Parasza Wajehi

Miłość, która wyrządza cierpienie

Refleksja nad paraszą Wajehi

Menachem Mirski

Bracia Józefa nigdy nie wyświadczyliby mu tyle dobra swoją miłością i przychylnością, jak uczynili to swoją złośliwością i nienawiścią.

– Thomas More

W judaizmie istnieje przynajmniej kilka odpowiedzi na problem ludzkiego cierpienia. Można je zasadniczo podzielić na dwie grupy: do pierwszej należy zasadniczo jedna koncepcja (choć ma ona kilka wariantów), mianowicie deuteronomiczna doktryna sprawiedliwej kary, wedle której nie ma cierpienia, które nie byłoby zasłużone. Innymi słowy, każde cierpienie jest wynikiem jakiegoś grzechu, co oznacza, że skoro cierpisz, to musiałeś zrobić coś niedobrego. Do drugiej grupy należą koncepcje, które uznają, że istnieje cierpienie niezasłużone, co zwykle oznacza, że ludzkie cierpienie może i powinno być w jakiś sposób wyjaśnione. Jedną z koncepcji należących do owej drugiej grupy jest talmudyczna doktryna jisurin szel ahawa, co można przetłumaczyć jako przypadłości miłości lub kary/korekty miłości. W myśl tej koncepcji Bóg dotyka cierpieniem tych, których kocha, aby ich udoskonalić. Cierpienie w tej wizji nie jest złem, lecz paradoksalnie, swoistym dobrem, za którym kroczy doskonałość:

Garncarz nie testuje uszkodzonych naczyń, nie może bowiem choćby raz ich uderzyć nie rozbijając. Podobnie Święty, niech będzie Błogosławiony, nie poddaje testom niegodziwych, lecz tylko sprawiedliwych. (Genesis Rabba 32:3)

Podobnie też rzemieślnik ubija len, gdyż sprawia to, iż on bardziej lśni, jak zauważa R. Jose ben R. Hanina (Genesis Rabba Rabba 34:2, 40:3, 55:2). Bóg poddaje testom tylko tych, o których wie nie tylko, że je przetrwają, ale i wie, że ich to wzmocni. Cierpienia, które Bóg sprowadza na człowieka mają na celu zmyć jego grzechy i sprawić, by ich więcej nie popełniał. „Cierpienia zmywają wszystkie grzechy człowieka”, jak nauczał Rabin Szymon ben Lakisz (Talmud Berachot 5a.)

Owa koncepcja ma też swoją popularną wersję wyrażaną niekiedy w słowach “cierpienie uszlachetnia”. Rabini rozróżniali jednakże cierpienia, które można uznać za skutek tak pojętej Bożej miłości, wyłączając z nich te, które uniemożliwiały człowiekowi modlitwę czy studiowanie świętych tekstów. Tym samym koncepcja “cierpień wynikłych z Boskiej miłości” ma ograniczone zastosowanie i nie da się za jej pomocą wyjaśnić Zagłady oraz usprawiedliwić Boga w jej obliczu.

Można tę koncepcję jednakże z powodzeniem zastosować do historii Józefa: upokorzenia i cierpienia jakich doświadczył od momentu, gdy został sprzedany przez swoich braci, przez upokorzenie przez żonę Potifara i wszystkie lata, które spędził w egipskim więzieniu definitywnie ukształtowały jego charakter. I choć Józef borykał się z rozmaitymi rozterkami w momencie gdy spotkał swoich braci, ostatecznie nie było w nim cienia resentymentu ani pragnienia zemsty. Tora daje nam świadectwo tego procesu kilkakrotnie, także w paraszy na ten tydzień, kiedy to bracia, obawiając się zemsty Józefa po śmierci ich ojca planują jeszcze jedno kłamstwo/oszustwo:

Bracia Józefa zdając sobie sprawę z tego, że ojciec ich nie żyje, myśleli: «Na pewno Józef będzie nas teraz prześladował i odpłaci nam za wszystkie krzywdy, które mu wyrządziliśmy!» Toteż kazali powiedzieć Józefowi: «Ojciec twój dał przed śmiercią takie polecenie: Powiedzcie Józefowi tak: Racz przebaczyć braciom twym wykroczenie i winę ich, wyrządzili ci bowiem krzywdę. Teraz przeto daruj łaskawie winę nam, którzy czcimy Boga twojego ojca!» Józef rozpłakał się, gdy mu to powtórzono. Wtedy bracia już sami poszli do Józefa i upadłszy przed nim rzekli: «Jesteśmy twoimi niewolnikami» Lecz Józef powiedział do nich: «Nie bójcie się. Czyż ja jestem na miejscu Boga? Wy niegdyś knuliście zło przeciwko mnie, Bóg jednak zamierzył to jako dobro, żeby sprawić to, co jest dzisiaj, że przeżył wielki naród.  Teraz więc nie bójcie się: będę żywił was i dzieci wasze». I tak ich pocieszał, przemawiając do nich serdecznie. (Gen 50:15-21)

Jak to ujął Thomas Mann:

W Józefie objawia się nam ideał, będący zjednoczeniem ciemności i światła, uczucia i rozumu, człowieka prymitywnego i cywilizowanego, mądrości oraz radosnego serca – ujmując rzecz w skrócie jest on zhumanizowaną tajemnicą, którą nazywamy człowiekiem.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA.
Menachem Mirski is a Polish born philosopher, musician, scholar and international speaker. He earned his Ph.D. in Philosophy and is currently studying to become a Rabbi at the Ziegler School of Rabbinic Studies. His current area of interests focus on freedom of expression and thought as well as the laws of logic as it pertains to the discourse of ideology and social and political issues. Dr. Mirski has been a leader in Polish klezmer music scene for well over a decade and his LA based band is called Waking Jericho.

Refleksja nad paraszą Mikec

Jak zmierzyć prawdziwy sukces?

Refleksja nad paraszą Mikec

Menachem Mirski

Żyjemy w epoce indywidualizmu. Wszyscy powinniśmy być szczupli, piękni, odnoszący sukcesy, zamożni, szczęśliwi, ekstrawertyczni i popularni. Doskonałe ja – to cel, do osiągnięcia którego nieustannie zachęca nas nasza kultura i widzimy to wszędzie: w reklamach, prasie, we wszystkich mediach społecznościowych. Wszystko wokół mówi się nam, że aby być taką osobą wystarczy podążać za marzeniami, że nasz potencjał jest nieograniczony, że jesteśmy jedynym źródłem własnego sukcesu.

Ten obraz doskonałego „ja” w znacznej mierze pasuje do 17-letniego Józefa, zanim został sprzedany do Egiptu przez swoich braci. Uwielbiany przez ojca, młody, bystry, arogancki, ubrany w kolorowe stroje, wygadany, elokwentny. Był także marzycielem realizującym swoje marzenia, nie specjalnie przejmującym się tym, co myślą o nim inni ludzie.

Jednakże ów model ‘doskonałego ja’ może być w rzeczywistości bardzo niebezpieczny. Ludzie bardzo często cierpią ‘torturowani’ przez tę niemożliwą fantazję. Tak, możliwości mamy nieporównywalnie większe w porównaniu do np. naszych dziadków. Mamy natychmiastowy dostęp do ogromnych zasobów informacji, wiedzy; to wszystko otwiera przed nami wiele możliwości. Ale ponieważ o wiele więcej osób ma taki sam dostęp i takie same możliwości jak my, konkurencja jest również większa. Paradoksem naszych czasów jest to, że możemy żyć całkowicie bezpieczni, mieć dostęp do zaawansowanej opieki zdrowotnej, mieć dobrze płatną pracę, być w stanie utrzymać nasze rodziny – możemy sobie bardzo dobrze radzić w wielu dziedzinach życia i wciąż być w depresji – bo nie dostaliśmy awansu, podwyżki lub niespecjalnie lubimy swoją pracę. Albo nasz nowy projekt lub nowa grupa w mediach społecznościowych okazała się nie tak wspaniała, jak początkowo oczekiwaliśmy. Na Zachodzie są miliony ludzi, którzy odnoszą sukcesy, prowadzą doskonale funkcjonujące życie, mają rodziny i przyjaciół, pieniądze, opiekę zdrowotną i wszystko, czego potrzebują, a mimo to budzą się każdego dnia z poczuciem porażki. Ta bezprecedensowa presja społeczna, by odnosić coraz większe sukcesy we wszystkim, prowadzi jednocześnie do bezprecedensowego wzrostu przypadków depresji i samobójstw.

Nasz biblijny Józef, po wielu perturbacjach, również odnosi wielkie sukcesy. Jego sukces jest tak wielki, że chce i jest w stanie – w swoim mniemaniu – całkowicie zapomnieć o „dawnych czasach swoich nieszczęść”:

A zanim nastały lata głodu, urodzili się Józefowi dwaj synowie; urodziła ich Asenat, córka kapłana z On, który miał imię Poti Fera.  Józef dał swemu synowi pierworodnemu imię Manasses. [Mówił bowiem:] «Dał mi Bóg zapomnieć o całym mym utrapieniu i o domu ojca mojego». (Rodzaju 41:50-51)

Józef nie popada jednak w depresję, a przynajmniej Tora nic o tym nie wspomina. Co w takim razie robimy źle w naszym życiu? Warto tutaj wspomnieć o kilku rzeczach. Jednym z problemów jest to, że porównujemy się z innymi, w szczególności z ludźmi, którzy odnieśli nietuzinkowy, niesłychany sukces w swoim życiu. Mierzymy także nasz status społeczny, porównując się z osobami o znacznie wyższym statusie, często zakładając, że ich początkowy status społeczny był taki sam jak nasz. Dlatego zamiast porównywać się z innymi, powinniśmy porównywać się do siebie sprzed kilku lat, do ludzi, którymi byliśmy wcześniej. Inną rzeczą jest to, że ulegamy wszelkiego rodzaju iluzjom, które tworzy dla nas internet i tak naprawdę nie wiemy, jak wygląda prawdziwe życie tych, do których się porównujemy. Dość często jest tak, że gdybyśmy naprawdę wiedzieli, z czym ci ludzie mają do czynienia w swoim życiu, nie chcielibyśmy być na ich miejscu, bez względu na to, jakie sukcesy odnoszą w innych sferach. Ostatnią rzeczą, o której tutaj wspomnę, a która z pewnością nie wyczerpuje wszystkich rzeczy, które możemy zrobić lepiej w naszym życiu, jest to, czego możemy się bezpośrednio nauczyć z historii Józefa: ostatecznym celem jego ogromnego sukcesu była pomoc i ratunek który przyniósł swoim bliskim. Dlatego też tym, co ostatecznie jest najważniejsze jest to, co dajemy naszej rodzinie lub społeczności, w której żyjemy. Możesz być bohaterem w swoim własnym życiu, ale możesz też być bohaterem dla innych – jedno nie wyklucza drugiego, wręcz przeciwnie, cele te są kompatybilne i wzajemnie się uzupełniają. Jeśli będziemy wiedzieć o tym wszystkim z wyprzedzeniem i odpowiednio zaplanujemy swoje życie, ryzyko utraty poczucia kierunku i sensu w życiu będzie bardzo małe.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA.
Menachem Mirski is a Polish born philosopher, musician, scholar and international speaker. He earned his Ph.D. in Philosophy and is currently studying to become a Rabbi at the Ziegler School of Rabbinic Studies. His current area of interests focus on freedom of expression and thought as well as the laws of logic as it pertains to the discourse of ideology and social and political issues. Dr. Mirski has been a leader in Polish klezmer music scene for well over a decade and his LA based band is called Waking Jericho.

Żydowska rodzina na skraju rozpadu

Żydowska rodzina na skraju rozpadu

Rabin Mati Kirschenbaum

Anioły wspinające się po drabinie i schodzące z niej, symbolizujące szczególny związek Jakuba z Wiekuistym. Jakub podstępem zmuszony do poślubienia Lei zamiast swojej ukochanej Racheli. Narodziny jedenastu z dwunastu synów Jakuba. Tragedia jedynej (znanej nam) córki Jakuba, Diny. To rzeczy, które przychodzą nam do głowy, kiedy myślimy o czytanej w tym tygodniu parszy Wajece. Rzadko kiedy skupiamy się na dalszej części dzisiejszego ustępu Tory, który dotyczy rozdzielenia gospodarstw Labana i Jakuba. Co przejmujące, ma on wiele do powiedzenia na temat stosunku państwa Izrael do judaizmu postępowego i konserwatywnego. Aby jednak zrozumieć jej przesłanie, musimy przypomnieć sobie wydarzenia, które doprowadziły do pogorszenia relacji między Labanem, bratem Rebeki, a jego bratankiem Jakubem.

Ich relacja zaczyna się od serdecznego spotkania rodzinnego. Laban przyjmuje Jakuba, uciekającego przed gniewem Ezawa, z wielką gościnnością i przez miesiąc traktuje go jak honorowego gościa. Niestety, Laban wkrótce zaczyna wykorzystywać miłość od pierwszego wejrzenia siostrzeńca do jego młodszej córki, Racheli. Najpierw każe Jakubowi pracować przez siedem lat, aby zdobyć prawo do poślubienia swojej ukochanej. Jednak w dniu ich długo wyczekiwanego ślubu Laban podstępem zmusza Jakuba do poślubienia jego starszej córki Lei zamiast Racheli. Intryga Labana zmusza Jakuba do przepracowania kolejnych siedmiu lat w służbie, zanim będzie mógł poślubić Rachelę. Wywołuje ona również gorzką rywalizację reprodukcyjną między dwiema siostrami, które teraz walczą o uwagę swojego wspólnego męża.

W wyniku tej rywalizacji rodzi się dwanaście dzieci (jedenastu synów i Dina). Obdarzony (i obciążony) tak licznym potomstwem Jakub zdaje sobie sprawę, że jego pełna zależność ekonomiczna od Labana nie pozwala mu na utrzymanie dzieci na odpowiednim poziomie. Dlatego prosi on Labana o pozwolenie na odejście z rodziną. W odpowiedzi Laban proponuje podanie ceny, jaką Jakub mógłby przyjąć w zamian za pozostanie z nim. Rozsądny Jakub nie prosi o stałą płacę. Zamiast niej prosi o możliwość sprawdzenia swoich umiejętności w zakresie hodowli bydła i kóz. Od tej pory szczęście Jakuba będzie zależało od jego umiejętności pasterskich i zdolności adaptacyjnych, a nie od przychylności Labana. Decyzja Jakuba znajduje łaskę w oczach Wiekuistego; wkrótce staje się on człowiekiem zamożnym. Ten nowo uzyskany dostatek irytuje synów Labana, którzy czują się zagrożeni sukcesem Jakuba. Ich niezadowolenie jest zaraźliwe; wkrótce stosunek Labana do Jakuba wyraźnie się zmienia. To właśnie wtedy Bóg nakazuje Jakubowi opuścić Labana i wyruszyć w drugą podróż swojego życia. Rachel i Lea z całego serca popierają jego decyzję. Mówią:

Czy nie jesteśmy przez niego (Labana) postrzegane jako obce? Nie tylko nas sprzedał, ale zużył to, co za nas zapłacono. Z pewnością całe bogactwo, które Wiekuisty zabrał naszemu ojcu, należy do nas i do naszych dzieci. Zrób więc wszystko, co Ci powiedział Wieczny.
(Rdz 31,15-16)

Jakub i jego rodzina uciekają w tajemnicy. Zanim jednak wyruszą, Rachela zabiera swojemu ojcu terafim, tajemnicze przedmioty często kojarzone z przepowiadaniem przyszłości. Niestety dla uciekinierów, po krótkim pościgu dogania ich rozwścieczony Laban. Ponieważ Rachela uniemożliwia ojcu znalezienie terafim, Laban nie ma oczywistego pretekstu, by ich ścigać. Oznacza to, że Jakub i Laban muszą zająć się kluczowymi bolącymi punktami w ich relacji: trwałe wykorzystywanie Jakuba przez Labana oraz niechęć Labana do uznania autonomii rodziny zięcia.

Optymistycznie rzecz biorąc, historia znajduje pokojowe rozwiązanie. Laban i Jakub składają przysięgę, że nie będą się nawzajem krzywdzić; ich przysięga przywołuje pamięć o wspólnych przodkach i wspólnych wierzeniach. Stawiają też kamień, który ma wyznaczyć granicę między ich terytoriami i przypominać następnym pokoleniom o wzajemnym zobowiązaniu do pokojowego współistnienia.

Zmienna dynamika pomiędzy Labanem, córkami Labana i Jakubem przypomina mi skomplikowane relacje pomiędzy państwem Izrael/syjonizmem a postępowym judaizmem. Tak jak Jakub uciekający przed Ezawem znalazł schronienie u Labana, tak postępowi Żydzi przyjęli syjonizm, gdy w latach 30. ubiegłego wieku zagrożenie nazizmem stało się jasne. Kiedy Państwo Izrael stało się niepodległe, postępowy judaizm zakochał się w jego kulturowej żywotności, tak jak Jakub (Izrael) zakochał się w Racheli. Nie miało znaczenia, że państwo Izrael, w przeciwieństwie do pierwszej narzeczonej Jakuba, okazało się nie być w pełni tym, za czym tęsknili. Jego założyciele przekazali kontrolę nad sprawami religijnymi ortodoksyjnym rabinom, stawiając ruch postępowy w sytuacji Lei. Mimo to, tak jak Lea zaangażowała się w zdobycie uznania, a nawet miłości Jakuba, judaizm postępowy wiernie wspierał Państwo Izrael, mimo że nie uznawało ono postępowych ślubów i dawało ortodoksji monopol w dziedzinie żydowskich pogrzebów.

Niestety, z czasem stosunek wielu izraelskich polityków do postępowego i konserwatywnego judaizmu w kraju i za granicą zaczął przypominać traktowanie Jakuba przez Labana. Wielokrotnie składano obietnice większego uznania dla ruchu reformowanego i konserwatywnego w Izraelu, a następnie je odwoływano. Jednakże nowy rząd izraelski wyznaczył nowe dno w stosunkach między judaizmem postępowym i konserwatywnym a Państwem Izraela. W minionym tygodniu, pod naciskiem swoich ultraortodoksyjnych potencjalnych partnerów koalicyjnych, Likud, zwycięzca wyborów parlamentarnych w listopadzie 2022 r., zgodził się na zakończenie uznawania nieortodoksyjnych konwersji dla celów obywatelstwa. Jeśli ta ustawa wejdzie w życie, postępowi konwertyci bez żydowskich korzeni nie będą mogli dokonać aliji.

W takiej sytuacji nie byłoby nic dziwnego, gdyby Żydzi z wyboru powiedzieli za Rachelą i Leą:

Czy jest jeszcze dla nas jakaś część lub dziedzictwo w domu naszego ojca? […] Czy nie jesteśmy uznani przez Labana za obcych? Bo on nas sprzedał.
(Rdz 31,14-15)

Jako współcześni postępowi i konserwatywni Żydzi nie możemy pozwolić, by Izrael stał się dla nas obcy. Teraz jest czas, by głośno mówić o naszym wkładzie w Państwo Izraela, by wspierać kongregacje i organizacje, które promują postępową, egalitarną modlitwę i postępowe wartości w Izraelu.

Możemy nie być w stanie zbudować drabiny sięgającej nieba. I nie musimy nawet podejmować kroków w tym kierunku. To, co musimy teraz zrobić, to wyznaczyć granice w rozmowach, w które jesteśmy gotowi się zaangażować, ustalić normy, które pozwoliłyby zarówno progresywnym Żydom z diaspory, jak i progresywnym Izraelczykom być zauważonymi i szanowanymi przez resztę Ludu Izraela.

Boże, nazywamy Cię Curi – naszą skałą, skałą ustawioną na granicy domen Labana i Jakuba, aby przypomnieć im, jak wiele ich łączy. Prosimy o Twoją pomoc, aby przypomnieć rządowi Izraela, że Tora wzywa do żydowskiej jedności w różnorodności. Mamy nadzieję, że te słowa Tory staną się pewnego dnia podstawą bardziej sprawiedliwych i pełnych szacunku relacji między postępowymi Żydami a Izraelem. Oby ten czas nadszedł szybko i za naszych dni. Amen i Szabat Szalom!

Mati Kirschenbaum

Studnie i stadiony

Studnie i stadiony

Rabin Mati Kirschenbaum

Gdyby kiedykolwiek rozegrano „Puchar Patriarchów” – konkurs popularności pomiędzy Abrahamem, Izaakiem, Jakubem i Józefem, czterema czołowymi postaciami męskimi w księdze Rodzaju, Izaak siłą rzeczy skończyłby na czwartym miejscu. Czy to kontrowersyjna teza? Zastanówmy się nad tym przez chwilę.

Kiedy myślimy o innych patriarchach, natychmiast przypominamy sobie historie o niezwykłych albo przynajmniej pamiętnych rzeczach, jakie uczynili. Abraham (wtedy Abram) posłuchał Bożego przykazania i wyruszył w drogę dla siebie i dla nas wszystkich, aby ustanowić monoteizm. Później okazał gościnność aniołom (a być może również samemu Wiekuistemu) w Mamre, zasłynął też z targowania się z Bogiem, aby ocalić Sodomę. Z kolei Jakub podstępem odebrał swojemu bratu Ezawowi pierworództwo, został podstępem zmuszony do poślubienia Lei zamiast Racheli i zmagał się aż do rana z tajemniczym, nadprzyrodzonym stworzeniem. Zaś ostatni, lecz nie mniej ważny – Józef – miał umiejętność interpretowania snów, został wicekrólem Egiptu i zaprosił powstający właśnie lud (wówczas była to bardziej rodzina) Izraela, aby osiedlili się w ziemi Goszen.

Są to wszystko barwne historie o postaciach, które aktywnie kształtowały los swojego ludu, zmieniając miejsce zamieszkania albo podejmując ryzykowne decyzje. W porównaniu z ich biografiami życie Izaaka nie wydaje się obfitować w burzliwe momenty. Poznajemy go po raz pierwszy jako dorosłego w słynnej, mrożącej krew w żyłach historii o Akedat Icchak, związaniu Izaaka, którą czytamy w Rosz Haszana. Jednakże historia ta skupia się w wymiarze teologicznym i narracyjnym raczej na Abrahamie niż na Izaaku. Ten ostatni jest, niestety, raczej przedmiotem aniżeli podmiotem tej opowieści. Niektórzy z was być może pamiętają, że, tak samo jak jego ojciec Abraham musiał ukrywać tożsamość Sary, podobnie Izaak musiał raz udawać, że jego żona Rebeka jest jego siostrą, aby oszczędzić jej romantycznych zabiegów króla Abimelecha z Gerar. Poza tymi dwoma zajściami życie Izaaka było stosunkowo ubogie w wydarzenia. Co więc robił? Czym zasłużył sobie na zaszczyt bycia jednym z naszych trzech patriarchów, podczas gdy charyzmatyczny Józef nie otrzymał tego pożądanego tytułu?

Czytana w tym tygodniu porcja Tory, Toldot, dostarcza nam dodatkowych informacji w kwestii zdawałoby się prozaicznego życia Izaaka. Choć nie podróżował tak jak jego ojciec Abraham, jego syn Jakub i wnuk Józef, Izaak miał zawsze dużo zajęć. Spędzał czas, zasiewając ziemię Kanaan i kopiąc liczne studnie, aby uczynić ją bardziej zdatną do zamieszkania. Izaak wielokrotnie napotykał sprzeciw ze strony innych mieszkańców ziemi, którzy zasypywali wykopane przez niego studnie. Nie osłabiło to jednak jego determinacji, aby poprawić warunki życia dla wszystkich mieszkańców tej ziemi. Kiedy pojawiały się konflikty, Izaak po prostu przenosił się do nowej lokalizacji w Kanaanie i kopał kolejną studnię.

Ostatecznie nawet przeciwnicy Izaaka uznali korzystny wpływ jego pracy na ziemię Kanaan. Król Abimelech z Gerar przybył do najnowszej wybudowanej przez Izaaka studni. Tam dwaj przywódcy złożyli sobie nawzajem przysięgę. Od tego momentu nie będzie już między nimi konfliktów, będą braćmi zjednoczonymi we wspólnym zadaniu uczynienia ziemi Kanaan lepszym miejscem. Oddanie Izaaka dla uczciwej, ciężkiej pracy dla dobra wszystkich przynosi efekty; zapewniło krótki, ale błogosławiony okres dobrobytu, pokoju i braterstwa. Pamięć o przysiędze, jaką złożyli wraz z Abimelechem została zachowana w nazwie miejsca, w którym zawarli pakt: Beer Szewa, „Studnia Przysięgi”, obecnie największe miasto na południu Izraela i stolica Negewu.

Ciężka praca, braterstwo, pokój. Te wartości ucieleśniane przez Izaaka mają być w zamierzeniu etyczną podstawą każdego międzynarodowego wydarzenia sportowego, w tym Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Niestety, tegoroczny mundial w Katarze zaprzecza wszystkim szczytnym ideałom, jakie powinien promować. W odróżnieniu od studni Izaaka, które powstały dzięki jego własnej ciężkiej pracy, stadiony katarskie i inna infrastruktura mundialowa zostały zbudowane przez migrantów ekonomicznych w warunkach przypominających niewolnictwo. Szacuje się, że nawet 15 000 pracowników migracyjnych zmarło, pracując przy projektach infrastrukturalnych zapoczątkowanych w Katarze od czasu, kiedy w 2010 r. FIFA przyznała mu organizację mundialu.

Splamiona krwią postawa Katarczyków wobec praw człowieka sięga dalej niż tylko złe traktowanie migrantów ekonomicznych. Osoby LGBTQ+, czy to rdzenni Katarczycy czy migranci ekonomiczni, mogą dostać karę do siedmiu lat więzienia za życie zgodnie z własną tożsamością. Muzułmanom grozi za to kara śmierci. Na skutek tego katarscy mieszkańcy LGBTQ+ żyją w ukryciu i strachu, a nie w pokoju, jaki Izaak próbował nieść wszystkim, których spotkał.

Jeśli mimo to postanowicie oglądać Mistrzostwa Świata, bądźcie świadomi cierpienia migrantów ekonomicznych, jakim przypłacono budowę jego infrastruktury. Bądźcie świadomi psychicznego cierpienia osób LGBTQ+, jakie zostało złożone na ołtarzu PR-u Kataru i FIFA. Co najbardziej rozczarowujące, mundial w Katarze świadczy o porażce międzynarodowej społeczności sportowej, aby podtrzymywać i promować wartości, które rzekomo reprezentują.

Na szczęście możemy promować właśnie te wartości, naśladując zachowania Izaaka i uosabiając jego mocne strony. Oto kilka przykładowych rzeczy, jakie możemy zrobić:

Możemy na przykład odmówić Alejnu w geście solidarności z katarską społecznością LGBTQ+.

Możemy chwalić piłkarzy, którzy wydają publiczne oświadczenia w sprawie homofobii i transfobii w Katarze.

Co więcej, możemy zwiększać świadomość o bezwzględnym wyzyskiwaniu przez Katar migrantów ekonomicznych, dzieląc się opowieściami o ofiarach mundialu spośród tej grupy (patrz https://blankspot.se/part-1-families-whose-dreams-were…/). Możemy odmówić Kadisz w ich pamięci przed rozpoczęciem każdego meczu.

Mówiąc prosto, możemy zareagować na mundial w taki sposób, w jaki zrobiłby to Izaak.

Jeśli tak uczynimy, zasłużymy sobie na zaszczyt nazywania się potomkami Izaaka nie tylko w sensie duchowym, ale również etycznym.

Szabat Szalom!

Mati Kirschenbaum

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Noach

Zmiana klimatu, która sprowadziła potop

Refleksja nad paraszą Noach

Menachem Mirski

Historię zawartą w porcji Tory na ten tydzień można odczytywać metaforycznie, jako jeden z obrazów wielkiej katastrofy, w której to wszystkie żyjące gatunki zostały zdziesiątkowane lub skazane na całkowite wyginięcie… Tylko nieliczne indywidua miały przetrwać, po kilka osobników każdej płci, po to by się rozmnożyć i w ten sposób zapobiec całkowitemu wyginięciu życia na Ziemi. Brzmi nierealnie? Nie sądzę, na pewno idee te nie są poza zasięgiem wyobraźni współczesnego człowieka.

Historia potopu kończy się nową Boską obietnicą – obietnicą wiecznego przymierza między Bogiem a ludzkością:

Noe zbudował ołtarz dla Wiekuistego i wziąwszy ze wszystkich zwierząt czystych i z ptaków czystych złożył je w ofierze całopalnej na tym ołtarzu. Gdy Wiekuisty poczuł miłą woń, rzekł do siebie: «Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości. Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem. Będą zatem istniały, jak długo trwać będzie Ziemia: siew i żniwo, mróz i upał, lato i zima, dzień i noc». (Rodzaju 8:20-22)

Powyższe wersety mogą być wyłącznie rozumiane jako wyznanie wiary: jako istoty ludzkie nie mamy możliwości ich zweryfikowania ani sfalsyfikowania. Wszystko, co możemy zrobić, to mieć nadzieję, że jest to prawda i żyć z wiarą, że w rzeczywistości tak będzie. Niemniej jednak historycznie rzecz biorąc ludzie wielokrotnie ową wiarę kwestionowali. Największym i najbardziej wyrazistym wyzwaniem dla tej wiary są zmiany klimatu.

Zmiany klimatu są faktem, a te, które doświadczamy w czasach obecnych, są w dużej mierze dziełem człowieka. W 2018 roku Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) na zlecenie ONZ przygotował raport, z którego dowiadujemy się, między innymi, kilku podstawowych rzeczy, a mianowicie:

  • Przewiduje się, że wzrost średnich temperatur na świecie będzie w możliwym zakresie od 0,27 °C (0,5°F) do 4,8 °C (8,6°F) do roku 2100, z prawdopodobnym wzrostem o co najmniej 2,7°F dla wszystkich możliwych scenariuszy łagodzenia owych zmian.

  • Pomijając najbardziej agresywny scenariusz łagodzenia zmian klimatycznych (polegający na natychmiastowej, całkowitej globalnej rezygnacji paliw kopalnych), oczekuje się, że globalna średnia temperatura wzrośnie co najmniej dwa razy bardziej w ciągu następnych 100 lat niż w ciągu ostatnich 100 lat.

  • Przewiduje się, że temperatury powietrza na poziomie gruntu będą się nagrzewać szybciej na lądzie niż w oceanach.

Mniej więcej w tym samym czasie klimatolodzy i ekonomiści przygotowali liczne analizy, według których łagodzenie skutków zmian klimatu będzie bardzo trudne i ekonomicznie karkołomne, uznając, że najbardziej optymistyczny scenariusz wzrostu o 1,5 °C (2,7°F) do 2100 r. jest niemalże niemożliwy do wdrożenia, z różnych powodów – np. musielibyśmy zamknąć i wyeliminować prawie całą energetykę, jaką mamy w tej chwili, nie tylko w USA i Europie, ale na całym świecie, i zrobić to do 2030 roku.

Jednak żaden z tych raportów nie mówi, że mamy 12 lat, zanim „wszyscy zginiemy w gigantycznej kuli ognia”, jak stale sugerują niektórzy politycy i gadające głowy mainstreamowych mediów. Idea, że świat się skończy za 12 lat, jest niewiarygodnym wypaczeniem analiz, których faktycznie dokonał Panel Klimatyczny ONZ.

Zatrzymajmy się tu jednak na chwilę i zastanówmy: z analizy przeprowadzonej przez naukowców z IPCC wiemy, że nawet gdybyśmy całkowicie przestali używać paliw kopalnych i zmniejszyli naszą globalną emisję do zera, do 2030 r., średnia temperatura na Ziemi prawdopodobnie i tak by wzrosła o 1,5°C (2,7°F) do końca wieku. To oczywiście oznacza, że temperatury na naszej planecie rosną bez względu na to, co robimy. Te fakty są powszechnie znane i wszystko to jest dobrze udokumentowane przez geologów.

Ostatnie wielkie globalne ocieplenie w historii naszej planety miało miejsce około 55-58 milionów lat temu i nazywa się ono maksimum termicznym paleocenu i eocenu. Ocieplenie to było spowodowane masowym uwalnianiem związków węgla do atmosfery, które, jak się szacuje, trwało od 20 000 do 50 000 lat. Geolodzy szacują, że przez cały ten okres, który trwał około 200 000 lat, globalne temperatury wzrosły o 5–8 °C (7-14°F) od średniej temperatury Ziemi wynoszącej 24–25°C (75–77°F) z poprzedniego okresu – paleocenu. Oznacza to, że średnia temperatura na naszej planecie mogła sięgać nawet 29-33°C (84-91°F), czyli była o 16-20°C (27-34°F) wyższa niż obecna średnia temperatura na ziemi, która wynosi około 13,9-14,5 (57-58°F)! Oba bieguny były wówczas kompletnie pozbawione lodowców, podobnie jak w całej poprzedniej erze paleocenu; temperatura mórz arktycznych i antarktycznych sięgała 23 °C (73 °F). Klimat prawie całej planety był tropikalny; lasy pokrywały większość obszarów naszej planety, palmy rosły na obszarach północnych Stanów, takich jak Wyoming, Montana oraz Kanady. Jak miało to wpływ na królestwo zwierząt? Z powodu warunków środowiskowych tamtego okresu miała miejsce intensywna ewolucja naczelnych: Najstarsze istniejące skamieliny ssaków naczelnych datowane są na około 55 milionów lat [2] [3]. To globalne ocieplenie prawdopodobnie „zmieniło bieg ewolucji”, w wyniku czego powstały później małpy, z których później wyewoluowaliśmy my, ludzie. Następna epoka, eocen, rozpoczęła się od globalnej średniej temperatury wyższej o ponad 8 °C (około 14 °F) niż obecnie, stopniowo ochładzając się w ciągu następnych 22 milionów lat. Możemy jednakże powiedzieć, że jako istoty żywe jesteśmy wnukami lub prawnukami ostatniego globalnego ocieplenia.

Przedstawiam tutaj tę analizę, aby nadać sprawom właściwą perspektywę i schłodzić emocje, które często towarzyszą tej debacie. Nasza planeta i życie na niej nie tylko przetrwały, ale także rozkwitały w znacznie cieplejszych okresach niż ten, którego obecnie oczekujemy. Oczywiście czynnik ludzki odgrywający główną rolę w naszej obecnej sytuacji czyni ją bezprecedensową. Jednak scenariusz, który mówi, że sprawy mogą wymknąć się spod kontroli, a Ziemia może stać się drugą Wenus w wyniku zjawiska zwanego niekontrolowanym efektem cieplarnianym, został uznany przez naukowców w 2013 roku za nieprawdopodobny. By się to stał,  nasza cywilizacja musiałaby emitować 10 razy więcej dwutlenku węgla niż emitujemy dzisiaj. Jednym z ważnych czynników zatrzymujących ten efekt jest samo życie na ziemi, które jest zdolne do pochłaniania ogromnych ilości dwutlenku węgla. Innym argumentem często podnoszonym w tej debacie jest to, że nawet globalny wzrost o 3°C (5,7°F) przyniesie przedłużające się fale upałów, susze oraz coraz częstsze i bardziej dotkliwe ekstremalne zjawiska pogodowe. Może to być prawdą, ale prawdą jest również, że globalny odsetek ludzi ginących w klęskach żywiołowych zmniejszył się od początku XX wieku o 95%.

Ekonomiści klimatyczni dokonali tutaj wielu analiz. W kategoriach ekonomicznych wydatki potrzebne na aktywa fizyczne by zmniejszyć emisje do zera netto wyniosły by 275 bilionów dolarów do 2050 roku, czyli średnio 9,2 biliona dolarów rocznie, co oznacza roczny wzrost o 3,5 biliona dolarów.  Nie sądzę, aby jakakolwiek gospodarka na świecie mogła udźwignąć tego rodzaju ciężar. Raport ONZ z 2014 r. oszacował, że jeśli nic nie zmienimy, skutki gospodarcze globalnego ocieplenia do 2070 r. będą równoznaczne z utratą przez każdego z nas od 0,2 do 2 procent naszych dochodów. Zestawienie tych dwóch analiz daje nam również dodatkowy kontekst – niezbędny kontekst, którego potrzebujemy w debacie na temat zmian klimatycznych. Naukowcy i ekonomiści, którzy przygotowali raporty dla ONZ, wiedzieli, że najbardziej agresywne opcje łagodzenia – jak całkowita rezygnacja z paliw kopalnych na całym świecie w ciągu dekady lub dwóch – są niemożliwe do wdrożenia bez spowodowania globalnego załamania gospodarczego.

Nie ma naukowych dowodów na to, że zmiany klimatyczne, których doświadczamy w naszych czasach, stanowią jakiekolwiek zagrożenie egzystencjalne dla naszej planety i życia na niej. Zmiana klimatu to realny problem i powinniśmy dążyć do jego rozwiązania, ale potrzebujemy też poczucia proporcji w tej kwestii. Jeśli mówisz ludziom, że dla każdego z nas może to być koniec świata – co oznacza zagrożenie egzystencjalne – mówisz ludziom, że powinniśmy wydać wszystko na rozwiązanie tego problemu i nie przejmować się niczym innym. Realnym zagrożeniem – dla naszej gospodarki, a więc i społeczeństw na całym świecie i pokoju w nich – jest nieodpowiedzialna polityka energetyczna prowadząca do galopującej inflacji i finansowej destabilizacji rynków, do której dochodzi w całym zachodnim świecie z powodu złych decyzji naszych przywódców politycznych. Wezwanie do całkowitego zniesienia paliw kopalnych jest nie tylko nieodpowiedzialne; jest to w rzeczywistości wezwanie do ludobójstwa: szacuje się, że gdybyśmy dzisiaj przestali używać paliw kopalnych, w ciągu kilku dni zginęłoby z głodu od 20 do 60 milionów ludzi. Kto byłby skłonny wziąć odpowiedzialność za taką decyzję? Musimy stopniowo przechodzić na coraz więcej czystej energii, ale nie może to być wyłącznie podyktowane dekretem rządu lub grupą lobbujących biznesmenów: tutaj podstawowym rozwiązaniem jest inwestowanie w nowe technologie (takie jak na przykład samochody na paliwo wodorowe) i ulepszanie istniejących technologie (takie jak energia jądrowa).

Zmiany klimatu to nie jedyne wyzwanie stojące przed ludzkością – wszyscy zdali sobie z tego sprawę podczas ostatniej pandemii. Dlatego musimy zadać sobie pytanie, ile chcemy i ile faktycznie możemy wydać na złagodzenie tego problemu w porównaniu do wszystkich innych problemów, przed którymi stoimy jako ludzkość. Wszystko to powinno być przedmiotem otwartej, publicznej, uczciwej, akademickiej i intelektualnej debaty. Niestety ta debata zbyt często jest niezwykle emocjonalna, stronnicza, pełna wywołujących strach, apokaliptycznych wizji wymyślonych, by przestraszyć ludzi i manipulować nimi emocjonalnie, aby zaakceptowali wszystko, co ludzie u władzy chcą wprowadzić w odpowiedzi na te wyzwania. I często zdarza się, że prawdziwe i ważne pytania, a także dobre, rozsądne pomysły na rozwiązania giną całkowicie w tym całym tym medialnym szumie.

Zmiany klimatu to temat bardzo rozległy, i do studiowania, i do dyskusji. Próbowałem jedynie wyróżnić tutaj kilka ważnych kwestii i przedstawić kilka ważnych, moim zdaniem, tez. Panuje powszechna opinia, że ​​centralną rolę w całym procesie przeciwdziałania zmianom klimatycznym i restrukturyzacji naszej energetyki powinny odgrywać rządy. Moim zdaniem jest to bardzo wątpliwy i niebezpieczny pogląd, zwłaszcza jeśli miałby wiązać się z nieskrępowanym wzrostem ich władzy owych rządów, bez należytej troski o stabilność  gospodarczki i właściwą równowagę w podejmowaniu decyzji. Nikt nie powinien mieć tu prawa do jednomyślnego dyktowania rozwiązań. Nikt nie jest właścicielem nauki, nikt nie ma prawa, ani nawet nie jest w stanie dokonywać przewidywań z absolutną pewnością. Nauka o tych problemach nie jest do końca ustalona i prawdopodobnie nigdy nie będzie. Wszystko opiera się na modelach komputerowych. Opierając się na mojej znajomości metodologii nauki powiedziałbym, że pewność tego, co wydarzy się za 100 lat, nie jest większa niż nasza pewność co do wydarzeń, które miały miejsce na Ziemi 50-60 milionów lat temu. Jest tak wiele rzeczy, o których nie wiemy i których nie możemy przewidzieć.

Nie jesteśmy wszechwiedzący. Poznanie ludzkie jest zawsze ograniczone. Ale świat nie skończy się w 2030 lub 2050 roku; nie ma naukowej ani żadnej innej racjonalnej wiedzy, która by coś takiego sugerowała. Tego rodzaju „przewidywania” są zazwyczaj oparte na błędnym przedstawieniu faktów, ignorancji lub strachu. Tam, gdzie kończy się nasza wiedza, zaczyna się nasza wiara. Według niektórych naszych komentatorów biblijnych to nie tylko arogancja spowodowała, że starożytni zbudowali Wieżę Babel; była to również, jeśli nie przede wszystkim, ich niewiara: nie wierzyli w Boską obietnicę, że nie będzie kolejnego potopu. Odrzucili wiarę w przymierze Boga z ludzkością i dlatego zbudowali cywilizację, która upadła. Bądźmy uważni i nie powtarzajmy ich błędu. Mamy, więcej czasu na zastanowienie, niż się nam potocznie wydaje.

 

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA.
Menachem Mirski is a Polish born philosopher, musician, scholar and international speaker. He earned his Ph.D. in Philosophy and is currently studying to become a Rabbi at the Ziegler School of Rabbinic Studies. His current area of interests focus on freedom of expression and thought as well as the laws of logic as it pertains to the discourse of ideology and social and political issues. Dr. Mirski has been a leader in Polish klezmer music scene for well over a decade and his LA based band is called Waking Jericho.

Pozycja człowieka we wszechświecie

Pozycja człowieka we wszechświecie

Refleksja nad paraszą Bereszit

Menachem Mirski

Jedność i jedyność Boga jest fundamentalną teologiczną zasadą judaizmu. Szema Israel Adonai Eloheinu, Adonai Echad! – to słowa, które recytujemy dwa razy dziennie, codziennie. Są jednak fragmenty Tory, które na pierwszy rzut oka wydają się kwestionować tę boską jedność:

I powiedział Bóg: „Uczyńmy ludzkość na nasz obraz, na nasze podobieństwo. Będą władać rybami morskimi, ptakami powietrznymi, bydłem, całą ziemią i wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”. (Rodzaju 1:26)

Sama forma „uczyńmy”, jak również „na nasz obraz, na nasze podobieństwo” służyła teologom chrześcijańskim do uzasadnienia ich teologii trynitarnej, która z perspektywy żydowskiej jest stanowiskiem nie do przyjęcia. Ale jaka jest zatem właściwa żydowska interpretacja tych słów wypowiedzianych przez samego Boga?

Majmonides, rabin Izaak ben Moses Arama (znany jako Akejda) i inni komentatorzy wyjaśniają, iż wyrażenie „uczyńmy” jest zaproszeniem, aby wyższe istoty (aniołowie) i niższe istoty (stworzenia na ziemi – zwierzęta) wzięły udział w  stworzeniu człowieka. Po tym, jak Bóg stworzył wyższe i niższe istoty, pojawiła się potrzeba stworzenia, które połączy niższe istoty z wyższym światem, aby niższe istoty mogły istnieć. Człowiek został stworzony częściowo z niższych istot, z prochu ziemi, tak jak zostały one stworzone, ale duch życia w nim pochodzi od wyższych, duchowych istot, takich jak Bóg i aniołowie. To opisuje ogólną istotę i pozycję egzystencjalną człowieka. Nasi Mędrcy w Midraszu Bereszit Rabba 5 mówią nam, że:

Kiedy Święty, niech będzie Błogosławiony, stworzył człowieka, naradzał się ze służącymi Mu aniołami sługami, i powiedział im: „Jeśli stworzę go z wyższych istot, będzie żył, a nie umrze, a jeśli z niższych istot go stworzę, to umrze i nie będzie żył. Dlatego stworzę go z wyższych i niższych istot, w rezultacie czego jeśli będzie żył, to, umrze, a jeśli umrze, to będzie żył”.

To jeden z najbardziej wnikliwych opisów egzystencjalnej pozycji człowieka. Zarówno jego esencja, jak i jego egzystencja składają się z przeciwstawnych elementów: życia i śmierci (w celu przezwyciężenia śmierci i rozkładu poprzez tworzenie życia i poprzez życie przesycone stworzeniem) oraz ducha (od bytów wyższych) i aspektu zwierzęcego (od niższych istot).

Człowiek jest więc filarem łączącym dwa światy. Jednak celem ludzkiej egzystencji jest nie tylko zjednoczenie tych dwóch światów, ale także wyniesienie owego niższego świata. Według rabina Samsona Raphaela Hirscha hebrajskie słowo oznaczające człowieka – adam – nie pochodzi od adama – hebrajskiego słowa oznaczającego ziemię – lecz odwrotnie. Człowiek jest więc siłą twórczą, która ma przemieniać otaczającą rzeczywistość tak, aby służyła nie tylko jemu, ale i Bogu oraz Jego planom. Ta idea jest również zawarta we wspomnianej powyżej liczbie mnogiej użytej w naszym wersecie: Bóg używa  liczby mnogiej, tak jak król używa królewskiego, “dworskiego języka”, który jest w liczbie mnogiej, aby podkreślić, że wszystkie działania człowieka są w imieniu wspólnoty i dla dobra wspólnoty, a przez wspólnotę rozumiemy wszystkie istniejące istoty: niższe istoty i wyższe istoty.

Jak człowiek ma osiągnąć te cele: połączyć te dwa światy i dokonać wyniesienia owego niższego świata? Poprzez działania zgodnie z przykazaniami – micwot – i to jest zarazem centralny element ludzkiej natury. Ponieważ człowiek został stworzony na obraz Boga, uzyskał dzięki temu szczególne cechy różniące się od innych stworzeń: inteligencję, zdolność rozumienia świata i wolną wolę. Jednak człowiek nie nabywa tych cech w chwili narodzin: musi z czasem osiągnąć ten status. Dlatego człowiek może się wznieść, upodobnić do Boga, ale może też spaść w otchłań i upodobnić się do bestii. Ale, co istotne, na poziomie praktycznym wszystko sprowadza się do jednej umiejętności: powiedzenia sobie „nie”, powstrzymania własnych naturalnych impulsów. Według metafizyki biblijnej każde stworzenie działa zgodnie ze swoimi naturalnymi skłonnościami i jest niewolnikiem swoich namiętności, ale człowiek może kontrolować swoje naturalne skłonności i właśnie w tym aspekcie człowiek najbardziej przypomina swojego Stwórcę: to jest obraz Boga, który jest częścią jego esencji.

Naszym zadaniem jest więc troszczyć się o świat i wszystkie niższe istoty; jednakże one, podobnie jak przyroda i jej zasoby, mają nam również służyć – w naszym obowiązku służenia Bogu. Musimy więc znaleźć właściwy balans, równowagę w całej tej strukturze; jeśli nam się to uda, cały świat nie tylko przetrwa, ale będzie rósł i rozkwitał.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA.
Menachem Mirski is a Polish born philosopher, musician, scholar and international speaker. He earned his Ph.D. in Philosophy and is currently studying to become a Rabbi at the Ziegler School of Rabbinic Studies. His current area of interests focus on freedom of expression and thought as well as the laws of logic as it pertains to the discourse of ideology and social and political issues. Dr. Mirski has been a leader in Polish klezmer music scene for well over a decade and his LA based band is called Waking Jericho.

Dwar Tora Nicawim 2022

Dwar Tora Nicawim 2022

 

Rabinka dr Barbara Borts

 

Jak wszyscy dobrze wiedzą, królowa Elżbieta II zmarła na początku tego miesiąca. Nie jestem monarchistką – wychowywałam się w najbardziej republikańskim ze wszystkich krajów, w USA, a kiedy zostałam Brytyjką i dano mi do wyboru złożenie przysięgi albo potwierdzenie lojalności, wybrałam tę drugą opcję. Wiem, że wiele osób nie chciało przechodzić tutaj procesu naturalizacji, bo nie chcieli być poddanymi, lecz obywatelami. Pomimo to niesamowite wydaje mi się, że królowa rozpoczęła swoje panowanie w roku, w którym ja się urodziłam, i przyznaję, że łezka zakręciła mi się w oku, gdy w tygodniu żałoby po jej śmierci oglądałam różne nagrania z jej udziałem.

Księga Powtórzonego Prawa jest tekstualnym odpowiednikiem tych nagrań – historią Mojżesza i jego służby ludowi, jego wzlotów i upadków. Prowadzi nas to do [paraszy] Nicawim, Wajelech i Haazinu, do śmierci Mojżesza i powszechnej żałoby. I do szeptu wybiegającego w przyszłość – „umarł król, niech żyje król”.

Mojżesz wkracza do naszej historii w zaskakujący sposób, wykazując się wielką odwagą, gdy – pomimo iż był członkiem rodziny królewskiej, a zatem kimś bogatym i uprzywilejowanym – upomniał się o niewolników i sprzeciwił się ich niesprawiedliwemu traktowaniu. Odbywa mistyczne spotkanie z Bogiem i zostaje powiadomiony o swojej misji życiowej, którą skromnie próbuje odrzucić, a którą potem z odwagą przyjmuje. Mówi władzy prawdę prosto w twarz w imieniu cierpiących Izraelitów, aby przekonać faraona do zezwolenia na ich odejście; następnie skupia swoje wysiłki na przekonaniu ludu, aby uwolnił się od służalczego nastawienia, zobowiązał się czcić Boga i został świętym ludem.

Jak czytamy, jego życie bywało często koszmarem. Był przywódcą zarazem  w wymiarze administracyjnym i prawodawczym – wszystko w jednym – pośrednikiem między ludem a Bogiem, terapeutą pomagającym mediować pomiędzy lękiem, rozpaczą i powierzchownością ludu. Spoczywała na nim również ogromna odpowiedzialność spotykania Boga ponim el ponim, twarzą w twarz. Nie znajdziemy opisów przedstawiających, jak bawi się z psami albo śmieje się z przyjacielem. Nawet relacje z własną rodziną nie były bezproblemowe.

Po tym wszystkim, co przeszedł, aby dotrzeć na skraj pustyni, dlaczego nie pozwolono mu poprowadzić ludu do ziemi [obiecanej]? Zwykle jako powód podaje się fakt, iż tracił nad sobą panowanie w kontaktach z ludem oraz okazał nieposłuszeństwo Bogu przy wodach meriwa. Zastanawiam się jednak, czy nie chodzi o coś prostszego. Nowe okoliczności historyczne wymagają innych umiejętności przywódczych i świeżej perspektywy. Tak jak królowa pełniła służbę w czasach wojny i imperium, tak Mojżesz służył w czasie wyjścia z Egiptu i objawienia. Przez wzgląd na przyszłość Mojżesz musiał odsunąć się na bok, tak aby lud sam wziął odpowiedzialność za siebie i swoją relację z Bogiem, jak to ogłosili ponownie w przededniu swojego wejścia [do ziemi]. Wraz z Jozuem, który nie był ani prorokiem, ani nauczycielem, dla ludu pojawił się nowy potencjał.

Coś podobnego można moim zdaniem powiedzieć o królowej. Wywołałam lekką kontrowersję, gdy napisałam na Facebooku, że – choć przyznałam, że Elżbieta „królowała” nadzwyczaj dobrze i była dobrą, godną podziwu przywódczynią – to moim zdaniem jest to dobra okazja, aby pochować monarchię jako taką. Postąpiłam niczym prorok Samuel, który ostrzegał przed wprowadzeniem monarchii. W swoich komentarzach wiele osób przekonywało, że naród może mieć albo monarchę, albo prezydenta, czemu towarzyszyły wyrażone i niewyrażone obawy, że opcja „prezydencka” nieuchronnie skończy się kimś w rodzaju Trumpa. Utrzymywali, że monarchia pełni żywotną rolę w zapobieganiu takiemu scenariuszowi. Jak się okazuje, ludzie chcą przywódców – nie, tak naprawdę chcą superbohaterów, gwiazdorów, wybitnych sportowców i mesjaszy oraz tych, których rabin Jack Bloom nazwał Symbolicznymi Wzorami: przywódców, którzy są odbierani i traktowani niczym zamienniki dla żydowskiej tradycji, a nawet dla Boga, i od których oczekuje się stosownego do tej roli zachowania.

Wiele osób obdarza wyidealizowanego „innego” władzą, aby nadać sens życiu, aby umieścić jasność, stabilność i odpowiedzi w owym „kimś”; ma to pomóc zrozumieć świat, który często bywa niezrozumiały. Jak napisał mi mój przyjaciel rabin Richie Address, „obawiamy się wiedzy o tym, że jesteśmy sami i że to, jak pokierujemy naszym życiem, w dużej mierze spoczywa w naszych rękach”. Wszystko jest lepsze od pełnego zmierzenia się z fundamentalnymi pytaniami o to, jak odnaleźć sens życia, ponieważ – mocno w to wierzę – nie ma żadnego sensu a priori, a tylko taki, który sami wyznaczymy i stworzymy. A to ciężka praca, która bywa bolesna i przerażająca.

A co w takim razie z Mojżeszem, gdy odwiedzamy go tuż przed jego śmiercią? Wizja Mojżesza przypominała wizję królowej, jako że związana była z imprimatur boskiego wezwania – w jej przypadku odziedziczonego, zaś w jego przypadku nadanego; żadne z nich nie zostało „wybrane” w demokratyczny sposób. Oboje byli skromni, oboje zaprzysięgle religijni. Oboje byli bardzo starzy. I oboje ciężko pracowali aż do śmierci.

Mojżesz dostał misję do wypełnienia – wyprowadzić lud z Egiptu i zaprowadzić go na Synaj, aby przyjął przymierze z Bogiem. A stamtąd miał poprowadzić ich do przyobiecanej im ziemi. W paraszy Nicawim gromadzi lud i prosi Izraelitów, aby potwierdzili na nowo swoje przymierze z Bogiem, co też uczynili – czasownik „nicaw”  oznacza „umieścić się w jakiejś pozycji”, czynną decyzję, aby umieścić się w jakimś położeniu raczej niż po prostu biernie się tam znajdować. Następnie Mojżesz umiera, a Tora mówi nam, że miejsce jego pochówku jest nieznane, nie wspominamy o nim też w hagadzie pesachowej – wszystko to w celu zapewnienia, że nie umieścimy istot ludzkich, jak bardzo by na to nie zasługiwały, w centrum naszych praktyk religijnych. Nawet Mojżesza! A kto lepiej niż wy w Polsce rozumie zagrożenia płynące z postawienia człowieka w centrum narodu – wystarczy tylko spojrzeć na Putina albo nieco dalej, na Hitlera, aby zrozumieć drugą, czarną stronę charyzmatycznego przywództwa. ‎ ‎

O królowej mówi nam się, że zjednoczyła naród i inspirowała ludzi, ale czy faktycznie tak było? Czy było to w ogóle możliwe? Mogła być podziwiana i kochana, ale Zjednoczone Królestwo jest na skraju katastrofy, rozdarte przez głosowanie w sprawie Brexitu oraz przez schizmy pomiędzy Północą (tam gdzie mieszkam) a Południem. Szkocja może wciąż się odłączyć, w Północnej Irlandii znów trwają zawirowania, również z powodu problemów związanych z Brexitem. Szerzy się ksenofobia, której ofiarami padają często Polacy. I tak dalej.

Czy Mojżesz odniósł sukces? Spójrzmy na lud żydowski. Czy zjednoczyliśmy się już w ramach naszego świata religijnego, czy jesteśmy oddani najwyższym wartościom? Chciałabym, aby tak było, ale z pewnością tak nie jest.

Biorąc to wszystko pod uwagę, kwestionuję podstawową koncepcję, jakobyśmy potrzebowali inspiracji ze strony symbolicznych wzorów do naśladowania, królowych czy nawet proroków. Nieżyjący już rabin Jonathan Sacks napisał: „Pod koniec życia Mojżesz dostrzegł poważną porażkę swojego przywództwa. Wyprowadził Izraelitów z Egiptu, ale nie wyprowadził Egiptu z Izraelitów. Zmienił los swojego ludu, ale nie zmienił jego charakteru… Dopóki jest jakiś Mojżesz dokonujący cudów, ludzie nie muszą brać odpowiedzialności za samych siebie….[1]

Właśnie takie jest straszliwe zadanie na zbliżające się Wielkie Święta – wziąć odpowiedzialność za samego siebie. Koncepcja ta ma swoje granice, o czym będę mówić w Rosz Haszana. Ale właśnie takie wydaje się być żarliwe pragnienie Mojżesza u kresu jego życia: „Nie jest ono na niebie, lecz jest w twoich ustach, abyś je czynił; wybierz życie”. Istnieje często cytowany midrasz, którego puentą jest stwierdzenie, że kiedy zjawisz się w olem habo, w przyszłym świecie, nie zapytają cię, dlaczego nie byłeś Mojżeszem, ale dlaczego nie byłeś sobą.

Gdy pisałam te słowa, zwiększyła się jeszcze moja nieufność do koncepcji figuranta mającego być źródłem inspiracji. Przeczytałam jednak kolejny przekonujący fragment autorstwa rabina Jonathana Sachsa, w którym przedstawia argumenty za przeciwnym stanowiskiem. Stwierdził: „W przypadku religii takiej jak judaizm, z tak wieloma jednoznacznymi zasadami… pojawia się niebezpieczeństwo, że możemy zapomnieć o tym, iż są sfery życia, w których nie ma zasad, lecz tylko wzory do naśladowania, ale które nie są przez to mniej znaczące z religijnego punktu widzenia…. Są podręczniki w formie książek oraz podręczniki-ludzie. O cnotach uczymy się w mniejszym stopniu poprzez formalne wytyczne, a raczej znajdując cnotliwych ludzi i obserwując, jak żyją. Czasem odgrywamy ważną rolę nie tyle tym, co robimy, ile przez to, kim jesteśmy”.[2]  I pomyślałam, że może jednak ci, którzy zdobyli sławę, tacy jak Marek Edelman albo David Attenborough, są godni naśladowania.

Zadanie pozostaje wciąż takie samo i niezależnie od tego, czy będą nas motywować Mojżesz, królowa Elżbieta, Edelman albo Attenborough czy też  nasze własne doświadczenia religijne albo lektura inspirującego tekstu, ostatecznie to poszczególne jednostki muszą wziąć odpowiedzialność za to, co robią w życiu i umieścić ją w swoim wnętrzu – właśnie takie jest przesłanie tych dni pokuty. W przeciwnym wypadku wciąż zbyt łatwo jest wymachiwać flagą, a potem głosować przeciwko wpuszczaniu imigrantów, albo dokładnie analizować swoje pożywienie, lecz potem obrażać drugiego człowieka. Położyłem dziś przed tobą…

[1] Rabin dr Jonathan Sacks

[2] Ibid. To Heal a Fractured World, s. 239

 

                                                                    Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

 

 

 

 

 

 

Nicawim

Modlitwa jako narzędzie podejmowania decyzji

Refleksja nad  paraszą Nicawim

 

Menachem Mirski

Modlitwa. Dlaczego się modlimy? Kiedy się modlimy? Czego oczekujemy od modlitwy? Jakie jest dzisiejsze znaczenie czy też funkcja modlitwy? Co dobrego płynie z doświadczenia modlitwy?

Są to wszystko ważne pytania dla ludzi religijnych i istnieje na nie wiele odpowiedzi. Ale zanim spróbujemy znów na nie odpowiedzieć, nakreślmy pokrótce tło historyczne. Wydaje się, że modlitwa nie była głównym elementem żydowskich praktyk religijnych w starożytności, choć znano ją od dość dawna. Choć pierwsze akty modlitwy opisane w Torze pojawiają się na  samym początku historii żydowskiej – pierwszą osobą modlącą się w Biblii jest Abraham (Rdz 20, 7), w samej Torze jest to czynność dość „spontaniczna”, czyli nieposiadająca ustrukturyzowanego, rytualnego charakteru. Oczywiście Mojżesz nieustannie komunikuje się z Bogiem i często wypowiada prośby, używając hebrajskiej partykuły נָא (na); jest to dialog między prorokiem a Bogiem.

Nasza porcja Tory na ten tydzień zaczyna się właśnie od tego typu spotkania z Bogiem. Po wejściu do Ziemi Obiecanej Izraelici dosłownie stoją przed Bogiem, aby potwierdzić Przymierze, które z Nim zawarli:

Stanęliście dzisiaj wszyscy przed Bogiem waszym יהוה – naczelnicy waszych plemion, wasi starsi i wasi nadzorcy, wszyscy mężowie izraelscy, wasze dzieci, wasze żony i twój obcy przybysz, który jest w twoim obozie, od tego, który drwa rąbie, aż do tego, który wodę czerpie, aby pod przysięgą wejść w przymierze z Bogiem twoim יהוה, jakie Bóg twój יהוה dziś z tobą zawiera, aby dziś ustanowić cię swoim ludem, a On będzie twoim Bogiem, jak obiecał i jak przysiągł twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi. Lecz nie tylko z wami zawieram to przymierze, obwarowane przysięgą, ale także z tym, który jest tutaj dziś z nami przed Bogiem naszym יהוה, oraz z tym, którego nie ma tu dziś z nami. (Pwt 29, 9-14).

Chociaż doświadczenie to ujmuje się jako posiadające wieczny charakter, istota opisanego powyżej wydarzenia różni się nieco od tego, co zwykle rozumiemy przez modlitwę od początku ery rabinicznej. „Podstawowy” czasownik opisujący tę czynność – לְהִתְפַּלֵּל (lehitpalel) pojawia się w całym Pięcioksięgu tylko 7 razy i występuje w kontekście działalności tylko dwóch osób –  Abrahama i Mojżesza. „Modlić się” w języku hebrajskim nie oznacza „prosić Boga o coś”, jak to się często rozumie w językach indoeuropejskich, ale „wystawiać się na sąd Boży”. Jednak pomimo tych niuansów językowych zjawisko modlitwy zdefiniowałbym szerzej, a mianowicie jako każde werbalne spotkanie z Bogiem, każdy rodzaj komunikacji z Bogiem. A to dlatego, że w moim przekonaniu nie każde werbalne spotkanie z Bogiem wiąże się z Jego sądem.

Modlitwa nigdy nie jest i nigdy nie była magiczną różdżką, która sprawia, że wszystko idzie zgodnie z oczekiwaniami. Prawdziwa, głęboka modlitwa jest zawsze dialogiem, chociaż odpowiedź od Boga, jaką otrzymujemy w ten czy inny sposób (czyli coś nam się przydarza w rzeczywistości lub po prostu w naszym życiu wewnętrznym) prawie nigdy nie jest natychmiastowa.

My, istoty ludzkie, nie powinniśmy modlić się o rzeczy, o których wiemy, że są niemożliwe, jak choćby modlitwa o zawieszenie praw grawitacji. Jak ujął to Abraham Joshua Heschel:

Modlitwa nie może przynieść wody na wyschnięte pola, naprawić zerwanego mostu lub odbudować zrujnowanego miasta; ale modlitwa może nawodnić jałową duszę, naprawić złamane serce i odbudować osłabioną wolę.

Z pewnością granica między tym, co jest możliwe, a tym, co nie jest, nie jest wyryta w kamieniu, nie jest jasno zdefiniowana. Jest to kwestia naszej wiary i naszej mądrości. Ludzie wielkiej wiary wyznaczają tę granicę gdzie indziej niż ludzie małej wiary. Niektórzy ludzie sądzą, że modlitwa nigdy nie ma bezpośredniego, obiektywnego wpływu na rzeczywistość. Niektórzy z nich uważają, że modlitwa w ogóle nie ma żadnego znaczenia; dla innych modlitwa jest tylko narzędziem autorefleksji lub samoprogramowania. Ale w moim przekonaniu w naszych czasach możliwy jest też inny sposób rozumienia modlitwy, bardziej obiektywny niż autorefleksja i samoprogramowanie.

Jestem głęboko przekonany, że to, czego dziś potrzebujemy, to fundamentalne rozróżnienie między teologią przyrody a teologią ducha. Tanach oraz literatura rabiniczna nie czynią między nimi wyraźnego rozróżnienia; jednak na przestrzeni historii odkryliśmy, że sfera przyrody i ducha to oddzielne obszary, którymi rządzą różne zestawy praw i zasad, mimo że uzupełniają się one i są mocno od siebie zależne. Rozwiązaniem, które bym zaproponował, jest teistyczna teologia ducha i deistyczna teologia przyrody. Krótko mówiąc, tylko duchowość i wszystko, co należy do sfery ludzkiej woli, może być bezpośrednio kontrolowane przez nas i przez Boga. Sfera przyrody została odgórnie zaprogramowana przez Boga i jako taka nie może być przedmiotem arbitralnych decyzji ani  chwilowych zmian. Granica między ludzkim wolnym wyborem a determinizmem przyrody jest jednocześnie granicą między teologią a nauką. Obie dziedziny działają w różny sposób, według odmiennych zasad, założeń i postulatów.

W jakiej zatem dziedzinie modlitwa będzie działać zgodnie z tego rodzaju filozofią? Odpowiedź brzmi: w każdej dziedzinie, w której dochodzi do podejmowania decyzji przez człowieka. W świecie istnieje pewien stopień wolności. Jednak nasza wolność nie jest absolutna i w sferze ludzkiej wolności nadal mamy do czynienia z siłami, które wpływają na nasze doświadczenia i decyzje. Nie wszystko w naszym życiu jest tak naprawdę zdeterminowane, wręcz przeciwnie, wiele doświadczanych przez nas rzeczy są niemal tylko i wyłącznie konsekwencjami naszych wyborów i decyzji. Przykładem może być choćby  bycie chorym lub zdrowym. Wszystko co robimy ma realne, obiektywne konsekwencje, które często są długoterminowe i trwałe.

W sferze ludzkiej wolności jednym z czynników, który prowadzi do pozytywnych bądź negatywnych rezultatów, jest modlitwa (lub jej brak). Nigdy nie będziemy tego pewni, ale może to być kluczowy czynnik, który zadecyduje o tym, czy sprawy potoczą się w taką czy inną stronę. Czynnik ludzki otwiera przestrzeń dla boskiego działania. Dlatego wszędzie tam, gdzie ludzka decyzja odgrywa jakąś rolę, tam modlitwa również może odgrywać rolę. Dlatego kiedy chcę, aby coś się wydarzyło, modlę się o to.

Decyzje medyczne – właśnie tam podejmowanie decyzji jest kluczowe i decyduje o sprawach życia i śmierci. Możesz się wyleczyć lub uratować dzięki dobrej decyzji i zabić się za sprawą decyzji złej, bezmyślnej lub niemrawej. W dawnych czasach, kiedy ludzie mieli znacznie mniejszą kontrolę nad rzeczywistością, było to codzienne doświadczenie. W obecnych czasach nasza kontrola nad rzeczywistością i zjawiskami naturalnymi ogromnie się rozszerzyła, lecz mimo to od czasu do czasu pojawia się owo doświadczenie całkowitej niepewności i braku kontroli. Dlatego bardzo ważne jest, aby być roztropnie przygotowanym do podejmowania w takich chwilach dobrych decyzji, ponieważ stawka może być niezwykle wysoka. „Roztropne przygotowanie” oznacza również przygotowanie duchowe poprzez żywienie nadziei i stawanie po stronie prawdziwych wartości.

Ilekroć w grę wchodzi wolna wola i swobodne podejmowanie decyzji – nie ma ścisłego determinizmu, mamy tylko do czynienia z siłami i czynnikami, które możemy zaakceptować lub którym możemy się przeciwstawić. W tym momencie rozum i nauka niczego nie narzucają; stają się tylko narzędziem, pomocnym narzędziem do podejmowania dobrych, właściwych decyzji. W sferze ludzkiej wolności kluczową rolę odgrywają nadzieja, wiara i motywacja. Myślimy o sobie i o naszych ciałach i traktujemy nasze ciała zgodnie z ideologią i systemem wartości, które uznajemy. Nasz los zależy od tego, w co wierzymy, a także od tego, jak bardzo jesteśmy zdeterminowani, zmotywowani i odpowiedzialni. Na przykład możesz pojechać do knajpy, upić się i zginąć w drodze powrotnej, jadąc po pijanemu na autostradzie. Możesz zostać w domu, przeczytać książkę lub obejrzeć film i dzięki temu pozostać przy życiu. Oczywiście nic takiego nie musi się zdarzyć, jeśli jesteś osobą odpowiedzialną; dla myślących i odpowiedzialnych ludzi przykład, który właśnie podałem, jest fałszywą alternatywą. Nadal możesz wybrać się do knajpy, ale wydać trochę więcej pieniędzy i zamówić taksówkę lub Ubera. Jaki ma to związek z modlitwą? Modlitwa wpaja nam wszystko, o czym mówi nasza religia: poglądy w kwestii znaczenia życia w społeczeństwie, znaczenia wszechświata, struktury wartości, znaczenia samokontroli, odpowiedzialności itp. Modlitwa żydowska jest również ważnym składnikiem żydowskiej tożsamości i wszystkiego, co uważamy za żydowskie wartości. Wszystko to jest nam wpajane poprzez modlitwę i zadecyduje o naszym losie –  poprzez nasze własne działania lub ich brak.

מִי יִחְיֶה, וּמִי יָמוּת, מִי בְקִצּוֹ, וּמִי לֹא בְּקִצּוֹ, מִי בַמַּיִם, וּמִי בָאֵשׁ, מִי בַחֶרֶב, וּמִי בַחַיָּה, מִי בָרָעָב, וּמִי בַצָּמָא, (…) מִי יַעֲנִי, וּמִי יַעֲשִׁיר, מִי יֻשְׁפַּל, וּמִי יָרוּם.

Kto będzie żył, a kto umrze, kto w odpowiednim czasie, a kto śmiercią przedwczesną, kto od wody, a kto od ognia, kto od miecza, a kto od dzikiego zwierzęcia, kto z głodu, a kto z pragnienia (…) kto zubożeje, a kto się wzbogaci, kto będzie poniżany, a kto wywyższany. (Unetane Tokef)

Szabat szalom i szana towa!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA.
Menachem Mirski is a Polish born philosopher, musician, scholar and international speaker. He earned his Ph.D. in Philosophy and is currently studying to become a Rabbi at the Ziegler School of Rabbinic Studies. His current area of interests focus on freedom of expression and thought as well as the laws of logic as it pertains to the discourse of ideology and social and political issues. Dr. Mirski has been a leader in Polish klezmer music scene for well over a decade and his LA based band is called Waking Jericho.

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Szoftim

Polityka oraz prawda

Refleksja nad paraszą Szoftim

Menachem Mirski 

Sędziów i urzędników ustanowisz sobie we wszystkich bramach twoich, które Wiekuisty, Bóg twój, da tobie w pokoleniach twoich, aby sądzili lud sądem sprawiedliwym. (Pwt 16:18, pierwszy werset paraszy Szoftim).

Istnieją trzy klasyczne teorie prawdy, definiujące zarazem czym jest prawda. Pierwsza z nich, sformułowana przez Arystotelesa, mówi, iż prawdą jest to, co jest zgodne z rzeczywistością. Brzmi to dość oczywiście. Definicja ta jest oczywiście logicznie poprawna – w końcu sformułował ją jeden z “ojców założycieli” logiki, jako nauki ścisłej. Boryka się jednak ona jednym fundamentalnym problemem: żeby stwierdzić, że coś jest zgodne z rzeczywistością, musimy wiedzieć jaka jest owa rzeczywistość, prawda? Tak więc, żeby sprawdzić, czy coś jest prawdą musimy znać ową rzeczywistość wcześniej, a konkretniej – prawdę o niej. Żeby więc poznać prawdę musimy znać prawdę. Brzmi jak wyjęte z wypowiedzi niektórych polityków.

Druga klasyczna teoria prawdy to koncepcja spójności. Wedle tej koncepcji dana myśl, idea  czy hipoteza jest prawdziwa jeśli jest zgodna z innymi teoriami i koncepcjami uznanymi powszechnie za prawdziwe. Jakkolwiek teoria ta ma pewne zastosowanie, roi się w niej od problemów: np. musimy mieć całkowitą pewność, że cała nasza pozostała wiedza, wcześniej zdobyta, jest prawdziwa, by stwierdzić prawdziwość hipotezy, którą badamy. Wystarczy, że jeden element całej tej spójnej logicznie układanki jest fałszywy i cały nasz system może się rozpaść jak domek z kart. Może, choć nie musi, można tutaj wymyślać różnego rodzaju argumenty i usilnie bronić jakieś teorii, aż do momentu, kiedy już nie ma czego bronić. Ponadto, sama spójność, pozbawiona warunku “zgodności z rzeczywistością” toruje drogę do opanowania świata wszelkiego rodzaju dziwacznym teoriom lud rozmaitym, spójnym logicznie i górnolotnie brzmiącym, pseudo akademickim urojeniom, które zainspirowały dziesiątki eksperymentów społecznych i sprowadziły nędzę, wojny oraz śmierć milionów ludzi.

Trzecia klasyczna koncepcja to tzw. pragmatyczna teoria prawdy. Wedle tej koncepcji dana myśl, idea lub teoria jest prawdziwa, jeśli wywołuje skutki, o których mówi, że wywoła. W porcji Tory na ten tydzień mamy swoistą wersję tej koncepcji:

Rzekł wtedy Wiekuisty do mnie [tj. do Mojżesza]: pięknem to, co powiedzieli! Proroka ustanowię im spośród braci ich, podobnego tobie, i włożę słowa Moje w usta jego, i będzie im mówił wszystko, cokolwiek mu rozkażę […] A gdybyś rzekł w sercu swojem: jakże mam poznać słowo, którego nie wypowiedział (ustami proroka) Wiekuisty? Cokolwiek by wyrzekł prorok w imię Wiekuistego, a nie stałoby się to słowo, ani spełniło się – jest to słowo, którego nie wyrzekł Wiekuisty, rozmyślnie wyrzekł je prorok: nie trwóż się przed nim! (Pwt 18:17-18,21-22)

Wszystko to jest tutaj oczywiście wypowiedziane w kontekście, którego fundamentalnym założeniem jest to, że wszystko co myśli lub mówi Bóg jest prawdziwe. Jeśli więc dana idea pochodzi od Boga, będzie się spełniać, będzie działać w praktyce. Jeśli natomiast się nie spełnia, nie działa tak jak “powinna” wedle samej siebie, nie pochodzi od Boga, nie jest prawdą. Nie należy się też, wedle Tory, przed taką wypowiedzią, tudzież osobą, która ją wypowiada, trwożyć (Pwt 18:22). I to jest bardzo ważna sugestia, którą można rozumieć na kilka sposobów, na przykład: nie należy się takiego człowieka obawiać a jego “prawdy” można, lub wręcz należy, zignorować.

 W rzeczywistości, a przynajmniej z teoretycznego punktu widzenia, żeby naprawdę poznać prawdę, należy zastosować wszystkie trzy powyższe teorie prawdy. Jeśli więc chcemy na przykład zdobyć wiedzę na temat która partia polityczna chce naprawdę naszego dobrobytu i sprowadzi ‘epokę mesjańską’, a która nas tylko oszukuje, by nas wykorzystać, zdradzić i wydać na pastwę naszych wrogów, musimy mieć pewność, że: 1. Znamy intencje, plany i kompetencje owych ludzi, idealnie rzecz biorąc wszystkich, realnie przynajmniej kierownictwa (musielibyśmy znać myśli owych ludzi, a nie tylko to co publicznie mówią, i nie to, co mówią o nich inne gadające głowy w TV). 2. Nasza wiedza na ich temat jest logicznie spójna i nie odrzucamy danych informacji tylko dlatego, że nie pasują do naszej “życzeniowej” układanki, 3. Pomysły i plany, które oni realizują przynoszą zamierzone przez nich skutki (i są to zarazem skutki, których pożądamy). Jednakże w praktyce realizacja punktów 1 i 2 jest wymaga sporego wysiłku i jest czasochłonna. Dlatego też, żyjąc w społeczeństwach sprofesjonalizowanych, w naszej diagnozie polegamy na innych, np. na mediach, które dostarczają nam informacji. Problem w tym, że to nie rozwiązuje problemu, tylko przenosi go gdzie indziej: w tej sytuacji musimy zastosować punkty 1 i 2 do źródeł naszych informacji, a więc do mediów. A ponieważ media bardzo często mówią to, czego oczekują od nich politycy, sytuacja staje się błędnym kołem i jest dramatyczna. Zapomnijmy więc o punktach 1 i 2, i skupmy się tylko na tym, czy dane idee przynoszą (zamierzone przez nie) rezultaty, a więc czy to, co mówią owi ludzie sprawdza się w praktyce, czy nie, wywołuje zamierzone skutki, czy nie. To dobry znak, bo to znaczy, że mają oni kontakt z rzeczywistością i jakąś nad nią kontrolę.

To wszystko, co w zasadzie możemy zrobić. Wszystko inne, zwłaszcza jeśli brzmi jak nonsens – jest niespójne lub wygląda na oderwane od rzeczywistości –  najlepiej zignorować, jak i osoby, które ten nonsensy wypowiadają.

Dla ich dobra oraz dla naszego spokoju ducha.

Szabat szalom,

Menachem Mirski

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA.
Menachem Mirski is a Polish born philosopher, musician, scholar and international speaker. He earned his Ph.D. in Philosophy and is currently studying to become a Rabbi at the Ziegler School of Rabbinic Studies. His current area of interests focus on freedom of expression and thought as well as the laws of logic as it pertains to the discourse of ideology and social and political issues. Dr. Mirski has been a leader in Polish klezmer music scene for well over a decade and his LA based band is called Waking Jericho.

Uwaga: ubóstwo

Uwaga: ubóstwo

Rabin Mati Kirschenbaum

Nie da się tego ukryć – ceny poszybowały w górę. W lipcu inflacja w Polsce sięgnęła 15,5%, tempo wzrostu cen jest najwyższe od prawie 25 lat. Nic dziwnego, że rząd podniósł stopy procentowe w celu ograniczenia dynamiki wzrostu cen. Skutki inflacji dotykają wszystkich, od młodych dorosłych martwiących czy stać ich będzie na zaciągnięcie lub dalsze spłacanie kredytu mieszkaniowego, do seniorów zaniepokojonych topniejącą siłą nabywczą ich emerytur. Nie jest to specyficznie polski problem – po inwazji Rosji na Ukrainę z rosnącymi kosztami życia mierzy się niemal cała Europa. Rządy państw europejskich wdrażają różnorakie strategie zapobiegające obniżaniu się stopy życiowej obywateli. Niemcy i Hiszpania postanowiły pomóc obniżyć wydatki obywateli na transport poprzez wprowadzenie tanich lub bezpłatnych przejazdów kolejowych. Wielka Brytania zaoferowała wszystkim swoim obywatelom dodatek energetyczny, obniżyła podatki komunalne płacone przez większość gospodarstw domowych oraz zdecydowała się wspomóc obywateli pobierających świadczenia społeczne specjalnym dodatkiem kompensującym zwiększone koszty życia. W Polsce rząd wprowadził wakacje kredytowe dla kredytobiorców, planowane jest wprowadzenie powszechnego dodatku energetycznego. Wprowadzeniu każdej z form pomocy obywatelom towarzyszą dyskusje dotyczące ich skuteczności i zasadności. Te ostatnie wynikają z rozbieżności poglądów na temat grup, którym powinno się okazać wsparcie. Dyskusje na temat pomocy obywatelom w trudnych czasach są zatem jednocześnie publicznymi debatami na temat progu ubóstwa wymagającego interwencji społeczeństwa.

W czytanej przez nas w tym tygodniu parszy Ree Mojżesz wymienia grupy społeczne, którym Izraelici mieli udzielić finansowego wsparcia w postaci udziału w dziesięcinie po wkroczeniu do Ziemi Izraela. Należeli do nich pozbawieni własnej ziemi Lewici, wdowy, sieroty oraz obcokrajowcy. Cechą wspólną tych grup był brak udziału w ziemi, głównym czynniku produkcji, co uzależniało przetrwanie należących do nich jednostek od materialnego wsparcia wspólnoty.  Nie oznaczało to jednak, że pomoc materialna miała ograniczać się wyłącznie do jednostek niezdolnych do samodzielnego utrzymania się.

Mojżesz poucza bowiem Izraelitów, że mają udzielić pomocy finansowej w postaci pożyczki każdemu Izraelicie, który tego potrzebuje. Pożyczka ta miała być umorzona wraz z nadejściem roku szabatowego. Co ważne, Mojżesz zabronił Izraelitom uchylać się od pożyczania pieniędzy innym gdy zbliżał się rok szabatowy, w którym wszystkie długi były anulowane. Udzielający pożyczek musieli się zatem liczyć z możliwością ich rychłego umorzenia.

Prawo ustanowione przez Mojżesza okazało się zbyt rygorystyczne. Zamożni Izraelici nie byli skłonni udzielać pożyczek bez gwarancji ich zwrotu. Dlatego w pierwszym wieku przed naszą erą Hillel Starszy wprowadził instytucję prozbulu, klauzuli w umowach pożyczek przenoszącej formalnie status wierzyciela z jednostek na sądy rabinackie. Zabezpieczało to interesy pożyczkodawców, gdyż długi wobec sądów nie ulegały umorzeniu w trakcie roku szabatowego. Gwarancja zwrotu pożyczek przełożyła się na ich zwiększoną podaż, na czym skorzystali pożyczkobiorcy.

Ustanowione przez Mojżesza i Hillela prawa były odpowiedzią na cechy ludzkiej natury utrudniające nam udzielanie pomocy bliźnim w potrzebie. Mojżesz nakazał Izraelitom udzielać pomocy niezdolnym do samodzielnego utrzymania się w odpowiedzi na brak solidarności, pozwalający nam przypisywać ubóstwo indywidualnym cechom, nieodwołalnie oddzielających potrzebujących od potentatów. Nazywając ubogich braćmi reszty społeczności Mojżesz kwestionował ten wykluczający podział. Wprowadzenie przez Hillela instytucja prozbulu wynikało ze zrozumienia wyzwania jakim dla większości z nas jest znalezienie równowagi między egoizmem i altruizmem. Obydwaj mędrcy rozumieli, że skuteczna walka z ubóstwem wymaga systemu społecznego w którym wsparcie potrzebujących szłoby w parze z akceptacją dążenia jednostek do zapewnienia sobie dobrobytu. W Talmudzie Babilońskim, w traktacie Ketubot odnajdujemy dyskusję na temat zakresu pomocy której społeczność powinna udzielić potrzebującym.

Wedle anonimowej opinii mędrców społeczność powinna zagwarantować osobom ubiegającym się o pomoc wsparcie pozwalające im przetrwać. Mędrcy byli jednak przeciwni udzielaniu pomocy zbiedniałym bogaczom pragnącym utrzymać  wysoki status materialny. Pomimo tego, Talmud przytacza historię Hillela który kupił zubożałemu bogaczowi konia i jako herold zapowiadał jego przybycie do następnej wioski.

Rabini przytaczają też historię niedawno zubożałego mężczyzny który poprosił Rabina Nehemiasza o możliwość stołowania się u niego. Nechemiasz zgodził się wyrażając obawę czy mężczyźnie, przyzwyczajonemu do mięsa i wina, wystarczy skromny miska soczewicy którą mógł mu zaoferować. Przeczucie Rabina Nehemiasza okazało się słuszne, jego podopieczny niebawem zmarł. Rabin Nehemiasz miał z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Mędrcy jednak byli przekonani, że winny był mężczyzna nie będący w stanie przystosować się do skromniejszego stylu życia.

Wreszcie rabini przytaczają historię zubożałego bogacza pragnącego utrzymać swój dotychczasowy styl życia na koszt społeczności. Gdy Rawa, jeden z najwybitniejszych mędrców mieszkających w Babilonii, krytykuje koszt związany z zapewnieniem takich posiłków, jego interlokutor stwierdza, że prowadził on wystawne życie z woli Wiekuistego. Zaraz potem siostra Rawy niespodziewanie przynosi mu w prezencie ulubione jedzenie nędzarza. Rawa traktuje to jako znak z niebios, przeprasza swojego rozmówcę i ugaszcza go wystawnym posiłkiem. Co istotne, historia ta wydaje się traktować ten akt jako jednorazowe wydarzenie.

Powyższe historie zdają się sugerować, że w czasach kryzysu większość mędrców Talmudu zalecałaby nam podjęcie działań zapewniających jak największej liczbie potrzebujących ich podstawowe potrzeby. Osoby zamożne mogły liczyć na wsparcie jeśli ich wysoka pozycja materialna miała, ze względu na swoją symbolikę, wpływ na utrzymanie obowiązującego społeczno-religijnego ładu. We współczesnym demokratycznym społeczeństwie taką rolę pełnią funkcjonariusze państwowi najwyższej rangi, np. Prezydent RP.

Znajdujące się w Talmudzie debaty dowodzą, że pytanie na temat najbardziej sprawiedliwego podział środków przeznaczonych na walkę z ubóstwem w trudnych czasach, mają długi rodowód. Sądzę, że Talmud celowo nie przytacza na nie odpowiedzi. Jej brak ma nas skłonić do namysłu nad dzisiejszym ubóstwem i sposobami jego przezwyciężenia. Jestem pewien, że inspirowane tym namysłem czyny pomogą nam radzić sobie ze skutkami inflacji. Mam też nadzieję, że przybliżą one nadejście świata w którym ubóstwo i wojna będą tylko złym wspomnieniem. Oby ten dzień nadszedł szybko i za naszych dni.

Szabat Szalom.

Mati Kirschenbaum