Mikec

Prawdomówność, bezstronność i pragmatyzm

Refleksja nad paraszą Mikec

Menachem Mirski

Jedną z definicji szaleństwa jest powtarzanie wciąż na nowo tego samego działania i oczekiwanie innego rezultatu. Choć jest dużo prawdy w tym dość zabawnym stwierdzeniu, chciałbym jednak zakwestionować ten wniosek.  Byłby on w pełni prawdziwy, gdybyśmy mieli pełną kontrolę nad efektami naszych działań oraz nad innymi czynnikami wpływającymi na te efekty, lecz nie mamy takiej kontroli. Ponadto przy pierwszej próbie nie udaje nam się zrobić wszystkiego tak jak trzeba – a zatem powtórne podejście może w rzeczywistości przynieść inne rezultaty. To samo dotyczy sytuacji związanych z podejmowaniem ryzyka: takie sytuacje z definicji nie gwarantują osiągnięcia pożądanych rezultatów. A zatem prawdziwość tego stwierdzenia jest od początku ograniczona.

W czytanej w tym tygodniu porcji Tory znajdujemy historię, która wydaje się dość zagadkowa w kontekście zakończenia poprzedniej porcji Tory. Jak może pamiętacie, w zeszłotygodniowej paraszy Józef zinterpretował sen naczelnego podczaszego i trafnie przewidział, że zostanie on wypuszczony z więzienia i odzyska swoją wcześniejszą pozycję. Józef poprosił podczaszego, żeby o nim nie zapomniał. I choć podczaszy miał dowód na to, że Józef poprawnie wyjaśnił jego sen, to nic nie zrobił. Natomiast w czytanej w tym tygodniu porcji Tory sytuacja jest kompletnie inna. Józef znowu zinterpretował sen po to, aby wyjść z więzienia i tym razem osiągnął inny rezultat. Oto co się stało po tym, jak Józef zinterpretował sen faraona:

Słowa te podobały się faraonowi i wszystkim jego dworzanom. Rzekł więc faraon do swych dworzan: Czyż będziemy mogli znaleźć podobnego mu człowieka, który miałby tak jak on ducha Bożego? A potem faraon rzekł do Józefa: Skoro Bóg dał ci poznać to wszystko, nie ma nikogo, kto by ci dorównał rozsądkiem i mądrością! Ty zatem będziesz nad moim dworem i twoim rozkazom będzie posłuszny cały mój naród. Jedynie godnością królewską będę cię przewyższał. I powiedział faraon Józefowi: Oto ustanawiam cię rządcą całego Egiptu! Po czym faraon zdjął swój pierścień z palca i włożył go na palec Józefa, i kazał go oblec w szatę z najczystszego lnu, a potem zawiesił mu na szyi złoty łańcuch. I kazał go obwozić na drugim swym wozie, a wołano przed nim: Abrek! Faraon ustanawiając Józefa rządcą całego Egiptu (…) (Rdz 41, 37-43)

Jak to się stało, że faraon w odróżnieniu od podczaszego uwierzył Józefowi, choć nie było sposobu, żeby potwierdzić jego interpretację? Sen dotyczył dość odległej przyszłości. Jakie były tutaj kryteria prawdziwości? Dlaczego Józef osiągnął tym razem inny rezultat? Dlaczego faraon posłuchał tego przesłania, pochodzącego od kogoś plasującego się na najniższym z najniższych szczebli hierarchii społecznej, podczas gdy zignorował swoich nadwornych wróżbitów? Dlaczego wyjaśnienia wróżbitów nie były przekonujące, natomiast wykładnia  Józefa tak?

Nie wiemy, możemy tylko spekulować. Wiemy z moich poprzednich kazań, że Józef był postrzegany jako prawdomówny i szczery. Być może magicy zinterpretowali sen w taki sposób, żeby zadowolić faraona, ale faraon, którego ów sen mocno zaniepokoił, nie „kupił” ich „pozytywnej” interpretacji, podczas gdy wykładnia Józefa została w mgnieniu oka uznana za bardziej szczerą i prawdomówną, a zatem bardziej wiarygodną. Co więcej, interpretacja Józefa była pragmatyczna; natychmiast dał faraonowi praktyczne rady w kwestii tego, jak poradzić sobie z nadchodzącą klęską głodu. Kolejny czynnik, który mógł przemawiać na rzecz odpowiedzi Józefa był taki, że jemu, jako Hebrajczykowi, cudzoziemcowi w krainie Egiptu, zależało na przyszłości tego kraju. Jest to również wyraz pragmatyzmu, ale kluczowy jest tutaj fakt, że jest to oznaka bezstronności Józefa.

Powtórzę raz jeszcze: prawdomówność, bezstronność i pragmatyzm. Oto wartości, które powinniśmy konsekwentnie wspierać i do których powinniśmy dążyć. Nie tylko dlatego, że jest pod dostatkiem nieprawdomówności, stronniczości i obojętności, ale dlatego, że te trzy wartości pozostają czasem ze sobą w konflikcie. Pragmatyzm może oznaczać, i często faktycznie oznacza, bycie stronniczym. Może również oznaczać milczenie w kwestii tematów, które wymagają otwartego zaadresowania. Sądzę, że nie muszę podawać tutaj żadnych przykładów – można ich znaleźć wiele w różnych sferach naszego życia: w naszym życiu zawodowym i prywatnym, w pracy, w domu i w naszych związkach. Podobnie, bycie prawdomównym za wszelką cenę również nie jest mądre. Dobrze wiemy, że nie każdą myśl trzeba wyrażać natychmiast po tym, jak zaświta nam w głowie. Nie każda wiadomość albo e-mail muszą zostać dostarczone w tej samej chwili, w której zostały napisane. Musimy podchodzić do różnych spraw w sposób refleksyjny. Apeluję tutaj tylko o to, żeby wszystkie te trzy cechy – prawdomówność, bezstronność i pragmatyzm – były obecne w naszej hierarchii wartości i żebyśmy starali się zawsze znaleźć odpowiednią równowagę pomiędzy nimi i ich konsekwencjami.

 

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Spełnianiu Bożej obietnicy towarzyszy… śmiech

Spełnianiu Bożej obietnicy towarzyszy… śmiech

Refleksja nad paraszą Lech Lecha.

Menachem Mirski

Są dni, kiedy całkowicie tracimy energię do życia, kiedy czujemy się nieszczęśliwi i głos wewnątrz nas mówi nam, że nie da się z tym nic zrobić, więc nie warto podejmować żadnych działań. Niektórzy po prostu akceptują ten głos, zaś dla innych bywa to zwiastun zbliżającej się depresji. Są wśród nas także ci, którzy słyszą drugi wewnętrzny głos, głos buntu: Teraz jest czas na ważną zmianę, nie wahaj się, zdecyduj się na ten skok. Dokonaj przełomu!

W czytanej w tym tygodniu paraszy Abram, który był bezdzietny i sądził, że zbliża się do kresu swego życia, usłyszał głos tego drugiego rodzaju. Otrzymał obietnicę od Boga, że nie tylko będzie miał syna, ale że stanie się ojcem narodów i że jego potomstwo będzie równie liczne, co gwiazdy na niebie (Rdz 15, 5). Konstytutywną cechą Bożej obietnicy jest oczywiście to, że prawdopodobieństwo jej spełnienia wynosi 100%. Tego samego dnia Bóg zawarł przymierze z Abramem i przepowiedział mu we śnie wycinek historii jego potomków, Izraelitów – ich niewolę w Egipcie i ich wyzwolenie (Rdz 15, 12-17).

Wkrótce potem żona Abrama, Saraj, która była niepłodna, daje Abramowi swoją egipską służącą, Hagar, żeby urodziła mu syna, i z tego związku rodzi się Izmael. Abram miał wówczas 86 lat. Trzynaście lat później Bóg znowu ukazuje się Abramowi. Tym razem obiecuje mu, że Saraj urodzi mu syna. Saraj, która miała wówczas dziewięćdziesiąt lat, zaśmiała się na ten pomysł. Ale wszystko znów jest w 100% zagwarantowane i potwierdzone przez kolejny „aneks do przymierza”, zgodnie z którym Bóg zmienia imię Abrama na Abraham i WSZYSCY mężczyźni zostają obrzezani, a obrzezanie staje się fundamentalnym i wiecznym elementem Abrahamowego przymierza.

Obietnica o urodzeniu Izaaka brzmi zupełnie niewiarygodnie nawet dla osób bezpośrednio zaangażowanych wówczas w te wydarzenia. Pierwszą reakcją zarówno Abrahama jak i Sary jest śmiech. Co więcej, Abraham zdaje się nie wierzyć w tę obietnice i, odwołując się do zdrowego rozsądku, pociesza się faktem, że ma już syna urodzonego przez niewolnicę, więc Boża obietnica zostanie w jakiś sposób wypełniona:

Wtedy Abraham padł na oblicze swoje i roześmiał się, bo pomyślał w sercu swoim: Czyż stuletniemu może się urodzić dziecko? I czyż Sara, dziewięćdziesięcioletnia, może rodzić? I rzekł Abraham do Boga: Oby tylko Izmael pozostał przy życiu przed twoim obliczem! (Rdz 17, 17-18)

Właśnie stąd pochodzi imię Izaaka: oznacza „będzie się śmiał”, odzwierciedlając pełen niedowierzania śmiech Abrahama i Sary, kiedy Bóg powiedział im, że będą mieli dziecko. Abraham miał wówczas 99 lat, a Sara 90. Nawet jeśli przyjmiemy, że słów Biblii nie należy tutaj traktować dosłownie i jeśli „przeliczymy” biblijną długość życia na nasz współczesny czas życia, to wciąż brzmi to niewiarygodnie: Abraham żył 175 lat, załóżmy więc, że jest to odpowiednik 100 lat. W tym scenariuszu Abraham w momencie narodzin Izaaka miałby 57, a Sara 51 lat. Choć mężczyznom z czasem spada płodność, to zostanie ojcem w tym wieku nie jest szczególnie nierealistycznym scenariuszem, ale z pewnością było tak w przypadku Sary i jej macierzyństwo  nie było czymś, czego można by się spodziewać. Szanse na zdrowe naturalne poczęcie po ukończeniu pięćdziesiątego roku życia wynoszą tylko 1%, nie wspominając o tym, że ryzyko poronienia albo wad płodu jest w tym wieku bardzo wysokie.

Ważne jest tutaj przesłanie tej historii: nie zakładajmy zawsze, że to, co uważamy za niemożliwe albo wręcz nie do pomyślenia, faktycznie jest niemożliwe albo nie do pomyślenia. Właśnie o to często chodzi w Bożych obietnicach – często podważają nasze przekonania i zdrowy rozsądek. I podobnie wiara, czyli ludzki odpowiednik Bożej obietnicy, polega w samej swej istocie na zawieszeniu naszej wiedzy i naszych sądów – jest to coś wykraczającego poza rozum i zdrowy rozsądek. Wiara czyni możliwym to, co nieprawdopodobne (rabin Jonathan Sacks). Boski głos, który przemawia wewnątrz nas, kiedy się modlimy, chce, żebyśmy otworzyli nasze umysły na możliwość tego, co nieprawdopodobne, na możliwość rzeczy, które uważamy za niemożliwe. Kiedy naprawdę otwieramy nasze umysły i serca i idziemy za tym głosem, jesteśmy w stanie dostrzec świat pełen niesamowitych możliwości. Kiedy już to zobaczymy, nagle dostrzegamy plan działania pozwalający nam skorzystać z tych sposobności oraz narzędzia pozwalające faktycznie urzeczywistnić zmianę. Otwarcie naszych umysłów oznacza zakwestionowanie naszych schematów myślowych.

„Uwierz, i tak się stanie” – brzmi to jak pusty frazes, ale to naprawdę działa. W kręgach niereligijnych wymyślono koncepcję „prawa przyciągania”, żeby zastąpić wiarę religijną. Prawo przyciągania mówi, że przyciągniesz do swojego życia właśnie to, na czym będziesz się skupiał. To, czemu poświęcisz swoją energię i uwagę, przyjdzie do ciebie. Więc jeśli pozostaniesz skupiony na dobrych i pozytywnych rzeczach w swoim życiu, będziesz automatycznie przyciągał do swojego życia więcej dobrych i pozytywnych rzeczy. Jeśli w ślad za tym pójdą konsekwentne działania i nie wejdziesz w konflikt z przykazaniami i naukami etycznymi, to wszystko stanie się prawdziwe i realne.

Żeby dokonać wielkiego skoku w swoim życiu albo żeby przezwyciężyć wielkie przeciwności, musisz mieć wiarę. Dobrą wiarę w to, że Bóg albo okoliczności będą ci służyć – a to z kolei daje ci motywację i odwagę.

Wyobraź sobie kogoś, kto przeprowadza się do innego kraju, żeby zacząć nowe życie. Wyobraź sobie, jakiej wymaga to wiary. Ale nie tylko wiary – musisz mieć plan działania, nauczyć się nowych rzeczy i zmienić swoje wzorce, żeby wszystko się dobrze ułożyło, a kiedy już się ułoży, zostajesz nagrodzony ogromną satysfakcją. Podobnie dzieje się również wtedy, gdy ludzie postanawiają mieć dzieci niezależnie od tego, czy ich „na to stać”. Często są wyśmiewani za swoją wiarę, że „jeśli Bóg daje dzieci, to da i na dzieci”. Ale w rzeczywistości, jeśli są odpowiedzialnymi ludźmi, dostosują wszystko, co robią, do nowej sytuacji i jakoś sobie dadzą radę. „Lwięta cierpią niedostatek i głód, lecz tym, którzy szukają Pana, nie brak żadnego dobra”. Ps 34, 11.

Właśnie to czyni nieprawdopodobne nie tylko możliwym, ale również realnym: Kiedy znajdujemy się w nowej sytuacji, musimy przystosować do niej nasze zachowanie. Musimy sprawić, żeby się udało! Zmieniając nasze nastawienie, zmieniamy naszą sytuację. Nowa sytuacja może zmienić wszystko, nawet naszą długość życia. Abraham w wieku 86 lat sądził, że zbliża się do końca swojej egzystencji, zaś po otrzymaniu wszystkich Bożych obietnic dostał kolejne 89 lat.

W naszej tradycji nie brakuje opowieści o ludziach, którzy dokonali niewiarygodnych rzeczy. Ale największym świadectwem wiary i jej efektów jest całość naszej historii żydowskiej. Nie słyszałem, żeby ktokolwiek wyraził tę koncepcję lepiej niż rabin Jonathan Sacks:

Kiedy spoglądam dziś na lud żydowski, czuję ogromny podziw. Oto lud, który w 1945 roku stał oko w oko z aniołem śmierci w Auschwitz. Każdy by zrozumiał, gdyby pozostali straumatyzowani na pokolenia. A jednak w ciągu trzech lat powstali i dokonali największej kolektywnej afirmacji od dwóch tysięcy lat: „Nie umrę, lecz będę żył”, ustanawiając państwo Izrael. Po drugie, samo państwo Izrael, które dokonało cudów, kraj tak mały, tak podatny na ataki, tak bardzo otoczony przez wrogów i z tak niewieloma zasobami naturalnymi osiągnął wspaniałe rzeczy i powinien, w moim przekonaniu, być symbolem nadziei dla każdego małego kraju, dla każdego prześladowanego ludu. I również to jest powodem do dziękczynienia. W taki czy inny sposób Żydzi byli tak blisko, jak tylko można być piekła na ziemi i przeżyli – i nie spoglądają wstecz, lecz patrzą przed siebie, nie pielęgnują uczuć urazy i zemsty, lecz zaangażowali się w działanie i budowanie przyszłości. A jeśli to nie jest dowodem na potęgę wiary, to nie wiem, co nim jest. Judaizm nadal trwa, a lud żydowski pozostaje żywym symbolem nadziei i mocy wiary, aby sprawić, że możliwość zwycięży wbrew prawdopodobieństwu.

 

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Rosz Haszana

Przemijanie jako błogosławieństwo

Refleksje i spostrzeżenia na Rosz Haszana

Menachem Mirski

Pięknym i nieodłącznym celem religii jest pomaganie nam w zyskiwaniu kontroli i pokierowanie nami w organizowaniu tego, co irracjonalne w obrębie zarówno naszej rzeczywistości duchowej jak i praktycznej. Dobrym przykładem są poglądy Majmonidesa na ofiary zwierzęce, których dokonywali starożytni Izraelici w Świątyni. Jego zdaniem starodawny judaizm nałożył ograniczenia na ofiary zwierzęce, nadając im konkretne cele i znaczenie, tak aby ostatecznie wyeliminować te praktyki. Ta boska decyzja była zaledwie ustępstwem na rzecz ludzkich ograniczeń psychologicznych; przyświecał jej cel stworzenia warunków dla stopniowego przejścia od pogańskich, kananejskich praktyk politeistycznych do monoteistycznych praktyk skupionych na modlitwie i medytacji.

Jednak kulty kananejskie praktykowały nie tylko ofiary zwierzęce – składały też ofiary z ludzi, w tym te najbardziej odrażające – ofiary z dzieci. Są na to dowody zarówno w tekstach biblijnych jak i w odkryciach archeologicznych. Celowe mordowanie niemowląt było charakterystyczną cechą kultów kananejskich i Biblia nie przesadza w tej kwestii.

W tym kontekście historia o związaniu Izaaka, zwana Akedą, wchodząca w skład naszej porcji Tory na Rosz Haszana, opisywałaby przede wszystkim  wewnętrzne zmagania Abrahama z odzwierciedleniem starodawnych praktyk składania ofiar z ludzi, jakich prawdopodobnie dopuszczali się jego przodkowie. Byłoby to zmaganie się pomiędzy pozostałościami jego politeistycznej mentalności a monoteizmem, jaki przyjął z własnej woli po otrzymaniu boskiego wezwania i objawienia (Bereszit/Rdz 12), zaś Bóg poddawałby próbie nie tylko jego oddanie (Abraham przeszedł ten test, kiedy próbował złożyć w ofierze swego syna), ale również prawdziwość jego monoteistycznej wiary (ten test przeszedł dzięki temu, że zrezygnował ze złożenia tej ofiary po usłyszeniu głosu anioła).

Opowieść o Akedzie opisywałaby w takim przypadku ostateczne odrzucenie przez Abrahama praktyk politeistycznych religii kananejskich oraz afirmację jego lojalności wobec Jednego i Jedynego Boga. Ale ostatni werset tej historii biblijnej rodzi pewne wątpliwości w kwestii tego, co się tak naprawdę stało, a w szczególności, co się stało z Izaakiem:

Potem powrócił Abraham do sług swoich i wstawszy poszli razem do Beer-Szeby. I mieszkał Abraham nadal w Beer-Szebie. (Bereszit/Rdz 22, 19).

Jak wskazał Ibn Ezra w swoim komentarzu do tego wersetu:

I Abraham powrócił: I nie wspomina się o Izaaku, jako że był on pod nadzorem [Abrahama]. Zaś ten, kto twierdzi, że zamordował go i zostawił, a ten został później wskrzeszony, mówi coś sprzecznego z tym wersetem.

A zatem, wedle interpretacji przytoczonej przez Ibn Ezrę, Izaak został w rzeczywistości zabity przez Abrahama, a później został wskrzeszony, przypuszczalnie przez Boga, ale Tora chce zatuszować ten wątek. W Biblii hebrajskiej odniesienia do wskrzeszenia są bardzo rzadkie; w Torze nie pojawiają się absolutnie żadne wzmianki o wskrzeszeniu zmarłych. W księgach prorockich wskrzeszenie jest zwykle powiązane z koncepcją życia po śmierci, choć Tora milczy również w tej kwestii. Jedynym wersetem, który można by uznać za mgliście odnoszący się do jakiegoś rodzaju życia po śmierci, jest ten:

Henoch chodził z Bogiem, a potem nie było go, gdyż zabrał go Bóg.  (Bereszit/Rdz 5, 24)

Co to wszystko dla nas oznacza? Chciałbym zasugerować, że ogólne przesłanie Tory w tej kwestii jest następujące: świat jest ulotny, nie próbuj wskrzesić przeszłości, nie próbuj przywołać do istnienia czegoś, co już minęło, nie próbuj odwrócić rzeczy nieodwracalnych i nie wierz w możliwość ich odwrócenia. Jeśli zrobiłeś coś, czego nie można cofnąć i masz z tego powodu poczucie winy, dokonaj zadośćuczynienia, wyciągnij z tego lekcję, naucz się, jak więcej tego nie robić i idź dalej. Żyj i spoglądaj przed siebie, ku przyszłości, ponieważ to, co jest dla ciebie przygotowane, jest lepsze niż to,  przez co już przeszedłeś. Możesz wierzyć w co tylko chcesz w kwestii życia po śmierci, ale nie zaprzątaj sobie tym zbytnio głowy.

To, co minęło, znajduje odzwierciedlenie w emocjach takich jak tęsknota i nostalgia. Jednakże te minione rzeczy same w sobie już nie istnieją, a jedyną władzę, jaką posiadają, jest ta, jaką sami im nadajemy. W istocie minione rzeczy nie są przyczyną naszej tęsknoty albo nostalgii, które są efektem indywidualnego nastawienia. Takie „nastawienie” przyczynia się do tego, że przeoczamy fakt, iż świat odnawia się w każdej chwili. Trzyma nas uwięzionych w przeszłości, niezdolnych, aby dostrzec przyszłość albo nawet aby właściwie postrzegać teraźniejszość.

Przemijanie, rzeka istnienia, w swej istocie stwarza przestrzeń na to, co nowe. Zważywszy iż my, jako ludzie, zyskujemy na przestrzeni historii coraz to więcej władzy nad światem, a w procesie tym zyskujemy coraz to większą świadomość, w coraz to większym stopniu to od nas zależy, jak będzie wyglądać to „nowe”. Nie idealizujmy zatem przeszłości i idźmy dalej.

Przemijanie może być, i często jest, błogosławieństwem – w dużym stopniu zależy to od nas. Mając w świadomości wszystkie nasze błędy i mądrość, jaką dzięki nim zyskaliśmy, mając w naszych sercach nadzieję, mając czystą wiarę i dobrą wolę – świętujmy. Świętujmy Stworzenie Świata oraz fakt, że jesteśmy bardziej niż mile widziani w procesie jego codziennego ponownego stwarzania.

Szana Towa!

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

WAJECHI

WAJECHI

Rabin dr Walter Rothschild

Czytana w tym tygodniu sidra kończy księgę Bereszit, czyli księgę Rodzaju, i zamyka zarazem historię patriarchów, która rozpoczęła się od „wezwania” Abrahama na początku 12 rozdziału. W rozdziale 49 Jakub umiera i w rozdziale 50 zostaje pochowany z wielkimi honorami w jaskini Machpela w Hebronie, którą Abraham zakupił w ziemi Kanaan po śmierci Sary z przeznaczeniem na rodzinny grobowiec (choć nie wiadomo dlaczego przez jakiś czas przebywają również gdzieś „za Jordanem”). W rozdziale 50 umiera także Józef – ale nie zostaje pochowany. Zostanie zmumifikowany i złożony w trumnie, którą zabiorą ze sobą Izraelici, gdy będą opuszczać Egipt ponad 400 lat później, po tym jak uda im się wyrwać z niewoli – kości Józefa są ogniwem łączącym Izraelitów z ich przeszłością, zaś kiedy zostanie w końcu pochowany (w Szechem, pod koniec księgi Jozuego), będzie to również ogniwo łączące z Jakubem, jako że właśnie ten kawałek ziemi Jakub zakupił w pierwszej kolejności po swoim powrocie z Haranu. Elementy tej historii układają się w „pasującą do siebie całość”, jeśli spojrzymy na nie z szerszej perspektywy – nazbyt często czytamy ten tekst tylko w krótkich, oderwanych od siebie częściach, w cotygodniowych porcjach, przez co grozi nam, że stracimy z oczu całościowy kontekst. Ponadto, chowając w owym miejscu szczątki Józefa, Izraelici symbolicznie „biorą w posiadanie” swoją ziemię, składając w niej swego starodawnego, zmarłego patriarchę.

Można powiedzieć, że śmierć samego Józefa jest pozbawiona dramatyzmu. Osiągnął wiek stu dziesięciu lat, ma synów, wnuków, a nawet prawnuków, jako że czytamy, iż zobaczył dzieci Efraima do trzeciego pokolenia, a również dzieci syna Menasze, Machira, urodziły się jeszcze za jego życia (50, 23). Niezłe osiągnięcie! A jednak – w chwili, gdy nadchodzi śmierć, nie pojawia się żadna wzmianka o jego synach. Józef nie rozmawia z nimi, nie stoją przy jego łożu. Za to po śmierci Jakuba to BRACIA Józefa (a w istocie przyszywani bracia) niepokoją się i proszą go o litość, martwiąc się, że Józef może zemścić się na nich za to, iż byli dla niego okrutni – że zrobi to teraz, kiedy ich wspólny ojciec nie żyje; i to  do swoich braci Józef zwraca się, aby przysięgli mu, że (właśnie oni!!) zabiorą jego kości do ziemi, którą Bóg przyobiecał Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi – ich ojcu, dziadkowi i pradziadkowi – gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Czy wszyscy bracia wciąż żyją, choć Józef jest drugim od końca najmłodszym z klanu? Żaden nie zostaje wymieniony z imienia, nie podaje się też, ilu było ich tam obecnych. Jest to nieco dziwne.

A zatem Józef nie przekazuje żadnego przymierza swojemu synowi czy też synom, jako że zrobił to już jego ojciec Jakub (48, 15-20), w rzeczy samej uprzywilejowując przy tym młodszego Efraima przed starszym Menasze. Nie czytamy już nic więcej na temat żony Józefa, Osnat, córki kapłana, po tym jak zawarli małżeństwo – czy urodzenie tylko dwóch synów było czymś normalnym wśród ówczesnych Egipcjanek? Kiedy, w jaki sposób i gdzie umiera Osnat, gdzie jest pochowana i opłakiwana? Tekst nie wspomina o tym ani słowem. Józef martwi się tylko o swoje własne szczątki, o Bożą obietnicę i o przyszłość Izraelitów, i pod tym względem faktycznie postępuje zgodnie z duchem przymierza, lecz nie przekazuje tego przymierza swojemu synowi Efraimowi, aby ten je wypełnił. Oczywiście Efraim – chyba że towarzyszył ojcu podczas pogrzebu swego dziadka – nigdy nie opuścił Egiptu, wychowywała go egipska matka, a jego dziadkiem był egipski kapłan; nigdy nie widział ziemi, o której mówi Józef, podczas gdy bracia Józefa byli tam pasterzami. (Mniej więcej cztery stulecia później Bóg będzie musiał wezwać innego Izraelitę będącego jedynym w swoim pokoleniu, który opuścił ziemię Egiptu, nauczył się innego języka, doświadczył życia na pustyni i wykształcił zdolności przywódcze raczej niż tylko umiejętność pracy…).

Czy Józef wie – on, człowiek, który ma sny i wizje i potrafi przewidzieć przyszłość króla, kraju, podczaszego i piekarza – czy wie także, co się stanie z Izraelitami po jego śmierci? Czy jest w stanie przewidzieć nadchodzące zniewolenie i prześladowania, mordowanie nowo-narodzonych dzieci, pozbywanie się słabych i bezużytecznych? Jaką ma relację z Bogiem, czy nie może modlić się do Niego, żeby zmienił ów dekret? Czy niewolnictwo Izraelitów jest w jakiś sposób konsekwencją jego własnego wcześniejszego zniewolenia, złym czasem, przez który będą musieli przejść, jeśli mają zostać ludem faktycznie związanym przymierzem? Innymi słowy – czy naprawdę jest jakiś plan, jakiś cel w tym, co czeka ich w przyszłości?

W judaizmie skupiamy się w dużej mierze na przełomowych momentach wyjścia z Egiptu, na wyzwoleniu z niewoli, które dokonało się dzięki pomocy Boga, który wysłał swojego posłańca, Mojżesza, żeby spierał się z faraonem, żeby dawał znaki, czynił cuda, a następnie aby otrzymał przykazania. Wywodzimy dużą część naszych nauczań moralnych z przykazania, aby zawsze pamiętać, pamiętać i jeszcze raz pamiętać, jak to było być bezsilnym i prześladowanym, pogardzanym, bezczeszczonym i wyśmiewanym, jak to było być zniewolonym – i zostać następnie wyzwolonym. W Szemot, czyli w księdze Wyjścia, odkąd Bóg odpowiedział na wołanie o pomoc, które dobiegło go od cierpiących Izraelitów, Bóg jest nieustannie obecny. Bóg mówi, Bóg robi, Bóg organizuje i załatwia, Bóg wpływa na rozwój wydarzeń. Lecz w czytanym tu przez nas zakończeniu księgi Rodzaju Bóg jest zaledwie mętną koncepcją, o której wspomina stary, umierający człowiek.

Księga Bereszit zaczyna się od wspaniałych, majestatycznych opisów całego kosmosu – „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię”, cały kosmos oraz samo życie! Na końcu tej księgi mamy zaś starego mężczyznę, prawnuka Abrahama, który zostaje złożony do trumny w Egipcie. Jak na tak szumne zapowiedzi, jest to mało efektowne zakończenie…. W pewien sposób przymierze umiera wraz z nim, gdyż nawet jeśli teoretycznie Jakub przekazał je Efraimowi, to ten nie wie tak naprawdę, co to oznacza ani jakie mogą spoczywać na nim w związku z tym obowiązki. Skąd mógłby to wiedzieć? Czy miał kiedykolwiek jakieś doświadczenia związane z Bogiem? Nie miał żadnych snów, wizji, nie otrzymał żadnych przykazań, nie doszło do żadnych spotkań. Co mógłby mu właściwie powiedzieć Jakub? „Tu oto, mój faworyzowany wnuku, jest obietnica, iż Bóg dał nam wspaniałą ziemię, ziemię mlekiem i miodem płynącą. A tak przy okazji, to twoja babcia zmarła przy porodzie twojego wujka Benjamina i znajdujemy się teraz w tym miejscu, gdyż tam panował okropny głód…”. Byłby to nieco niespójny i sprzeczny przekaz! Nie dostajemy żadnych dalszych rejestrów rodowych ani drzew genealogicznych. Nie wiemy nawet, czy Efraim i Menasze żenią się z Izraelitkami, swoimi kuzynkami, aby zostać jakoś włączonym do plemienia ich ojca, czy też żenią się z Egipcjankami; nie wiemy też, w jaki sposób wychowują dzieci, które widzi Józef. Przymierze „zostaje zgubione”, a kiedy w następnej księdze Mojżesz przychodzi do Izraelitów, ci nie za bardzo wiedzą, o czym mówi. Nie praktykują już obrzezania. Nie zachowali żadnych symboli swojej ziemi obiecanej, zapomnieli, gdzie ona jest i jak wygląda; nie zostały im żadne pozostałości upraw czy kamieni pochodzących z owego miejsca. Jedynym namacalnym przedmiotem będzie trumna Józefa i jego kości.

A co takiego mamy do dyspozycji MY sami? Co łączy nas z przeszłością naszego ludu, a w istocie z żydowską przyszłością? Sterta kości czy też zwłoki, stanowiące ogniwo łączące nas z tym, co było kiedyś? Wspomnienia o bratobójczej zdradzie? Pamięć o uwięzieniu, bezdomności albo wygnaniu? Wizja ziemi i przyszłości, w której będzie nie tylko mleko i miód, ale pożywienie i słodycz dla wszystkich, ziemia zbudowana na fundamencie sprawiedliwości i wdzięczności? Plany dotyczące tego, gdzie my sami chcemy być pochowani – w stosownym czasie? W jaki sposób patrzymy przed siebie i na czym opierają się nasze wizje? I gdzie zostaną złożone na wieczny spoczynek nasze kości? Niniejsza księga dobiega końca – ale wiemy, że historia ta będzie miała dalszy ciąg w kolejnej księdze. Jest to – pomimo wszystkiego, co się tu wydarza – pewien rodzaj pocieszenia!

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

VAYECHI

VAYECHI

Rabbi Dr. Walter Rothschild

This week’s sidra forms the end of the Book of Bereshit, Genesis, and winds up the period of the Patriarchs which commenced with Abraham’s ”call” at the beginning of Chapter 12. In Chapter 49 Jacob dies and in chapter 50 is buried with great honours at the cave of Machpela in Hebron which Abraham had bought as a family tomb when Sarah died, in the land of Canaan (although for some reason they are also somewhere ”across the Jordan” for a while; In chapter 50 Joseph also dies – but is not buried. Indeed, he will be mummified and encoffined and this coffin will then be taken by the Israelites when they leave Egypt over 400 years later, having escaped from slavery – his bones form a link with their past and when he is finally buried – at Shechem, at the end of the Book of Joshua – he will form a link back to Jacob as well, since it was this plot of land which Jacob had first purchased on his own return from Haran. The story 'hangs together’ somehow, if one takes a wider view – all too often we read it only in short disconnected chunks, in weekly portions, and run the risk of losing the overall context. By placing him there the Israelites are also symbolically 'taking ownership’ of their land, placing their ancient, deceased patriarch into its soil.

Joseph’s own death is, in a way, an anti-climax. He has reached 110 years, he has sons, grandsons and even great-grandsons, for it states that he saw Ephraim’s children to the third generation and also the children of Menashe’s son Machir were born while he was alive. (50:23). That is pretty good going! And yet – when it comes to dying, his sons are not mentioned. He does not speak to them, they do not stand by his bed. Instead it is the BROTHERS (actually half-brothers) who are worried and plead with him after Jacob has died, worried that he might now take revenge upon them for their cruelty to him, now that their joint father is dead; and it is to his Brothers that Joseph turns to take of them an oath that they (!!) will carry his bones up to the land God has sworn to Abraham, Isaac and Jacob – to their father, grandfather and great-grandfather – when they got the opportunity. Are all these brothers still alive, even though Joseph is the second-youngest of the clan? None are named, nor numbered. It is a bit strange.

So Joseph does not pass on any covenant to his son or sons, for his father Jacob has already done that (48:15-20) – indeed, prioritising the second-born Ephraim before Menashe. We do not read anything more of his wife Osnat the priest’s daughter after their marriage – was bearing just two sons normal for the time, for Egyptians? When and how and where does she die, or get buried, or be mourned? The text tells us nothing. Joseph’s concern is solely with his own remains, and with God’s promise, and with the future of the Israelites, and in this respect indeed he refers to the Covenant, but he does not commission his own son Ephraim to carry it out. Ephraim, of course – unless he accompanied his father to his grandfather’s funeral – had never left Egypt, had grown up with an Egyptian mother and an Egyptian priest for a grandfather, had never seen the land of which Joseph speaks, whereas the brothers had been shepherds there. Four centuries or so later it will be necessary for God to call upon the only other Israelite of his generation who has left the land of Egypt, learned another language, experienced the desert, developed leadership as opposed to labouring skills….)

Does he know – he, the man who has dreams and visions and can tell the future of a king, a country, a butler and a baker – also know what will happen to the Israelites after his death? Can he foretell the forthcoming enslavement and persecution, the murder of the new-born children, the disposal of the weak and useless? What relationship does he have with God, can he not pray to God to change the decree? Is the slavery of the Israelites in some form a consequence of his own earlier enslavement, a bad time they will have to go through if they are to become a truly covenantal people? In other words – is there really a Plan, a purpose in what is to come?

We focus in Judaism very much upon the transformational moments of the Exodus from Egypt, the Liberation from Slavery, with the help of a God who has sent his messenger, Moses, to argue with Pharaoh, to give signs, to work miracles, and later to receive the Commandments. We derive much of our moral teachings from the command to remember, remember and always remember what it felt like to be powerless and persecuted, despised, defiled, derided, to be enslaved – and to be liberated. In Shemot, in Exodus, once God has responded to the cry that God hears from the suffering Israelites, God is ever-present. God speaks, God does, God arranges, God influences. But in this end of Genesis, God is only a vague idea mentioned by an old dying man.

Bereshit begins with cosmic magnificence – ”In the Beginning, God made the heavens and the earth, the entire universe, and life itself!” The book dribbles to an end with an old man, the great-grandson of Abraham, being put into a coffin in Egypt. ”Not with a bang, but a whimper”. In a way, the covenant dies with him, because even though theoretically Ephraim has been handed it by Jacob, he does not really know what this means, what his responsibilities might be. How could he? What has he ever experienced of God? He has had no dreams, no visions, no commands, no encounters. What could Jacob even have told him? ”Here, my favoured Grandson, is the promise that God gave us a wonderful land, a land flowing with milk and honey. By the way, your grandmother died giving birth to your uncle Benjamin, and we are here right now because there was a dreadful famine there…..” That would be a bit inconsistent and contradictory! We do not get further genealogical lists or family trees. We do not even know whether Ephraim and Menashe marry Israelite girls, cousins, in order somehow to be absorbed into their father’s tribe, or Egyptian ones; nor how they raise the children which Joseph sees. The covenant ”gets lost” and when Moses comes to the Israelites in the next book, the Israelites have little idea what he is talking about. They have neglected circumcision. They have kept no symbols of their promised land, they have forgotten where it is or how it looks, they have no relics of the crops there or stones from there. All they have, in a tangible way, will be Joseph’s coffin and his bones.

What do WE have to link us to our people’s past, and indeed to the Jewish Future? A pile of bones, of corpses, that bind us to what used to be? Memories of fratricidal betrayal? Memories of imprisonment or homelessness or exile? A vision of a land, a future where there will be not just milk and honey but nourishment and sweetness for all, a land built on justice and gratitude? Plans for where we ourselves want to be buried – whenever that may be appropriate? How do We look forward and on what are our visions based? And where will our bones be put to rest? This book ends – but we know the story will continue in the next volume. This is – despite everything that happens there -a form of comfort!

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Wajeszew

Upokorzenie Józefa.

Refleksja nad paraszą  Wajeszew

 

Menachem Mirski

Porcja Tory na ten tydzień zaczyna się od opowieści o tym, jak Jakub osiedla się w Hebronie ze swoimi dwunastoma synami. Jego ulubionym synem jest siedemnastoletni Józef, o którego jego bracia są zazdrośni, gdyż jest faworyzowany przez ojca. Żeby jeszcze pogorszyć sprawę, Józef opowiada swoim braciom dwa swoje sny, które przepowiadają, że jego przeznaczeniem jest rządzić nad nimi, co oczywiście jeszcze zwiększa ich zawiść i nienawiść. Na początku planują go zabić, ale zamiast tego upokarzają go i sprzedają do niewoli w Egipcie.

Możemy sobie tylko wyobrazić cierpienie, żal, poczucie rozpaczy i złość, jakich doświadczył Józef. W tego typu sytuacjach ludzie – w zależności od ich temperamentu – pragną zemsty, chcą, aby sprawcy zostali potępieni i/albo domagają się sprawiedliwości. W Talmudzie w traktacie Bawa Kama (83b i na dalszych stronach) rabini debatują nad słynnym starożytnym prawem „oko za oko, ząb za ząb”. Prawo to prawdopodobnie przestało być dosłownie stosowane na początku okresu Drugiej Świątyni i z pewnością nie było stosowane na początku ery chrześcijańskiej. Wiemy o tym z Miszny, gdzie zostaje ono zastąpione przez zbiór praw dotyczących odszkodowań za wyrządzenie różnego rodzaju szkód. Kodeks zaczyna się od ogólnego prawa:

Jeśli ktoś zrani drugiego, ma obowiązek zapłacić odszkodowanie za spowodowany uraz tytułem pięciu rodzajów rekompensat: musi zapłacić za szkody, za cierpienie, za koszty leczenia, za utratę środków do życia i za upokorzenie. (Miszna, Bawa Kama 8, 1)

Temat ten zostaje następnie szczegółowo omówiony we wszystkich kolejnych misznajot w rozdziale 8. Jednakże Talmud (Gemara) zaczyna od poddania w wątpliwość samej koncepcji wypłacania odszkodowania zamiast dosłownego przestrzegania prawa biblijnego. Następnie rabini analizują inne przypadki, w których doszło do wyrządzenia szkody (jak choćby te, w wyniku których ucierpiały zwierzęta albo czyjaś własność). Po znalezieniu kilku usprawiedliwień wyjaśniających, dlaczego prawo to nie jest przestrzegane dosłownie, dochodzą do wniosku, że rekompensata pieniężna za poniesioną stratę jest najbardziej prawowitą opcją, biorąc pod uwagę, iż zapłacenie szkodą za szkodę jest w istocie niemożliwe, jako że niemożliwe jest odpłacenie się dokładnie taką samą szkodą. W taki sposób prawo misznaickie zostaje przywrócone i otrzymuje mocne uzasadnienie oraz dalsze rozwinięcie.

Kilka stron później  (Bawa Kama 86b) rabini debatują nad przypadkiem, który ma szczególne znaczenie w kontekście naszej historii biblijnej: nad upokorzeniem.

„A gdy Józef przyszedł do braci swoich, ściągnęli z Józefa szatę jego, szatę z długimi rękawami, którą miał na sobie, pochwycili go i wrzucili go do studni. A studnia ta była wyschnięta, nie było w niej wody”. (Rdz 37, 23-24)

Abstrahując od naszej opowieści biblijnej, prawa rabiniczne dotyczące upokorzenia (czyli na przykład zawstydzenia kogoś w miejscu publicznym, obnażenia czyjejś nagości albo niszczenie jego reputacji) są dość interesujące. Aby pokazać wam małą próbkę, oto krótki fragment Gemary:

Mędrcy nauczali w barajcie: Jeśli ktoś upokorzył kogoś, kto był nagi, ponosi za to odpowiedzialność, lecz stopień upokorzenia doznanego w sytuacji, jeśli upokorzył go, gdy ten był nagi, jest nie do porównania ze stopniem upokorzenia doznanym, gdyby był go upokorzył, kiedy był ubrany, jako że ten, kto decyduje się chodzić nago, jest mniej wrażliwy na upokorzenie. Podobnie, jeśli ktoś upokorzył kogoś w łaźni, ponosi za to odpowiedzialność, lecz stopień upokorzenia doznanego w sytuacji, jeśli upokorzył go w łaźni jest nie do porównania ze stopniem upokorzenia doznanym, gdyby był go upokorzył na placu targowym (Talmud, Bawa Kama 86b).

Jak widać już na podstawie tego fragmentu, rabini uważnie analizowali liczne okoliczności, w ramach których doszło do aktu upokorzenia. Biorą również pod uwagę czynniki psychologiczne i społeczne, na przykład czy istotą upokorzenia jest tylko uczucie zawstydzenia albo czy jest nim publiczne zawstydzenie widziane przez innych. Dochodzą do wniosku, że prawo dotyczące tego typu kwestii powinno opierać się raczej na obiektywnych dowodach krzywdy niż na uczuciach poszkodowanego. Z tego powodu wyłączyli na przykład osoby obłąkane/chore psychicznie z grona osób mających prawo do odszkodowania za zostanie zawstydzonym/upokorzonym w miejscu publicznym, twierdząc, że takie osoby są już upokorzone par excellence, więc nie można (praktycznie) wyrządzić im już żadnych dalszych szkód. Wielu żyjącym współcześnie osobom może się to wydawać brutalne albo nawet nieludzkie, sądzę jednak, że za tym prawem stały pewne przesłanki praktyczne: 1) w takim przypadku trudno było zdefiniować granice odpowiedzialności (z powodu braku zorganizowanych instytucji zajmujących się takimi osobami) oraz 2) osoba chora psychicznie mogłaby teoretycznie zgłaszać nieskończone roszczenia finansowe.

Wracając do naszej opowieści biblijnej, Józef nie miał żadnych możliwości, aby pozwać swoich braci za całe cierpienie, upokorzenie i krzywdę, jakie mu wyrządzili. Ludzkie sądy nie były mu więc pomocne, jako że (w kontekście tej opowieści) w ogóle nie istnieją.  Oczywiście owe ludzkie instytucje sprawiedliwości mogą zawodzić także wtedy, kiedy istnieją i możemy się do nich odwołać. Józef musiał znosić traumę i cierpienie w okropnych warunkach egipskiego więzienia przez długi czas, zanim otrzymał swoją ostateczną rekompensatę od wyższego, Bożego sądu. W moim przekonaniu właśnie to uczyniło możliwym jego późniejszy akt przebaczenia i jest to jedno z przesłań ukrytych pomiędzy wersetami tej opowieści biblijnej. Właśnie dlatego uważam, że nie powinniśmy nigdy oddzielać przebaczenia od potrzeby poczucia sprawiedliwości doznawanej w związku z konkretną sytuacją. W większości przypadków bez zaspokojenia owej potrzeby realne i prawdziwe przebaczenie (którego nie należy mylić ze zwykłym aktem zapomnienia) nie jest w istocie możliwe.

Szabat szalom.

Menachem Mirski

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

WAJESZEW

WAJESZEW

Rabin dr Walter Rothschild

„A Jakub mieszkał w ziemi, gdzie ojciec jego był gościem, w ziemi kananejskiej” (Rdz 37, 1).

Wielu komentatorów próbowało wyjaśnić to przepełnione tak głębokim znaczeniem zdanie, które zwraca uwagę na pewne fundamentalne pytania dzięki temu, iż przeciwstawia sobie dwa pojęcia – „mieszkać” gdzieś albo „być gościem, być gdzieś tylko przelotem” (ang. to wander) – używane często w tym kontekście angielskie słowo „sojourn” oznacza właśnie „zatrzymać się gdzieś podczas podróży”. Co to znaczy „mieszkać” w jakimś miejscu? Stać się obywatelem? „Zapuścić korzenie”? Nabyć jakąś własność i posiadać ziemię albo dom? Mówić w miejscowym języku tak dobrze, jak ci, którzy tam dorastali, bez obcego akcentu? Podzielać tę samą kulturę, religię i wartości, co większość ludności, która jest tam „u siebie”?  A ponadto – kto nadaje krajowi jego nazwę? Kto ma „prawo” tam mieszkać? Czy prawo to można odziedziczyć, czy można walczyć o prawo do nazywania danego kraju „swoim własnym”? Czyż każde państwo nie jest w praktyce częścią tej samej planety – jakie więc znaczenie mogą mieć granice i ograniczenia, czy nie jesteśmy WSZYSCY zaledwie wędrowcami przemierzającymi powierzchnię Ziemi? Co dzieli, a co łączy? Zdążyliśmy już poznać w Torze ludzi twierdzących, iż są „królami” Geraru, Sodomy, Egiptu i tak dalej. Kto ich nimi uczynił i jakie mają prawo rządzić? Królowie mają zwykle niezdrową tendencję do używania (albo nadużywania) religii do potwierdzenia swoich roszczeń do ziemskiej władzy; rekrutują uległych kapłanów, żeby wystawili im „certyfikat koszerności”, żeby ogłosili, iż królowie ci zasiadają na swoich tronach z woli Boga albo bogów. Jest to odwieczny zwyczaj i ludzie wciąż się na niego nabierają, nawet teraz!

Z wersetem tym wiąże się tak wiele głębszych znaczeń, że można by o nim mówić przez tydzień. W istocie również ojciec Jakuba, Izaak, urodził się w tym miejscu – to jego dziadek Abraham wyemigrował z Iraku przez Syrię. Matka Jakuba, Riwka, została sprowadzona z Haranu (Syrii), aby poślubić Izaaka, zaś jego brat bliźniak Ezaw z czasem wyrusza do miejsca, które otrzyma nazwę Edom od jego czerwonawego koloru. Edom położony jest na wschód od Jordanu, a Kanaan na zachód; Jakub musiał zbiec przed gniewem swojego brata i jego pragnieniem zemsty, uciekając na północ, do Syrii, a kiedy w końcu powrócił, musiał znów spotkać się z Ezawem, aby zawrzeć z nim niepewne zawieszenie broni; następnie zakupił nieco ziemi w Szechem na północy kraju (teraz miejsce to zwie się Nablus – jest to arabska wersja greckiej nazwy „Neapolis”, która oznacza po prostu „nowe miasto”) – które zostało wybudowane w miejscu i na pozostałościach dawnego miasta – widzicie, nawet samo nazewnictwo odzwierciedla różne okresy historii, różnych mieszkańców i ich kultury. (Podobnie jak w przypadku nazw Danzig i Gdańsk, Breslau i Wrocław….). Jednakże z powodu gwałtownych wypadków Jakub nie mógł tam pozostać i musiał skierować się dalej na południe, do Kanaanu….

Tak, osiedla się tu z dwunastoma synami (przynajmniej przez jakiś czas) oraz zhańbioną i niemającą szans na małżeństwo córką – nigdy nie słyszymy, żeby Dina później wyszła za mąż – ale wkrótce jeden z synów, jego ulubieniec, zniknie i zostanie uznany za zmarłego. Wiele lat później syn ten odnajdzie się w cudowny sposób i jego rodzina przybędzie do Egiptu, żeby uratować się przed głodem; gdy faraon zapyta Jakuba, ile ma lat, ten odpowie (Rdz 47, 9): „jemej szenej meguraj szeloszim-umea szana” – „czas mojego PIELGRZYMOWANIA (ang. wanderings) wynosi sto trzydzieści lat” – a następnie powie o przeżytych przez siebie latach, że były „meat weraim” – „krótkie i złe” i nie tak długie, jak „lata życia ojców moich w czasie ich pielgrzymowania” (ang. sojournings) – „welo hisigu et-jemej sznej chajaj awotaj, bimej m’gurejhem”. Nigdy nie słyszymy Jakuba mówiącego, iż miał kiedykolwiek poczucie „zapuszczenia korzeni” w jakimś miejscu; wydaje się, że w swoim odczuciu zawsze był wędrowcem, podobnie jak jego przodkowie.

Czy można to wyjaśnić mówiąc, iż był nomadą, mieszkającym w namiotach, a nie w miastach? Że należał do wędrującej z własnej woli mniejszości? To jedno możliwe wyjaśnienie. Istnieją – zawsze istniały – osoby, które wolą podróżować, na przykład na morzach albo jako kupcy, kierowcy bądź odkrywcy; ludzie, którzy zdają się spędzać dużą część swojego życia raczej w pociągach i samolotach albo na autostradach, może jako nomadyczni pasterze, a może nawet jako bezdomni żebracy – aniżeli być na trwałe przypisanym i „uwiązanym” do jakiegoś konkretnego miejsca. Jednakże byli też inni, którzy chcieli się gdzieś osiedlić, którzy chcieli poczuć się gdzieś „jak w domu”, a może nawet sądzili, że udało im się to osiągnąć, wybudowali domy i obsiali swoje pola – lecz potem znowu zostali zmuszeni do przeprowadzki.

Żydzi spędzili większość swej historii jako mniejszość w państwach innych narodów – nawet jeśli słowo „naród” oznaczało coś innego w III wieku p.n.e. albo w XIX wieku n.e. i mogło być używane w znaczeniu plemiennym, etnicznym albo politycznym. Nie zawsze mieliśmy poczucie, że jesteśmy gerim, że jesteśmy gdzieś tylko przelotem; zaś ger toszaw  to obcy, który z tobą mieszka, w odróżnieniu od kogoś, kto ma tylko powiedzmy wizę tranzytową, turystyczną albo pracowniczą. Ger toszaw  to ktoś, kto imigruje i integruje się. Właśnie tak, często czuliśmy, że jesteśmy gdzieś faktycznie „w domu” – to ideologia syjonizmu skonfrontowała Żydów z niekomfortową prawdą, że nawet po tym, jak wszyscy inni przestali być zaledwie poddanymi różnych królów, książąt i cesarzy, stając się teraz obywatelami nowo uformowanych narodów, Francuzami, Włochami, Austriakami albo Niemcami – to Żydzi dalej pozostali Żydami, wciąż byli odrębną mniejszością i byli postrzegani jako odmienni i obcy, często wzbudzając   dyskomfort albo nawet uczucie zagrożenia. Syjonizm powiedział Żydom – „możecie to po prostu zaakceptować i obrócić w coś pozytywnego – w znak, że musicie iść i osiedlić się w swojej WŁASNEJ ojczyźnie”. Miało to jednak wiele ironicznych konsekwencji. Ole albo ola, czyli ktoś, kto dokonuje aliji do Izraela, pozostaje do końca życia ole; natomiast ich urodzone już tam na miejscu dzieci są sabrami. Rdzennymi mieszkańcami. Obecnie jesteśmy świadkiem interesującego odwrotnego procesu: niektórzy Izraelczycy decydują się (z różnych całkiem uzasadnionych powodów) przenieść się do Ameryki albo do Europy i pozostają Izraelczykami w Ameryce i Europie, nawet jeśli osiedlą się tam i wezmą tam ślub; ale ich dzieci – czy są Izraelczykami, czy też Amerykanami mającymi izraelskiego ojca? Polakami pochodzenia izraelskiego czy może Izraelczykami mieszkającymi w Polsce?

A co z takimi społeczeństwami „tygla narodów”, jak Stany Zjednoczone albo Australia, gdzie NIKT z przodków obecnych białych mieszkańców nie mieszkał na tamtej ziemi wcześniej niż najdalej kilka stuleci temu, kiedy to przenieśli się tam celowo, lecz z zamiarem osiedlenia się i  to bez proszenia o pozwolenie żyjącej tam już ludności! Zaś prawdziwi rdzenni mieszkańcy czy też aborygeni są teraz spychani do statusu mniejszości i podklasy w swoich własnych krajach? A co z państwami i kontynentami, które dostały nawet zupełnie nowe nazwy? „Virginia” nazwana na cześć królowej Elżbiety I, „Królowej Dziewicy”? [ang. virgin to „dziewica” – przyp. tłum.]  A Waszyngton na cześć generała i męża stanu? Albo Karoliny po królu Karolu? Luizjana na cześć króla Ludwika? Nowa Południowa Walia, która została nazwana na cześć „starej” Południowej Walii, albo Wiktoria po innej brytyjskiej królowej? Nawet nazwa „Ameryka” pochodzi od odkrywcy Amerigo Vespucciego z Florencji (1454-1512), któremu w roku 1502 udało się w istocie wywnioskować, że Brazylia nie może być wschodnim wybrzeżem Chin, a zatem musi być inny kontynent blokujący drogę z Portugalii do Azji. W roku 1507 ów „Nowy Świat” został następnie nazwany zlatynizowaną formą jego pierwszego imienia. Cóż za sława!

Akty nazywania kryją w sobie wiele ironii. „Transjordania” to nazwa nadana w  roku 1922 obszarowi położonemu „po drugiej stronie Jordanu” patrząc z zachodu, (na zachód od Jordanu była „Cisjordania”, co oznacza: „ta strona”). W roku 1946 państwo to zyskało niepodległość jako „Transjordania”, ale dwa lata później, po tym, jak zajęło ziemię na zachód od rzeki, czyli „Brzeg Zachodni” – zmieniło nazwę na Jordańskie Królestwo Haszymidzkie – jako że teraz było położone po obu stronach rzeki, a nie „za” nią! Z perspektywy biblijnej, gdy Izraelici podążający za Mojżeszem znaleźli się w ziemi Moabskiej, termin „po drugiej stronie Jordanu” oznacza w istocie „patrząc ze wschodu na zachód”! Zaś nazwa „Żydzi” pochodzi stąd, iż uważano, że ludzie ci wywodzą się od ludu Judei – jak choćby Mordechaj, który opisywany jest właśnie jako „isz jehudi” w Megilat Ester – natomiast drugie królestwo ustanowione po śmierci Salomona nazywało się „Izrael”!

Czy zatem „mieszkanie” w jakimś miejscu wiąże się z tym, iż można nadać mu dowolną nazwę, jakiej sobie tylko zażyczymy? A może ze zdolnością zakupienia ziemi i urządzenia się tam, kupowania raczej niż wynajmowania, ze zdolnością budowania i zakorzeniania się? Z możliwością głosowania? W kraju, który zwykł być „Zjednoczonym Królestwem”, słyszy się głosy mówiące obywatelom innych państw europejskich, że pod takim czy innym względem nie są „wystarczająco brytyjscy”, nawet jeśli żyli tam być może i pracowali przez dziesięciolecia, płacąc podatki i kształcąc tam swoje dzieci – nie, nagle „Byłe Zjednoczone Królestwo”, jak je nazywam, rozpadło się na sprzeczające się z sobą mniejszości i nawet ja, który się tam urodziłem, wychowałem i zdobyłem edukację, który tam „mieszkałem”, choć mój ojciec przybył tam jako uchodźca, bezpaństwowy wędrowiec, teraz sam czuję się niczym wędrowiec w obcym kraju, który nie wydaje mi się już „mój własny”. I wiem, że nie tylko ja się tak czuję. Całość nastrojów politycznych i społecznych została zatruta, gdy każda grupa mówi innym, że „nie są tu u siebie”. Nie tylko dlatego, że są Żydami (choć było to w istocie podnoszone jako problem), ale ponieważ są proeuropejscy albo antyeuropejscy, są za Szkotami bądź przeciwko Szkotom, za Walijczykami albo przeciwko Walijczykom, za demokracją albo za referendum albo co tam jeszcze. A z tego, co rozumiem sytuacja w niektórych innych krajach europejskich – nie tak bardzo odległych – nie jest o wiele lepsza.

Wszyscy krzyczą. Nikt nie słucha.

Właśnie taki bywa często problem z wersetami biblijnymi, zwłaszcza tymi, które na pierwszy rzut oka wydają się tak proste i nieszkodliwe. Wyskakują nam nagle przed nosem i wytrącają nas z równowagi, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Właśnie dlatego trzeba czytać, i to czytać uważnie, oraz starać się wyprowadzać z czytanych tekstów możliwie jak najwięcej lekcji i stosować je w życiu najlepiej, jak tylko potrafimy. Niektóre sprawy mogą się wydawać stare i staroświeckie, ale jest wiele takich, które nigdy się nie zmieniają.

Szabat Szalom,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

NOACH

KAZANIE NA PARASZAT NOACH

Rabin dr Walter Rothschild

3.6mm rocznie; o tyle podnosi się obecnie najwyraźniej poziom morza każdego roku…. Pod koniec historii o potopie Bóg obiecuje (Rdz 9, 11), że nigdy nie sprowadzi ponownie na Ziemię potopu, a przynajmniej że nie sprowadzi potopu w postaci zalania ziemi wodą – jest jeszcze wiele innych dostępnych opcji destrukcji – ale Bóg nie mówi, że ludzkość nigdy nie sprowadzi na siebie takiego potopu  własnoręcznie. Jeśli dla Boga tak ważne było zapewnienie, że Noe uratuje, ocali i zapewni ciągłość dzięki zachowaniu okazów wszystkich gatunków – to co to oznacza, jeśli my każdego roku doprowadzamy do wyginięcia kilku gatunków? Jak długo będzie trzeba, zanim nie tylko wybrzeża innych, odległych kontynentów, ale również duże obszary północnej i środkowej Europy zostaną zalane – i gdzie wtedy pójdą uchodźcy? I gdzie będziemy wtedy uprawiać będące źródłem pożywienia plony? Nasuwa się w tym kontekście wiele pytań.

W sidrze Noach pojawia się wiele niespójności i sprzeczności. Sam Noach nie jest wcale bohaterem – rabini skwapliwie podkreślają stwierdzenie głoszące, iż był on „dobry w swoich czasach”, aby pokazać, jak relatywistyczne jest to pojęcie. Jego ojciec nadał mu imię „Noach” – przyświecała mu tu celowo koncepcja, nadzieja albo proroctwo, że jako iż Noe pochodzi z dziesiątego pokolenia, przyniesie światu „wytchnienie” – „menucha” – i że w istocie oczyści świat od przekleństwa, jakie Bóg nałożył na ziemię jako karę za to, co uczynił Adam. (Nie jest to to samo, co doktryna „grzechu pierworodnego”). I cóż – w czasach Noacha świat faktycznie został doszczętnie oczyszczony, ale raczej w destrukcyjny niż w konstruktywny sposób. Pod koniec tej historii Bóg nie obiecuje, że nigdy więcej nie zniszczy Ziemi; Bóg mówi tylko: „Nigdy więcej za sprawą POTOPU” – zostawiając sobie tym samym wiele innych opcji (czarna dziura? Meteoryt? Susza? Promieniowanie?).

Opowieść o potopie to ostatni raz, kiedy w Torze będzie mowa o „całym świecie” jako o jednej całości. Historie o stworzeniu mówią o świecie jako o „tym Świecie” – części jedności opisywanej jako „Niebo i Ziemia” – ale wkrótce ta jedność zostanie podzielona na różne języki, a następnie na różne kultury i różne ludy, grupy etniczne i narody, z których każdy będzie myślał tylko o swoich własnych interesach, każdy będzie gotowy na wejście w konflikt z innymi i będzie skupiał się nie na „świecie”, ale tylko na „mojej części świata”. „Ta ziemia, tamta ziemia, ziemia tego i tego, ziemia, którą opuściliśmy, ziemia, która została nam przyobiecana…”. Później niektórzy prorocy i psalmiści będą głosić wizję uniwersalistyczną, iż Bóg „przybędzie, aby osądzić Ziemię”, ale będzie to o wiele później i jest to bardziej mesjanistyczna wizja przyszłości.

  Noach został wybrany przez Boga jako ten, który ma ocaleć, wraz ze swoimi trzema synami (i ich żonami, których imion nigdy nie poznajemy); wybrano również niektóre zwierzęta, które miały przetrwać, ale nigdy nie mówi się nam, co czyni je tak wyjątkowymi, że to właśnie one, a nie inne, zasługiwały na ocalenie. Nie mówi się nam też, dlaczego reszta nie zasługiwała na ocalenie. Obecnie mierzymy się z następującym pytaniem: ilu z NAS może zostać wybranych jako ci, którzy ocaleją? Jak często widzieliśmy w ostatnich latach obrazy zalanych miast i krajobrazów (nie było to wprawdzie morze, technicznie rzecz biorąc była to ziemia – ale znajdująca się pod wodą?). Jak często widzieliśmy budynki, drzewa i wały przeciwpowodziowe wystające znad powierzchni wody po wysokiej fali, silne opady deszczu, tsunami, potopy? Jest to zaprzeczenie pierwotnego podziału pomiędzy obszarem mokrym i suchym, jakiego dokonano w Rdz 1, 9 i kolejnych wersetach. Odpowiedź może zależeć od tego, w jakim zakresie i jak szybko nauczymy się ponownie myśleć o „Jednym Świecie” raczej niż o „naszej własnej osobistej arce”.

Tak zwana „teoria chaosu” sformułowana przez matematyka i meteorologa  Edwarda Lorenza (1917-2008) mówi o sposobie, w jaki – jeśli wystarczająco się w to wgłębić – wszystko jest ze sobą wzajemnie powiązane. Najlepiej znany przykład, choć nie zawsze dobrze rozumiany, mówi o motylu w dżungli Amazońskiej, który zatrzepotał skrzydłami, czego ostateczną konsekwencją może być huragan w jakimś innym miejscu, np. w Europie. Wszystko jest powiązane z wszystkim innym – ale nie wiemy, w jaki sposób. Teraz zaś mierzymy się z tym, co określę „Nową teorią chaosu Rothschilda”: jeśli owego motyla już tam nie ma i zatem nie może zatrzepotać swoimi skrzydłami, ponieważ padł ofiarą pestycydów albo jego  środowisko naturalne zostało zniszczone, to wówczas ta NIEOBECNOŚĆ jego małego ruchu również może doprowadzić do katastrofy naturalnej w jakimś innym miejscu. A więc nieobecność niektórych owadów i roślin może na przykład doprowadzić do nieobecności ptaków i innych drapieżników, co z kolei prowadzi do migracji albo wyginięcia kolejnych gatunków, które były zależne od tej części łańcucha pokarmowego. I tak dalej. Nadmiernym uproszczeniem będzie może mówienie o tym, że palenie drzew w Brazylii może doprowadzić do spalenia drzew w Kalifornii, ale takie postawienie sprawy może pomóc nam zdać sobie sprawę, że spalenie tych pierwszych może doprowadzić do ogólnego ocieplenia i jeszcze bardziej suchego klimatu, co w konsekwencji może się przyczynić do spalenia tych drugich drzew. W 1 rozdziale księgi Rodzaju, który jest oczywiście poematem, a nie traktatem naukowym, zostało jasno stwierdzone, że ziemia, woda, rośliny, światło, wszelkie pełzające stworzenia, ptaki i ryby wszystkie mają rolę do odegrania gdzieś na świecie – a nie TYLKO stworzony szóstego dnia człowiek.

Tak więc jedno płynące z tego przesłanie jest takie, że katastrofa, gdy już nadchodzi, nie szanuje tak zwanych sztucznych granic narodowych ani nawet granic etnicznych czy kulturowych. Jest posłuszna prawom naturalnym. Czasem malutki, nieudolny homo sapiens nie może na to nic poradzić – przeciwko wulkanowi, trzęsieniu ziemi, tsunami czy meteorytowi – ale czasem faktycznie moglibyśmy mieć wpływ – mały wpływ, ale lepsze to niż nic – jeśli i my będziemy przestrzegać praw naturalnych. Jeśli będziemy szanować łańcuch pokarmowy oraz nasze w nim miejsce, jeśli uszanujemy potrzebę, żebyśmy przetrwali nie tylko my jako ssaki, ale żeby przetrwały również pewne inne formy życia i rośliny, jak również woda, powietrze i ogólne warunki atmosferyczne – nie pobłogosławimy tym samym Ziemi, ale uda nam się być może zredukować przekleństwo.

Powoli, być może zbyt powoli, ale nieuchronnie, uczymy się dostrzegać alternatywy. Słowo Szamajim – Niebiosa – zapisane jest w liczbie podwójnej; ale haArec, Ziemia, jest w liczbie pojedynczej.

            Szema Jisrael, HaArec Beitejnu, HaArec Echad.

           Słuchaj Izraelu, świat jest naszym domem, świat jest jeden.

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Za Duża, Musi Upaść

Za Duża, Musi Upaść

Refleksje Nad Paraszą Noach

W czytanej w tym tygodniu paraszy znajdziemy dwie wielkie narracje, które leżą u podstaw cywilizacji judeo-chrześcijańskiej i które inspirują ludzi od wieków: opowieść o Noachu i potopie, jak również historia o wieży Babel. Początek opowieści o Noachu mówi o wielkim skażeniu, jakie przenikało ziemię. Zacytujmy Torę:

I widział Bóg ziemię, a oto skażona, bo skaziło wszelkie ciało drogę swą na ziemi. (Rdz 6, 12, tłum. I. Cylkow).

Hebrajskie słowo niszkhata (od rdzenia szakhat), tłumaczone jako „skażona” niesie w sobie również inne synonimiczne znaczenia, takie jak: być zepsutym, zniszczonym, rannym, zrujnowanym albo zgniłym. W poprzednim wersecie:

I skażona była ziemia przed Bogiem; i napełniła się ziemia bezprawiem. (Rdz 6, 11)

pojawia się hebrajskie słowo hamas, które również oznacza przemoc, okrucieństwo, niesprawiedliwość. Zgodnie z tą narracją jedynym lekarstwem na ów straszny stan rzeczy panujący na ziemi było oczyszczenie tej „okropnej nieczystości” za pomocą największej wody, jaką kiedykolwiek widziała planeta Ziemia.

Mamy zatem skażenie i odnowę życia, jest to jednak brutalna odnowa. Ludzkość została zdziesiątkowana, nic dziwnego zatem, że w innej opowieści przedstawionej w tej samej paraszy czytamy:

I była cała ziemia mowy jednej i wyrażeń nielicznych. (Rdz 11, 1)

Hebrajskie słowo safa (język) ma również inne znaczenia, takie jak: brzeg, granica, oprawa i są to w istocie pierwotne, a nie drugorzędne znaczenia tego słowa.1

Jeśli mamy prawo założyć, iż po tym wielkim, mającym służyć oczyszczeniu zajściu nie zdążyły się jeszcze zróżnicować nie tylko języki, ale również ludzkie przekonania i systemy wartości, to oferuje nam to nieco inną (w moim przekonaniu głębszą) perspektywę na historię, którą znamy jako „mówiącą o pomieszaniu języków” i w której aspekt prostej, codziennej i praktycznej komunikacji schodzi na drugi plan.

Wedle tej wykładni historii o wieży Babel owo wspólne ludzkie przedsięwzięcie zakończyło się porażką nie tylko dlatego, że ludzkość utraciła wspólny język, ale również dlatego, iż straciła wspólną płaszczyznę porozumienia: wspólne wartości i cele, które zróżnicowały się podczas budowy wieży Babel. Co więcej, przedsięwzięcie to nie musi być rozumiane w negatywny sposób. Według rabina Jonathana Eibeschuetza, który żył w osiemnastowiecznej Pradze (i był uważany za „heretyckiego rabina”, gdyż promował uniwersalne braterstwo i równość płci), celem tego przedsięwzięcia było dotarcie na księżyc. W swoim dziele Tiferet Jehonatan, rabin Eibeschuetz pisze:

„(…) ich rozumowanie było w pełni naukowe: każdy deszcz jest skutkiem gazów i pary – cząstek wodnych unoszących się z ziemi. I właśnie tak powstają chmury; i właśnie tak woda spada w dół. Żadna woda nie może spaść z samego nieba. Na podstawie obserwacji wyliczyli, że te chmury, które tworzy gęsta para unosząca się z ziemi, w najlepszym wypadku unoszą się nie wyżej niż na wysokość pięciu mil. Siłą rzeczy wynika z tego, że bardziej delikatna para składająca się z cząsteczek wody nie uniesie się wyżej niż na tę wysokość. W przeciwnym wypadku na tych większych wysokościach znajdowałyby się również i gęstsze chmury. A zatem ich plan był taki, żeby wybudować wieżę wyższą niż te chmury, tak żeby mieć miejsce, gdzie już nigdy więcej nie spadnie na nich deszcz”.

Wtedy nie byłoby już potopów. Wtedy nie trzeba by się już dobrze zachowywać. Wedle rabina Eibeschuetza ludzie z tamtego pokolenia postrzegali też księżyc jako planetę nadającą się do zamieszkania w stopniu nie mniejszym niż planeta ziemska. Wierzyli, że uda im się dotrzeć na księżyc i na nim zamieszkać, jeśli zbudują statek, który może „unosić się w powietrzu”, unoszony ogromnym żaglem, gdyż wydawało im się, że tak naprawdę wszystkie wiatry wznoszą się z ziemi i kierują się do góry.

Ale, oczywiście, ich plan zakończył się porażką. Utracili swój „wspólny język” w głębszym znaczeniu tego słowa, tak jak sugerowałem powyżej. Jest to problem, z którym ludzkość nigdy nie przestała się zmagać, co wydaje się być dla nas szczególnie widoczne dzisiaj. Nasze zachodnie społeczeństwa są rozdarte pod względem ideologicznym. Dręczone są niespójnością i nieprzystawalnością deklarowanych systemów wartości i wizji świata.

Co istotne, linie tych wszystkich podziałów nie przebiegają wzdłuż granic narodowych, kulturowych czy religijnych, lecz dzielą w zasadzie wszystkie spośród tych grup. Multikulturalizm jest zatem jak najbardziej możliwy, by był jednak trwały, musi być zbudowany na wspólnych fundamentach, na wyznawanych przez wszystkich wartościach.

Czy takowe wspólne wartości istnieją? Oczywiście, że tak. Przekonanie, że ich nie ma, wynika z nadmiernej ideologizacji naszego życia. Gdy skupimy się na praktyce, okazuje się, że wcale nie jest trudno je odnaleźć. Owe wartości, co do których jak sądzę wszyscy się zgodzimy, to np. szacunek dla innych, bycie uczciwym, odpowiedzialnym, wdzięcznym, wyrozumiałym, współczującym, kochającym. To pierwsze co przychodzi mi na myśl, wierzę, że ta lista jest znacznie dłuższa.

Warto odrzucić gigantyzm, utopie, maksymalizm i wszystkie systemowe wizje „zbawienia świata, które nadejdzie, jeśli tylko reszta ludzkości będzie nas słuchać i czynić tak, jak wymyśliliśmy my”, bo jesteśmy albo najmądrzejsi ze wszystkich ludzi i mamy remedia na wszystkie problemy, albo też mandat od samego Boga, którego jesteśmy bezpośrednimi na ziemi namiestnikami. Takie podejście jest skazane na porażkę, bowiem nigdy nie pozyskamy poparcia wszystkich dla naszej wizji. Nawet gdyby komukolwiek to się kiedykolwiek udało, nie będzie to trwałe. Wierząc w podobne utopie, skazujemy samych siebie na wieczną frustrację i przeoczamy bardzo wiele z codzienności. Wszystko dobre, co ludzkość osiągnęła dotychczas ma swoje źródło we wzajemnym zrozumieniu i współpracy począwszy od najbardziej podstawowego poziomu – poziomu codziennego, praktycznego życia. I fakt, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, i że nie wierzymy, iż możemy dolecieć na księżyc za pomocą statku z wielkim żaglem dowodzi, że ta nasza wzajemna współpraca układała się dotychczas całkiem nieźle, mimo odwiecznych, międzyludzkich, ideologicznych różnic.

Szabat szalom!

Menachem Mirski

Tłum.: Menachem Mirski, Marzena Szymańska-Błotnicka

1 Zgodnie z: Marcus Jastrow, Dictionary of The Targumim, Talmud Babli i Jeruszalmi oraz literatura midraszowa.

W niewoli rodzicielskiej nieuwagi i braterskiej zazdrości

W niewoli rodzicielskiej nieuwagi i braterskiej zazdrości

Mati Kirschenbaum,

Gdy miałem 13-14 lat, bardzo chciałem mieć dżinsy Wranglera. Moi rodzice uważali jednak, że są one relatywnie drogie i kupowali mi spodnie innych, tańszych marek. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze rodzice wydawali, wysyłając mnie na dodatkowy wakacyjny obóz albo na lekcje języków obcych. Dziś jestem im wdzięczny za uznawanie mojej edukacji za priorytet wśród ich wydatków. Jako nastolatek widziałem to jednak inaczej. Okropnie zazdrościłem niektórym moim kolegom z klasy ich markowych dżinsów. Wydawało mi się, że koledzy ci bardziej by mnie szanowali, gdybym takie nosił. Upływ czasu oraz fakt, że zdarzyło mi się kupić markowe dżinsy (dzięki czemu wiem, że ich noszenie nie zmieniło w magiczny sposób mojego życia na lepsze) pozwoliły mi zapomnieć o zazdrości, jaką czułem wobec moich noszących Wranglery kolegów. Przypomniałem sobie jednak o tym uczuciu, czytając przypadającą na ten tydzień parszę Wajeszew, opowiadającą historię stosunku Jakuba – Izraela do jego dwunastu synów. Odnajdujemy w niej następujące słowa:

 Izrael miłował Józefa najbardziej ze wszystkich swych synów, gdyż urodził mu się on w podeszłych jego latach. Sprawił mu też wzorzystą szatę. Bracia Józefa widząc, że ojciec kocha go bardziej niż wszystkich, tak go znienawidzili, że nie mogli zdobyć się na to, aby przyjaźnie z nim porozmawiać. (Rdz. 37, 3-4)

Józef, podobnie jak moi koledzy z klasy, nosił ubranie będące symbolem statusu społecznego, mogące stać się przedmiotem pożądania, a nawet zazdrości. Uczucia te miały swoje źródło w potrzebie akceptacji i uznania. Ja jako nastolatek chciałem być członkiem grupy, która była cool, dżinsy miały dla mnie tak naprawdę drugorzędne znaczenie. Z kolei bracia Józefa zazdrościli mu nie wzorzystej szaty, tylko tego, co ta szata symbolizuje – uznania i miłości Izraela.

Moja potrzeba znalezienia kręgu szkolnych znajomych została zaspokojona; z biegiem czasu znalazłem przyjaciół, z którymi dzieliłem hobby, dla których markowe ubrania nie były istotne. Potrzebę akceptacji i przynależności jest zaspokoić dużo trudniej, gdy dotyczy ona długotrwałych relacji, zwłaszcza w rodzinie. W procesie wychowania dzieci przez rodziców niezwykle istotna jest sprawiedliwość wyrażająca się przez okazywanie dzieciom jednakowej uwagi i ciepła. Jeśli tak się nie dzieje, w kontaktach między rodzeństwem pojawiają się napięcia wynikające ze wzmożonych starań o względy rodziców, podejmowanych przez braci i siostry, którzy czują się zaniedbywani i pominięci. Napięcia te mogą przerodzić się w otwarty konflikt i wrogość, wynikającą z rosnącego przez lata poczucia krzywdy. Tak właśnie dzieje się w rodzinie Izraela, którego synowie nie są w stanie dłużej tolerować arogancji Józefa, uważającego swój status ulubieńca ojca za coś oczywistego. Bracia Józefa w końcu wybuchają, rozładowują rodzinne napięcie poprzez sprzedanie go w niewolę. Takie „rozwiązanie” rodzinnego problemu przysparza ich ojcu, Izraelowi, wielkich cierpień.

Myślę, że większości z nas nigdy nie przyszłoby do głowy sprzedać członków rodziny, nawet tych najbardziej uprzykrzonych. Nie oznacza to jednak, że nasze rodziny pozbawione są napięć. Przeciwnie, w prawie każdej rodzinie ktoś czuje się poszkodowany, bo rodzice okazywali lub okazują więcej uwagi jego rodzeństwu; bo rodzice nie mieli czasu lub sił się nim zajmować, gdy był mały, a jego rodzeństwem tak; bo rodzice stawiali jej starszą siostrę za niedościgniony wzór.

Takie poczucie krzywdy może ujawnić się po latach, wybuchając ze zdwojoną siłą. Co możemy zrobić, żeby tego uniknąć? To zależy od naszej roli w rodzinie. Jeśli jesteśmy rodzicami, możemy starać się pokazać wszystkim naszym dzieciom, nawet najbardziej buntowniczym nastolatkom, jak bardzo nam na nich zależy. Jeśli mamy rodzeństwo, możemy się zastanowić, czy nie staramy się skupić uwagi rodziców na sobie kosztem naszych braci i sióstr. Co więcej, jeżeli wyczuwamy napięcie w naszych kontaktach z rodzeństwem, możemy spróbować zastanowić się, czy nie wynika ono z poczucia, że ktoś z rodzeństwa był faworyzowany. Jeżeli tak było, musimy się zastanowić, czy jesteśmy w stanie poprawić nasze relacje przez podejmowanie działań służących rodzinnemu pojednaniu. Nie jest to łatwe, niejednokrotnie taki proces potrafi trwać nawet wiele lat.

Sprzedanie Józefa w niewolę, stanowiące kulminację narastającej w rodzinie Izraela nienawiści, przysłużyło się narodowi żydowskiemu, gdyż pozwoliło Izraelitom znaleźć schronienie w Egipcie w czasie klęski głodu. Stało się to jednak dopiero możliwe po długim czasie rozłąki i bolesnym pojednaniu. Opisując wybuch nienawiści między synami Izraela, wynikający z jego błędów jako rodzica, parasza Wajeszew przestrzega nas przed doprowadzaniem rodzinnych konfliktów do eskalacji. W ten Szabat zachęcam Was do zastanowienia się, jak możecie załagodzić rodzinne konflikty i napięcia.

Szabat Szalom!

Mati Kirschenbaum