Pinchas

Pinchas

Rabbi Dr Walter Rothschild

Poznałem Pinchasa wiele razy. W istocie wydaje się, że prawie w każdej społeczności, w jakiej służyłem, był jakiś Pinchas! Jest on (bądź ona) ogromnie entuzjastyczny, głęboko zaangażowany, impulsywny i ma skłonność do podejmowania szybkich i skrajnych działań, nie zawsze do końca przemyślanych. Mają dobre intencje i wiedzą, że realizują dzieło Boga i że Bóg jest po ich stronie. Niektórzy z nich zostają nawet rabinami albo przynajmniej ludźmi przekonanymi, że wiedzą więcej od rabinów! Z najgłębszym szacunkiem, potrafią być też zupełnie nieznośni.

W istocie sam Pinchas był nieznośny w dwójnasób – jako że pod koniec zeszłotygodniowej sidry (w Lb 25, 6-8) wstaje i z własnej inicjatywy przebija włócznią dwójkę osób zastanych „in flagranti” – Izraelitę przez plecy (najwyraźniej był na górze), a Midianitkę przez brzuch. Tora pozwala sobie przy tym nawet na żart – Pinchas wchodzi do „kuba” – jest to słowo, które pojawia się tylko w tym miejscu i oznacza rodzaj dużego, ceremonialnego namiotu – i przebija włócznią parę nieszczęśników w trakcie ich ostatecznego „stosunku przerywanego” przez „kuba” – słowo to pojawia się w Torze tylko dwukrotnie, ale tutaj oznacza brzuch albo żołądek. Była to wyjątkowa prowokacja – wielu spośród Izraelitów, którzy teraz mieszkali w Szitim, zaczęło zadawać się z lokalnymi Moabitkami, a nawet zaczęli przyłączać się do ich rytualnego oddawania czci „Baal Peorowi” – przypuszczalnie miejscowemu bogu góry Peor, o której wspomina się w Lb 23, 28 i z której Balak i Bilaam spoglądają w dół na pustynię. Samo słowo „Peor” oznacza „szeroki” albo „otwarty”. Bóg jest naturalnie rozgniewany, że Izraelici przestrzegają pogańskich zwyczajów – dołączając do rytualnych ofiarnych posiłków ze zwierząt poświęconych bożkowi Baalowi, a zwłaszcza angażując się w stosunki płciowe, które w kultach pogańskich miały najwyraźniej symbolizować relację między człowiekiem a bogiem.

Czytamy następnie zwięzłe, ale bardzo gwałtowne i brutalne wersety opisujące sposób, w jaki zostaną ukarani winni (25, 4-5) – i dokładnie w tym momencie Izraelita (Zimri) postanawia współżyć w bardzo publiczny, prowokacyjny sposób z Midianitką (Kozbi); nie jest do końca jasne, w którym namiocie oddawali się swojej rozpuście – Izraelici siedzą i lamentują przy wejściu do Miszkanu, Namiotu Spotkania – „Ohel Moed”. Czy nasza para w istocie użyła „Ohel Moed” jako kuba i miejsca dla swojej schadzki? Jeśli tak, to dopuściliby się jego zbezczeszczenia – ale nie w takim stopniu, co Pinchas, który w swojej gorliwości i porywczości morduje dwie istoty ludzkie, rozlewając tym samym ludzką krew w świętym namiocie…. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z naprawdę nieciekawą sytuacją, z kryzysem. I to abstrahując od politycznych konsekwencji zamordowania Midianickiej księżniczki, córki wodza.

Być może właśnie dlatego rabini postanowili podzielić sidrot właśnie w tym miejscu, w środku relacji na temat tych wydarzeń. Żeby dać wszystkim szansę na odzyskanie oddechu, żeby zastanawiali się przez tydzień, jak ta historia potoczy się dalej w kolejny szabat. Żeby mogli się uspokoić.

Ale reakcja zatyka dech w piersiach. Bóg mówi Mojżeszowi, że wnuk jego brata (jako że Pinchas jest wnukiem Aharona) dobrze postąpił i że wszyscy powinni być z niego dumni! Choć Pinchas należy już do rodu kapłańskiego, to teraz jego status kapłański oraz status jego potomków został zagwarantowany na zawsze. (Nawiasem mówiąc, kohen powinien oczywiście unikać wszelkiego kontaktu z ludzkimi zwłokami i ludzką krwią, które uczyniłyby go nieczystym – może Pinchas użył długiej włóczni i dzięki temu nie został ochlapany krwią?). Bóg mówi nawet, że za sprawą swojego czynu Pinchas zasługuje na „Moje przymierze szalom” – „Briti Szalom”. Bóg zatrzymuje plagę.

W rozdziale 26 przeprowadzony zostaje kolejny spis powszechny, a tym razem osobą odpowiedzialną za liczenie jest Eleazar, ojciec Pinchasa; tym razem celem jest ustalenie, ilu jest dostępnych mężczyzn w wieku poborowym (powyżej 20 lat) – jako że żadnego z tych młodych mężczyzn nie było na świecie, kiedy Mojżesz z Aharonem przeprowadzili pierwszy spis powszechny na pustyni Synajskiej – za wyjątkiem Kaleba i Jozuego. Rzeczywiście nadszedł czas na zmianę na górze i Mojżeszowi przykazuje się, żeby przygotował się na własne „usunięcie ze stanowiska” i żeby mianował Jozuego na swojego następcę, za przyzwoleniem Arcykapłana Eleazara. Eleazar zajął miejsce Aharona, a Jozue zajmie miejsce Moszego, jedyna różnica jest taka, że Eleazar był synem Aharona, zaś Jozue nie jest w ogóle spokrewniony z Mojżeszem.

W Lb 31, 6 wojska izraelickie wysłano, żeby walczyły z Midianitami; Pinchas zostaje wysłany jako swoisty pierwszy „kapelan wojskowy”, „który zabrał ze sobą święte naczynia i trąby wojenne.” Tym razem nie jest uzbrojony w żadną broń, a tylko w wyposażenie służące do rytuałów i do komunikacji. Przypuszczalnie uważano, że jest młody i w dobrej formie fizycznej i nie będzie się bał widoku krwi. Czy jest to rodzaj awansu czy też degradacji? To wciąż właśnie do jego ojca Eleazara ludzie muszą przynosić wszystkie łupy. Jest to nieprzyjemna historia i trzeba zadać sobie pytanie, jaką tak naprawdę rolę odgrywa w tym wszystkim Pinchas.

O co tu więc chodzi? Co Bóg próbuje powiedzieć Mojżeszowi i jego bratankowi, ojcowi Pinchasa? Co próbuje powiedzieć ludowi? Że siedzenie przed wejściem do Namiotu Spotkania i lamentowanie nad zaistniałą sytuacją nie wystarczy, że trzeba COŚ zrobić? Podjąć działanie, a w razie konieczności dopuścić się przemocy? Sądzę, że u wielu z nas taka myśl budzi dyskomfort. Judaizm nie jest formą pacyfizmu, rozumiemy, że czasem konieczne są wojny obronne, a uczestniczenie w takiej wojnie uznawane jest nawet za „milchemet micwa” – jednak w tym przypadku zagrożenie, z jakim zmagają się Izraelici, ma charakter duchowy, a nie fizyczny; ich wiara w niewidzialnego, jedynego Boga jest wystawiana na próbę w efekcie styczności z rozkoszami pogańskiego politeizmu i oddawania się przyjemnościom materialnym i fizycznym – jest to z pewnością rozpaczliwa sytuacja, ale czy usprawiedliwia to taką rzeź? Niestety historia świata wypełniona jest sytuacjami, kiedy jedna grupa czuła się usprawiedliwiona, żeby zmasakrować inną grupę po prostu za wyznawanie „niewłaściwych” przekonań i zjawisko to nie przeszło jeszcze do historii – tutaj, w tych rozdziałach, odkrywamy ku naszemu dyskomfortowi, że historia żydowska – albo, żeby lepiej to ująć, starożytna historia izraelicka – nie jest całkowicie wolna ani od takich koncepcji, ani od takich zajść.

Jako Żydzi czasem – nazbyt często – mierzyliśmy się z egzystencjalnym pytaniem: „za co jesteś gotów umrzeć?” – i wielu Żydów wybierało na przykład raczej męczeństwo aniżeli chrzest. Druga strona tego samego pytania brzmi: „za co jesteś gotów zabić?”. Mam nadzieję, że większość z nas nie będzie się nigdy musiała mierzyć z tym pytaniem w konkretnej, rzeczywistej sytuacji, ale niedawno toczyłem dyskusję z członkiem kongregacji w Berlinie, któremu nie podobała się modlitwa za Siły Obronne Izraela w synagodze – „Możemy równie dobrze wrócić do błogosławienia armat!” – powiedział. Nie zgodziłem się z nim. Są w tej chwili młodzi mężczyźni i kobiety, których obowiązkiem jest chronić i bronić – w razie konieczności (i jest to obwarowane warunkami i podlega ścisłej kontroli) przy użyciu przemocy, przy użyciu broni, tak żeby inni mogli dalej wieść swoje życie jako Żydzi w (stosunkowym) pokoju. Nie dlatego, że inni koniecznie chcą, żebyśmy przyjęli ich religię, ale ponieważ chcą, żebyśmy porzucili naszą własną – albo nie widzą powodu, dlaczego mielibyśmy żyć, jeśli mamy naszą odrębną religię. Jest to poważny problem i póki co nic nie wskazuje na to, żeby miał zniknąć, a jego zaczątek możemy zaobserwować już w Biblii.

Pinchas NIE jest wzorem do naśladowania dla nas wszystkich, ale jest człowiekiem, który bierze sprawy w swoje ręce, żeby zrobić to, co uznaje za słuszne. Przynajmniej za to należy mu się nasz szacunek, nawet jeśli uznamy jego metody za nazbyt skrajne w bardziej „normalnych” czasach.

Szabat Szalom,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Bamidbar

About our obligations to the Covenant.

Thoughts on Parashat Bamidbar

 

Menachem Mirski

 

This Sabbath we begin the Book of Numbers, in Hebrew Bamidbar (In the Desert). At the beginning of Parashat Bamidbar God asks Moses to conduct a census of the twelve tribes of Israel. Moses counts 603,505 men able to bear arms (20 to 60 years); the tribe of Levi, however, numbering 22,300 males aged one month and older, is counted separately. Almost everything our parasha speaks of is discussed in the context of numbers. Names, placement of the people in the camp, in the hierarchy, as well as some obligations and responsibilities. Everything is in the context of numbers.

The first verse of week Haftarah reminds us about the promise given to Abraham:

The number of the people of Israel shall be like that of the sands of the sea, which cannot be measured or counted; and instead of being told, “You are Not-My-People,” they shall be called Children-of-the-Living-God. (Hosea 2:1)

Hosea gives the same promise to the Israelites whose God wants to remarry, rebuking them at the same time (for this one of the fundamental elements of prophetic activity) and setting conditions upon which the promise will be given again. These conditions can be summarized on one: break with the past. Doing so, Hosea also introduces one important theological concept: the Covenant seen as a marriage between God and Israel – Husband and Wife. This imagery was adopted by later prophets, like Isaiah and Jeremiah. But the origins of this concept are not particularly beautiful. In the first chapter of the book God commands Hosea to marry a whore, Gomer, and to have children with her. Hosea’s acceptance of his shameful role as the husband of a whoring wife is analogical to God’s shameful status of being connected to Israel. But on the other hand it illustrates that God would not abandon Israel even if they left Him to serve false gods. It demonstrates how far God can go to restore the proper, covenantal relationship with His people.

The Torah accustomed us to a strict connection between fertility and divine blessing. That’s one of “the laws of nature” I would say and this particular “law of nature” incorporates the divine laws as well. What’s the reason for such a claim? I’m saying this because mere fertility is not enough for a people’s survival, especially if we talk about specific, ethnic or religious groups. We are not animals, our survival has always had a political aspect. We have to maintain stable societal institutions, we have to obey laws and principles to provide people with an environment in which they can grow and develop. We have to live according to a certain ideology or ethos that recognizes true values, like justice, love and peace, as well as the value of human life itself and not only the value of individual life but also the life of the community. There have been numerous tribes, ethnic and religious groups or even entire civilizations which disappeared from the face of the earth throughout history. We are one of those very few ancient peoples that did not. It is mainly because our religion has always recognized the true values, the value of life itself and has never stopped putting those values actively into practice.

I believe that both, the life of an individual and the life a community as a whole is, by default, of equal value. The community which respects this balance is the community God wants to marry or to remarry, as it is in our Haftarah; these are the people among whom His spirit would inhabit. He divorced and will divorce a community of selfish people who only take care of their individual needs and interests. He will do so not only for ethical reasons: communities like that are not sustainable over time. If they are not sustainable, they cannot fulfill their part of the covenant with God, which is, by definition, eternal. That’s one of the fundamental ideas and beliefs in our religion: we were appointed to be witnesses of the one and only God and we are to remain witnesses forever, until the end of times (whatever that means, but very very long). I also believe that God would never have married a community that constantly sacrifices the capacities and interests of its individuals on the altar of so called ‘common good’ – a community that embraced various, radical forms of collectivism and doesn’t care about individual rights.

What does it mean for an individual? It means that your life is precious, but it is finite. Life you may create is not less precious than yours – it is equally precious, by definition. The goal is to maintain a certain balance between valuing your individual self-fulfillment and valuing procreation. This balance is of course different at different stages of human life. We must obtain certain wisdom to find this balance. At the societal level we must obtain certain wisdom to find the balance between rights and dreams of an individual and the well-being of the community. This line can be and should be drawn somewhere, because both, radical individualism (that is seeing and valuing everything exclusively from the perspective of an individual) and radical collectivism (seeing and valuing everything exclusively from the perspective of the group) is harmful to human beings. Radical, thoughtless individualism hurts primarily the individuals, the society – to a lesser degree, depending how widespread it is. Radical collectivism, especially in the long run, hurts most of the individuals, thus it also hurts society itself.
Collectivism has been expressed strongly through political philosophies such as socialism, fascism, and communism. Its radical renditions existed in practice in various totalitarian systems established throughout history. They are visible and real also today. They are put in practice in countries like North Korea, islamist theocracies like Afghanistan, and perhaps to a lesser degree – China, Belarus. In the West the collectivists ideas exist in the ideologies of far-right and far-left movements.

Collectivism is also present in those forms of identity politics that put the group identity ahead of the identity of the individual. These kinds of concepts are dangerous because they may easily result in ascribing something that is called collective responsibility to certain groups in the society. I’m not denying that a phenomenon like collective responsibility may exist but we should deal with this idea very carefully. It generates a number of controversies on many levels: metaphysical, moral, psychological and sociological. The situation becomes even worse when in the name of the collective responsibility we drop the idea of individual responsibility. This makes any form of justice impossible because justice is inextricably linked to individual responsibility. As Jews, we know too well how ascribing collective responsibility works in practice and how tragic the consequences might be. We should be the first to reject these patterns of thinking, or at least approach them with deep criticism.

The threats that stem from all these radical concepts are never gone and will never be gone. It’s a direct consequence of human freedom: freedom of thought, speech, action and the freedom of existential self-defining. Knowing all of that we should, however, distance ourselves, not only practically, but also ideologically, from all the forms of these concepts: radical collectivism, various forms of self-centeredness, narcissism, as well as from its supposedly reasonable justifications. We should distance ourselves also from group forms of self-centeredness and narcissism, which are very common in our societies today and only fuel partisanship and deepen divisions. All beliefs like: “only people from my group are really smart, intelligent and educated, all other people (especially those from a group I hate) are either crazy, dumb or uneducated” fell into this category.

God loves us equally as individuals and as a community. He is in charge of solving conflicts of human interests. His actions might be delayed, but they are always just. Whenever you feel that as a result of those conflicts you were treated unjustly, by people or even by God himself, one should have patience and trust that justice will come. It does not mean that you should just wait passively and not actively repair the situation. On the contrary, you should take action if you feel it’s warranted. But being patient and having trust in the Supreme Judge first makes subsequent actions more thoughtful, more reasonable and more balanced, which is always necessary in pursuing justice.

Shabbat shalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Matot-Massei

Plemiona Izraela: gałęzie jednego drzewa czy pręty „boskiego gniewu”?

Refleksja nad paraszą Matot-Massei

Menachem Mirski

Porcja Tory na ten tydzień zaczyna się od słów, które z pozoru nie wyróżniają się niczym szczególnym:

„I oświadczył Mojżesz naczelnikom pokoleń Israela, i rzekł: Oto, co rozkazał Wiekuisty!” (Lb 30, 2, tłum I. Cylkow).

Dalej następuje wykładnia praw dotyczących składania przysiąg, a następnie mamy historię wyprawy wojennej mającej na celu odwet na Midianitach. Mojżesz gniewa się na dowódców wojsk Izraela za to, że nie byli wystarczająco bezwzględni w postępowaniu z wrogiem. W konsekwencji poucza ich, jak należało się z owym wrogiem rozprawić.

W dzisiejszej refleksji skupimy się na tym problemie, jednakże nie tyle z perspektywy historycznej, lecz, nazwijmy to, lingwistycznej. Otóż w Torze znajdujemy zasadniczo dwa różne słowa na określenie „plemion Izraela”. Jedno to szewet (l.m. szewatim), drugie to mate (l.m. matot). I podczas gdy zarówno szewet i mate oznaczają „gałąź”, oba też oznaczają „kij” albo „pręt”. W tym tkwi głębsze znaczenie obu tych nazw: w niektórych przypadkach Tora odnosi się do nas jako do „gałęzi”, podkreślając tym samym konieczność elastyczności i ustępliwości w życiu. W innych kontekstach Tora, używając tych samych określeń, nazywa nas „prętami”, podkreślając przy tym potrzebę zdecydowania i determinacji w realizacji naszej misji jako „ludu świętego” i „światła dla narodów’. Oba określenia znajdujemy np. w wersecie Księgi Izajasza, w której to właśnie Bóg, ustami proroka, oboma określa króla Asyrii:

„Ach, ten Asyryjczyk, rózga (szewet) mego gniewu i bicz (mate) w mocy mej zapalczywości!” (Iz 10, 5),

którego wyznaczył, by dokonał sprawiedliwego sądu nad nieposłusznym narodem Izraela.

Tym samym owa dwuznaczność implikuje dwojakie rozumienie pojęcia „plemienia”, tak samo, jak dwojakie jest rozumienie hebrajskiego słowa Isra-El, które oznacza jednocześnie „walczący z Bogiem” (znaczenie dosłowne) jak i „naród wybrany”. Dwuznaczność określenia Isra-El określa dwie formy naszej relacji z Bogiem – na przemian Mu służymy i się z nim spieramy – natomiast dwuznaczność pojęć szewet i mate określa formy naszej relacji z ludźmi innych narodów i religii, wobec których, zależnie od sytuacji, powinniśmy być raz ugodowi i ustępliwi, innym razem zaś stanowczy i nieugięci.

Prawdziwa mądrość tkwi w umiejętności rozpoznania obu rodzajów sytuacji i odpowiedzeniu sobie na pytanie, kiedy powinniśmy postępować z innymi ugodowo i łagodnie, jak gałąź uginająca się pod naporem wiatru, kiedy zaś stanowczo i bezkompromisowo, jak pręt czy drąg, który przed nikim ani niczym się nie ugina. W okazywaniu innym pokory i skromności nie tkwi zasadniczo nic złego, tak długo, jak owa druga strona jest przyjaźnie do nas nastawiona. Problem pojawia się wówczas, gdy owa druga strona – zbiorowość ludzka czy pojedyncza osoba – świadomie wykorzystuje naszą ugodowość lub wręcz na niej żeruje. W tym wszystkim zawiera się pewna teoria negocjacji i odpowiedź na pytanie, czy mają być one „twarde” czy może „miękkie”. By zdecydować o tym, jakie negocjacje mamy prowadzić, musimy bacznie obserwować zachowanie i intencje ludzi, z którymi przyszło nam toczyć spór. Rozwiązanie, które tu zaproponuję, jest dosyć proste i brzmi następująco: tak długo, jak widzimy w reakcjach i działaniach innych pokojowe intencje (które nie zawsze mogą być dla nas doraźnie korzystne, ale np. obliczone na wspólne dobro lub inny, głębszy cel), powinniśmy raczej przyjmować strategię wobec innych przyjazną. Jeśli jednakże widzimy, że strategia drugiej strony ma na celu wyłącznie jej własny interes, realizowany świadomie kosztem naszego, lub dostrzegamy wręcz jawną wrogość wobec nas, powinniśmy zasadniczo pozostać w naszych działaniach stanowczy i nieugięci. Tylko wówczas, gdy posiądziemy ową mądrość widzenia i rozróżniania, będziemy w stanie zbalansować nasze działania tak, ażeby torować drogę najwyższej, boskiej sprawiedliwości.

Szabat szalom!

Menachem Mirski

Matot-Massei

Tribes of Israel: Branches of One Tree or Rods of „Divine Fury”?

Thoughts on Parashat Matot-Massei

Menachem Mirski

The opening words of this week’s Torah portion may not seem like an extraordinary statement at first sight:

“Moses spoke to the heads of the Israelite tribes, saying: This is what the [Eternal] has commanded…” (Numbers 30:2.)

Next we find an explanation of the laws regarding making vows, after which we read about a military expedition aimed at taking revenge against the Midianites. Moses is angry at the commanders of the Israelite army for not being ruthless enough in their dealings with the enemy. As a result he instructs them how they should have dealt with that enemy.

In today’s reflection I’d like to focus on this problem, but not so much from a historical perspective, but rather from a somewhat more linguistic standpoint. It turns out that the Torah uses two different words to describe the “tribes of Israel”. One of them is shevet (plural: shevatim), whereas the second one is mate (plural matot). And while both shevet and mate mean “branch”, both can also mean “stick” or “rod”. This duality reflects a deeper meaning of these two names: in some cases the Torah refers to us as a “branch”, thus emphasizing the necessity to be flexible and pliant in our life. But in other contexts the Torah uses the word “rods” to describe the same concept, thus emphasizing the need to exhibit firmness and determination as we carry out our mission of being the “holy people” and a “light for the nations”. Both of these terms can be found for example in a verse from the Book of Isaiah, in which it is indeed God Himself who through the mouth of the prophet uses  both of these terms to describe the King of Assyria,

“Ha! Assyria, rod (shevet) of My anger, in whose hand, as a staff (mate), is My fury!” (Isaiah 10:5),whom He appoints to pass a just judgment on the disobedient people of Israel.

Thus this ambiguity implies a two-fold understanding of the concept of a “tribe”, just as there is a dual understanding of the Hebrew term “Isra-El”, which means both “wrestling with God” (the literal meaning) as well as  “the chosen people”. The ambiguity of the expression “Isra-El” corresponds to the two forms of our relationship with God – we alternately serve Him and engage in disputes with Him, whereas the ambiguity of the terms shevet and mate sheds some light on the character of our relationship with members of other nations and religions, towards whom, depending on the circumstances, we should at times display a conciliatory and pliant attitude, whereas on other occasions be firm and unyielding.

True wisdom lies in the ability to distinguish between these two types of situations and in being able to recognize when we should be conciliatory and lenient towards others, just like a branch bending under the pressure of the wind, and when on the other hand we should act in a firm and uncompromising way, like a rod or a stick, not yielding to anyone nor to anything. In principle there is nothing wrong with showing others humility and modesty, as long as the other side is also displaying a friendly attitude towards us. A problem arises when that other side – a community of people or an individual person – deliberately takes advantage of our conciliatory approach or simply starts to exploit it. All this encompasses a certain theory of negotiations as well as answering the question whether we should display a “hard” or perhaps “soft” approach in such negotiations. In order to decide which of these two options to employ, we must pay close attention to the behavior and the motives of the people with whom we happen to be engaged in a conflict. The solution which I’d like to propose here is quite simple and it suggests the following stance: as long as we perceive the reactions and actions of others as a sign of their peaceful intentions – even if these actions might not always be beneficial for us in the short term, but their aim is for example achieving a certain common good or another, deeper objective), in such cases we should exhibit a friendly approach towards the other side.  However, if we see that the other side’s strategy is to look solely after its own best interests, which are being deliberately protected at the expense of our own good, or if we notice an openly hostile approach towards us, we should essentially keep on upholding a firm and unyielding stance. Only once we acquire this wisdom of seeing and discerning will we be able to adjust our actions in a way that will enable us to pave the way for the supreme, Divine justice.

Shabbat Shalom!

Menachem Mirski

Translated from Polish by: Marzena Szymańska-Błotnicka

Pinchas

O balansie sił dobra i zła.

Refleksja nad paraszą Pinchas

Menachem Mirski

Na samym początku porcji Tory przeznaczonej na ten tydzień Bóg nagradza Pinchasa, wnuka Aarona, za swój akt gorliwości mający swój wyraz w zabiciu księcia Symeonitów Zimriego i jego kochanki Kozbi, księżniczki Midianitów. W ramach owej nagrody, Bóg udziela Pinachasowi przymierza pokoju i włącza go do rodu kapłańskiego na wieczność (co wedle Rashiego nie było dotychczas wcześniej jego udziałem; Pinchas nie wziął udziału w kapłańskim namaszczeniu Aarona i jego synów (Szemot/Exodus 28:40-41)).

Wątek zabójstwa dokonanego przez Pinchasa na Zimrim i jego kochance jest często przedstawiany jako impulsywny akt samosądu, co czyni ten tekst dość problematycznym dla naszej tradycji. Ów czyn, w oczach współczesnego człowieka wygląda jak brutalne, bezwzględne morderstwo, dokonane przez (religijnego) fanatyka, i w taki sposób podobny akt zostałby potraktowany w większości systemów prawnych współczesnego świata. Nie jest to też bynajmniej wyłącznie współczesna optyka – historia ta trapiła już rabinów. Gwałtowna, samowolna, pozasądowa egzekucja Zimriego i Kozbi jest sprzeczna z podstawowymi rabinicznymi zasadami sprawiedliwości, zwłaszcza w odniesieniu do kwestii tak poważnej, jak kara śmierci.

Czy ta optyka jest jednak słuszna względem omawianej przez nas historii? Warto zwrócić uwagę na to, co wedle biblijnego tekstu wydarzyło się zanim Pinchas dokonał swojego czynu.

Otóż naród Izraela, przebywając w Szittim, zaczyna uprawiać nierząd z midianickimi kobietami. (Księga Liczb/Bamidbar 25:1). W tekście hebrajskim mamy czasownik liznot, co w bardziej eufemistycznych tłumaczeniach przełożone jest jako uprawiać nierząd (mistrzostwem eufemizmu jest tutaj przekład Cylkowa: zalecać się). Angielskie tłumaczenie Jewish Publication Society używa słowa ‘whoring’ (co możemy na polski przetłumaczyć, również eufemistycznie, jako ‘prostytuowanie się’). Jest też mowa o ‘narodzie’ jako podmiocie tychże ekscesów, można to więc uznać, raczej bez cienia wątpliwości, jako zjawisko masowe.

Chwilę potem Bóg nakazuje Mojżeszowi dokonać publicznej egzekucji (prawdopodobnie przez nabicie na pal) wszystkich obecnych przywódców Izraela (hebr. et kol roszej ha’am, Księga Liczb/Bamidbar 25:4) co obrazuje stopień zepsucia izraelskiego społeczeństwa. Następny werset sugeruje, że Mojżesz stara się zmienić i złagodzić wyrok boski, ograniczając jego zastosowanie jedynie do spośród Izraelitów, którzy bezpośrednio zaangażowali się w nierząd i służbę obcemu bóstwu. Chwilę potem Zimri, wraz ze swoją kochanką, ostentacyjnie pojawiają się przed Namiotem Spotkania, przed którym Mojżesz, wraz z grupą Izraelitów, płaczą pogrążeni w rozpaczy. Stamtąd udają się do pobliskiego namiotu, w wiadomym celu. W tym momencie wkracza Pinchas i zabija ich oboje w namiocie.

Mamy więc do czynienia z sytuacją dość ekstremalną. Z tych, jak również kilku innych powodów (o których mowa poniżej) uważam, iż ujęcie czynu Pinchasa jako impulsywnego samosądu nie jest całkiem trafne, jest poważnym uproszczeniem. Istnieje bowiem kontekst prawny dla jego działania – wyrok śmierci wydany przez samego Wiekuistego, na odpowiedzialnych za całą zaistniałą sytuację – a także kontekst uzasadniający samo działanie – względnie łagodna postawa samego Mojżesza wobec zaistniałej sytuacji. Dlatego Pinchas zostaje nagrodzony przez Boga za swoją religijną gorliwość, bowiem wiele w tej historii wskazuje na to, że to właśnie on, jako pierwszy, prawidłowo wypełnił boski dekret.

I choć może się to nam, współczesnym, wydawać barbarzyńskie, Pinchas, poprzez swój czyn odpokutował za grzechy Izraela. Wziął na siebie nie tylko winę za dokonanie czegoś z zasady zabronionego, lecz także odpowiedzialność za zmianę biegu rzeczy, który, jeśli nie powstrzymany, doprowadziłby prędzej czy później do katastrofy całej społeczności. Oczywiście nie wiemy na pewno, jakby potoczyła się ta historia, gdyby nie to zabójstwo, jednakże odpowiedź, jaką podaje nam sama Tora jest właśnie taka – poprzez dokonanie sądu nad Zimrim, Pinchas wstrzymał gniew Boży, który miał się rozlać na całą społeczność ludu wybranego. (Księga Liczb/Bamidbar 25:11-13)

Historia z naszej paraszy jest jeszcze jedną (choć dość radykalną w treści) opowieścią o tym, że naprawa rzeczywistości społecznej, czy to w wymiarze mikro czy marko, zwykle nie jest rzeczą miłą, przyjemną czy sympatyczna. Historia ta stawia też wiele pytań, np. co może zrobić jednostka, która zachowała moralność, trzeźwość umysłu w sytuacji, gdy widzi ona czarno na białym, iż całą społeczność, w której żyje, ogarnął obłęd? Iść i przekonywać, nauczać i nawracać? Znosić szyderstwa i upokorzenia? Czy Pinchas (lub ktokolwiek inny) był w stanie zorganizować “uczciwy proces” ludziom pogrążającym społeczeństwo w rozkładzie w sytuacji, gdy Bóg skazał już na śmierć elitę tego samego społeczeństwa, za te same (w domyśle) grzechy? Czy byłby możliwy jakikolwiek uczciwy proces w rzeczywistości, którą opisuje nasza historia? Przenosząc kwestię na współczesny grunt możemy zapytać: czy istnieje szansa na uczciwy proces w społeczeństwie, w którym jego przywódcy, w tym wymiar sprawiedliwości, są całkowicie skorumpowani i np. współpracują z mafią?

Niestety, metody naprawy społeczeństwa należy dostosować do stopnia szaleństwa, w którym się ono pogrążyło. A społeczeństwa ludzkie cyklicznie pogrążają się w różnego rodzaju obłędach. Wiemy o tym doskonale z naszej ludzkiej historii i niewiele wskazuje na to, że sytuacja ta kiedykolwiek ulegnie radykalnej przemianie.

Naprawianie zła, moralnego i społecznego zepsucia jest owszem możliwe łagodniejszymi środkami, ale jest to zależne od balansu pomiędzy siłami dobra i zła. W sytuacji, gdy znacząca przewaga mocy znajduje się po stronie dobra, metody – nazwijmy to – “łagodne” mają swoją skuteczność. Jeśli moc jest po naszej stronie, możemy wpływać na ludzi czyniących zło upomnieniami, łagodnymi karami itd. bowiem są oni otoczeni przez siły dobra i przystosowanie się do reguł sprawiedliwości leży w ich interesie, jeśli nie chcą oni zmienić swojego życia w piekło. W takich sytuacjach także zapłata dobrem za zło ma szansę zadziałać. Sytuacja komplikuje się, gdy zmienia się balans sił, na bardziej wyrównany, jak na przykład w konfliktach rodzinnych czy małżeńskich, w których jedna ze stron definitywnie znalazła się po ciemnej stronie mocy (alkoholizm, przestępczość, patologiczna niewierność itp.). Wówczas łagodne metody tracą swoją moc i potrzebne jest zastosowanie bardziej radykalnych, jak rozwód czy separacja. W sytuacjach, w których zdecydowana przewaga mocy jest po stronie zła, żadne łagodne, pokojowe metody nie działają; jednostki, które usiłują je praktykować zostają zwykle męczennikami. Dlatego zanim ocenimy czyjeś postępowanie w sytuacjach ekstremalnych, przyjrzyjmy się dokładnie balansowi zewnętrznych i wewnętrznych sił dobra i zła, w które dana jednostka jest w swoim postępowaniu uwikłana.

Szabat szalom!

Menachem Mirski

 

Pinchas

On the Balance Between Good and Evil Forces. Thoughts on Parasha Pinchas

Menachem Mirski

At the very beginning of this week’s Torah portion God rewards Pinchas, the grandson of Aaron, for his zealous act – namely for killing the prince of the Simeonites Zimri and his lover Cozbi, a Midianite princess. As part of this reward God endows Pinchas with the covenant of peace and includes him in the priestly line for eternity (According to Rashi he was not part of it before; Pinchas did not take part in the priestly anointment of Aaron and his sons [Shemot/Exodus 28:40-41.])

Pinchas’ killing of Zimri and his lover is often portrayed as an impulsive act of “mob law”, which makes this text quite problematic for our tradition. In the eyes of a modern person that act looks like a brutal, ruthless murder, carried out by a (religious) fanatic, and that is exactly how a similar act would be treated in most judicial systems in the modern world. In fact, this is not only a contemporary way of looking at it – this story was already viewed as challenging by the rabbis. Zimri’s and Cozbi’s violent, willful execution without due process of law contradicts the fundamental rabbinic principals of justice, especially when it involves such a serious issue as the death penalty.

But is this actually the correct way of looking at this story? It’s worth to take a look at what happened – according to the Biblical text – before Pinchas carried out his act.

As it turns out, the people of Israel, as they were staying in Shittim, start to engage in harlotry with Midianite women (Numbers/Bamidbar 25:1.) In the Hebrew text we have the verb liznot, which in more euphemistic translations is rendered as “commit harlotry” (the best euphemism can be found in Cylkow’s translation: “they courted them”.) In the English translation of the Jewish Publication Society the word “whoring” is used (which in Polish could be translated, equally euphemistically, with a word meaning “to engage in prostitution”.) The text also says that it was the “nation” who was engaging in these excesses, so we can assume without any trace of doubt that it was a mass scale activity.

Shortly after that God orders Moses to carry out a public execution (probably by impalement) of all the current Israelite leaders) (Hebr. et kol roshei ha’am, Numbers/Bamidbar 25:4), which shows the scale of corruption in the Israelite society. The next verse suggests that Moses is trying to change and soften God’s decree by limiting it only to those Israelites who directly engaged in harlotry and who served a foreign deity. Shortly after that Zimri, along with his lover, appear ostentatiously before the Tent of Meeting, in front of which Moses with a group of Israelites are weeping in despair. Then they go to a nearby tent to do you-know- what. This is when Pinchas appears and kills them both in the tent.

As we can see, we are dealing with quite an extreme situation. For this reason, as well as for several other ones (which I discuss below) I believe that viewing Pinchas’ action as an impulsive act of “mob law” is not entirely correct and it’s a serious simplification. For his action takes place in a certain legal context – the death sentence issued by the Eternal Himself for those responsible for this whole situation – and there are also certain circumstances justifying the action itself – namely the relatively lenient stance of Moses towards this whole situation. This is why Pinchas is being rewarded by God for his religious zealotry, since a lot in this story points to the fact that he was indeed the first one to appropriately carry out the Divine decree.

And while to us, modern people, this might seem barbaric, Pinchas through his actions in fact atoned for Israel’s sins. Not only did he take upon himself the blame for doing something which in principle is prohibited, but he also took responsibility for changing the course of events, which, if no one had stopped it, sooner or later would have led to a catastrophe for the entire society. Of course we don’t know for sure how this story would have turned out if it hadn’t been for this murder, but the answer which the Torah itself gives us is exactly this – that by carrying out this act of “mob law” on Zimri Pinchas put an end to God’s wrath, which otherwise was going to spill over the entire society of the chosen people. (Numbers/Bamidbar 25:11-13.)

The story we read in our Parasha is yet another (albeit quite radical in its content) story about how fixing the state of our societies – whether on a micro- or macro-scale – is usually not a nice, pleasant and likable task. This story also provokes many questions – for example, what can an individual who has maintained their morality and a clear mind do in a situation when they see with absolute certainty that the entire society they live in has succumbed to madness? Should they go out and try to convince, teach and change people’s minds? Should they withstand derision and humiliation? Would Pinchas (or anyone else) be able to arrange an “honest trial” for the people who were plunging the society into decay, given that God has already sentenced to death the elite of this very society for the same (as we can assume) sins? Would any kind of honest trial be possible in the circumstances which are being described in our story?  To portray this issue in contemporary terms, we could ask: Is there a chance for an honest trial in a society whose leaders, including the judiciary branch, are utterly corrupt and for example collaborate with the mafia?

Unfortunately, the methods used to repair a society must match the level of madness that society has succumbed to. And human societies cyclically plunge into different kinds of madness. We know this perfectly well from our human history and there is not much to suggest that this situation will ever radically change.

Fighting evil and moral and social decay is certainly possible with the use of less radical measures, but this depends on the balance between good and evil forces. If a significant majority of force is on the side of good, then – let’s call them “gentle” – methods can be effective. If the force is on our side, we can influence people who are doing evil things by means of admonishments, lenient punishments and so on, since they are surrounded by the forces of good and adapting to the principles of justice is in their best interest if they don’t want their lives to turn into hell. In such cases repaying evil with good also has a chance to work. The situation gets more complicated when the balance of forces shifts and becomes more equal, like for example in family or marital conflicts, when one side has definitively found themselves on the dark side of force (in case of alcoholism, crimes, pathological infidelity and so on.) In such situations gentle methods lose their power and more radical solutions, such as divorce or separation, need to be implemented. If the significant majority of force is on the side of evil, then no gentle, peaceful methods will ever work; the individuals who try to use them usually become martyrs. That’s why, before we judge the way someone acts in extreme situations, let’s first take a close look at the balance of the external and internal forces of good and evil in which that given individual is entangled as they carry out their actions.

Shabbat Shalom!

Menachem Mirski

Translated from Polish by: Marzena Szymańska-Błotnicka

Pinchas

Pinchas

Rabin dr Walter Rothschild   

The sidra ‘Pinchas’ starts in the middle of an horrific episode and it starts in a way that is not only surprising, but shocking – God APPROVES of the impetuous violent actions of Pinchas the son of Elazar, a grandson of Aharon, a Cohen, who has just murdered two people ‘in flagrante‘ because they were not only of two different genders but also of two different religions. (It would be an interesting topic for discussion, just how seriously either of them has been taking their religion; the Torah also tells us their names and their social status but little about how they met, whether they were in love, whether it was their first time…..)  This incident is a major challenge to everyone who has read the story since. Can we understand what is happening? Can we support the actions taken? Do we distance ourselves from it, and if so, how?

To be fair, the incident as described in Numbers 25:6-9 – the verses just before this week’s sidra starts – does not seem to have much to do with romance or eroticism; instead it seems to be a deliberate act of rebellion, a flaunting of their utter disregard of God and of Moses. With Korach there had been a political crisis; now there is a religious crisis. The Moabite and Midianite religion is clearly very attractive to the Israelites who have, let’s face it, spent their lives until now in the desert, in tents, eating manna. Suddenly there are sacrifices – Meat! – and probably alcohol, there is presumably music and dancing and attractive young ladies wearing very little (and wearing even less under the very little they are wearing) and so the Israelites seem to have no difficulty in turning away from an austere, abstract, strict religion which has mainly consisted until now of prohibitions and punishments and future promises. They decide to try out the local gods; Who seem to offer Fun.

Monotheism is NOT easy. The idea that there is only ONE deity who is responsible for EVERYTHING, both the good and the bad in life, in the universe, is often hard to accept. Let us be honest about this. A large proportion of the world is still committed to polytheism or animism, a belief in natural powers in each tree or mountain or up in the sky, a different deity responsible for each aspect of human life. After all, in normal life you would go to a different specialist to have a car repaired or to get your hair cut or your appendix taken out, you would not expect one person to be a skilled specialist in absolutely everything. So it makes sense to assume that there is one god for winning wars and another for making the crops grow or your cows calve and a different one for making sure your wife gets pregnant or protecting your children from illness. You would want to make sure you were in the good favour of each of these, so you would go to their shrine or temple, make a donation or a small gift, either to the priests or to the god him- or herself, make a few gestures, bow down, whatever. We know that in some shrines there was alcohol to drink or herbs to smoke, and in some there was even ‘holy sex’, a way of reminding the god not to forget what he had to do.

What with one thing and another there was probably little difficulty in getting a minyan each day. One positive aspect of Polytheism – which is often overlooked – is that it is usually very tolerant of other gods. Somebody who worships five or six gods at the same time has little problem in getting on (religiously) with another person who has another four or five gods. Possibly they can swap anecdotes and recipes and good ideas for sacrifices. The person who already has many gods will not feel so threatened by there being others. Whereas the person who believes there is only ONE God will see in this variety an abomination, a denial of this basic truth.

(Incidentally, this is one of the major theological issues between Judaism and certain forms of Christianity, where – as well as the problem of the Trinity – there seems to be a whole army of different saints and holy people of undefined or mythic status, to whom one can pray for specific issues and problems, rather than to God alone.)

  And so it is with Pinchas.  But also with the writer of this narrative. He uses very strong language – the Israelites ”commit harlotry / prostitution” with the local girls; they eat of the pagan sacrifices, they bow down to the pagan statues and symbols. The god of the Midianites is described in verse 3 as ‘Ba’al Pe’or’ – the verbal root  ‘Peh/Ayin/Resh usually means either to be very greedy, or to excrete. So this Ba’al is the Ba’al, the Master of Shit. Thus we see sexual and lavatorial terminology (which has nothing to do with the fact that in verse 1 they are in Shittim!) This is described not just as irreligious behaviour, this is disgusting behaviour. So it is no surprise that God notices and gets (once again) very angry.

Here we see (again) a very important, basic principle of Judaism from the earliest times. The intention is NOT to make the Midianites believe in God; it is to stop the Israelites NOT believing in God. The Israelites are – through their birth – members of a covenant, a Brit; If they lapse, they are breaking a contract with God. It is a lifetime contract and they are not offered any easy way out. In this case the Midianites and Moabites and all the others, with their festivities and rituals, are not condemned because they are pagans – No – they are welcome to continue on their own paths, but they are condemned because they are seducing the Israelites away from THEIR true path, the belief in and service of the One God. (Who, let us not forget, warned us in Exodus chapter 20 that He could get very jealous if people turned away to serve any other gods.) God does not want the Israelites to missionise amongst the heathen; God wants the Israelites to stay away from the heathen, not to mix with them, not to mingle with them, not to absorb their customs. God does not want the Israelites to teach the Canaanites how to be good Israelites – God wants the Israelites to stay distinct from the Canaanites and not absorb their customs, their religion and their form of morality. Not to assimilate.

For almost the entire rest of Jewish history – which at this point has hardly started – the Jews will be a small minority in the world. Although some Jews will glorify a minor regional tribal leader like David, they will never have extensive empires like those of the Babylonians or the Assyrians, or the Hellenists, or like Alexander the Great, or like the Ottomans or the Mongols or the Moguls or the Byzantines or the Austro-Hungarians or the Tsars or – heaven help us – the Nazis. They will never spread across entire continents like Christians and Moslems or Communists or Maoists. No, they will remain always a small minority in the world, constantly exposed to the threat of being further diluted and absorbed and swallowed by other, surrounding cultures. In many cases they will huddle together for security, in other cases they will be forced to huddle together by external pressure. There will be ”Jewish areas” or ”Jewish suburbs” or ”ghettoes” and – from time to time – a single small state run by and for Jews.

Since we know this is the case, it seems obvious. But is it obvious, really? This exclusivity? Of course there were periods when Judaism felt more capable of opening up to new members – indeed in the ‘New Testament’, in Matthew 23 verse 15 Jesus criticises the Pharisees for being prepared to go to great lengths to convert people. This is ironic, because if it means that Jesus himself, as a good Jew, was opposed to missionising – then why do Christians still missionise in his name? But – well, that is not OUR problem.

Our problem lies in finding a way through this complex issue of a monotheism which is at the same time Inclusive – for we acknowledge that the One God created Everybody, including the non-Jews – and Exclusive – for we have a specific relationship and a specific task to perform, as a People and as individual Jews. Pinchas resolves the issue very brutally – he does not reason with the Midianite, nor with the Israelite, he murders them both very publicly, to make sure that everyone else gets the message. What were these two doing? Not just having sex – this is natural and normal – but using sex as a form of quasi-religious fervour, in public, deliberately at the very door of the Ohel M’ed, the tent where God is to be encountered. Maybe a modern equivalent would be spraying graffiti on a religious building, trying to desecrate it.

In the meantime God has commanded Moses to arrange the public execution of the leaders of the Israelites for weakly allowing this to happen! And Moses has urged the judges (whoever they are) to massacre anyone who has already lapsed and worshipped Ba’al Pe’or. In a way, it is a repetition of the violent events following the worship of the Golden Calf in Exodus 32:26-28. So this is a major, major crisis. And yet the only killing we read of is the one performed, not by a judge, not by a soldier, but by a priest, incensed and driven to violence by his fervour and his rage. NOT the sort of person one would normally like to meet. We do not get told this time how many direct casualties there are but the text refers to a ‘plague’, a ‘Magefa‘ which kills 24,000 before it stops, and maybe this is the term for the catastrophe as a whole.

Intriguingly, the Sidra starts in the middle of the narrative, even in the middle of a chapter. It is as though whoever decided upon these things wanted to make sure that we separate the deed from the reaction, to keep them a week apart. Then in chapter 26 it will be necessary to count all the twelve tribes again, for each has lost an average of 2,000 men, plus the Levites. In chapter 27 five sisters appear to register a complaint that, just because their father had no sons before he died, his name is in danger of being forgotten – and a solution has to be quickly found. It is.  Following this, Moses is permitted to see the land which he may not enter and he appoints Joshua formally as his successor – consecrated by the priest Elazar, but not himself a priest.

God describes Pinchas as having been ”kineh” for God – ”zealous” or even fanatical – and also ”kiper al-B’nei-Yisrael” – he has ”atoned” for them. He promises him and his descendants an ”eternal priesthood”. He then appoints Pinchas to be in a sense the first military chaplain, to accompany the army (31:6) in the next campaign against the Midianites, but this time armed only with trumpets and ritual objects. Nothing with which to kill on the battlefield.

So there are many issues which are raised in this story and many of them are very, very uncomfortable. A lay leader is not to act as a priest and a priest is not really to act as a lay leader. It is only in very exceptional circumstances that a priest is praised for defending the religion. And even then we have the question: Why did God not kill Zimri and Cozbi, rather than relying on Pinchas to do it in His name?

Then. when we see how many nations have been ruled or are ruled by clergy of one type or another, how the distinction between lay and spiritual leaders is blurred, we see the many dangers which follow such a mixing. One group should deal with the problems of this world, here and now, and the other group should be more concerned with eternity and eternal values. But the boundaries are not always clear and often lay leaders tell the religious leaders to ”keep out of politics” when they are doing something shameful, but then demand ”a blessing” from those same religious functionaries when it suits them. Each side can use the other for its own purposes. We see this often enough. Alas.

Would it have been a different story if God had said, instead, ”I do NOT approve of what Pinchas has just done”? Would we feel better about it? How do WE view this exclusivity? How far would we justify defending our own boundaries in such a manner? There are many, many difficult questions for us to face, when we read these chapters.

Shabbat Shalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild