Nicawim-Wajelech

Otwórz swoje serce, żeby otrzymać błogosławieństwo

Refleksja nad paraszą Nicawim-Wajelech

Menachem Mirski 

Ludzie są istotami religijnymi. Oznacza to, że mamy naturalną skłonność do tworzenia religii albo czegoś, co zajmuje się od strony metafizycznej  problematyczną tajemnicą ludzkiej egzystencji. Za każdym razem, kiedy ludzie chcą się pozbyć religii, coś innego wypełnia tę lukę i staje się nową religią. Tą nową religią jest zwykle jakaś ideologia polityczna, zideologizowana nauka albo przypadkowy nurt filozoficzny, który był akurat popularny w owym czasie.

Problem polega na tym, że tego, co metafizyczne, nie da się zastąpić czymś fizycznym, naukowym albo politycznym. Ilekroć ludzkość próbuje tak uczynić, wyrządza sobie na dłuższą metę krzywdę.

To, co jest zakryte, należy do Pana, Boga naszego, a co jest jawne, do nas i do naszych [dzieci] po wieczne czasy, abyśmy wypełniali wszystkie słowa tego [nauczania].

(Pwt 29, 28)

Nie możemy tłumić ani pozbyć się naszych potrzeb metafizycznych. Nie możemy uciec od naszej potrzeby transcendencji. Dlaczego? Dlatego, że tłumienie przez nas rzeczy, które należą do naszego Boga skończy się, prędzej czy później, zaprzeczeniem naszej własnej istocie i nihilizmem. Zostaliśmy stworzeni na boże podobieństwo, co oznacza, że w naturalny sposób dążymy do tego, co boskie. Nasze dążenia religijne są dążeniem do czegoś świętego i wiecznego – czegoś, co jest dobre, czegoś, co nie przemija. Ta wieczna i dobra rzecz musi być w stanie naznaczyć wszystko, co sami z siebie robimy i czego doświadczamy – naznaczać to znaczeniem.

Naznaczać oznacza afirmować, a nie podporządkowywać – i żadna nauka, żadna ideologia polityczna ani filozofia nie jest w stanie w pełni tego dokonać. Dlaczego? Gdyż wytwory ludzkiego intelektu są, z definicji, ograniczone. Nauka i filozofia mogą zaoferować ci wyjaśnienie, a ideologia polityczna może dać ci cel. Religia daje ci znaczenie.

Koniec końców ludzki intelekt jest po to, aby służyć, aby ułatwiać nam życie i czynić je wygodniejszym i bardziej przewidywalnym. Religia bardzo często robi coś przeciwnego albo przynajmniej zaczyna się od czegoś przeciwnego. Judaizm, nasza religia, nie afirmuje naszego życia bezwarunkowo. Afirmuje je głęboko, ale tylko wtedy, kiedy wnosimy świętość, dobro i sprawiedliwość.  Afirmuje życie z duchowością, która celowo otwiera się na nieznane i ukryte rzeczy. Żadna z tych ukrytych rzeczy ani świętość czy też dobro nie są koncepcjami, które można by zdefiniować politycznie albo naukowo bez rozłożenia ich na części.

Gdy tedy przyjdzie na cię to wszystko, błogosławieństwo i przekleństwo, które ci przedłożyłem, i weźmiesz je sobie do serca pośród wszystkich narodów, dokąd wypędzi cię Pan, Bóg twój, i nawrócisz się do Pana, Boga twego, i będziesz słuchał jego głosu zgodnie z tym wszystkim, co ja ci dziś nakazuję, ty i twoje [dzieci], z całego serca twego i z całej duszy twojej, to wtedy przywróci Pan, Bóg twój, twoich jeńców i zmiłuje się nad tobą, i zgromadzi cię z powrotem ze wszystkich ludów, gdzie cię rozproszył Pan, Bóg twój. Choćby twoi wygnańcy byli na krańcu nieba, to i stamtąd zgromadzi cię Pan, Bóg twój, i stamtąd cię zabierze, i sprowadzi cię Pan, Bóg twój, do ziemi, którą posiadali twoi ojcowie, i posiądziesz ją i ty, i uczyni cię szczęśliwszym i liczniejszym od twoich ojców. I [otworzy] Pan, Bóg twój, twoje serce i serce twego potomstwa, abyś miłował Pana, Boga twego, z całego serca twego i z całej duszy twojej, abyś żył. (Pwt 30, 1-6)

Te słowa zawierają nieskończoną, bożą obietnicę. Zauważmy, że nie stawiają one wielu warunków. Jest tylko jeden, zasadniczy warunek: musimy powrócić do Boga, do wszystkiego, co On nam wyjawił na Górze Synaj.

Wszystko, co jest ukryte, jest znane Bogu. Podczas nadchodzących Wielkich Świąt zachęcam was wszystkich do wyrażania przed Nim wszystkiego, co jest w nas ukryte, z całych naszych serc i z całych naszych dusz. Jeśli to zrobimy, On zwróci ku nam swe oblicze i pobłogosławi nas całą swoją szczodrością.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Szoftim

Poradnik, jak wyeliminować zło i niesprawiedliwość

Refleksja nad paraszą Szoftim

Menachem Mirski

Czy możliwe jest całkowite wyeliminowanie przestępczości z naszych społeczeństw?  A może da się wyeliminować tylko jeden rodzaj przestępstw, powiedzmy te najgorsze – morderstwa? Prawdopodobnie jest to możliwe. Można na przykład zamknąć  wszystkich ludzi w oddzielnych celach więziennych. Skonstruujmy nasze społeczeństwa w taki sposób. Wymagałoby to istnienia trzech kast społecznych: więźniów (powiedzmy 90% społeczeństwa), strażników (9%) i różnych administratorów i rządzących (1% albo jeszcze mniej). Gdyby popełniano jakiekolwiek morderstwa, to dochodziłoby do nich przede wszystkim w grupie walczących między sobą o władzę rządzących, którzy byliby jedynymi wolnymi ludźmi w takim społeczeństwie. Morderstwo byłoby zjawiskiem dotyczącym nie więcej niż 1% ludności, a zatem liczba morderstw byłaby prawdopodobnie o wiele niższa niż w naszych współczesnych społeczeństwach. A kogo obchodziłoby, że oni zabijają się nawzajem. Oni, ten 1% ludności, byliby prawdopodobnie najbardziej znienawidzoną grupą w całym społeczeństwie.

Albo może stwórzmy lepszy system. Na przykład w USA 93% osadzonych w więzieniach to mężczyźni. Znaczna większość morderców była już wcześniej uwikłanych w jakiegoś rodzaju działalność kryminalną. Wprowadźmy więc kodeks karny, zgodnie z którym nawet najmniejsze przestępstwo będzie karane dożywotnim więzieniem. Bądźmy wspaniałomyślni i stwórzmy inny kodeks karny dla kobiet, które stanowią tylko malutką mniejszość wszystkich kryminalistów, spożywają mniej alkoholu i biorą mniej narkotyków, które są bezpośrednią przyczyną wielu przestępstw z użyciem przemocy; w przypadku kobiet zachodzi też mniejsze ryzyko recydywy.  Kobiety radzą sobie też przeciętnie lepiej w szkole i rzadziej bywają bezdomne. Jest wiele argumentów przemawiających za tym, że w kwestii przestępstw nie powinny być traktowane równie ostro, co mężczyźni.

Stwórzmy tego rodzaju system społeczny. Praktycznie zniknęłyby wtedy nie tylko morderstwa, ale również wiele przestępstw mniejszego kalibru. Na czym więc polega problem, dlaczego nie możemy tego zrobić?

Czytana w tym tygodniu porcja Tory zaczyna się od wezwania do ustanowienia instytucji strzegących przestrzegania prawa: sędziów (wodzów, hebr. szoftim) i urzędników (hebr. szotrim):

Sędziów i urzędników ustanowisz sobie we wszystkich bramach twoich, które Wiekuisty, Bóg twój, da tobie w pokoleniach twoich, aby sądzili lud sądem sprawiedliwym. (Pwt 16, 18)

Bezpośrednio po tym Tora wymienia podstawowe zasady rządów prawa:

Nie skrzywiaj prawa, nie uwzględniaj osoby, a nie bierz wziątku, bo wziątek zaślepia mądrych i plącze słowa sprawiedliwych. (Pwt 16, 19)

Tutaj Tora zabrania przekupstwa, ale zasady sprawiedliwego procesu są omawiane w innym jej miejscu:

Nie czyńcie krzywdy w sądzie, nie uwzględniaj osoby biednego, ani uszanuj osoby możnego; sprawiedliwe sądź bliźniego twego. (Kpł 19, 15)

albo na początku księgi Powtórzonego Prawa:

I rozkazałem sędziom waszym podówczas, mówiąc: Wysłuchajcie między bracią waszą, i rozsądzajcie sprawiedliwie między człowiekiem a powinowatym jego, a cudzoziemcem przy nim. Nie uwzględniajcie osób na sądzie; tak małego jako wielkiego wysłuchajcie; nie obawiajcie się nikogo, albowiem sąd od Boga jest; sprawę zaś, która by za trudną była dla was, odnieście do mnie, a przesłucham ją.  (Pwt 1, 16-17)

Nasza porcja Tory na ten tydzień kończy swoje wezwanie o sprawiedliwość jeszcze innym apelem:

Za sprawiedliwością, za sprawiedliwością podążaj, abyś żył i posiadał ziemię, którą Wiekuisty, Bóg twój, oddaje tobie. (Pwt 16, 20)

Cedek, Cedek tidrof… Użyty tu hebrajski czasownik lidrof oznacza być z tyłu, iść za czymś, podążać za czymś, prześladować, gonić za czymś. Dokładnie – sprawiedliwość jest czymś, za czym będziesz podążać. A nie czymś, co „ustanowisz”. Tora zdaje sobie sprawę z odpowiedzi, którą zasugerowałem implicite na początku: że całkowite wyeliminowanie niesprawiedliwości ze świata jest niemożliwe, gdyż wymagałoby to wyeliminowania litości, miłości i współczucia i nałożyłoby to ogromne ograniczenia na ludzką wolność. Bóg, według Tory, nigdy nie zamierzał stworzyć takiego rodzaju świata. Prawdopodobnie nikt nie chciałby żyć w takim świecie za wyjątkiem jakichś psychopatów.

Sprawiedliwość nie jest czymś, co można zarządzić za pomocą jakiegoś dekretu. Jest to nigdy niekończący się proces. Niesprawiedliwość nie jest zatem problemem, który można naprawić w taki sposób, w jaki możemy naprawić samochód albo samolot: poprzez naprawę nieprawidłowo działającego systemu. Sprawiedliwość społeczna, choć jest nie mniej skomplikowana niż samolot, zawiera w sobie inny kluczowy i nieobliczalny element: wolność ludzkich decyzji. Tego elementu nie da się wyeliminować.

Owszem, pewne formy niesprawiedliwości zostały wyeliminowane na przestrzeni historii – jak choćby niewolnictwo. Ale nie zostało ono wyeliminowane całkowicie – są targi niewolników w Libii, dochodzi też do innych form ludzkiego zniewolenia, które mogą być uznane za niewolnictwo – na przykład w Chinach. Nie wspominając już o Korei Północnej, gdzie całe społeczeństwo jest zakładnikiem grupy szalonych despotów. Niewolnictwa nie wyeliminowano też na trwałe w miejscach, gdzie zostało ono zniesione; nie ma gwarancji, że kiedy sprawy na świecie przyjmą bardzo zły obrót, niektóre dawne praktyki oparte wyłącznie na dominacji i władzy nie zostaną przywrócone, nawet za przyzwoleniem całych narodów. A zatem nie powinniśmy nigdy lekceważyć tego, co udało nam się – jako ludzkości – osiągnąć.

Z tych samych powodów – czyli ludzkiej wolności podejmowania decyzji i jej fundamentalnej wartości – ani zło, ani ludzka skłonność do zła nigdy nie zniknęły. Żeby pozbyć się (moralnego) zła na świecie, musielibyśmy naprawić tak zwaną ludzką naturę, jak uważali prorocy. Rabiniczne poglądy w sprawie jecer hatow – skłonności do dobra – i jecer hara – skłonności do zła – są bardziej rozwinięte i bardziej przydatne z praktycznego punktu widzenia: nie twierdzą, że jecer hara powinna zostać wyeliminowana. Zgodnie z poglądami rabinicznymi w tej kwestii celem jest wykorzystanie owych złych, niemożliwych do wykorzenienia skłonności w taki sposób, aby działały na rzecz dobrych celów. Filozofia ta, poza tym iż ma pozytywny charakter, jest również łatwiejsza do wdrożenia w życie, kiedy odpowiednio się ją zrozumie: może przybrać formę „przeprogramowania” swojego mózgu, tak aby zmodyfikować swoje odruchy i wywoływane przez nie procesy w taki sposób, żeby działały na rzecz osiągnięcia pożądanych rezultatów.

W moim przekonaniu jest to lepsze podejście niż nienawidzenie zła i niesprawiedliwości. Nienawidzenie zła i niesprawiedliwości sprowadza się ostatecznie do nienawidzenia czegoś należącego do ludzkiej natury. A zatem bardzo ważne jest, żeby ściśle zdefiniować tę rzecz, która ponoć wywołuje całe zło, z którym walczymy. Bardzo ważne jest, żeby precyzyjnie ją zdefiniować i upewnić się, że ten element nie jest czymś, co w rzeczywistości jest w swej istocie dobre, tak jak pragnienie wolności czy ambicja, albo nawet czymś relatywnie dobrym, tak jak rywalizacja czy współzawodnictwo. Jeśli coś jest relatywnie dobre, to zasadniczo należy do sfery leżącej poza dobrem i złem. Jest to bardziej rodzaj narzędzia, a narzędzia bywają często pożyteczne.

Powinniśmy pamiętać o wszystkich wyżej opisanych kwestiach, kiedy dyskutujemy nad innymi negatywnymi zjawiskami społecznymi, z którymi się zmagamy i które chcemy wykorzenić, takimi jak korupcja, kradzieże, rasizm albo uprzedzenia. Aby kompletnie je wyeliminować, musielibyśmy zastosować podobne rozwiązania jak te, które byłyby potrzebne do wyeliminowania morderstw (ale, jako że są to lżejsze przewinienia, prawdopodobnie nie musielibyśmy wprowadzać ich we wszystkich sferach ludzkiego życia). Nie możemy prawnie wyeliminować błędnych form myślenia i mówienia, nie ograniczając przy tym wolności myśli i wypowiedzi. Możemy zminimalizować je i ich negatywne skutki poprzez odpowiednią edukację, ale tylko do pewnego stopnia i w takim stopniu, w jakim oferowana przez nas edukacja będzie odpowiednia – nie możemy też całkowicie wyeliminować błędów z naszego nauczania.

Tak jak pokazałem na początku, wyeliminowanie jednego rodzaju zła, jednego rodzaju niesprawiedliwości tutaj i teraz wymagałoby totalitarnych rozwiązań. Jest to prawdopodobnie jeden z powodów, dlaczego ludzie, którzy  mają obsesje na punkcie tylko jednego albo dwóch konkretnych rodzajów zła albo którzy bardzo wąsko definiują, co jest najgorszym złem na świecie (a co często nie jest najgorszym złem, a czasem w ogóle nie jest czymś złym), wykształcają w sobie skłonność do totalitarnego myślenia. Sądzę, że częścią odpowiedniego nastawienia wobec zła i niesprawiedliwości jest zdolność postrzegania wielu różnych rodzajów zła i niesprawiedliwości i umieszczenie ich w jakiegoś rodzaju hierarchii, tak jak robimy to z rzeczami, które uważamy za dobre i sprawiedliwe. Nie oznacza to, że różni ludzie nie powinni się specjalizować w walce z konkretnymi rodzajami niesprawiedliwości albo zła. Powinni. Ale bardzo dobre i zdrowe jest również postrzeganie zła, cierpienia i niesprawiedliwości, z którymi walczymy, w kontekście zła, cierpienia i niesprawiedliwości, z którymi walczą inni ludzie.

 

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Dewarim

Przewodnik po modlitwie dla ateisty

Refleksja nad paraszą Dewarim

Menachem Mirski 

Modlitwa stanowi ważny wyraz uczuć religijnych oraz relacji człowieka z Bogiem. Przypuszczalnie każda religijna osoba zadała sobie następujące pytanie: ile modlitwy potrzebuję w moim życiu i czy wzmacnia ona moją więź z Bogiem? Może być wiele odpowiedzi na to pytanie. Jedno możliwe podejście jest następujące: muszę dokonać tszuwy, zbliżyć się do Boga i wykorzystać religię, żeby zorganizować moje życie, bo kiedy pozwalam, żeby to świat rządził moim życiem, przynosi mi to chaos i cierpienie i pozbawia mnie poczucia sensu. Alternatywnie można też myśleć następująco: muszę się skupić na działaniu, a nie na modlitwie. Nie potrzebuję spędzać tak dużo czasu w synagodze i nie potrzebuję cały czas się modlić. Już się nauczyłem tego, co jest mi potrzebne, a teraz nadszedł czas na działanie!

Czytana w tym tygodniu porcja Tory sugeruje tę drugą odpowiedź:

Pan, nasz Bóg, przemówił do nas na Horebie: Już dosyć waszego pobytu na tej górze. Wyruszcie więc i idźcie w stronę gór Amorejczyków i do wszystkich ich sąsiadów w Araba, na pogórzu i na nizinie, w Negebie i na wybrzeżu morza, do ziemi Kananejczyków i Libanu, aż do wielkiej rzeki, rzeki Eufratu.  Oto przekazałem wam tę ziemię, która jest przed wami. Wejdźcie do niej i weźcie w posiadanie tę ziemię, którą Pan przysiągł dać waszym ojcom, Abrahamowi, Izaakowi, i Jakubowi oraz ich potomstwu po nich. (Pwt 1, 6-8)

Objawienie na Synaju dobiegło już końca. Izraelici otrzymali swoje wytyczne.  Teraz nadszedł czas, żeby iść i wdrożyć w życie boży plan. Czy jednak nakazuje im się, żeby porzucili duchowość, podbili ziemię i zajęli się wyłącznie praktycznymi sprawami? Nie, w żadnym wypadku. Bóg będzie im towarzyszył przez całą ich misję i po jej zakończeniu. Wytyczne, jakie otrzymali na Synaju wyraźnie wymieniają ich obowiązki wobec Boga, takie jak przestrzeganie Jego praw, szabatu, składanie mu ofiar etc. Będą na zawsze Jego świadkami, a On będzie ich świadkiem.

Nierzadko słyszy się dziś, jak ludzie wyjaśniają, że nie są religijni, ale są „oświeceni” czy też „uduchowieni”. Wyjaśniają, że nie potrzebują modlitwy ani nawet Boga, ponieważ, jak mówią, wystarczy „żyć w harmonii z wszechświatem”, twierdząc tym samym, że „hipoteza o istnieniu Boga” jest zbędna. Owszem, wszyscy wiemy, że sama modlitwa nie wystarczy w życiu i że aby cokolwiek w życiu osiągnąć potrzebne jest działanie. Ale czy modlitwa naprawdę nie jest konieczna? Przyjrzyjmy się temu w praktyce. Wyobraźmy sobie, że mam perspektywy na awans w pracy. Modlę się o to do Boga, ale wiem też, że nie dostanę awansu bez mojej ciężkiej pracy. A więc poza samymi modlitwami ciężko pracuję, żeby zrobić dobre wrażenie na moim szefie. Co, jeśli dostanę ten awans? Czy stanie się to dzięki bożemu błogosławieństwu, czy po prostu w efekcie mojej ciężkiej pracy? A co, jeśli nie dostanę awansu? Czy nie było to po prostu wolą Boga? Idąc jeszcze o krok dalej, jeśli wierzymy, że wszystko i tak dzieje się z powodu bożej woli, to…. po co w takim razie się modlić? Czy nie lepiej byłoby po prostu pracować w harmonii ze wszechświatem i po prostu zebrać to, na co sobie zapracujemy?

Omówmy najpierw dwa błędne założenia na temat modlitwy (błagalnej) obecne w powyższym argumencie. Po pierwsze, osoba głosząca taką tezę błędnie postrzega modlitwę jako coś magicznego, wierząc, że możemy wpływać na rzeczywistość przy pomocy samych słów i myśli, a Bóg jest zaledwie pewnym elementem w tym procesie. Kolejne błędne założenie jest takie, że jako iż nie możemy zmierzyć dokładnego wpływu bożych działań, to nie odgrywają one żadnej roli w całym tym procesie.

Czasem faktycznie mamy poczucie, że nie potrzebujemy modlitwy, aby coś osiągnąć. Stojące przed nami zadanie jest jasne i wszystko wydaje się zależeć od nas samych. Ale są też inne sytuacje, kiedy czujemy, że modlitwa jest konieczną częścią procesu. W takich sytuacjach zwykle wiemy, że zakładany przez nas cel  jest osiągalny, ale jednocześnie mamy świadomość, że po drodze możemy natrafić na pewne przeszkody i komplikacje, które będziemy musieli przezwyciężyć.  Często nie wiemy, jakie będą to przeszkody i mamy świadomość, że nie wszystko zależy od nas. Właśnie wtedy potrzebujemy modlitwy, aby się upewnić, że pomimo przeszkód osiągniemy nasz cel.

A co z tymi, którzy nie wierzą w żadną siłę wyższą? Dlaczego mieliby się modlić? Okazuje się, że modlitwa ma swoistą magiczną moc – jej cudowna właściwość polega na jej zdolności do okiełznania umysłu. Modlitwa jest wspaniałym źródłem siły i motywacji. Pomaga osiągnąć odpowiednie nastawienie i nadać rzeczom odpowiedni priorytet. Dzięki osiągnięciu odpowiedniego nastawienia i wyznaczaniu odpowiednich priorytetów unikamy prokrastynacji. Dzięki modlitwie nie zbaczamy z właściwej drogi i nie poddajemy się. Modlitwa zapewnia nas nieustannie, że cel, jaki chcemy osiągnąć, jest wartościowy i znaczący i że wszystkie przeszkody, z jakimi będziemy się mierzyć przestaną istnieć i na końcu naszej wędrówki nie będziemy nawet o nich pamiętać. Modlitwa przy wsparciu rozumu i doświadczenia czyni nas bardziej ostrożnymi i wrażliwymi oraz chroni nas przed popełnieniem oczywistych błędów.

Co więcej, modlitwa pobudza nas też niezwykle do samorefleksji: dlaczego nie udało mi się osiągnąć tego albo tamtego? Często bywa tak, że powody, dla których nie udało mi się czegoś osiągnąć, leżały w rzeczywistości we mnie samym, a nie we wszechświecie. Myślałem, że wszechświat sprzysiągł się przeciwko mnie, ale po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że główne przeszkody leżały w rzeczywistości we mnie samym: w moich nawykach, w moim zachowaniu, w moich niewłaściwych priorytetach, w złym zarządzaniu czasem, w mojej hierarchii wartości, w wyborze przyjemności, za którymi goniłem, w moim błędnym myśleniu, w mojej arogancji, w moim braku wiary, w moim lenistwie albo niewiedzy. Modlitwa ułatwiała i dalej ułatwia korzystanie z takiej mądrości życiowej, jaką udało mi się osiągnąć. Regularna modlitwa pomaga wyeliminować przeszkody obecne w nas samych, przeszkody, które są często bardziej istotne niż obiektywne wyzwania, z jakimi się zmagamy. W kontekście modlitwy zadajemy sobie też pytania na temat tego, co udało nam się osiągnąć i co chcielibyśmy osiągnąć. Są to ważne pytania na każdym etapie życia i są to pytania, nad którymi powinniśmy się regularnie zastanawiać. Regularna modlitwa najzwyczajniej sprzyja tego rodzaju wewnętrznej analizie.

Modlitwa jest też niezwykle pomocna, kiedy doświadczamy porażki. Kiedy ta więź jest wspierana przez rozum i doświadczenie, wyjaśni nam powody naszej porażki i pozwoli nam odkryć stojące za nią znaczenie.

W końcu i przede wszystkim każda modlitwa łączy nas z Bogiem i z systemem moralnym będącym naszym punktem odniesienia. Więź ta mówi nam, że w naszym życiu i w naszych celach nie chodzi tylko o nas samych.

Modląc się, uczymy się kontrolować nasze wewnętrzne życie duchowe. Kontrolowanie naszego życia wewnętrznego jest kluczowe, abyśmy mieli prawdziwą kontrolę nad naszym życiem i nad okolicznościami, w jakich żyjemy. Rzeczy, które „nam się przytrafiają” są często w rzeczywistości połączeniem zarówno niezależnych, obiektywnych okoliczności, jak i naszej reakcji na te okoliczności. Im bardziej przemyślane i znaczące są nasze odpowiedzi, tym większą zyskujemy władzę nad okolicznościami i ich konsekwencjami. W ten sposób poszerzamy granice naszej wolności. Poprzez modlitwę możemy zacząć rozumieć złożony charakter sytuacji, z jakimi się mierzymy oraz wynikające z nich pozytywne i negatywne konsekwencje.

To właśnie brak wiary i bliskiego kontaktu z Bogiem opóźniły wejście Izraelitów do Ziemi Obiecanej o 40 lat. A zatem każde wezwanie do działania powinno być rozumiane jako wezwanie do działania wraz z modlitwą. Szczera modlitwa poprawia jakość naszych działań i naszych doświadczeń. I każda modlitwa zostaje w taki czy inny sposób wysłuchana.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

CHOL HAMOED SUKOT

CHOL HAMOED SUKOT

Na Szabat przypadający w Sukot rabini wybrali czytanie z Tory pochodzące z 8 rozdziału księgi Dewarim (Powtórzonego Prawa), które skupia się na sposobie, w jaki Izraelici musieli spędzić (i wycierpieć) długi czas, czterdzieści lat, na pustyni.   Wydaje się to być odpowiedni tekst również dla naszej własnej kongregacji, która również w pewnym stopniu znajduje się „na pustyni”, w wynajmowanym pomieszczeniu, uzależniona od innych, z koniecznością rozpakowywania się i ponownego  pakowania za każdym razem, kiedy chcemy odprawić nabożeństwo, podobnie jak Lewici musieli ciągle ustawiać, a potem rozmontowywać Przybytek, który nieśli ze sobą przez pustynię. Można by twierdzić, że cała Europa jest z żydowskiego punktu widzenia pustynią, Midbar, nie tylko Polska i nie tylko Warszawa; tu i ówdzie znajdują się obozowiska Żydów, z których wielu przywędrowało do Europy z Północnej Afryki albo z byłego Związku Radzieckiego albo z Ameryki, albo nawet, jak na ironię, z Izraela. Obecnie w Niemczech dochodzi do dziwnej formy wymiany ludności, w ramach której każdego roku pewna liczba Żydów opuszcza Niemcy i przenosi się do Izraela, ponieważ tylko tam czują się wolni od nieustannego stresu związanego z antysemityzmem; tylko tam czują, że mogą swobodnie być Żydami i nosić kipę; jednocześnie każdego roku niektórzy Izraelczycy przenoszą się do Niemiec, ponieważ w ich przekonaniu tylko tam będą mogli się uwolnić od nieustannego stresu wynikającego z możliwości potencjalnego ataku ze strony sąsiadujących krajów, tylko tam czują się wolni od potencjalnego niebezpieczeństwa i przemocy, tylko tam czują, że mogą swobodnie podróżować. „Trawa jest zawsze bardziej zielona u naszego sąsiada”, jak głosi stare przysłowie. Z rozmysłem nie chcę tutaj  krytykować żadnej z tych grup; obie mają rację, decyzje obu stron są usprawiedliwione.

Podczas tygodniowych obchodów święta Sukot przypominamy sobie nie tylko o jesiennych zbiorach, ale również o tym, że Izraelici byli niegdyś zniewoleni i dostali szansę na to, żeby wydostać się z Egiptu i przenieść się do  innego  kraju, gdzie mieli być wolni – a przynajmniej byli wolni, aby służyć Bogu raczej niż faraonowi. Najwyraźniej niektórzy Izraelici nie byli zadowoleni z tego, że muszą  opuścić Egipt, a później narzekali, tęskniąc za jedzeniem, które wcześniej jedli z przyjemnością, za rybami, czosnkiem i cebulą; równie wyraźnie widać też, że niektóre osoby niebędące Izraelitami chętnie wykorzystały tę sposobność i przyłączyły się do grupy – byli to tak zwani „eruw raw”. Historia jest zawsze bardziej skomplikowana, niż lubią to przedstawiać populiści i nacjonaliści.

Jednak problem polega na tym, że choć Izraelici są gotowi na opuszczenie Egiptu, to nie są jeszcze gotowi na wejście do Kanaanu, zwłaszcza, że jest to kraj już zamieszkany i broniony – i mają takie poczucie pomimo tego, iż Jozue i Kaleb przekonują ich, że z Bożą pomocą wszystko jest możliwe. W konsekwencji Bóg musi czekać, aż całe pokolenie (z nielicznymi wyjątkami) wyginie. Teraz w księdze Powtórzonego Prawa Mojżesz uczy lud ich historii, historii poprzedniego pokolenia.

Jedną kwestią, na której się skupia, jest manna (po hebrajsku „man”). Bóg – mówi Mojżesz – chciał, żeby Izraelici odeszli od swojej poprzedniej diety niewolników, żeby przez jakiś czas poczuli głód, a potem żeby dostali mannę. Było to coś, czego nie znali ani oni sami, ani ich bardziej odlegli przodkowie (z których niektórzy również pracowali i żyli na pustyni). (8, 3: „weja’achilcha et-haman, aszer lo-jadata, w’lo jad’un awotejcha”). Dlaczego Bóg to zrobił? Żeby nauczyć ich, że pożywienie samo w sobie nie wystarczy; życie jako dobrze wykarmieni niewolnicy nie było prawdziwą alternatywą dla ryzyka, jakie wiąże się z wolnością. „Nie samym chlebem człowiek żyje” – żywi nas raczej wszystko to,  co przekazuje nam Bóg.

Choć istnieje szereg quasi-naukowych teorii o „chrupiącym osadzie” albo o jagodach rosnących na pustyni, nikt tak naprawdę nie wie, czym jest (albo była) manna.

Jedna miska manny została zachowana w dzbanie (Wj 16, 33) i później przechowywano ją w Przybytku jako pamiątkę z tego okresu – przypuszczalnie pozostała w nienaruszonym stanie i nie zgniła, choć od tego czasu zdążyła się gdzieś zgubić. W 16 rozdziale księgi Wyjścia zbiegli niewolnicy opuścili Elim, gdzie była woda, i weszli do Midbar Sin; właśnie tam – piętnastego dnia drugiego miesiąca po wyjściu z Egiptu – narzekają: „Obyśmy byli pomarli z ręki [Boga] w ziemi egipskiej, gdyśmy siadali przy garnku mięsa i mogli się najeść chleba do syta! Bo wyprowadziliście nas na tę pustynię, aby całe to zgromadzenie zamorzyć głodem”. Bóg w odpowiedzi mówi Mojżeszowi: „Oto Ja spuszczę wam jako deszcz chleb z nieba!” – „Mamtir lachem lechem min-haszamajim”; co ciekawe, zostaje  to połączone z koncepcją rozkładu na cały tydzień – manna będzie spadać przez sześć dni, ale nie siódmego dnia, ale za to szóstego dnia zostanie dostarczona podwójna porcja, tak żeby pokryć zapotrzebowanie na siódmy dzień. Choć słowo „szabat” nie pojawia się aż do wersetu 23, jest to o dziwo pierwszy raz, kiedy wspomina się o koncepcji szabatu od czasu opowieści o Stworzeniu przedstawionej w księdze Rodzaju 2, 1-3. Obchodzenie szabatu jako micwy zostało przykazane dopiero później, w rozdziale 20!

Tego wieczoru – ale było to tylko jednorazowe, wyjątkowe wydarzenie – wylądowały migrujące przepiórki i zapewniły Izraelitom mięso, ale następnego ranka – cóż, pozwólcie, że przeczytam wam tłumaczenie:

„A z rana warstwa rosy leżała wokół obozu. A gdy warstwa rosy się podniosła, oto na powierzchni pustyni było coś drobnego, ziarnistego, drobnego niby szron na ziemi. Gdy ujrzały to [dzieci] Izraela, mówiły jeden do drugiego: Co to jest? –  bo nie wiedzieli, co to było. A Mojżesz rzekł do nich: To jest chleb, który [Bóg] dał wam do jedzenia. Oto, co rozkazał Bóg: zbierajcie z niego, każdy według tego, ile potrzebuje do jedzenia, omer na głowę. Niechaj każdy zbierze według liczby osób, które należą do jego namiotu. [Dzieci Izraela] uczyniły tak i zbierały, jedni więcej, drudzy mniej. A gdy to odmierzali na omery, ten, co zebrał więcej, nie miał nadmiaru, a ten, co zebrał mniej, nie miał braku. Każdy zebrał tyle, ile mógł zjeść. I rzekł Mojżesz do nich: Niechaj nikt nie pozostawia z tego nic do rana. Ale niektórzy nie usłuchali Mojżesza i pozostawili z tego nieco do rana, lecz to pokryło się robactwem i zacuchnęło (…). I zbierali to co rano, każdy według swojej potrzeby; a gdy słońce grzało, topniało to. Szóstego dnia zbierali pokarm w dwójnasób, po dwa omery na każdego. Wtedy przyszli wszyscy przełożeni zboru i donieśli o tym Mojżeszowi. A on rzekł do nich: Tak powiedział Pan: jutro będzie wypoczynek, poświęcony Bogu, dzień sabatu, „Szabat Kodesz l’Adonaj”. Upieczcie, co macie upiec, ugotujcie, co macie ugotować. Lecz wszystko, co zbędzie, przechowajcie do następnego rana. I przechowali to do następnego rana, jak rozkazał Mojżesz, i nie zacuchnęło to ani też nie było w tym robactwa. I rzekł Mojżesz: Zjedzcie to dzisiaj, gdyż dzisiaj jest sabat Pana; dzisiaj nie znajdziecie tego na polu (…). A dnia siódmego wyszli niektórzy z ludu, aby zbierać, lecz nic nie znaleźli” (Szemot – Wj 16, 13-27). Fragment ten jest dość niezwykły z kilku powodów, zarówno jeśli chodzi o sposób opisywania tego, co się dzieje, oraz jeśli chodzi o to, jak oszczędnie Mojżesz udziela informacji, i jak lud mimo to go nie słucha. Ale Bóg używa manny zarówno jako środka służącego do nauki, jak i do kontroli. Może Bóg też w dalszym ciągu chce mieć wolne w szabat i nie chce sobie tego dnia zawracać głowy organizacją dostawy? Izraelici muszą się nauczyć, żeby polegać na nowej dostawie każdego dnia, i muszą się też nauczyć, że istnieje wyjątek od tej reguły, jeden dzień w siedmiodniowym cyklu, kiedy pojawia się podwójna porcja oraz jeden dzień w cyklu, kiedy nic nie dostają. Manna jest również kwestią wiary oraz zaakceptowania nowego kalendarza nieznanego niewolnikom, którzy w Egipcie nigdy nie cieszyli się takimi przywilejami jak wolne dni albo święta.

Odkładając na razie na bok pytanie o to, jak byli niewolnicy z Egiptu mogli  wiedzieć, jak wygląda szron…. W wersecie 31 czytamy: „Dom Izraela nazwał ten pokarm „man”, a była ona jak ziarno kolendry, biała, a miała smak placka z miodem”. „K’zera gad lawan, wetaamo k’capichat bidwasz”. Wydaje się to być doskonały odpowiednik wysokobiałkowego, pełnego błonnika i witamin batonika muesli! W pełni zbilansowana dieta w jednym omerze pełnym białych kulek, które, niczym tofu, można ugotować.

Oczywiście nie trzeba dużo czasu, aby Izraelici znudzili się tym niekończącym się  „manem” i, wybiegając do przodu, w Lb 11, 4-6 albo oni, albo „mieszana mnogość”, „eruw raw”, narzekają: „Chcemy mięsa! Pamiętamy ryby, które mogliśmy jeść w Egipcie, i ogórki, i melony, i pory, cebule i czosnek – ale teraz nasza dusza została ususzona, a teraz opadliśmy z sił, bo nie mamy nic, tylko tę nudną mannę!!”. Co ciekawe, nie wspominają o żadnych ziarnach, choć jak wiemy to właśnie w Egipcie rosła pszenica, kiedy synowie Jakuba musieli trochę jej kupić. Następnie tekst dodaje pomocną informację dla czytelnika (nie dla Izraelitów, którzy już o tym wiedzieli!) – „Manna zaś była jak ziarno kolendry, a wygląd jej był jak żywica bdelium” („wehaman k’zera gad hu, weejneo kejn habdolach”). Czy kiedykolwiek słyszeliście o czymś takim jak bdelium? Najwyraźniej jest to jakiegoś rodzaju gumiasta żywica pochodząca z rośliny, która rośnie w Afryce i Afganistanie, ale nie na Synaju; albo może to być również brązowawy kamień szlachetny. Ale ktokolwiek to napisał, założył, że informacja ta będzie pomocna dla czytelnika!

„Ludzie wychodzili i zbierali ją, potem mełli w ręcznych młynkach albo tłukli w moździerzach. Gotowali ją w garnkach lub robili z niej podpłomyki; smak miała taki jak ciasto na oleju. Gdy nocą opadała rosa na obóz, opadała równocześnie i manna” (Lb 11, 7-9). Jest to nieomalże pierwsza żydowska książka kucharska. Manna była najwyraźniej wykorzystywana jako produkt bazowy, niczym tofu (stąd też pytanie: „Ma? Tofu Ochelecha, Jaakow?”).

W tym momencie jest to zaledwie drugi miesiąc drugiego roku od czasu wyjścia z Egiptu (patrz Lb 10, 11) widzimy więc, że po zaledwie jednym roku już im się to znudziło i narasta tęsknota za rybami, cebulami, czosnkiem i tak dalej. Jednakże, jeśli wrócimy do fragmentu z księgi Wyjścia – kiedy to przebywają poza Egiptem tylko przez jeden miesiąc! – w tekście pojawia się następnie niezwykły fragment, który często bywa przeoczany: [Dzieci Izraela] jadły mannę czterdzieści lat, aż przybyli do ziemi zamieszkałej. Jedli mannę, aż przybyli do granic ziemi kananejskiej (Wj 16, 35). Następnie mówi nam się, prawie tytułem dygresji, że omer to jedna dziesiąta efy. Chodzi jednak o to, że jest to wciąż na długo przed tym, zanim opowieść o  szpiegach i ich negatywnych doniesieniach doprowadza do tego, że Bóg decyduje, iż będą musieli czekać przez czterdzieści lat! Werset ten jest w tym miejscu anachronizmem. Dziwne jest również to, że w innych miejscach Tory dostają tak wiele instrukcji dotyczących składania ofiar z różnego rodzaju macot, chleba, oliwy, placków, owoców i zwierząt, podczas gdy wygląda na to, że oni sami byli w tym okresie wciąż ograniczeni do diety składającej się z manny!

Można się zastanawiać, czy w „Szelach lecha” w 13 rozdziale księgi Liczb Mojżesz nie powinien był po prostu powiedzieć Izraelitom: „Macie wybór: albo pójdziemy przed siebie, do Kanaanu, gdzie znajduje się kraina płynąca mlekiem i miodem, oraz gdzie są figi, winogrona i oliwki, albo będziecie musieli przez kolejne trzydzieści dziewięć lat jeść mannę!”. TAKIE postawienie sprawy mogłoby   zmienić ich nastawienie….

Kiedy przestają dostawać mannę? Odpowiedź można znaleźć w 5 rozdziale księgi Jozuego, poza samą Torą. Izraelici przeszli już w końcu przez Jordan dziesiątego dnia pierwszego miesiąca (Joz 4, 19) i weszli do Ziemi Obiecanej; świętują Pesach czternastego dnia owego miesiąca, jedząc „macot wekaluj”, „jedli z płodów ziemi przaśniki i prażone ziarno. W tym właśnie dniu, gdy jedli z płodów ziemi, rano ustała manna i synowie izraelscy nie otrzymywali już manny, lecz w tym roku jedli z plonów ziemi kananejskiej”. Być może manna nie miała hechszeru [certyfikatu koszerności – przyp. tłum.] na Pesach w Ziemi [Izraela]? Nie, to jest zbyt niepoważne…. Chodzi jednak o to, że Izraelici nie zasiali ani nie zbierali tego roku zboża, a jednak będą go spożywać. Nie znajdują się już na pustyni, nie są już uzależnieni od manny.

Omawiałem bardzo długo tylko jedną część przemówienia Mojżesza w 8 rozdziale  księgi Liczb, ale wydaje mi się, że jest to ważna koncepcja. Lud Izraela  przyzwyczaił się do „chleba spadającego z nieba.” Muszą iść i go zbierać, ale to wszystko – poza tym po prostu tam jest, przewidywalnie i niezawodnie. Ich niewidzialny „sponsor” zapewnia im to, czego potrzebują. I tak długo, jak długo są na  pustyni, jest to sprawiedliwe rozwiązanie, gdyż są nomadami i nie mają zbyt wielu możliwości, żeby sadzić, uprawiać, zbierać, młócić, oddzielać ziarna od plew i wypiekać inne rodzaje pożywienia. Nie doceniają jednak tej pomocy, a nawet zaczynają zrzędzić. Jedyne dary, jakie składają, przeznaczone są na Przybytek – ówczesny „fundusz budowlany”.

ALE – przychodzi czas, kiedy Bóg mówi: „Teraz jesteście w waszym nowym domu i nadszedł czas, żebyście zaczęli sami na siebie pracować. Chleb nie będzie już spadać z nieba i odtąd będziecie musieli odmawiać błogosławieństwo nad  chlebem, który „hamoci min-haarec” – pochodzi z ziemi. Czas polegania na zewnętrznej pomocy musi się skończyć”.

Podejrzewam, że duża część żydowskiego życia w Europie została zbudowana na tej powojennej pustyni przy użyciu zewnętrznej pomocy zarówno finansowej jak i  osobistej, w postaci książek, personelu, pomocy organizacyjnej i jeszcze innych. Żydzi w kilku krajach europejskich muszą zapewniać bardzo mało rzeczy ze swoich własnych zasobów, ponieważ synagogi, szkoły, rabini, kantorzy, mykwy, maca i organizatorzy zajęć dla młodzieży – wszyscy zdają się „spadać z nieba”, za darmo. Mojżesz w swoich przemówieniach w księdze Powtórzonego Prawa ostrzega Izraelitów, że wkrótce opuszczą Midbar i przejdą do następnego etapu; częścią tego procesu będzie nauczenie się, jak polegać w większym stopniu na samym sobie. Oczywiście będą wciąż zależni od Boga jeśli chodzi o ziemię, słońce i deszcz…. Ale chleb, który będą spożywać, będzie chlebem, na który sami będą musieli zapracować.

Zważywszy iż jestem rabinem na tej europejskiej pustyni przez prawie tyle samo czasu, przez ile Mojżesz był na  swojej, i po tym jak widziałem, jak podchodzi się do różnych spraw w tak wielu społecznościach w tak wielu krajach, zaczynam się zastanawiać, czy można znaleźć jakieś podobieństwa między tymi sytuacjami?

Chag Sameach,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Raz jeszcze o potrzebujących

Raz jeszcze o potrzebujących

Menachem Mirski

Dzisiejszą draszę rozpoczniemy od przeanalizowania kilku następujących po sobie wersetów Księgi Dewarim (Powtórzonego Prawa), wchodzących w skład porcji Tory przeznaczonej na szabat w 8 dzień święta Pesach:

Tylko, że nie powinien być wpośród ciebie ubogi, gdyż błogosławić ci będzie Wiekuisty na ziemi, którą Wiekuisty, Bóg twój, oddaje tobie w posiadanie, abyś władał nią. Jeżeli tylko słuchać będziesz głosu Wiekuistego, Boga twego, starając się spełniać wszystkie te przykazania, które przykazuję ci dzisiaj.

(Dewarim 15:4-5, tłum. I. Cylkow)

Gdyby zaś był u ciebie ubogi, którykolwiek z braci twoich, w jednem z miast twoich, na ziemi twojej, którą Wiekuisty, Bóg twój, oddaje tobie – nie zatwardzaj serca swojego, ani nie zawieraj ręki twojej przed bratem twoim ubogim.

(Dewarim 15:7, tłum. I. Cylkow)

Ponieważ nie zabraknie ubogich na ziemi, przeto przekazuję ci, mówiąc: otwierać otwieraj rękę twoję bratu twojemu, biednemu i ubogiemu twojemu na ziemi twojej.

(Dewarim 15:11, tłum. I. Cylkow)

Czyżby powyższe wersety były logicznie niespójne? W hebrajskim tekście wydaje się to być bardziej jaskrawe, w wersecie 15:4 jest לֹא יִהְיֶה־בְּךָ אֶבְיוֹן  – (lo jihje beha ewjon) – co można dosłownie przetłumaczyć jako Nie będzie wśród ciebie ubogiego, potem, w wersecie 15:7 mamy

כִּי־יִהְיֶה בְךָ אֶבְיוֹן (ki jihje beha ewjon) a więc: Jeśli (lub ponieważ) będzie wśród ciebie ubogi, na końcu zaś mamy כִּי לֹא־יֶחְדַּל אֶבְיוֹן – (ki lo jehdal ewjon) czyli Nie zabraknie ubogiego… Oczywiście, wszystkie te zdania wyrażone są w trybie niedokonanym (bowiem w hebrajskim biblijnym nie mamy czasu przeszłego i przyszłego sensu stricto, jedynie aspekty niedokonany/dokonany), a ów tryb służy nie tylko opisu wydarzeń w czasie przyszłym, lecz także jako tryb przypuszczający, modalny i polecający, dzięki czemu powyższe tłumaczenie tych wersetów jest adekwatne.

No dobrze, ale jak to jest z tymi ubogimi i potrzebującymi? Będą oni istnieć w społeczeństwie, którego funkcjonowanie oparte jest na boskim prawie, czy nie będą? Wytłumaczenie tej pozornej niespójności wydaje się być proste: otóż rzecz się rozbija o słowa „Jeżeli tylko słuchać będziesz głosu Wiekuistego…” z wersetu 15:5. Wszystko wskazuje na to, że mówiący ustami Mojżesza Bóg od razu zakłada, że system Jego praw nie będzie działał idealnie, z uwagi na ludzki komponent będący kluczowym elementem całego systemu. Mamy tu więc całe spektrum możliwości, w którym ilość osób potrzebujących w społeczeństwie jest zależna od tego w jakim stopniu przestrzegane jest w nim boskie prawo, od poziomu wrażliwości społecznej i tego, w jaki sposób to społeczeństwo jest rządzone.

Temat oczywiście aktualny, bowiem nie ma na świecie społeczeństwa bez biednych i potrzebujących, jedynie proporcje są tutaj różne. Dlaczego jednak troska o potrzebujących jest ważna zawsze i wszędzie? Ponieważ jej brak, w dłuższej perspektywie, prowadzi do wzrostu poziomu społecznej frustracji, postaw resentymentu, a to z kolei stanowi grunt dla erupcji wszelkiego rodzaju postaw negatywnych, nienawistnych, fanatycznych. To, w konsekwencji, prowadzi do rozpadu więzów społecznych, zwłaszcza gdy dochodzi do ostrej, społecznej polaryzacji pomiędzy grupami, czy to realnej, czy wymyślonej przez polityków-demagogów, mających za cel przejęcie władzy – efekt będzie, z grubsza, ten sam. Największe niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy granice klasowe zaczynają się pokrywać z granicami rasowymi, narodowościowymi czy religijnymi w danym społeczeństwie.

Jak powinniśmy pomagać potrzebującym? Nie będę wnikał w kwestie polityczne i systemowe, bowiem żaden jak dotąd wymyślony system polityczny sobie z tym tak naprawdę nie radzi, dlatego też tym większa odpowiedzialność spada na nasze barki. Ponadto najskuteczniejsza pomoc może zaistnieć tylko pomiędzy indywiduami, nie zaś grupami ludzkimi – w tym drugim przypadku bardzo często otwieramy pole do wszelakich nadużyć. Jak więc pomagać? Tora przykazuje nam dwie rzeczy: nie zamykać serca oraz nie zamykać dłoni przed potrzebującymi. Nie zamykać serca to znaczy posiadać wrażliwość na los słabszych i potrzebujących. Wysłuchać ich, poświęcić im odrobinę czasu, by zaznajomić się z ich problemami, historią itd. To może być – i bardzo często jest – dobra lekcja dla nas wszystkich, zwłaszcza dla wszystkich tych, którym się w życiu powodzi. Nie zamykać dłoni nie musi natomiast koniecznie oznaczać pomocy materialnej, można ją rozumieć szerzej, jako aktywą pomoc przez podjęte działania.

Przede wszystkim musimy znać przyczyny, dla których dana osoba znalazła się w trudnym położeniu, gdyż tutaj nie ma żadnej reguły, bowiem losy ludzkie stanowią szerokie spektrum zdarzeń. Na jednym krańcu owego spektrum są ludzie, którzy znaleźli się w trudnym położeniu na skutek nieszczęśliwych wydarzeń, jak śmierć kogoś bliskiego, wypadek, katastrofa itd., którzy funkcjonowali dobrze w społeczeństwie zanim przydarzyło im się nieszczęście. Na drugim końcu spektrum są ludzie, którzy sami zapracowali sobie na swoje trudne położenie, którzy nigdy naprawdę nie funkcjonowali właściwie wśród innych ludzi. W każdym innym przypadku, pomagać należy inaczej. W przypadkach ludzi dobrze funkcjonujących w społeczeństwie niezbędna pomoc bywa zwykle doraźna, krótkotrwała i niewymagająca wielkich wyrzeczeń z naszej strony, ani brania specjalnej odpowiedzialności za nich. W przypadku ludzi źle funkcjonujących jest to rzecz dużo bardziej skomplikowana. Pierwszą rzeczą, którą należy uczynić, to pomóc im naprawić ich złe funkcjonowanie, którego przyczyny mogą być bardzo rozmaite, by nie doprowadzić do sytuacji, że poprzez pomoc „utwierdzamy” kogoś tak naprawdę w złej sytuacji. Później, w zależności od skali problemu, musimy ocenić skalę odpowiedzialności, której wzięcia wymaga od nas dana sytuacja. Jeśli ta odpowiedzialność okazuje się dla nas zbyt wielka, do tego stopnia, że zagraża porządkowi w naszym życiu, mamy prawo, z czystym sumieniem, pomocy odmówić.

A ponieważ sądzę, że każdy zasługuje na pomoc (a przynajmniej na szansę jej otrzymania, bowiem jest ostatecznie prawdą, że fortuna kołem się toczy i nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć położenia, w jakim może się znaleźć w przyszłości) zanim zdecydujemy się komukolwiek pomóc, zawsze zaznajomijmy się z przyczynami położenia osoby, której pomagamy, z jej historią. To właśnie z tego powodu, jak sądzę, Tora mówi najpierw o niezamykaniu serca, a potem o niezamykaniu dłoni, a nie na odwrót. Postępując w ten sposób, w tej kolejności, będziemy w stanie realnie ocenić, czy i w jaki sposób jesteśmy w stanie pomóc danej osobie, a w konsekwencji żyć z czystym sumieniem, jeśli komuś pomocy odmówimy.

Szabat szalom,

 

Menachem Mirski