SUKOT

BEIT POLSKA, wrzesień 2018

SUKOT

  Rabin dr. Walter Rothschild

Święto Sukot, przypadające podczas pełni księżyca wkrótce po zakończeniu Jom Kipur, po długim okresie pokuty, refleksji i tszuwy, zawsze stanowi pod pewnymi względami trudny czas, bowiem tak wiele się już ostatnio modliliśmy, zaś teraz otrzymujmy przykazanie „bądź szczęśliwy”, Wesamachta bechagecha, „Będziesz się weselił w to swoje święto” (Pwt 16, 14). Nie chodzi więc tylko o to, CO należy zrobić, aby wypełnić pewien określony zestaw micwot  (oczywiście również i ten aspekt jest obecny, mamy bowiem przykazania nakazujące budować szałas i potrząsać arba minim, „czterema gatunkami”), ale również o to, JAK powinniśmy się w tym czasie czuć. Zawsze wydawało mi się to jedną z najtrudniejszych micwot, bowiem przykazanie to dotyczy odczuwania, a nie wykonywania jakichś czynności.

Z przyczyn technicznych, po części związanych z czasem niezbędnym na przetłumaczenie mojego tekstu na język polski, a po części wynikających z mojego własnego harmonogramu pracy, wystąpienie to przygotowuję na kilka dni przed świętem Sukot. W związku z tym w czasie, gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zniszczenia w niektórych wschodnich stanach USA wyrządził ostatni huragan, lecz do czasu nadejścia święta Sukot będziecie mieli zapewne okazję obejrzeć w mediach nowe zdjęcia lotnicze przedstawiające zniszczone miasta – zdjęcia przypominające oglądane przez nas kilka lat temu obrazy z Nowego Orleanu. Szczerze powiedziawszy, przypominają one obrazy, jakie oglądamy prawie co roku, przedstawiające zniszczone i uszkodzone budynki zdewastowane przez niewidzialne siły – nie WIDZIMY wiatru, lecz tylko jego efekty; widzimy ulice zawalone stertami gruzów, poprzewracane samochody i łodzie osiadłe gdzieś daleko w głębi lądu. Wydarzenia te zdają się powtarzać niezwykle często, prawie równie często, co pożary szalejące na zachodnim wybrzeżu USA, w Kalifornii, pozostawiające po sobie spalone domy i czyniące z ich mieszkańców bezdomnych uchodźców. Przygotowuję to wystąpienie zanim mieliśmy się jeszcze szansę  dowiedzieć, jak dokładnie tamtejsze kongregacje żydowskie musiały się zmierzyć z naturalnymi żywiołami, jak poradziły sobie z obchodami Jom Kipur i jak uda się im zorganizować obchody Sukot. Dzięki współczesnej technologii tego typu wieści docierają do nas bardzo szybko, lecz mimo wszystko zajmuje to trochę czasu. Zmuszony jestem więc opierać się na domniemaniach i założeniach, ze świadomością, że (tak jak to bywało wcześniej przy tego typu okazjach) dotrą do nas apele od naszych kolegów i koleżanek oraz od pokrewnych nam organizacji religijnych, apele o pomoc i wsparcie. Kol Jisrael arewim ze-laze, na wszystkich Żydach i Żydówkach spoczywa obowiązek pomagania sobie nawzajem w potrzebie; pomoc ta może przybrać choćby tylko formę wsparcia moralnego, niemniej poczucie solidarności jest czymś niezmiernie ważnym. Wiem, że mieszkańcy niektórych stanów USA dostali ostrzeżenie od władz ze szczebla krajowego i stanowego oraz od przedstawicieli lokalnych samorządów, aby opuścili swoje domy, aby po prostu wsiedli do samochodów i odjechali, by zamknęli domy
i wyjechali na jakiś czas, tak by ocalić swoje życie…. Aby poszukali lepszych, solidniejszych schronów. Wiele osób będzie mieszkać w tymczasowych kwaterach przez długi czas, niezbędny do przeprowadzenia napraw, do odbudowania dachów, usunięcia wyrwanych z korzeniami drzew
i przywrócenia dostępu do prądu. Jak już wspominałem, pisząc te słowa nie dysponuję jeszcze szczegółami i statystykami, jednakże ogólny obraz sytuacji jest już znany. W bogatym i potężnym kraju zdarza się niekiedy, że zawieje wiatr bądź spadnie deszcz – i nagle przyroda przestaje być fascynującym zjawiskiem, czymś, na co miło popatrzeć i co sprawia przyjemność, staje się natomiast zagrożeniem dla samego ludzkiego przetrwania i dla wszystkiego, co tylko ludziom udało się zbudować. (Obecnie sztormy szaleją również na Pacyfiku, stanowiąc zagrożenie dla Filipin
i Chin, lecz – mówiąc wprost – w tamtej części świata mieszka po prostu mniej Żydów!).

Jednocześnie zaś w chwili, gdy piszę te słowa – i być może również wtedy, gdy będę je przed wami osobiście wygłaszał – w innej części świata kolejne miasta na Bliskim Wschodzie, w Syrii, Jemenie czy też w innych miejscach zamieniane są w betonowe rumowiska i w powykręcane kawałki stali; budynki oraz znajdujący się w nich ludzie obracani są w pył przez całą potęgę współczesnej machiny wojennej.  Kamery telewizyjne (a nawet amatorskie telefony komórkowe) wykorzystywane są obecnie do pokazywania tych samych, powtarzających się obrazów zrujnowanych miast i stert gruzów – gruzów cywilizacji, jednostkowych egzystencji i kultur. Zbiory książek, eksponatów i archiwów archeologicznych oraz wspomnień zostaną zniszczone tak samo, jak domy, szkoły, sklepy, targowiska i miejsca kultu…. Będziemy oglądać dobrze nam znane obrazki pozostałości po wysokich budynkach, teraz straszących ziejącymi dziurami, ścianami bez podłóg czy też odsłoniętymi podłogami bez otaczających je ścian; ujrzymy zwisające betonowe płyty
i nieprzejezdne ulice pokryte wielkimi stertami gruzów. Tego typu obrazy oglądamy już od lat, od dziesięcioleci, przyzwyczajamy się do nich i uodparniamy się na nie…; lecz dla osób, które tam mieszkają lub kiedyś tam mieszkały, które próbują tam żyć, których bliscy mieszkali tam w przeszłości lub mieszkają obecnie, dla tych, którzy chcieliby tam powrócić i na nowo zamieszkać, obrazy te znaczą o wiele, wiele więcej.  

Oczywiście my jako kongregacja obchodzimy Sukot w mieście, które, jak widać na starych fotografiach (choć niektórzy mają te zdarzenia wciąż żywo w pamięci),  jakiś czas temu przestało prawie w ogóle przypominać miasto i w którym nie pozostał praktycznie kamień na kamieniu. Również eksplozja pocisku wybuchowego jest niewidzialna dla ludzkiego oka – nie widać wiatru, lecz tylko jego skutki. Wybudowanie budynku zajmuje lata, natomiast zniszczenie go zaledwie minuty, jeśli nie sekundy.

Wszystko to uświadamia nam, jak prowizoryczne bywają budowle wzniesione ludzką ręką, jak bardzo kruche, jak tymczasowe. Choćby najwspanialsze zamki i pałace, choćby największe bunkry, wszystko, co tylko zostało zbudowane z kamienia bądź drewna, z cegieł, betonu, stali, szkła, aluminium, z łupków, terakoty i marmuru – WSZYSTKO, co może zostać zbudowane, może również zostać zburzone i obrócone w pył.

Sukot było niegdyś dla rolników w Izraelu świętem zbiorów, zaś suka  przypominała prowizoryczne budki stawiane po to, aby pracownicy mogli nocować nieopodal swego miejsca pracy. Lecz dla rabinów żyjących na wygnaniu poza Izraelem Sukot stanowiło zawsze okazję do przypomnienia sobie, że miasta otoczone grubymi murami i wysokimi bramami miejskim są podatne na zniszczenie dokładnie tak samo, jak cała reszta, że dla wędrowców na pustyni, dla zbiegłych niewolników i dla uchodźców JAKIEKOLWIEK schronienie jest lepsze niż żadne oraz że nawet mieszkańcy miast mogą i powinni nauczyć się sztuki gościnności wobec innych nomadów, powinni zapraszać do swych szałasów symbolicznych gości i podzielić się z nimi czymś do zjedzenia
i do wypicia. Będzie to dla nich szansa na przypomnienie sobie, iż w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy życiowymi nomadami i że jedyne trwałe miejsce zamieszkania, jakie przypadnie nam kiedyś w udziale, znajdować będzie się pod ziemią, a nie na jej powierzchni.

Wesamachta bechagecha. „Będziesz się weselił w to swoje święto”. W istocie my, zgromadzeni tutaj, dzisiaj, w tym roku, mamy wiele powodów do radości. Nasz szałas ma tylko tymczasowy charakter i został zbudowany w celach rytualnych czy też ozdobnych. Nie będziemy zmuszeni w nim mieszkać podczas nadchodzącej zimy. Nie będziemy musieli się w nim spotykać jako kongregacja przez następnych kilka szabatot. Po świątecznym nabożeństwie wrócimy do domu lub do hotelu
z nieprzeciekającym dachem i bezproblemowym dostępem do wody i prądu, z  niezniszczonymi meblami i z podłogami, po których da się chodzić. Zaś gdy zawieje wiatr, będziemy wiedzieli, że to tylko przeciąg, gdyż ściany i pozostała część okien będą wciąż na swoim miejscu.

Mamy wiele powodów do zadowolenia i nie powinniśmy o tym zapominać. Lekcja płynąca ze święta Sukot jest następująca: Nie zapominajmy o tym. To wszystko. Nie zapominajmy o tym.
I weselmy się.

  Chag Sameach!

 

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany.

Czy postęp to zawsze postęp? Refleksja nad paraszą Haazinu.

Czy postęp to zawsze postęp? Refleksja nad paraszą Haazinu.

Menachem Mirski

Bogami obcymi do zazdrości Go pobudzają i gniewają obrzydliwościami.

Złym duchom składają ofiary, nie Bogu, bogom, których oni nie znają,

nowym, świeżo przybyłym – nie służyli im wasi przodkowie.

Gardzisz Skałą, co ciebie zrodziła, zapomniałeś o Bogu, który cię zrodził.  

[…]

I rzekłem: Ja ich wygładzę, wygubię ich pamięć u ludzi.

Alem się bał drwiny wroga, że przeciwnicy ich będą się łudzić,

mówiąc: Nasza ręka przemożna, a nie Pan uczynił to wszystko.

Gdyż jest to plemię niemądre i nie mające rozwagi.  

(Pwt 32, 16-28)

Moja dzisiejsza drasza będzie bardzo filozoficzna, możliwe, że bardziej niż wszystkie moje dotychczasowe drasze. Niemniej jednak zachęcam to jej przeczytania i podążania za moją refleksją. Naprawdę warto!

Ludzkość stale odchodzi od swoich źródeł, wydaje się to być czymś całkiem naturalnym dla człowieka. Skrajny konserwatysta powie, że ludzkość stale błądzi, bowiem prawda przez duże P jest już znana od dawna i nie ma potrzeby niczego nowego wymyślać; wystarczy przyjąć „mądrości wieków” i wedle nich żyć. Człowiek radykalnie postępowy powie, że mądrości naszych przodków to zasadniczo „majaczenia ignorantów”, że w tym, w czym ludzkość dotychczas tkwiła roi się od błędów i tylko pragnienie postępu doprowadzi nas do czegoś wartościowego, ale też nie do prawdy, bo prawda nie istnieje itd. Oj, chwila, prawda jednak istnieje, istnieje w nauce i to w nauce przede wszystkim istnieje postęp i to jej zawdzięczamy „postęp w ogóle”. Tylko to, co naukowe ma wartość, a ci, którzy ośmielają się w to wątpić, są ignorantami.

Temat ten jest niezwykle obszerny, ale można śmiało powiedzieć, że nie jest rozsądnym wierzyć we wszystko co okraszone jest etykietą „naukowe” czy „udowodnione naukowo”. Za każdą prawdą naukową stoi jakaś metodologia, która doprowadziła do jej odkrycia. A ta jest wymysłem ludzkim, często efektem wieloletnich rozważań umysłów metodologicznych, ale wymysłem, więc niedoskonałym. Nauka nie jest biernym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak wydawało się antycznym filozofom greckim i jak powszechnie wierzono w XIX wieku. Austriacko-brytyjski filozof, Karl Popper, jasno wykazał (a jego rozważania udoskonalili i potwierdzili inni filozofowie tego samego nurtu, jak Thomas Kuhn czy Paul Feyerabend), iż prawdy naukowe nie pochodzą wprost z ludzkiego doświadczenia czy eksperymentów. Są tworem ludzkiego umysłu, jego „kreatywnym zgadywaniem”, w którym obserwowana rzeczywistość pełni jedynie rolę „twórczej inspiracji”, bowiem danych do sporządzenia teorii zawsze mamy pewną, ograniczoną naszymi możliwościami, ilość. Dopiero po ich sformułowaniu sprawdzamy, jak działają w praktyce, a jeśli działają, dekretujemy, że są one zgodne z rzeczywistością, czyli prawdziwe. Ale może istnieć kilka alternatywnych teorii, które działają i wyjaśniają rzeczywistość. Różnią się one zakresem zjawisk, które skutecznie opisują. Prawdziwa teoria to ta, która skutecznie opisuje najszerszy zakres znanych nam zjawisk i nie próbuje negować zjawisk, które temu zaprzeczają (podobnie rzecz ma się zresztą z religiami – religia, która próbuje unieważnić inne religie, jest skażona nieprawdą. I chociaż niektóre inne jej nauki mogą być prawdziwe, to nie może ona pretendować do religii „jedynie słusznej”, pochodzącej bezpośrednio od Boga). A skoro tak, to nauka także błądzi. I choć w nauce niewątpliwie istnieje postęp, polegający na kumulacji ludzkiej wiedzy i wyłanianiu się coraz to nowych, lepiej opisujących rzeczywistość teorii, to postęp ów nie jest całkowicie „linearny”.

Postęp moralny. Jako, że każda epoka mierzy się ze sobie właściwymi wyzwaniami moralnymi, będącymi wynikiem zmiennych kolei historii, sprawa postępu w tej dziedzinie jest problematyczna. Na pewno nie jest on linearny i znana metafora mówiąca,  iż „stajemy na barkach olbrzymów” ma tu ograniczone zastosowanie. Istnieje przekonanie, całkiem zresztą uzasadnione (choć nie bez kontr-przykładów), że miarą moralności człowieka jest jego stosunek do zwierząt. Generalnie to czasy pokoju i dobrobytu sprzyjają rozwojowi owej „wrażliwości moralnej”, której poziom można przyjąć za kryterium postępu w tej dziedzinie. Paradoksem jest jednak to, że w czasach pokoju i dobrobytu ludzie odchodzą od tradycyjnych, zawartych w religiach idei moralnych i od religii w ogóle. Polski filozof, wieloletni profesor Oxford University, Leszek Kołakowski, twierdził, iż wystarczą trzy pokolenia, by społeczeństwo odcięte od religii całkowicie wypaczyło znaną zakorzenioną w nim tradycyjną moralność. I jako, że natura nie znosi próżni, „dziurę po religii” wypełniają rozmaite idole: a to ludzki rozum, nauka, pseudonauki, ideologie polityczne i różnego rodzaju inne ideologie. Wszystkie lub każda z osobna zaczynają pełnić funkcję religii w danym społeczeństwie. Jeśli więc postęp polega na odrzuceniu tradycyjnych nauk religii i zwróceniu się ku „nowym idolom”, to starożytnych Izraelitów, którzy co rusz to oddawali się bałwochwalstwu, można by nazwać… postępowymi.

Postęp w kulturze, rozumianej w jej najszerszym, antropologicznym sensie (tj. w takim, w którym rozumiemy przez kulturę np. jedzenie nożem i widelcem lub np. pałeczkami) obiektywnie nie istnieje, choć ludzie powszechnie wierzą, że owszem istnieje, bowiem uważają pewne kulturowe zachowania za lepsze, a inne za gorsze. Oceny te dokonywane są jedynie na mocy przyjętych w danym społeczeństwie konwencji. Realny postęp w kulturze dotyczy tylko tej jej części, która bezpośrednio dotyczy stosunków międzyludzkich i etyki, gdy dane normy kulturowe są podporządkowane normom etycznym. Ale i tu napotykamy problem, jeśli normy etyczne w konkretnej sytuacji stają ze sobą w sprzeczności: przykładowo kochaj swojego brata i mów prawdę. Z pierwszej normy powszechnie dedukuje się zasadę, że należy być miłym wobec innych lub też odnosić się do wszystkich z szacunkiem. Kwestie te stają się trudne to wypełnienia w pewnych sytuacjach, np. gdy należałoby powiedzieć danej osobie jakąś nieprzyjemną o niej prawdę, co do której istnieje zgoda wielu osób. Jakkolwiek szacunek wydaje się być czymś bezwzględnym i możliwym do okazania w niemal każdej sytuacji, to z byciem „sympatycznym” jest już dużo gorzej. Prawda może być dla drugiej osoby bolesna, może być odebrana jako atak i wywołać kontr-atak. Oczywiście wiele też zależy od sposobu, w którym daną rzecz komuś komunikujemy, jednakże pamiętajmy, że im więcej dyplomacji w języku, tym więcej w nim nieprawdy, jeśli przez prawdziwość rozumiemy bezpośrednią zgodność naszych słów z naszymi myślami i uczuciami. Tym samym przy nadmiarze dyplomacji zaczyna szwankować też komunikacja, ponieważ zostawiamy znacznie więcej w sferze domysłów: liczymy na to, że druga strona domyśli się naszych prawdziwych intencji. Może, ale nie musi. Może wyciągnąć całkowicie błędne wnioski. A dobra komunikacja jest sama w sobie wartością i jest kolejną zmienną, która w ten cały galimatias tutaj wchodzi.

Różne kultury różnych zbiorowości wypracowały różne normy balansujące między tymi zasadami. Stereotypizując i upraszczając sprawę, Kalifornijczycy są mili i dyplomatyczni, Polacy i Izraelczycy natomiast szczerzy i dosadni. Jednakże nie ma żadnych kryteriów by rozstrzygnąć, że kultura jednego kraju, jednej zbiorowości, jest wyższa od kultury innej zbiorowości, bowiem każda z nich ma swoje wady i zalety. Mimo tego, ludzie w wielu krajach na świecie są przekonani o wyższości własnej kultury nad kulturą „sąsiadów”. W najlepszym wypadku –  że własna kultura nie jest „niższa” czy gorsza od innych. Jeśli się mylę, to pokażcie mi proszę kraj, zbiorowość, społeczeństwo, które myślałoby o sobie, per saldo, inaczej. Wyłączam stąd oczywiście jednostki krytycznie nastawione do kultury własnego kraju, które istnieją w każdym społeczeństwie, ale stanowią zasadniczo margines.

Ów społeczny egoizm nie musi być czymś złym, jeśli jego rozmiary są rozsądne. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozdmuchiwany przez lokalnych demagogów staje się powszechnym pławieniem w samozadowoleniu, którego celem jest zwykle kompensacja kompleksów niższości danej zbiorowości ludzkiej. Cały nacjonalizm i wszelkie formy myślenia plemiennego to przejaw przerośniętego ego danej grupy ludzi. Im większe jest owe ego, tym bardziej defensywna lub agresywna reakcja na krytycyzm (ta zasada dotyczy też każdej ludzkiej jednostki). Im większe jest ego danego społeczeństwa, danej zbiorowości ludzkiej, tym większy w nim potencjał ludobójczy wobec wszelkiego rodzaju obcych, bowiem tym łatwiej jest zdehumanizować wszystkich „gorszych”. Społeczeństwo z przerośniętym ego, pozbawione krytycyzmu, swoją drogę do anihilacji wszystkich innych rozpoczyna od wybrania/ustanowienia jedynie słusznej i „praworządnej” władzy. Ta już jest groźna, gdy staje się oligarchią, ale staje się jeszcze groźniejsza, gdy ewoluuje w tyranię – despotyzm jednostki. Obojętnie w której z tych dwóch postaci, nowa władza zaczyna pretendować do posiadania boskiego mandatu, a co za tym idzie, kreować nowe prawo, nową moralność i nową „prawdę”, a robi to wyłącznie na użytek własnej grupy, narodu czy plemienia. Tego rodzaju arogancja jest głęboko piętnowana w naszej religii:

Pobożni będą świętować w śpiewie,

zło zostanie uciszone,

wszelka niegodziwość zniknie jak dym,

kiedy usuniesz tyranię arogancji z ziemi.

(U-v’khein, Mahzor Lev Shalem)

Dlatego też Bóg, w Biblii Hebrajskiej, wielokrotnie nakłania do pokory, upomina i karci Naród Wybrany, nazywany jednocześnie narodem twardego karku. Celem tych boskich działań jest zbalansowanie wszelkich negatywów, jak owo przerośnięte ego, płynących z faktu bycia narodem przez Niego wybranym. „Jesteście moim narodem, ale Bogiem tutaj jestem ja” – tak można ująć tę ideę w skrócie.

Z moich obserwacji świata politycznego wynika, iż w wielu społeczeństwach ludzie, generalnie, przyjmują słowa krytyki dopiero wtedy, gdy jest absolutnie oczywistym i powszechnie wiadomym, że popełnili coś naprawdę złego, kiedy absolutnie nie mają już innego wyjścia. Ale i to nie zawsze. Czarno więc widzę role krytycyzmu norm społecznych jako narzędzie ich rozwoju, przynajmniej w większości przypadków.

Nasza religia jednakże, zwłaszcza w tradycyjnym wydaniu, nie zna ostrych rozróżnień pomiędzy nauką, moralnością i kulturą. Wszystkie te dziedziny możemy w niej jednak zaliczyć do jednej kategorii: dziedziny ludzkiego ducha. Nasza tradycja obfituje w wizje czasów ostatecznych; niemal w każdej z nich nastanie nowego porządku świata poprzedza jakaś ogromna katastrofa. To, o czym powyżej wspomniałem, wydaje zawierać się już niejako w tych wizjach, a mianowicie w tezie, że „naturę ludzką” może zmienić tylko jakaś wielka katastrofa, po której ludzkość dokona w sobie naprawdę głębokiej refleksji na temat samej siebie i postanowi budować społeczeństwo na całkowicie nowych filarach i zasadach, mając w pamięci ów dramat i nie chcąc go przeżywać nigdy więcej. Tak można pojmować teologiczny sens wszystkich wielkich katastrof w dziejach ludzkości: mimo ogromu zła i cierpień stanowią one konieczny element wiodący nas wszystkich ku lepszej przyszłości. Jeśli jednak owa wizja historii ma charakter cykliczny, czyli tak, jak pojmowali historię starożytni Grecy, wówczas nie bardzo możemy mówić o postępie. O postępie w sferze ludzkiego ducha możemy mówić tylko wówczas, gdy przyjmiemy żydowską, linearną koncepcję historii i gdy wierzymy w nadejście jednej, ostatecznej katastrofy, która całkowicie odmieni bieg rzeczy i „naturę ludzką”.

Szabat szalom!

Hag Sukkot Sameach!

Menachem Mirski

Stojąc przed niebiańskim Sądem

Stojąc przed niebiańskim Sądem

Mati Kirschenbaum

Czytana przez nas w tym tygodniu porcja Tory, Wajelech, ma najmniej wersów spośród wszystkich czytanych w ciągu roku parsz. Dzieje się tak dlatego, że najczęściej czytamy ją wraz z poprzedzającą ją parszą Nicawim. W tym roku jednak parsza ta jest czytana oddzielnie. Otwiera ją wyznanie Mojżesza, który zdaje sobie sprawę ze swoich fizycznych ograniczeń.
„Dziś mam już sto dwadzieścia lat. Nie mogę swobodnie chodzić. Pan mi powiedział: Nie przejdziesz tego Jordanu” (Pwt 31,2).
Mojżesza zajmuje zatem kwestia wyznaczenia Izraelitom przywódcy, który wprowadzi Lud Izraela do Ziemi Kanaan i będzie nimi dowodził w trakcie jej podboju. Na swojego następcę Mojżesz wybiera swojego wiernego sługę Jozuego, będącego jednym z dwóch wysłanników do Ziemi Kanaan, którzy wrócili z niej z przekonaniem, że Izraelici będą w stanie ją opanować. Jozue jest idealnym kandydatem na przywódcę, ponieważ jest odważny i zna topografię terenów, do których ma zaprowadzić Izraelitów. Nie oznacza to jednak, że stojące przed nim zadanie jest łatwe. Przeczą temu słowa Mojżesza, który wydaje się jednocześnie uspokajać Jozuego i udzielać mu rady, mówiąc:
„«Bądź mężny i mocny, nie lękaj się, nie bój się ich (wrogów Izraela), gdyż Wiekuisty, Bóg twój, idzie z tobą, nie opuści cię i nie porzuci». Zawołał potem Mojżesz Jozuego i rzekł mu na oczach całego Izraela: «Bądź mężny i mocny, bo ty wkroczysz z tym narodem do ziemi, którą poprzysiągł Wiekuisty dać ich przodkom, i wprowadzisz ich w jej posiadanie. Sam Wiekuisty, który pójdzie przed tobą, On będzie z tobą, nie opuści cię i nie porzuci. Nie lękaj się i nie drżyj!” (Pwt. 31,6-8).
Kwestia przywództwa nad Izraelitami nie jest jedynym problemem Mojżesza przygotowującego swój lud na przekroczenie Jordanu. Martwi go także to, w jaki sposób Izraelici będą się zachowywać, gdy go zabraknie. Nic dziwnego; pamięta on przecież, ile razy buntowali się oni przeciwko niemu w trakcie wędrówki przez pustynię. Dlatego też Mojżesz nakazuje Izraelitom czytanie w trakcie każdego Sukkot księgi Prawa, która ma przypominać Izraelitom o tym, jak należy się zachowywać. Co interesujące, Mojżesz zdaje sobie sprawę, że sama lektura Prawa nie uchroni Izraelitów przed oddawaniem hołdu bożkom i przed niemoralnym zachowaniem. Dlatego też Mojżesz zapisuje pieśń, w której ziemia i niebo wezwane są na świadków przyszłych występków Izraelitów. Zwój zawierający słowa tej pieśni Mojżesz umieszcza w Arce Przymierza.
Jak możemy zinterpretować stwierdzenie, że niebo i ziemia wezwane są jako świadkowie przeciwko Ludowi Izraela? Oznacza to, że żaden zły uczynek Izraela nie pozostanie niezauważony, wszystkie przewiny Izraela zostaną surowo ukarane. Pieśń ta ma zatem znaczenie pedagogiczne, ma ona przypominać Izraelitom o ich buntowniczych skłonnościach, które prędzej czy później popchną ich do grzechu.
Idea niebiańskiego sądu (przed który wezwane są niebo i ziemia, by świadczyć przeciwko nam) przypomina nam o Jamim Noraim (Strasznych Dniach), trwającym właśnie okresie między Rosz Haszana i Jom Kippur, w których trakcie to my stoimy przed niebiańskim sądem. Co więcej, wiele z odmawianych w trakcie Jamim Noraim modlitw wydaje się mieć ten sam cel, co skomponowana przez Mojżesza pieśń; mają one uświadomić nam nasze uchybienia oraz ich konsekwencje. Modlitwy te wytrącają nas z równowagi, rażą pesymizmem w opisie ludzkiej natury. Można by zadać sobie pytanie, czy nie udałoby się skłonić nas do autorefleksji w inny, mniej drastyczny sposób, bez konieczności nazywania czasu refleksji Jamim Noraim, Strasznymi Dniami.
Po tegorocznej lekturze parszy Wajelech mam poczucie, że my – współcześni Żydzi – nie różnimy się w znaczący sposób od obozujących nad Jordanem Izraelitów. Tak jak oni, nie jesteśmy w stanie zawsze zachowywać się właściwie. Co jakiś czas musimy konfrontować się z nieprzyjemną prawdą o nas samych. Nie jest to łatwy ani przyjemny proces, pomaga on nam jednak wrócić na właściwą drogę.
W trakcie tegorocznego Jom Kippur możecie poczuć się przytłoczeni przez modlitwy skupione na opisywaniu wszystkich możliwych wykroczeń, jakie można sobie wyobrazić. Jeśli takie odczucia w trakcie Wielkich Świąt nie są wam obce, zachęcam Was do zwrócenia uwagi na podobieństwa między modlitwami Jamim Noraim i pieśnią Mojżesza. Zarówno nasze modlitwy, jak i ta biblijna pieśń mają pomóc nam stać się lepszymi ludźmi. Dlatego warto zastanowić się nad ich przesłaniem, nawet jeśli może to być dla nas ciężkie przeżycie.
Dzisiejszy szabat, szabat między Rosz Haszana i Jom Kippur, nazywamy w naszej tradycji Szabatem Szuwa – Szabatem powrotu do Wiekuistego. Życzę Wam dziś odwagi i sił potrzebnych do uświadomienia sobie Waszych niedoskonałości w trakcie najbliższych dni. Szabat Szalom i Gmar Chatima Towa – obyśmy byli zapieczętowani w Księdze Życia.

Mati Kirschenbaum

 

Kochać to widzieć potencjał. Refleksja nad paraszą Nicawim.

Kochać to widzieć potencjał. Refleksja nad paraszą Nicawim.

 Menachem Mirski

Gdyż przykazanie to, które ci przykazuję dzisiaj ani niedościgłem dla ciebie ani dalekiem. Nie na niebie ono, żebyś rzekł: któż wstąpi dla nas do nieba, aby go nam dostał, i obwieścił je, abyśmy je pełnili! Ani za morzem ono, abyś rzekł: kto przeprawi się dla nas za morze, i dostanie go nam, i obwieści je, abyśmy je pełnili! Lecz nader bliskiem tobie słowo to: w ustach ono twoich, i w sercu twojem, abyś je pełnił! Patrz, składam przed tobą dzisiaj życie i dobro, śmierć i zło.

Pwt 30, 11-15, tłum. I. Cylkow.

Naród Izraela posiadał swoich kapłanów, lecz w przeciwieństwie do kapłanów świątyń egipskich czy greckich, ich wiedza na temat bożego prawa nie była czymś ekskluzywnym. Co prawda ich wiedza i pozycja (jak również rabinów, ich bezpośrednich spadkobierców) czyniła ich decyzje decyzjami wyższej rangi, lecz liderzy społeczności żydowskich zajmowali się zawsze prawem i tradycją dostępną wszystkim.

Według Miszny (traktat Joma, rozdział 8), człowiek, który jadł i pił w Jom Kipur (a więc złamał dwa spośród zakazów obowiązujących w to święto), lecz uczynił to nieświadomie (np. nie wiedział o istnieniu owych zakazów lub nie zdawał sobie sprawy, że oto nastał Jom Kipur), zobligowany był do złożenia tylko jednej ofiary zagrzesznej w Świątyni. Jeśli natomiast dokonał tego umyślnie, musiał złożyć dwie ofiary, za każdy z grzechów z osobna. A ponieważ nie istnieją obiektywne wyznaczniki, które pozwoliłyby nam rozstrzygnąć czy dana osoba uczyniła coś umyślnie, czy też nie, człowiek więc sam musiał zdecydować o tym w swoim sumieniu.

Tego rodzaju moralna autonomia jednostki przynależy do istoty naszej religii. Judaizm nie jest i nigdy nie był wiedzą tajemną, dostępną tylko garstce wybranych, chcącej sprawować władzę nad ludzkimi sumieniami. I choć natura Boga pozostaje przed nami ukryta, to Tora, w której jest On obecny, została nam objawiona i jest udziałem oraz wspólną własnością wszystkich ludzi, którzy ją zaakceptowali jako drogę w swoim życiu (Pwt 29, 28).

Przypomnijmy tu kogo tak naprawdę wybrał Bóg: naród de facto słaby, uciemiężony i straumatyzowany 400-letnią niewolą. Dlaczego to uczynił? Tradycja obfituje w odpowiedzi na to pytanie. Jedna z nich, wyrażona wprost w Biblii, mówi: przez wzgląd na obietnicę, którą złożył jego sprawiedliwym przodkom. Kolejna odpowiedź głosi, iż dokonał tego ze swojej przeogromnej miłości do Izraela, jak też do całej ludzkości. Jeszcze inna odpowiedź, jaką tu zaproponuję, brzmi: Bóg wybrał Izraelitów, bo widział w nich potencjał.

Wszystko to, o czym wspomniałem powyżej, świadczy o głębokim zaufaniu, jakim Bóg obdarzył człowieka. W każdym z nas widzi On potencjał do zrealizowania i chce, abyśmy ów potencjał również dostrzegli i dążyli do jego urzeczywistnienia.

Ibn Ezra w swoim komentarzu do wersetu Pwt 30, 16 podkreśla: Kochać ów Byt (tj. Boga) to sprawa zasadnicza. Jednakże kochać Boga to także widzieć potencjał zmiany w świecie, zmiany, którą On, jak i my z jego pomocą, możemy wspólnie dokonać i dokonujemy. Religie jako takie są swego rodzaju projektami dla świata, projektami jego przemiany. Operują one wizjami przyszłego, lepszego świata oraz prawami, normami zachowań i szczegółowymi instrukcjami, jak mamy ów nowy porządek świata sprowadzić.

Widzieć potencjał w drugim człowieku to coś, o czym często zapominamy, skupiając się na jego konkretnych działaniach i tych działań rezultatach. Świat, w którym żyjemy jest tak zorganizowany, że zasadniczo zmusza nas do takiego podejścia do innych. Zmusza nas do myślenia przede wszystkim w kategoriach praktycznych, tego co jest tutaj i teraz (jest to w dużej mierze zasadne i nie ma w tym nic złego, póki nie redukujemy wszystkiego do takiego właśnie podejścia). W przeważającej ilości dziedzin naszego życia ważne jest tylko to (a raczej uczyniono ważnym tylko to), co dana osoba w tym konkretnym momencie potrafi. W ten sposób nasze życie stało się nieustającym konkursem umiejętności, piękności itd. – czyli konkursem wszystkiego, co aktualne, co już zostało zrealizowane lub może zostać zrealizowane lada chwila. Poddajemy się temu dyktatowi chwili i owego nieustającego konkursu, i dopasowujemy do tego nasze marzenia. Jedynie garstka ludzi potrafi się z tego schematu wyzwolić. Część z nich dokonuje tego skutecznie i sukcesywnie, i to właśnie ci ludzie dokonują często naprawdę głębokich zmian w świecie. Część z nich jednak, z różnych powodów, niestety ląduje na marginesie ludzkiego życia, a tkwiący w nich potencjał zostaje zmarnowany.

Miłość do drugiego człowieka polega m.in. na tym, iż widzimy w nim jego wewnętrzne dobro i potencjał przyszłego dobra, które dopiero będzie owocem jego działań. Owo widzenie potencjału jest wręcz esencją miłości rodzicielskiej. Gdy nie dostrzegamy w swoich dzieciach ich wrodzonych talentów i potencjałów, lub dostrzegamy je, lecz ignorujemy i usiłujemy owe ludzkie istoty oraz ich życie wykreować wedle własnego widzimisię, robimy im tak naprawdę krzywdę. Czy owa krzywda później zniszczy im życie, to zależy od wielu innych czynników, ale generalnie czyniąc tak jesteśmy na najlepszej drodze do tego.

Kochając dojrzale widzimy rzecz jasna słabości, niedostatki i ewidentne wady osób, które kochamy, ale jeśli kochamy naprawdę, to nie przysłaniają nam one zalet i wszystkiego co dobre w drugim człowieku – te widzimy w nim przede wszystkim. Na tym polegała i polega miłość Boga do Izraela, choć ogrom biblijnych narracji opisujących Jego gniew przesłania nam czasem ów wątek. Bóg z pewnością spodziewał się porażek swojego ludu i choć wielokrotnie wylewał na ów lud swój gniew, nigdy go jednak nie opuścił, nigdy nie zerwał z nim Przymierza, bowiem to kim jesteśmy jest wynikiem sukcesów i porażek naszych przodków.

Nadchodzący czas Wielkich Świąt jest nie tylko czasem refleksji nad naszymi moralnymi/religijnymi transgresjami (mówiąc potocznie: grzechami), które popełniliśmy w mijającym roku. To również czas bilansu naszych życiowych osiągnięć i refleksji nad nimi, bowiem owe osiągnięcia są nierozerwalnie związane z naszym postępowaniem: naszymi grzechami oraz błędami. To jednocześnie czas refleksji nad tkwiącym w nas potencjałem, tym który zrealizowaliśmy i tym, który zmarnowaliśmy. W Nowym, 5779 Roku pragnę życzyć wszystkim, aby prócz realizacji rozmaitych, niezrealizowanych dotąd potencjałów, stale pogłębiali swój wgląd w drugiego człowieka, niezależnie czy bliskiego nam, czy nie, oraz stałego rozwijania zdolności dostrzegania wszelkiego potencjału dobra w innych ludziach, nawet – lub zwłaszcza wtedy – gdy owo postrzeganie zostało wypaczone przez nasze, niekoniecznie pozytywne, doświadczenia z owymi osobami.

Szabat szalom!

Menachem Mirski

 

Czas na odczuwanie wdzięczności [Ki Tawo]

Czas na odczuwanie wdzięczności

 W czasach, gdy byłem małym chłopcem, moja rodzina miała działkę. Wszyscy moi krewni jeździli tam od czasu do czasu, lecz dla wszystkich było jasne, że było to królestwo mojej ciotecznej babki Ireny, starszej siostry mojej babci. Ciotka Irenka bez przerwy tam przesiadywała i doglądała roślin. Czasem prosiła innych członków rodziny o pomoc, jeśli jakieś zadania przekraczały jej możliwości fizyczne. Jednakże przez większość czasu ciocia Irenka (tak ją nazywaliśmy) pracowała na naszej działce sama. Wracała stamtąd do domu wykończona, lecz zdawała się nie zwracać na to żadnej uwagi. Zamiast tego ciocia często mówiła o przyszłości, gdy będziemy mogli jeść nasze własne, własnoręcznie wyhodowane owoce i warzywa. Podobnie, ciocia Irenka nigdy się nie zniechęcała, gdy susza lub nadmierne opady ograniczały liczebność jej zbiorów. Przeciwnie, była zawsze dumna ze swoich plonów, nawet gdy było ich niewiele. Co więcej, ilekroć przynosiła do domu pierwsze plony z działki, okazywała za nie ogromną wdzięczność, mówiąc zawsze:

 Bogu dzięki za te wspaniałe (śliwki/gruszki/marchewki/pasternak), czyż nie są przepyszne?! I takie zdrowe! Zrobimy z nich wspaniałe sałatki i przetwory.

Przypomniałem sobie słowa mojej ciotecznej babki, gdy czytałem przeznaczoną na ten tydzień paraszę Ki Tawo. W otwierających ją wersetach znajdujemy następujące wytyczne:

A gdy wejdziesz do ziemi, którą daje ci [Wiekuisty], Bóg twój, w posiadanie, i zajmiesz ją, i osiedlisz się w niej, to weźmiesz z pierwocin wszelkich płodów rolnych, jakie uzyskasz w ziemi, którą daje ci [Wiekuisty], Bóg twój, i włożysz do kosza, i pójdziesz na miejsce, które [Wiekuisty], Bóg twój, wybierze na mieszkanie dla imienia swego; przyjdziesz do kapłana, który będzie w owych dniach, i powiesz do niego: „Wyznaję dziś przed [Wiekuistym], Bogiem twoim, że przyszedłem do ziemi, o której przysiągł [Wiekuisty] naszym ojcom, że nam ją da (…).  A teraz oto przyniosłem pierwociny płodów ziemi, którą dałeś mi, [Wiekuisty]”. Położysz to przed [Wiekuistym], Bogiem twoim, i oddasz pokłon [Wiekuistemu], Bogu twemu, i będziesz się weselił z wszelkiego dobra, które [Wiekuisty], Bóg twój, dał tobie i twemu domowi, ty, Lewita i obcy przybysz, który jest pośród ciebie (Pwt 26, 1-3; 10-11).

 

Akapit ten opisuje tak zwaną micwat bikurim, przykazanie nakazujące przynosić pierwsze plony do Przybytku (zastąpionego następnie przez Świątynię w Jerozolimie). Te pierwsze owoce miały być ofiarowane Wiekuistemu w ramach wyszukanej ceremonii rozpoczynającej się od potwierdzenia przybycia danej jednostki do Ziemi Izraela. Następnie Izraelici mieli przywołać wszystkie trudności, z jakimi zmagali się jako niewolnicy w Egipcie oraz jako uchodźcy z owego kraju. Na koniec oczekiwano od nich też, że umieszczą przyniesione przez siebie plony w miejscu uznanym za święte (dosłownie: „przed Bożą obecnością”) i pokłonią się, dopełniając tym samym ceremonię ofiarowania pierwszych plonów. Od Izraelitów oczekiwano jednak nie tylko wypełnienia tego rytuału, ale również tego, iż będą się radować z wszystkich dobrych rzeczy, którymi obdarował ich Wiekuisty.

My, współcześni Żydzi postępowi, nie wierzymy w składanie ofiar. Co więcej, nawet gdybyśmy w to wierzyli, nie mamy Świątyni, w której moglibyśmy ofiarować nasze pierwsze plony. Jednakże nasze codzienne starania wciąż przynoszą owoce – czasem większe, czasem mniejsze, lecz niezaprzeczalnie jakieś owoce. Czytana w tym tygodniu parasza skłoniła mnie do namysłu nad naszym stosunkiem do owoców naszej pracy. Czy jesteśmy z nich dumni, uważając je za konsekwencję naszej ciężkiej pracy i ofiarowanych nam przez Boga talentów? Czy też umniejszamy ich znaczenie, powtarzając sobie, że nasze osiągnięcia nie są niczym wyjątkowym, że są „szczęśliwym trafem” bądź czymś, czego mógłby dokonać każdy inny?

Mam nadzieję, że postrzegacie większość waszych dokonań w ten pierwszy sposób. Mimo to podejrzewam, że w waszym życiu zdarzają się nieraz takie dni, gdy macie poczucie, że nie dokonaliście zbytnich postępów w wykreślaniu kolejnych pozycji z waszej listy rzeczy do zrobienia. W takie dni łatwo jest poczuć się przytłoczonym i niezadowolonym z samych siebie. Jeśli brzmi to znajomo, zachęcam was do przyjrzenia się zadaniom, które udało wam się ukończyć, przez pryzmat rytuału ofiarowania pierwszych plonów. Na początek postarajcie się pomyśleć o rzeczach, które udało się wam do tej pory osiągnąć, i powiedzieć sobie: poczyniłem już duże postępy. W ten sposób będziecie naśladować zachowanie biblijnych Izraelitów, którzy docenili znaczenie pierwszych owoców swojej pracy w Ziemi Obiecanej pomimo tego, iż wiele im jeszcze brakowało do pełnego podboju Kanaanu. Później przyjrzyjcie się zaś wszystkim przeszkodom, które musieliście przezwyciężyć, aby osiągnąć waszą obecną pozycję, podobnie jak Izraelici wspominali swoją wędrówkę przez pustynię. Ten krok pomoże wam docenić waszą odporność, umiejętności i zasoby, dzięki którym udało wam się odnaleźć drogę wiodącą do miejsca, w którym znajdujecie się obecnie. Na koniec zaś, podobnie jak Izraelici, którzy radowali się i okazywali wdzięczność za swoje pierwsze plony, postarajcie się okazać wdzięczność Wiekuistemu, doceniając własne osiągnięcia i przypisując sobie należne wam  zasługi.

Odczuwanie wdzięczności za to, co osiągnęliśmy w życiu, wydaje się czasem niezwykle trudnym zadaniem – zwłaszcza nam, współczesnym mieszkańcom Zachodu. Wpaja nam się obecnie przekonanie, że powinniśmy się zawsze starać osiągnąć jeszcze więcej. Motywuje to nas do nieustannego zmuszania się do dalszych działań, lecz zarazem sprawia też, iż nie potrafimy się cieszyć pierwszymi owocami naszych wysiłków. Ilekroć odczuwam potrzebę, aby uciec od tego ciągłego kołowrotka nieustannych, podszytych niepokojem myśli o kolejnym zadaniu, myślę o mojej cioci Irence. Urodzona i wychowana w małej wiosce na Kujawach, zawsze otwarcie przyznawała, że nie było jej łatwo przeprowadzić się do dużego miasta i zdobyć wykształcenie. Wiedziała też, jak ważne jest cierpliwe oczekiwanie na efekty swojej pracy i była dumna nawet z najmniejszych rezultatów. Nie jestem pewien, czy była jej znana opisana w naszej paraszy ceremonia ofiarowania pierwszych plonów, lecz z pewnością doskonale uosabiała jej ducha, przejawiając zawsze pełną wdzięczności i doceniającą życie postawę.

 

W tym miesiącu elul, w naszym miesiącu refleksji, zachęcam was, abyście pomyśleli o tym, co się wam udało osiągnąć w roku 5778 i abyście okazali wdzięczność za to wszystko, co się wam udało zrealizować. Gdy to uczynicie, poczujecie się być może  tak jak starożytni Izraelici oraz jak moja ciocia Irenka, którzy potrafili się zatrzymać, docenić pierwsze owoce (lub warzywa) i odczuwać Bożą Opatrzność nawet przy codziennych zajęciach. Mam nadzieję, że tego typu „przerwy na wdzięczność” pomogą wam się przygotować do Wielkich Świąt oraz że staną się jedną z waszych regularnych praktyk w Nowym Roku 5779. Szabat Szalom!

Mati Kirschenbaum

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Sądny miesiąc Elul

Sądny miesiąc Elul

Upływ czasu jest nieubłagany; wydaje się jakby rok 5778 zaczął się dopiero wczoraj, a już od tygodnia  trwa elul, miesiąc poprzedzający święto Rosz Haszana. W miesiącu elul tradycja żydowska nakazuje nam zastanowić się nad minionym rokiem i sporządzić bilans naszych dobrych uczynków i przewinień. W tradycji sefardyjskiej już od początku tego miesiąca w synagogach odbywają się nabożeństwa slichot. Ich celem jest uświadomienie Żydom, jak wielkim wyzwaniem jest poprawa naszego postępowania, kluczowa w procesie duchowego przygotowania do Rosz Haszana, Dnia Sądu. Wyzwanie to wydaje się przerastać nasze możliwości. Onieśmieleni naszą małością, apelujemy w trakcie miesiąca elul do Wiekuistego, prosząc Go o bycie sprawiedliwym i łaskawym sędzią. Możemy zadać sobie pytanie, czy nie jest to lekkomyślna prośba. Nie wiemy przecież, jakie kryteria stosuje Wiekuisty sądząc nas. Możemy jedynie mieć nadzieję, że kryteria te będą podobne do przykazań Wiekuistego dotyczących instytucji sędziego, które możemy znaleźć w przypadającej na ten tydzień porcji Tory, parszy Szoftim (Sędziowie). W otwierającym ją wersie znajdujemy następujące słowa:

Sędziów i urzędników ustanowisz sobie we wszystkich bramach Twoich, które Wiekuisty, Bóg twój, da Tobie w pokoleniach Twoich, aby sądzili lud sądem sprawiedliwym. Nie będziesz naginał prawa, nie będziesz stronniczy i podarku nie przyjmiesz, gdyż podarek zaślepia oczy mędrców i w złą stronę kieruje słowa sprawiedliwych. Dąż wyłącznie do sprawiedliwości, byś żył i posiadł ziemię, którą ci daje Wiekuisty, Bóg twój. (Pwt 16, 18-20)

Powyższy cytat uczy nas, że sprawiedliwy sędzia ludu Izraela powinien traktować wszystkich jednakowo. Raszi, średniowieczny komentator Tory, uczy nas, że słowa te odnoszą się do postępowania procesowego, w którego trakcie sędzia powinien słuchać obydwu stron postępowania z równym zainteresowaniem i przychylnością. Raszi stwierdza też, że okazanie przez sędziego przychylności jednej ze stron w trakcie postępowania może wpłynąć na zachowanie drugiej strony postępowania. Według Rasziego, strona ta, czując się niesprawiedliwie traktowana, może zrezygnować z dochodzenia swoich praw. Raszi stwierdza też, że sędzia nie może brać łapówek, nawet jeśli ma zamiar wydać sprawiedliwy wyrok, gdyż łapówki uniemożliwiają w pełni obiektywny osąd sytuacji. Co interesujące, Raszi interpretuje wers „dąż wyłącznie do sprawiedliwości” jako zdanie zachęcające Izraelitów do wyboru godnego zaufania (dosłownie: pięknego) sądu spośród dostępnych nam instytucji wymiaru sprawiedliwości. Jak możemy odnieść słowa Rasziego do roli Wiekuistego jako sędziego, do której tak często odwołujemy się w miesiącu elul?

Po pierwsze, możemy założyć, że Wiekuisty jest zainteresowany całością bilansu naszych zasług i przewinień. Jako bezstronny sędzia wysłuchuje On nie tylko naszego wewnętrznego „oskarżyciela”, ale i naszego wewnętrznego „obrońcy”. Po drugie, Wiekuisty zna nasze przewiny, ale nie występuje w procesie w roli oskarżyciela, gdyż uniemożliwiałoby to nam uzyskanie w tym procesie sprawiedliwości. Po trzecie, sąd Wiekuistego jest sądem godnym zaufania w rozumieniu rabinicznej interpretacji prawa żydowskiego, co oznacza, że jego wyroki są sprawiedliwe, a nie nadmiernie okrutne.

Przytoczone powyżej komentarze Rasziego do naszej parszy wydają się nam sugerować, że nie powinniśmy nadmiernie obawiać się Rosz Haszana, Dnia Sądu, ponieważ Wiekuisty zna zarówno nasze mocne, jak i słabe strony. Mimo to wielu z nas odczuwa w miesiącu elul niepokój. Często nie jesteśmy pewni, czy nasze zasługi przeważają nad naszymi wykroczeniami, obwiniamy się za chwile słabości. Taki samokrytyczny stosunek sprawia, że nie jesteśmy w stanie docenić naszych dobrych uczynków. Co więcej, będąc nadmiernie krytyczni wobec siebie samych, nie doceniamy drzemiącego w nas potencjału do zmiany dotychczasowego zachowania. Zachowując się w ten sposób, osądzamy swoje zachowanie w sposób niesprawiedliwy i nadmiernie surowy.

Parsza Szoftim uczy nas, że takie zachowanie jest niezgodne z duchem naszej tradycji, podkreślającej znaczenie kompleksowego, zrównoważonego osądu ludzkiej niedoskonałości.
W tegorocznym miesiącu elul zachęcam Was do zastanowienia się nad Waszymi słabościami
i mocnymi stronami bez surowego osądzania siebie samych. Jestem głęboko przekonany, że zostawienie krytycznego osądu Waszego postępowania Wiekuistemu pozwoli Wam lepiej przygotować się do Wielkich Świąt. Życzę Wam wszystkim dobrego szabatowego odpoczynku
i miesiąca elul pełnego motywującej refleksji, a nie autokrytycyzmu.

Szabat Szalom!

Mati Kirschenbaum

BEIT POLSKA