problem leży w znalezieniu sposobu na poradzenie sobie z tym skomplikowanym zagadnieniem monoteizmu, który jest jednocześnie inkluzywny – gdyż uznajemy, że Jeden Bóg stworzył wszystkich, łącznie z nie-Żydami – ale który cechuje się również ekskluzywizmem – jako że łączy nas szczególna relacja z Bogiem i mamy szczególne zadanie do wykonania, jako lud oraz jako indywidualni  Żydzi/Żydówki. Pinchas rozwiązuje ten problem w bardzo brutalny sposób – nie próbuje przekonywać ani Midianitki, ani Izraelity, tylko morduje ich oboje w miejscu publicznym, tak żeby wszyscy to widzieli i żeby komunikat ten na pewno dotarł do wszystkich. Co robili ci dwoje? Nie tylko uprawiali seks – co jest naturalne i normalne – ale wykorzystywali seks jako formę quasi-religijnego ferworu; uprawiali go na widoku publicznym, celowo tuż przy wejściu do Ohel Moed, czyli namiotu, gdzie spotykano się z Bogiem. Być może współczesnym odpowiednikiem byłoby malowanie graffiti na gmachu religijnym po to, żeby go sprofanować.

W międzyczasie Bóg nakazał Mojżeszowi, żeby zorganizował publiczną egzekucję przywódców izraelickich za to, że w swojej słabości pozwolili, żeby do tego doszło! Zaś Mojżesz polecił sędziom (kimkolwiek oni są), żeby uśmiercili  każdego, kto już zboczył z właściwej drogi i oddawał cześć Baal Peorowi. W pewnym sensie jest to powtórzenie gwałtownych wydarzeń, do jakich doszło po tym, jak Izraelici oddawali cześć złotemu cielcowi w Wj 32, 26-28. Jest to więc  poważny, bardzo poważny kryzys. A jednak jedynym zabójstwem, o jakim czytamy, jest to, którego dopuścił się nie sędzia, nie żołnierz, ale kapłan, którego rozsierdziły   i skłoniły do przemocy jego własna żarliwość i wściekłość. NIE jest to typ osoby, z którą chcielibyśmy zazwyczaj mieć do czynienia. Tym razem nie mówi się nam, ile jest bezpośrednich ofiar, ale tekst wspomina o „pladze”, o „magefa”, która zanim dobiegnie końca zabija 24 000 osób, i być może jest to termin na określenie katastrofy w jej całościowym wymiarze.

Co intrygujące, nasza sidra zaczyna się w połowie tej historii, a nawet w połowie rozdziału – tak, jak gdyby ktokolwiek decydował o tych rzeczach chciał się upewnić, że oddzielimy sam uczynek od reakcji na niego, że będzie między nimi tydzień przerwy. Następnie w rozdziale 26 konieczne będzie ponowne policzenie wszystkich dwunastu plemion, jako że każde z nich straciło średnio 2000 mężczyzn, jak również policzenie Lewitów. W rozdziale 27 pięć sióstr najwyraźniej zgłasza się ze skargą, iż tylko dlatego, że ich ojciec nie miał przed śmiercią synów, istnieje zagrożenie, że jego imię zostanie zapomniane – i trzeba na to szybko znaleźć rozwiązanie. I tak się właśnie dzieje. Następnie Mojżeszowi pozwolono zobaczyć Ziemię, do której nie będzie wolno mu wejść, i oficjalnie mianuje Jozuego swoim następcą – którego wyświęca kapłan Eleazar, ale który sam nie jest kapłanem.

Z przedstawionego w tekście opisu wynika, że Bóg uważa, iż Pinchas był „kine” dla Boga – był „zelotą”, a nawet fanatykiem – oraz że „kiper al-bnej-Jisrael” – że za to „odpokutował”. Obiecuje jemu i jego potomkom „wieczne kapłaństwo”. Następnie mianuje Pinchasa na swoistego pierwszego wojskowego kapelana, żeby towarzyszył wojsku (31, 6) w następnej kampanii przeciwko Midianitom, lecz tym razem będzie uzbrojony tylko w trąbki i rytualne obiekty. Nic, czym można by zabijać na polu bitwy.

W historii tej zostaje zatem poruszonych wiele problemów, i wiele z nich wywołuje duży, bardzo duży dyskomfort. Świecki przywódca nie powinien wcielać się w rolę kapłana, zaś kapłan nie powinien w istocie wcielać się w rolę świeckiego przywódcy.  Tylko w bardzo wyjątkowych okolicznościach kapłana wychwala się za to, że bronił religii. A nawet wówczas nasuwa się pytanie: dlaczego Bóg nie zabił Zimriego i Kozbi sam, zamiast liczyć na to, że Pinchas zrobi to w Jego imieniu?

Następnie, gdy widzimy, jak wiele narodów było albo jest rządzonych przez taką czy inną kastę kapłańską oraz jak zatarło się rozróżnienie pomiędzy świeckimi i duchowymi przywódcami, dostrzegamy liczne niebezpieczeństwa, jakie wynikają z takiego pomieszania ról. Jedna grupa powinna się zajmować problemami tego świata, tu i teraz, zaś druga powinna zajmować się bardziej wiecznością i wiecznymi wartościami. Jednak granice nie są zawsze jasne i często świeccy przywódcy mówią przywódcom religijnym, żeby „nie wtrącali się do polityki”, gdy robią coś karygodnego, lecz potem domagają się „błogosławieństwa” od tych samych funkcjonariuszy religijnych, kiedy tylko jest im to na rękę. Każda ze stron może wykorzystywać drugą do swoich własnych celów. Widzimy to aż nazbyt często. Niestety.

Czy historia ta potoczyłaby się inaczej, gdyby Bóg zareagował w inny sposób i powiedział: „NIE popieram tego, co właśnie zrobił Pinchas”? Czy czulibyśmy się z tym lepiej? A jak MY postrzegamy ten ekskluzywizm? Do jakiego stopnia bylibyśmy skłonni usprawiedliwiać bronienie naszych granic właśnie w taki sposób? Nasuwa się wiele, bardzo wiele trudnych pytań, z którymi musimy się mierzyć podczas czytania tych rozdziałów.

Szabat Szalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

* Nazwa „Szittim” kojarzy się z angielskim słowem shit – „gówno” (przyp. tłum.).

KORACH

KORACH

Rabin dr Walter Rothschild

Jak wielu z was już wie, w porównaniu do tradycyjnych autorów midraszy patrzę na teksty biblijne w bardzo odmienny, osobisty sposób. Ważne dla mnie jest też nauczanie i zachęcanie innych, żeby dochodzili również do własnych, osobistych wniosków. Nie wystarczy po prostu powiedzieć: „Raszi mówi…”, „Rambam mówi” albo „midrasz mówi”. Trzeba uważnie i głęboko wczytać się w tekst, a następnie poczuć się wystarczająco pewnie – choć nigdy nazbyt pewnie! – żeby dodać: „zaś ja uważam również, co następuje…”.

Sidra Korach opisuje trudny, w rzeczy samej decydujący moment w historii Izraelitów na pustyni. Zasadnicze pytanie brzmi: kto ma prawo sprawować władzę i kto nadał owej osobie to prawo? Jeśli dodam tu „ostrzeżenie przed spojlerami”, to będę mógł uchylić rąbka tajemnicy: do końca tego odcinka nie będzie już ulegać wątpliwości, że to Mojżesz ma prawo rządzić i że to Bóg nadał mu to prawo!  Jednakże wcześniej nie było to być może całkowicie oczywiste i choć tradycyjni komentatorzy przedstawiają Koracha jako złego człowieka, żądnego władzy demagoga, egoistę i jeszcze gorzej – i faktycznie wszystko to jest prawdą! – to jednocześnie miał on
w pewnym sensie rację.

Tak jak zawsze, ważny jest kontekst. W poprzednich rozdziałach, a dokładnie mówiąc w 13 i 14 rozdziale księgi Liczb, wiele spraw przybrało niepomyślny obrót, bardzo niepomyślny obrót. Lud stracił poczucie celu i nadzieję. Najpierw doszło do zajścia ze zwiadowcami, którzy po powrocie ze swojej misji mieli do przekazania w dużej mierze złe wieści. „Ta ziemia, do której prowadzi nas Mojżesz” – powiedzieli, a przynajmniej stwierdziło tak dziesięciu spośród dwunastu zwiadowców – „jest niemożliwa do podbicia; jest mocno ufortyfikowana, a tamtejsi żołnierze są ogromni! Możemy równie dobrze poddać się już teraz, zawrócić i ruszyć w drogę powrotną!”. Co by to oznaczało? Porzucenie całego przedsięwzięcia. Oczywiście NIE można wrócić do poprzedniej sytuacji i po chwili namysłu powinni byli sobie z tego zdać sprawę; nie mogą ponownie przejść przez Morze Trzcin ani też powrócić do swojego poprzedniego statusu niewolników – Egipt jest tylko cieniem kraju, którym był niegdyś, armia została rozgromiona, plony zostały zniszczone przez grad
i szarańczę, zwierzęta domowe zostały uśmiercone przez plagi i grad, kapłaństwo doznało poważnych strat i zostało skompromitowane – nie, cofnięcie się i powrót do przeszłości nie jest TAK NAPRAWDĘ dostępną opcją. Tylko się tak wydaje, zgodnie z zasadą „lepszy diabeł znany…”.

Jakże często w polityce obserwujemy skłonność do cofania się zamiast do kierowania się do przodu. Mamy poczucie, że przed nami leży Nieznane, zaś za nami Znane, lecz w rzeczywistości to, co za nami, jest równie nieznane jak to, co leży przed nami, ponieważ świat zdążył się już zmienić od czasu, gdy tam byliśmy….

Następnie Bóg się rozzłościł i w pierwszej chwili postanowił zabić lud tam, gdzie się znajdował – na pustyni. Moszemu udaje się przekonać Boga, żeby tego NIE robił i zamiast kary śmierci Izraelici dostają wyrok życia – nie zostaną zabici w ramach boskiej kary, jednak będą musieli zostać tam, gdzie są, nie ruszając się ani do tyłu, ani do przodu. Stan ten będzie trwał do chwili, aż nie dorośnie kolejne pokolenie – pokolenie gotowe podjąć się wyzwań i niedotknięte
w tak dużym stopniu nostalgią, które dorastało silne i wolne od mentalności niewolników. W teorii brzmi to świetnie, jednak w praktyce w konsekwencji tego rozwiązania ponad 600 000 Izraelitów (policzono ich na początku omawianej tu księgi) znalazło się w dość beznadziejnym położeniu. Co mogą zrobić, co powinni zrobić, cóż to za Bóg ta niewidzialna, bezimienna, nieposiadająca wizerunku Istota, na której słowa cały czas powołuje się Mosze? Mosze – człowiek, który pewnego dnia pojawił się znikąd i przewrócił całe egipskie społeczeństwo i gospodarkę do góry nogami? Który obiecał, że ich uwolni, ale nie dzielił z nimi nawet wspólnego języka ani doświadczeń? Czyż nie obiecał poprowadzić ich ku wspaniałej przyszłości i czyż teraz nie zawiódł ich w drastyczny sposób? Usiłują nawet przemówić bezpośrednio do Boga, który odrzuca jednak ich próby i ich przeprosiny (Lb 14, 40-45); zamiast tego zostają ponownie pobici przez Amalekitów
i Kananejczyków.

  A potem dzieje się coś straszliwego. Przyłapano pewnego człowieka na zbieraniu drewna
w dzień szabatu (Lb 15, 32-36). Nie jest to, moglibyście sądzić, poważny grzech. Owszem, nakaz przestrzegania szabatu jest jednym z Dziesięciu Przykazań, a zatem posiada taki sam status prawny co zakaz mordowania, cudzołóstwa albo bałwochwalstwa, jednak większość z nas pomyślałaby sobie: „Nikomu nie stała się krzywda, więc o co ten wielki krzyk?”. Jednakże ludzie, którzy gorliwie przybywają do Moszego, ciągnąc owego nieszczęśnika i donosząc na niego, patrzą na to inaczej. Dlaczego? Czy może wciąż mają nadzieję, że zaimponują Bogu i dzięki temu przekonają Go, żeby jednak zmienił zdanie? Mosze również zdaje się nie do końca wiedzieć, co ma zrobić. Jakże często jego styl sprawowania przywództwa sprowadza się do powiedzenia: „Stójcie tam, a ja pójdę i sprawdzę, co sądzi o tym Bóg!”, po czym udaje się samotnie do namiotu, żeby dostać jakieś wytyczne.

Boskie orzeczenie brzmi: „Należy tego człowieka stracić!”, „Mot jumat”, „mąż ten poniesie śmierć”. (Najwyraźniej ta egzekucja NIE zostaje uznana za morderstwo). Akt ten jest straszny na wielu poziomach. Biedny facet nie dostaje szansy, żeby przeprosić albo okazać skruchę, nie przyznano mu też obrońcy; do tego wszystkiego Bóg, zamiast zabić go sam (co bez wątpienia mógłby zrobić, na przykład zsyłając na niego uderzenie pioruna albo zawał serca), zmusza Izraelitów,  żeby sami wykonali karę śmierci. Fakt, iż zdają się oni tak chętni, żeby to uczynić, również jest istotny. Co osobliwe, wszystko to następuje tuż po szeregu przykazań wymienionych
w Lb 15, 27-29, w których omawia się, co ktoś, kto popełni grzech na skutek pomyłki powinien zrobić, aby naprawić sytuację!

W tym momencie – w Lb 16, 1 – cierpliwość Koracha się wyczerpuje. Ma  całkiem sporo zwolenników – przywódców plemiennych, którzy być może mają poczucie, że decyzję powinno się było skonsultować również z nimi? Obecnie Mosze „podniósł stawkę” – nie mówi już tylko o karze za grzechy, nie grozi już tylko, że Bóg ukarze Izraelitów za ich przewinienia – teraz zaczął odgrywać rolę rzecznika Boga, nalegając, że ludzkie życie może zostać odebrane z powodu popełnienia grzechu. Ale dlaczego, w jaki sposób, kto dał mu taką władzę? Dlaczego pozwolono mu mianować własne plemię Lewiego na stanowiska kapłańskie, a własnego brata Aharona na Arcykapłana? Powiedzmy sobie szczerze, wszystko to faktycznie wygląda dość podejrzanie….

Słowa Koracha są dobrze znane. „Raw lachem!” – mówi do Moszego i Aharona. „Dość tego! Stawiacie się ponad wszystkimi – to się źle skończy zarówno dla was, jak i dla nas. Czyż nie jesteśmy WSZYSCY częścią tego świętego ludu, czyż nie WSZYSCY mamy prawo do tego, żeby nas wysłuchano?”. Historia ta jest znana i będziemy ją odczytywać z Tory, więc nie będę jej tu relacjonował w całości, jednak widać wyraźnie, że Bóg zdał sobie teraz sprawę, iż zadziałać może tu tylko bezpośrednia boska interwencja. Jeszcze w księdze Wyjścia, podczas zajścia ze złotym cielcem, Mosze mógł wezwać część Izraelitów, żeby zaatakowali i pozabijali innych (Wj 32, 26-28) – jednak teraz takie rozwiązanie by się nie sprawdziło. Potrzeba czegoś bardziej dramatycznego, bardziej melodramatycznego, bardziej kategorycznego i ostatecznego. A zatem Korach i jego najbardziej zagorzali  zwolennicy zostają pochłonięci żywcem przez ziemię, zostają pogrzebani żywcem, zaś inni zostają spaleni (Lb 16, 32-35). Teraz przekaz jest jasny: „Z Bogiem nie ma żartów!”. (Był też wcześniejszy incydent w Kpł 24, 10-23, gdy „pół-Izraelita” mieszanego pochodzenia przeklął Boga podczas walki i również przyprowadzono go, aby wymierzyć mu karę śmierci; jednak w owym przypadku było to być może bardziej zrozumiałe…).

Z historii tej można wyprowadzić tak wiele różnych wniosków – mogę tu jedynie wskazać, że Korach – w moim przekonaniu – faktycznie miał prawo przynajmniej do tego, żeby zadawać pytania i poddawać pewne kwestie w wątpliwość. Mosze miał już ponad 80 lat i nic nie wskazywało na to, żeby miał ochotę przejść na emeryturę! Przewodzenie ludem to skomplikowane
i wymagające zadanie. Później zadanie to będzie wypełniał Jozue, potem kilku Sędziów, a następnie nastanie monarchia – słowo „monarchia” oznacza po prostu, że „rządzi tylko JEDNA osoba”, co
w praktyce nie różni się niczym od dyktatury czy od państwa jednopartyjnego. Wiemy, że wielu świeckich przywódców twierdzi, że zasiadają na tronie z boskiego nadania, że reprezentują Boga. Ja, jako obywatel brytyjski, mam nawet królową, która z urzędu stoi na czele kościoła państwowego! (Zastanawiam się, jakie to musi być uczucie, gdy trzeba wygłosić kazanie w kościele w Sandringham albo w kaplicy w zamku Windsor, gdy obecni są OBOJE twoi szefowie – nad tobą Bóg, zaś na dole władca? Na szczęście mało prawdopodobne jest, żebym miał się o tym kiedykolwiek przekonać).

Czasem można odnieść wrażenie, że żydowskie społeczności są pełne Korachów. Takie osoby MÓWIĄ, że „wszyscy powinniśmy mieć coś do powiedzenia”, jednak zwykle mają tak naprawdę na myśli: „To ja sam powinienem zdecydować, a nie ty!”. Zaś Europa pełna jest ludzi, którzy mówią: „Musimy się cofnąć, powinniśmy unikać mieszania się z cudzoziemcami, powinniśmy dopilnować, żeby nasze granice były wyraźnie zaznaczone i dobrze chronione”. W miejscu, które zwykło być „Zjednoczonym” Królestwem, MÓWIĄ: „Nie możemy pozwolić, żeby Bruksela rządziła Wielką Brytanią! Powinniśmy mieć własne, lokalne prawa!”, ale tak naprawdę mają na myśli: „Londyn powinien rządzić Wielką Brytanią! Kogo obchodzi, co myślą lokalni mieszkańcy
w innych częściach kraju?”. Jak dotąd Bóg nie zesłał żadnych bezpośrednich kar, ale może pewnego dnia całą wyspę pochłonie morze…… tak jak Koracha pochłonęła ziemia.

DUŻYM problemem dla nas wszystkich jest próba rozeznania się w tym, którzy z naszych przywódców są tacy jak Mosze, a którzy tacy jak Korach. Żaden z nich nie jest oczywiście doskonały; nawet Mosze zostaje ostatecznie ukarany za nieposłuszeństwo i słabość. Dowiaduje się, że musi przekazać władzę Jehoszui oraz że nie wejdzie do Ziemi Obiecanej – i będzie potrzebował dużo czasu, żeby się z tym pogodzić. Wydaje się jednak, że Korach chce być Moszem, natomiast Mosze nie chce być Korachem. Wielu świeckich przywódców (jak również wielu przywódców społeczności) chciałoby rządzić bez ponoszenia odpowiedzialności, chciałoby rządzić bez zważania na innych, chciałoby się cieszyć wysokim statusem bez posiadania niezbędnej wiedzy ani doświadczenia, chciałoby mieć wpływ na bieg wydarzeń bez brania na siebie żadnych zobowiązań. Wielu twierdzi – bez żadnych dowodów na pokrycie swoich słów! – że mają Boga po swojej stronie. Uważa się, że historia przedstawiona w tej sidrze stanowi ostrzeżenie przed arogancją
i przed żądzą władzy. Jednakże ktoś musi przewodzić, w przeciwnym wypadku zapanuje anarchia;
i to właśnie w trudnych czasach, gdy przyszłość wydaje się niejasna, gdy trzeba przedefiniować stawiane sobie cele, gdy trzeba zadbać o podtrzymanie morale – właśnie wtedy można się przekonać, kto posiada cechy niezbędne do przewodzenia, kto posiada przymioty, których tak rozpaczliwie potrzebujemy.  Szabat Szalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka