SUKOT

BEIT POLSKA, wrzesień 2018

SUKOT

  Rabin dr. Walter Rothschild

Święto Sukot, przypadające podczas pełni księżyca wkrótce po zakończeniu Jom Kipur, po długim okresie pokuty, refleksji i tszuwy, zawsze stanowi pod pewnymi względami trudny czas, bowiem tak wiele się już ostatnio modliliśmy, zaś teraz otrzymujmy przykazanie „bądź szczęśliwy”, Wesamachta bechagecha, „Będziesz się weselił w to swoje święto” (Pwt 16, 14). Nie chodzi więc tylko o to, CO należy zrobić, aby wypełnić pewien określony zestaw micwot  (oczywiście również i ten aspekt jest obecny, mamy bowiem przykazania nakazujące budować szałas i potrząsać arba minim, „czterema gatunkami”), ale również o to, JAK powinniśmy się w tym czasie czuć. Zawsze wydawało mi się to jedną z najtrudniejszych micwot, bowiem przykazanie to dotyczy odczuwania, a nie wykonywania jakichś czynności.

Z przyczyn technicznych, po części związanych z czasem niezbędnym na przetłumaczenie mojego tekstu na język polski, a po części wynikających z mojego własnego harmonogramu pracy, wystąpienie to przygotowuję na kilka dni przed świętem Sukot. W związku z tym w czasie, gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zniszczenia w niektórych wschodnich stanach USA wyrządził ostatni huragan, lecz do czasu nadejścia święta Sukot będziecie mieli zapewne okazję obejrzeć w mediach nowe zdjęcia lotnicze przedstawiające zniszczone miasta – zdjęcia przypominające oglądane przez nas kilka lat temu obrazy z Nowego Orleanu. Szczerze powiedziawszy, przypominają one obrazy, jakie oglądamy prawie co roku, przedstawiające zniszczone i uszkodzone budynki zdewastowane przez niewidzialne siły – nie WIDZIMY wiatru, lecz tylko jego efekty; widzimy ulice zawalone stertami gruzów, poprzewracane samochody i łodzie osiadłe gdzieś daleko w głębi lądu. Wydarzenia te zdają się powtarzać niezwykle często, prawie równie często, co pożary szalejące na zachodnim wybrzeżu USA, w Kalifornii, pozostawiające po sobie spalone domy i czyniące z ich mieszkańców bezdomnych uchodźców. Przygotowuję to wystąpienie zanim mieliśmy się jeszcze szansę  dowiedzieć, jak dokładnie tamtejsze kongregacje żydowskie musiały się zmierzyć z naturalnymi żywiołami, jak poradziły sobie z obchodami Jom Kipur i jak uda się im zorganizować obchody Sukot. Dzięki współczesnej technologii tego typu wieści docierają do nas bardzo szybko, lecz mimo wszystko zajmuje to trochę czasu. Zmuszony jestem więc opierać się na domniemaniach i założeniach, ze świadomością, że (tak jak to bywało wcześniej przy tego typu okazjach) dotrą do nas apele od naszych kolegów i koleżanek oraz od pokrewnych nam organizacji religijnych, apele o pomoc i wsparcie. Kol Jisrael arewim ze-laze, na wszystkich Żydach i Żydówkach spoczywa obowiązek pomagania sobie nawzajem w potrzebie; pomoc ta może przybrać choćby tylko formę wsparcia moralnego, niemniej poczucie solidarności jest czymś niezmiernie ważnym. Wiem, że mieszkańcy niektórych stanów USA dostali ostrzeżenie od władz ze szczebla krajowego i stanowego oraz od przedstawicieli lokalnych samorządów, aby opuścili swoje domy, aby po prostu wsiedli do samochodów i odjechali, by zamknęli domy
i wyjechali na jakiś czas, tak by ocalić swoje życie…. Aby poszukali lepszych, solidniejszych schronów. Wiele osób będzie mieszkać w tymczasowych kwaterach przez długi czas, niezbędny do przeprowadzenia napraw, do odbudowania dachów, usunięcia wyrwanych z korzeniami drzew
i przywrócenia dostępu do prądu. Jak już wspominałem, pisząc te słowa nie dysponuję jeszcze szczegółami i statystykami, jednakże ogólny obraz sytuacji jest już znany. W bogatym i potężnym kraju zdarza się niekiedy, że zawieje wiatr bądź spadnie deszcz – i nagle przyroda przestaje być fascynującym zjawiskiem, czymś, na co miło popatrzeć i co sprawia przyjemność, staje się natomiast zagrożeniem dla samego ludzkiego przetrwania i dla wszystkiego, co tylko ludziom udało się zbudować. (Obecnie sztormy szaleją również na Pacyfiku, stanowiąc zagrożenie dla Filipin
i Chin, lecz – mówiąc wprost – w tamtej części świata mieszka po prostu mniej Żydów!).

Jednocześnie zaś w chwili, gdy piszę te słowa – i być może również wtedy, gdy będę je przed wami osobiście wygłaszał – w innej części świata kolejne miasta na Bliskim Wschodzie, w Syrii, Jemenie czy też w innych miejscach zamieniane są w betonowe rumowiska i w powykręcane kawałki stali; budynki oraz znajdujący się w nich ludzie obracani są w pył przez całą potęgę współczesnej machiny wojennej.  Kamery telewizyjne (a nawet amatorskie telefony komórkowe) wykorzystywane są obecnie do pokazywania tych samych, powtarzających się obrazów zrujnowanych miast i stert gruzów – gruzów cywilizacji, jednostkowych egzystencji i kultur. Zbiory książek, eksponatów i archiwów archeologicznych oraz wspomnień zostaną zniszczone tak samo, jak domy, szkoły, sklepy, targowiska i miejsca kultu…. Będziemy oglądać dobrze nam znane obrazki pozostałości po wysokich budynkach, teraz straszących ziejącymi dziurami, ścianami bez podłóg czy też odsłoniętymi podłogami bez otaczających je ścian; ujrzymy zwisające betonowe płyty
i nieprzejezdne ulice pokryte wielkimi stertami gruzów. Tego typu obrazy oglądamy już od lat, od dziesięcioleci, przyzwyczajamy się do nich i uodparniamy się na nie…; lecz dla osób, które tam mieszkają lub kiedyś tam mieszkały, które próbują tam żyć, których bliscy mieszkali tam w przeszłości lub mieszkają obecnie, dla tych, którzy chcieliby tam powrócić i na nowo zamieszkać, obrazy te znaczą o wiele, wiele więcej.  

Oczywiście my jako kongregacja obchodzimy Sukot w mieście, które, jak widać na starych fotografiach (choć niektórzy mają te zdarzenia wciąż żywo w pamięci),  jakiś czas temu przestało prawie w ogóle przypominać miasto i w którym nie pozostał praktycznie kamień na kamieniu. Również eksplozja pocisku wybuchowego jest niewidzialna dla ludzkiego oka – nie widać wiatru, lecz tylko jego skutki. Wybudowanie budynku zajmuje lata, natomiast zniszczenie go zaledwie minuty, jeśli nie sekundy.

Wszystko to uświadamia nam, jak prowizoryczne bywają budowle wzniesione ludzką ręką, jak bardzo kruche, jak tymczasowe. Choćby najwspanialsze zamki i pałace, choćby największe bunkry, wszystko, co tylko zostało zbudowane z kamienia bądź drewna, z cegieł, betonu, stali, szkła, aluminium, z łupków, terakoty i marmuru – WSZYSTKO, co może zostać zbudowane, może również zostać zburzone i obrócone w pył.

Sukot było niegdyś dla rolników w Izraelu świętem zbiorów, zaś suka  przypominała prowizoryczne budki stawiane po to, aby pracownicy mogli nocować nieopodal swego miejsca pracy. Lecz dla rabinów żyjących na wygnaniu poza Izraelem Sukot stanowiło zawsze okazję do przypomnienia sobie, że miasta otoczone grubymi murami i wysokimi bramami miejskim są podatne na zniszczenie dokładnie tak samo, jak cała reszta, że dla wędrowców na pustyni, dla zbiegłych niewolników i dla uchodźców JAKIEKOLWIEK schronienie jest lepsze niż żadne oraz że nawet mieszkańcy miast mogą i powinni nauczyć się sztuki gościnności wobec innych nomadów, powinni zapraszać do swych szałasów symbolicznych gości i podzielić się z nimi czymś do zjedzenia
i do wypicia. Będzie to dla nich szansa na przypomnienie sobie, iż w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy życiowymi nomadami i że jedyne trwałe miejsce zamieszkania, jakie przypadnie nam kiedyś w udziale, znajdować będzie się pod ziemią, a nie na jej powierzchni.

Wesamachta bechagecha. „Będziesz się weselił w to swoje święto”. W istocie my, zgromadzeni tutaj, dzisiaj, w tym roku, mamy wiele powodów do radości. Nasz szałas ma tylko tymczasowy charakter i został zbudowany w celach rytualnych czy też ozdobnych. Nie będziemy zmuszeni w nim mieszkać podczas nadchodzącej zimy. Nie będziemy musieli się w nim spotykać jako kongregacja przez następnych kilka szabatot. Po świątecznym nabożeństwie wrócimy do domu lub do hotelu
z nieprzeciekającym dachem i bezproblemowym dostępem do wody i prądu, z  niezniszczonymi meblami i z podłogami, po których da się chodzić. Zaś gdy zawieje wiatr, będziemy wiedzieli, że to tylko przeciąg, gdyż ściany i pozostała część okien będą wciąż na swoim miejscu.

Mamy wiele powodów do zadowolenia i nie powinniśmy o tym zapominać. Lekcja płynąca ze święta Sukot jest następująca: Nie zapominajmy o tym. To wszystko. Nie zapominajmy o tym.
I weselmy się.

  Chag Sameach!

 

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany.

Standing Before the Heavenly Court

Standing Before the Heavenly Court

Mati Kirschenbaum

This week’s Torah portion, Vayelech, has the least number of verses out of all the parashot which we read throughout the year. This is because we usually read it together with the previous Torah portion, Nitzavim. However, this year this parasha is being read separately. It starts with a confession made by Moses, who is aware of his physical limitations.

“I am now one hundred and twenty years old, I can no longer be active. Moreover, the [Eternal] has said to me, ‘You shall not go across yonder Jordan.’” (Deuteronomy 31:2.)

Therefore, Moses was thinking about the need to select a leader for the Israelites, someone who would take the people of Israel into the Land of Canaan and who would act as their commander during its conquest. Moses decides to appoint as his successor his loyal servant Joshua, who was one of the two spies sent to the Land of Canaan who came back from it convinced that the Israelites would be able to conquer it. Joshua is an ideal candidate for this leadership role, since he is courageous and he knows the topography of the areas to which he is supposed to take the Israelites. However, this does not mean that the task he faces is an easy one. This is contradicted by the very words of Moses, who seems to be reassuring Joshua and at the same time also giving him advice, as he says,

“’Be strong and resolute, be not in fear or in dread of them [Israel’s enemies]; for the [Eternal] your God Himself marches with you: He will not fail you or forsake you’. Then Moses called Joshua and said to him in the sight of all Israel: ‘Be strong and resolute, for it is you who shall go with this people into the land that the [Eternal] swore to their [ancestors] to give them, and it is you who shall apportion it to them. And the [Eternal] Himself will go before you. He will be with you; He will not fail you or forsake you. Fear not and be not dismayed!’” (Deuteronomy 31:6-8.)

The need to choose a new leader for the Israelites is not the only problem troubling Moses, who is preparing his people to cross over Jordan. He is also worried about how the Israelites will behave after he is gone. No wonder; for he remembers how many times they rebelled against him as they were  wandering through the wilderness. That is why Moses orders the Israelites to read the Book of Law during every Sukkot, which is supposed to remind the Israelites of how they should behave. What’s interesting is that Moses is aware that simply reading the Law will not protect the Israelites from bowing down before deities and from immoral conduct. And that is why Moses writes a song in which the Heavens and the Earth are being called as witnesses for the future misconducts of the Israelites. Moses puts the scroll with the words of this song in the Arc of the Covenant.

How are we to understand the statement that the Heavens and the Earth have been called as witnesses against the people of Israel? This means that no evil deed of Israel shall go unnoticed, that all of Israel’s transgressions shall be severely punished. Therefore, this song serves a pedagogical function – it is supposed to remind the Israelites of their rebellious inclinations which sooner or later will push them towards sin.

The idea of a Heavenly Court (before which the Heavens and the Earth are being summoned to testify against us) reminds us of Yamim Noraim (the Days of Awe), the period between Rosh Hashana and Yom Kippur which is now underway, during which we ourselves are standing before the Heavenly Court. What’s more, many of the prayers recited during Yamim Noraim seem to serve the same purpose as the song composed by Moses; their goal is to make us become aware of our failings and their consequences. These prayers are throwing us off balance and their depiction of human nature is riddled with pessimism. One can’t help but wonder whether it wasn’t possible to encourage us to engage in self-reflection in a different, less drastic way, without the need to call the time for reflection Yamim Noraim, the Days of Awe.

After this year’s reading of parashat Vayelech I can’t help the feeling that we – contemporary Jews – are not much different from the Israelites camping by the Jordan river. Just like them we are not always able to behave properly. From time to time we must confront the unpleasant truth about ourselves. This is neither an easy nor a pleasant process, but it helps us get back on the right track.

During this year’s Yom Kippur you might feel overwhelmed by the prayers aiming to describe all the possible transgression one can possibly imagine. If the prospect of experiencing such feelings during the High Holidays seems familiar to you, I encourage you to focus your attention on the similarities between the prayers for Yamim Noraim and Moses’ song. Both our prayers as well as this Biblical song are meant to help us become better people. That is why it is worth reflecting on their message, even if this might be a difficult experience for us.

Today’s Shabbat, the Shabbat between Rosh Hashana and Yom Kippur, is traditionally called Shabbat Shuva – the Shabbat of the Return to the Eternal. Today I’d like to wish you the courage and the strength necessary to make yourself aware of your flaws in the coming days. Shabbat Shalom and Gmar Chatima Tova – may we be sealed in the Book of Life.

Mati Kirschenbaum

Translated from Polish by: Marzena Szymańska-Błotnicka

Stojąc przed niebiańskim Sądem

Stojąc przed niebiańskim Sądem

Mati Kirschenbaum

Czytana przez nas w tym tygodniu porcja Tory, Wajelech, ma najmniej wersów spośród wszystkich czytanych w ciągu roku parsz. Dzieje się tak dlatego, że najczęściej czytamy ją wraz z poprzedzającą ją parszą Nicawim. W tym roku jednak parsza ta jest czytana oddzielnie. Otwiera ją wyznanie Mojżesza, który zdaje sobie sprawę ze swoich fizycznych ograniczeń.
„Dziś mam już sto dwadzieścia lat. Nie mogę swobodnie chodzić. Pan mi powiedział: Nie przejdziesz tego Jordanu” (Pwt 31,2).
Mojżesza zajmuje zatem kwestia wyznaczenia Izraelitom przywódcy, który wprowadzi Lud Izraela do Ziemi Kanaan i będzie nimi dowodził w trakcie jej podboju. Na swojego następcę Mojżesz wybiera swojego wiernego sługę Jozuego, będącego jednym z dwóch wysłanników do Ziemi Kanaan, którzy wrócili z niej z przekonaniem, że Izraelici będą w stanie ją opanować. Jozue jest idealnym kandydatem na przywódcę, ponieważ jest odważny i zna topografię terenów, do których ma zaprowadzić Izraelitów. Nie oznacza to jednak, że stojące przed nim zadanie jest łatwe. Przeczą temu słowa Mojżesza, który wydaje się jednocześnie uspokajać Jozuego i udzielać mu rady, mówiąc:
„«Bądź mężny i mocny, nie lękaj się, nie bój się ich (wrogów Izraela), gdyż Wiekuisty, Bóg twój, idzie z tobą, nie opuści cię i nie porzuci». Zawołał potem Mojżesz Jozuego i rzekł mu na oczach całego Izraela: «Bądź mężny i mocny, bo ty wkroczysz z tym narodem do ziemi, którą poprzysiągł Wiekuisty dać ich przodkom, i wprowadzisz ich w jej posiadanie. Sam Wiekuisty, który pójdzie przed tobą, On będzie z tobą, nie opuści cię i nie porzuci. Nie lękaj się i nie drżyj!” (Pwt. 31,6-8).
Kwestia przywództwa nad Izraelitami nie jest jedynym problemem Mojżesza przygotowującego swój lud na przekroczenie Jordanu. Martwi go także to, w jaki sposób Izraelici będą się zachowywać, gdy go zabraknie. Nic dziwnego; pamięta on przecież, ile razy buntowali się oni przeciwko niemu w trakcie wędrówki przez pustynię. Dlatego też Mojżesz nakazuje Izraelitom czytanie w trakcie każdego Sukkot księgi Prawa, która ma przypominać Izraelitom o tym, jak należy się zachowywać. Co interesujące, Mojżesz zdaje sobie sprawę, że sama lektura Prawa nie uchroni Izraelitów przed oddawaniem hołdu bożkom i przed niemoralnym zachowaniem. Dlatego też Mojżesz zapisuje pieśń, w której ziemia i niebo wezwane są na świadków przyszłych występków Izraelitów. Zwój zawierający słowa tej pieśni Mojżesz umieszcza w Arce Przymierza.
Jak możemy zinterpretować stwierdzenie, że niebo i ziemia wezwane są jako świadkowie przeciwko Ludowi Izraela? Oznacza to, że żaden zły uczynek Izraela nie pozostanie niezauważony, wszystkie przewiny Izraela zostaną surowo ukarane. Pieśń ta ma zatem znaczenie pedagogiczne, ma ona przypominać Izraelitom o ich buntowniczych skłonnościach, które prędzej czy później popchną ich do grzechu.
Idea niebiańskiego sądu (przed który wezwane są niebo i ziemia, by świadczyć przeciwko nam) przypomina nam o Jamim Noraim (Strasznych Dniach), trwającym właśnie okresie między Rosz Haszana i Jom Kippur, w których trakcie to my stoimy przed niebiańskim sądem. Co więcej, wiele z odmawianych w trakcie Jamim Noraim modlitw wydaje się mieć ten sam cel, co skomponowana przez Mojżesza pieśń; mają one uświadomić nam nasze uchybienia oraz ich konsekwencje. Modlitwy te wytrącają nas z równowagi, rażą pesymizmem w opisie ludzkiej natury. Można by zadać sobie pytanie, czy nie udałoby się skłonić nas do autorefleksji w inny, mniej drastyczny sposób, bez konieczności nazywania czasu refleksji Jamim Noraim, Strasznymi Dniami.
Po tegorocznej lekturze parszy Wajelech mam poczucie, że my – współcześni Żydzi – nie różnimy się w znaczący sposób od obozujących nad Jordanem Izraelitów. Tak jak oni, nie jesteśmy w stanie zawsze zachowywać się właściwie. Co jakiś czas musimy konfrontować się z nieprzyjemną prawdą o nas samych. Nie jest to łatwy ani przyjemny proces, pomaga on nam jednak wrócić na właściwą drogę.
W trakcie tegorocznego Jom Kippur możecie poczuć się przytłoczeni przez modlitwy skupione na opisywaniu wszystkich możliwych wykroczeń, jakie można sobie wyobrazić. Jeśli takie odczucia w trakcie Wielkich Świąt nie są wam obce, zachęcam Was do zwrócenia uwagi na podobieństwa między modlitwami Jamim Noraim i pieśnią Mojżesza. Zarówno nasze modlitwy, jak i ta biblijna pieśń mają pomóc nam stać się lepszymi ludźmi. Dlatego warto zastanowić się nad ich przesłaniem, nawet jeśli może to być dla nas ciężkie przeżycie.
Dzisiejszy szabat, szabat między Rosz Haszana i Jom Kippur, nazywamy w naszej tradycji Szabatem Szuwa – Szabatem powrotu do Wiekuistego. Życzę Wam dziś odwagi i sił potrzebnych do uświadomienia sobie Waszych niedoskonałości w trakcie najbliższych dni. Szabat Szalom i Gmar Chatima Towa – obyśmy byli zapieczętowani w Księdze Życia.

Mati Kirschenbaum

 

ROSH HASHANAH MORNING

ROSH HASHANAH MORNING

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

It happens each year, if we follow the calendar of readings from the Torah, for each individual Shabbat and then for the major festivals that are mentioned in the Torah and have their own specific Torah services (not Purim or Chanukah or Tu BiShvat) – it happens each year, throughout the year, that we are confronted with difficult texts. Texts which challenge us. Texts which discomfort us. Texts which even frighten us, or embarrass us. Texts which we maybe feel should not have been written or, once they were written, should have been banished to some dusty old section of the library and never looked at again.

But Judaism does not work that way. We are obliged to open the Torah each week and each festival and to read and study and discuss and contemplate some aspect of our past, as humans or as Israelites, whether this means the question of how the universe began or where it is going and when it might end… and how; whether we discuss how major floods can destroy everything, how groups of people fight and kill each other, how lands are taken and lost, how homes are found and lost, how families can function or not, how generations are meant to pass on experience and wisdom, how fathers relate to sons and sons to fathers. (I am sorry: Mothers are mentioned too and also Daughters, but usually only in a subsidiary capacity – Sarah and Rivkah and Leah and Rachel are certainly active and influential in their own ways but it is the men who dominate the narratives; Moses has a sister as well as a brother, for example, but Miriam is mentioned much less and does not found a dynasty the way Aharon does.)

There are many examples and this is why a Rabbi must explain each week what he or she can, about the specific section being read on that occasion. Today, on Rosh Hashanah, we are confronted with TWO stories of attempted murder, of a Son by his Father. In Progressive synagogues we normally read only the second one – it comes in the book of Bereshit Chapter 22 and deals with how Abraham prepares to slaughter, actively, with a knife, his beloved second-born son, Yitzhak. But in the previous chapter Abraham showed himself prepared to let his first-born son, Ishmael, together with the boy’s mother Hagar, starve to death or – more likely – to die of thirst in the desert, sending them away without protection and with just one skin of water between them. Horrible texts, disturbing texts, embarrassing texts for they challenge the cosy image of Abraham as 'Avraham Avinu’, Our Father. WE know that, in both cases, the respective sons will survive – indeed, they will do more than survive, they will eventually become themselves fathers and grandfathers and great-grandfathers – but this is not clear when the stories begin, and it is not clear to Abraham himself.

I will not go here too deeply into the text because we read it together and hopefully we remember some of what we learned last year, if we are not here for the first time, and if we ARE here for the first time then the shock is in any case deep enough. Instead, I want to focus on the fact that we read it at all.

The Torah is full of embarrassing and unpleasant sections, just as a human body is full of sticky smelly, itchy, pimply or painful bits. Yet, if you look at the way that human beings are presented in our society, these bits are hardly ever mentioned – or if so, only in order to advertise some commercial product that claims to cure the smell, the itch, the pimple, the falling hair, the sagging muscles, the excessive layers of body fat, the bad breath, or whatever. And even then, they are normally shown AFTER the product has worked and they can smile and glow again….. For the rest, characters in novels and films never seem to have to go to the toilet, they never get headaches unless the script demands it, they never get haemorrhoids or digestive troubles….. When do you ever see a fairy-tale princess burp or a prince break wind? When a screen couple fall in love they kiss deeply and passionately, but they never seem to notice that their partner has a bad tooth or gum disease or simply bad breath. When a couple sleep together, neither of them ever snores or has a full bladder. When has a Madonna, breast-feeding her child, ever suffered from a blocked nipple? Or had to change a nappy? Or had to cope with projectile vomiting? The Child always lies there, quiet and content. Idealised. When has a hero, returning from a successful campaign, ever had to cope with erectile dysfunction or perhaps some sexually-transmitted disease acquired during the long time away from home? It just never happens!

But in real life – it does. And in the Torah. Not absolutely EVERYTHING is described, but we find, amongst other things, instructions on how to build latrines outside the camp, or how to bury corpses, and how to wash after contact with uncleanness, and we find whole chapters relating to skin diseases and discharges and menstruation. We find wives prepared to betray their husbands and who plot to enable a favoured son to betray his own father and brother. We find parents who lose children to sudden fiery accidents, we find parents unable to control violent children who commit criminal acts and murder, using 'family honour’ as an excuse. We find warnings against looking for excuses by praying to false values. We find commands not to murder or steal or commit adultery, because it is accepted that people will do these things unless they are commanded NOT to. (And maybe even then… so we also get instructions on what to do with those caught breaking the rules.)

Just in the chapters in Genesis connected with Abraham and Sarah we find problems with fertility, and we find problems with relationships, (also between an uncle and a nephew), we find a couple who cannot have children, we find a proposed solution that works but – by working – creates jealousy and hatred, murderous hatred; we find a husband who, aware of how hard it is for him to satisfy his wife by giving her what she wants most of all, a child, gives in instead to her jealous demands – he does want at least SOME peace at home, after all – and so he prepares first to expel the pregnant maid and then, when that doesn’t work, to expel both her and her son. Whew! And people call this the HOLY Torah? What would it take for them to call it an UNHOLY one?

Then comes the chapter we read today, in which Abraham not only prepares to murder his surviving son but to do so without the knowledge and agreement of his wife, the mother. Afterwards, she will die, though they never seem to speak to each other beforehand; he will have to negotiate a burial plot for her, he will have to organise a daughter-in-law for Isaac to marry, he will himself remarry and become a father again, and so on. And all the time he lives with the awareness that there is a God with whom he can debate and argue in certain circumstances, if not in all. He has already been told (back in chapter 12) to leave his own home and family; he has had to survive starvation by moving abroad and lying about his wife to save his own skin; he has got involved in a war between various kings and has had to save his nephew Lot; and he has been able to haggle with God in an attempt – unsuccessful, as it turns out – to prevent certain cities being utterly destroyed with their populations in massive attacks from the air; His life is certainly not boring, but it would be a mistake to think it was one always filled with blessing and peace and fertility.

And yet we read it, regularly, in the synagogues. We don’t hide any of these issues, we don’t deny them. We don’t ”photo-shop” the images or pixellate them. The Torah text commands circumcision – Brit Milah – but admits that this can be painful. Being in the Covenant, the Brit, can be painful. It can be confusing. We can hear promises made but not, it seems, fulfilled (when will Abraham ever see his descendants so numerous as the stars of the sky, or secure in their own homeland? No, in chapter 25 he will die a nomad with no possessions apart from a tent and a promise; He will give his six later sons presents of cash but he never formally passes the Brit to Yitzhak, Yitzhak just inherits it when his father dies, like an hereditary title.)

This is important, it is very, very important. Jewish heroes and heroines are humans. They do not wear haloes. They are sometimes villainous, mistaken, they err, they sin, they fail, they lie, they fight. Couples quarrel. People die.

One could argue, from a theological perspective, that in Christianity a Human is given divine attributes, whereas in Judaism God is given human characteristics. God can get angry and impatient. I will not go here too deep into Theology, but we are in a country which is very deeply influenced by Roman Catholic Church doctrine and traditions. We are in a country which, itself, spent a long time in exile before returning to a land promised to it by outside powers, with borders and boundaries defined anew – after both the First and the Second World Wars. A country which has a lot of history, some of it ancient, some of it modern, some of it heroic and romantic, some of it – well, embarrassing. Just think of the fates of many of those who had lived in what suddenly became Poland in 1945, but think also of the fates of many of those who thought they were Poles until 1938 but who were then rejected and deprived of their rights and their identities, denied even re-entry into the country as it then was…. Think of the fates of those who lived here, as Poles, during the war and after the war, yet were isolated, persecuted and mistreated by others because they were somehow a ”wrong kind of Pole”, belonging to a ”wrong”’ religion or ethnic group. Think of those who had to flee and live in exile, and also in 1968. Think of those who rose in revolt against totalitarianism and set off what was actually a civil war – Poles against Poles, ideals against ideology.

Does one dare speak of this? May one admit that in these difficult, conflict-ridden periods some betrayed others, that some fought against each other rather than against a common enemy? That some were prepared to kill neighbours, relatives, and profit from what they left behind?

I am only an amateur historian and I do not claim to know everything but what I DO know is that, if something happened, then Jewish teaching is that one is obliged to record it and to talk about it and not to hush it up or to pretend it never happened. The ONLY way to work through an injustice – whoever committed it, whatever it was – is to be open about it, to acknowledge the fate of the victims, and their suffering and their loss, to acknowledge the motivation of the perpetrators, and also the conditions under which they did what they did – often, in history, one did not know all the facts at the time, or one stood between two options, both of them Wrong but maybe one of them more wrong than the other….. Just as Abraham did, when he had a God telling him one thing and a wife perhaps telling him another, when he was promised an idealised vision of a Future but had to survive in the less-than-ideal Present….

On Rosh Hashanah we stand, each of us, before the Heavenly Court. But others do too – it states in the 'Unetanneh Tokef’ that ”all the creatures of the world” and even the angels stand this day before Judgement. No-one is exempt. I hope I do not have to be more specific. It is not just an issue of 'this history’ or 'that history’, 'this group of victims’ or 'that group of victims’; It is not about politics but about morality. It is about being Honest about the Past. About being open about human beings and their weaknesses as well as their strengths, their failings as well as their successes and triumphs. About not retreating into selectivity and 'white-washing’. About not forbidding others to do their own research and present their own findings.

It is my hope – and I trust, Our hope – that the coming year will see a change in attitudes, that those who seek to deny or to bury the Past will instead come to study it, to confront it, and to work through it. Neither we nor they can change it – but we can write it down and read it out and learn from it. Which is, after all, what History is all about. Our Future depends largely on our understanding of our Past.

Then it will indeed be a Shanah Tovah, a Good Year, one worth writing about itself in due course, one worth remembering and celebrating.

Shanah Tovah.

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

PORANEK ROSZ HASZANA

PORANEK ROSZ HASZANA

Rabin dr Walter Rothschild

Dzieje się tak każdego roku, jeśli tylko przestrzegamy kalendarza czytań z Tory na każdy szabat oraz na najważniejsze święta, o których wspomina się w Torze i do których przypisana jest szczególna liturgia czytania Tory (nie należy do nich ani Purim, ani Chanuka, ani Tu Biszwat) – każdego roku, przez cały rok, mierzymy się z trudnymi tekstami. Tekstami stanowiącymi dla nas wyzwanie. Tekstami wzbudzającymi w nas uczucie dyskomfortu. Tekstami, które niekiedy wydają się nam wręcz przerażające lub żenujące. Tekstami, co do których mamy być może poczucie, że nie powinny były powstać, lub, jeśli już je napisano, to wypadałoby je odesłać do jakiejś pokrytej kurzem, starej części biblioteki i nigdy więcej nie zaprzątać sobie nimi głowy.

Judaizm nie działa jednak w taki sposób. Jesteśmy zobowiązani otwierać Torę co tydzień oraz podczas każdego święta i czytać, studiować, dyskutować i oddawać się refleksji nad jakimś aspektem naszej przeszłości – naszej jako istot ludzkich bądź jako Izraelitów – czy będzie to pytanie, jak powstał wszechświat, czy też dokąd on zmierza i kiedy nastąpi jego kres… i w jaki sposób dojdzie do owego kresu. Możemy też rozważać, jak wszystko może zostać zniszczone przez wielką powódź, jak różne grupy ludzi walczą ze sobą i zabijają się nawzajem, jak ziemie bywają zdobywane i tracone, jak można znaleźć albo stracić dom, jak rodziny mogą dobrze albo źle funkcjonować, jak kolejne pokolenia powinny przekazywać dalej swoje doświadczenie
i mądrość, jak ojcowie odnoszą się do synów, a synowie do ojców (przepraszam: wspomina się też o matkach i córkach, ale zwykle występują one tylko w roli drugoplanowej – Sara, Riwka, Lea i Rachela są z pewnością aktywne i wpływowe na swój własny sposób, ale to mężczyźni odgrywają dominującą rolę w poszczególnych narracjach; na przykład Mojżesz ma zarówno siostrę jak i brata, ale o Miriam wspomina się o wiele rzadziej i, w odróżnieniu od Aharona, nie ustanawia ona swojej własnej dynastii).

Można by wskazać wiele takich przykładów, i właśnie dlatego rabin musi co tydzień wyjaśniać na ile tylko potrafi konkretny, odczytywany w danym dniu fragment. Dzisiaj, w Rosz Haszana, mierzymy się z DWIEMA opowieściami o ojcu, który usiłował zamordować swojego syna.
W postępowych synagogach zwykle odczytujemy tylko drugą z nich – pochodzącą z 22 rozdziału Księgi Bereszit historię opisującą, jak Abraham przygotowuje się do zamordowania własnymi rękoma, za pomocą noża, swojego ukochanego, urodzonego jako drugi w kolejności syna, Icchaka. Ale w poprzednim rozdziale Abraham objawił się jako gotowy pozwolić na to, aby jego pierworodny syn, Iszmael, oraz matka chłopca, Hagar, umarli z głodu bądź – co bardziej prawdopodobne – zmarli z pragnienia na pustyni, po tym jak wygnał ich bezbronnych z tylko jednym bukłakiem wody do podziału. Są to straszne teksty, teksty niepokojące i wprawiające
w zakłopotanie, podważają bowiem miły i ciepły obraz Abrahama jako „Awrahama Awinu”, Naszego Ojca. MY wiemy, że w obu tych przypadkach jego synowie przeżyją – w istocie uda im się dokonać o wiele więcej: z czasem sami zostaną ojcami, dziadkami i pradziadkami – ale nie było to wcale takie oczywiste na początku obu tych historii i również sam Abraham nie miał takiej pewności.

Nie chcę się tu wdawać w nazbyt dogłębną analizę tekstu, zważywszy iż przeczytaliśmy go wspólnie oraz, mam nadzieję, pamiętamy też jeszcze nieco z tego, czego nauczyliśmy się
w zeszłym roku, o ile ktoś nie znalazł się tu po raz pierwszy, a jeśli ktoś faktycznie JEST tu po raz pierwszy, to i tak doznał już wystarczająco głębokiego szoku. Chciałbym się raczej skupić na samym fakcie, iż tekst ten jest w ogóle przez nas czytany.

Tora jest pełna krępujących i nieprzyjemnych fragmentów, podobnie jak ludzkie ciało pełne jest lepkich, śmierdzących, swędzących, pryszczatych i bolesnych części. A jednak, jeśli przyjrzeć się sposobowi, w jaki przedstawia się ludzi w naszym społeczeństwie, praktycznie nigdy nie wspomina się o tych aspektach – a jeśli już, to tylko w celu zareklamowania rozmaitych produktów, które wedle zapewnień ich producentów potrafią zaradzić brzydkiemu zapachowi, swędzeniu,  wypryskom, wypadającym włosom, zwiotczałym mięśniom, nadprogramowym warstwom tłuszczu, nieświeżemu oddechowi i innym tego typu przypadłościom. A nawet wtedy owe miejsca pokazuje się zwykle dopiero PO TYM, jak dany specyfik zdążył już zadziałać,
a osoby te mogą się znów uśmiechać i wyglądać bez zarzutu…. Ponadto bohaterowie opowieści
i filmów sprawiają wrażenie, jak gdyby nigdy nie musieli korzystać z toalety, nigdy nie bolała ich głowa, chyba że wymaga tego akurat scenariusz, nigdy nie cierpieli na hemoroidy ani problemy
z trawieniem… Czy widzieliśmy kiedykolwiek, aby baśniowej księżniczce zdarzyło się beknąć lub aby książę puszczał wiatry? Gdy ekranowa para zakochuje się w sobie, całują się głęboko
i namiętnie, ale nie zdają się nigdy zauważać, że partner czy partnerka ma zepsuty ząb, chorobę dziąseł lub zwyczajnie nieświeży oddech. Gdy para śpi razem, żadne z nich nigdy nie chrapie ani nie ma pełnego pęcherza. Czy Madonna karmiąc piersią swoje dziecko cierpiała kiedykolwiek
z powodu zatkanych kanalików mlekowych? Czy musiała zmienić pieluchę? Albo czy musiała sobie poradzić z chlustającymi wymiotami dziecka? Dzieciątko zawsze po prostu tam leży, spokojne i zadowolone. Wyidealizowane. Czy bohater wracający ze zwycięskiej kampanii musiał się kiedykolwiek zmagać z zaburzeniami erekcji lub może z jakąś chorobą weneryczną nabytą podczas długiego pobytu z dala od domu? Takie rzeczy po prostu nigdy się nie zdarzają!

Ale w prawdziwym życiu – jak najbardziej. Oraz w Torze. Nie opisano w niej absolutnie WSZYSTKIEGO, ale znajdziemy tam między innymi instrukcje dotyczące tego, jak zbudować latryny poza obozem lub jak chować zwłoki i jak należy się obmyć w przypadku styczności
z nieczystością; znajdziemy tam również całe rozdziały dotyczące chorób skórnych, różnych wydzielin i menstruacji. Czytamy o żonach gotowych zdradzić swoich mężów i spiskujących,  aby umożliwić faworyzowanemu synowi zdradzenie własnego ojca i brata. Czytamy o rodzicach, którzy tracą dzieci na skutek nagłych wypadków z udziałem ognia, czytamy o rodzicach niebędących w stanie kontrolować swojego brutalnego potomstwa, które dopuszcza się przestępstw i morderstw, używając jako wymówki „rodzinnego honoru”. Znajdziemy tam ostrzeżenia przed szukaniem wymówek poprzez modlenie się do fałszywych wartości. Znajdziemy przykazania zabraniające mordowania, kradzieży czy też popełniania cudzołóstwa, zakłada się bowiem, że ludzie będą się dopuszczać takich czynów, o ile nie nakaże się im, aby tego NIE robili. (A może nawet i wtedy… dostajemy więc też instrukcje wyjaśniającą, co mamy robić z tymi, których przyłapiemy na łamaniu owych zasad).

Już choćby w rozdziałach z księgi Rodzaju opowiadających o Abrahamie i Sarze czytamy
o problemach z niepłodnością, o problemach związanych z relacjami międzyludzkimi (również pomiędzy wujem i bratankiem), czytamy o parze, która nie może mieć dzieci, czytamy
o zaproponowanym na to rozwiązaniu, które działa, lecz – poprzez swe działanie – generuje zazdrość i nienawiść, morderczą nienawiść; czytamy o mężu, który, zdając sobie sprawę, jak trudno jest mu zadowolić swoją żonę i dać jej to, czego pragnie najbardziej, czyli dziecko – podporządkowuje się zamiast tego jej pełnym zazdrości żądaniom – w końcu chce mieć w domu przynajmniej TROCHĘ spokoju – najpierw szykuje się więc do wygnania ciężarnej służącej,
a następnie, gdy to się nie udaje, do wygnania jej wraz z jej synem. O rany! I ludzie nazywają to ŚWIĘTĄ Torą? Co w takim razie musiałoby w niej być, aby nazwali ją BEZBOŻNĄ?

Następnie mamy zaś rozdział odczytywany przez nas w dniu dzisiejszym, w którym Abraham nie tylko przygotowuje się do zamordowania tego ze swoich synów, który przy nim pozostał, ale, co więcej, zamierza to uczynić bez wiedzy i zgody swojej żony, a jego matki. Potem jego żona umiera; nie wydaje się, aby przedtem z sobą rozmawiali. Abraham zmuszony będzie negocjować zakup miejsca na jej pochówek, będzie musiał zorganizować synową, którą poślubi Icchak, sam też ponownie się ożeni i ponownie zostanie ojcem, i tak dalej. Przez cały ten czas Abraham żyje ze świadomością, że istnieje Bóg, z którym może debatować i sprzeczać się w pewnych – o ile nie we wszystkich – okolicznościach. Już wcześniej (w rozdziale 12) nakazano mu opuścić własny dom i rodzinę; aby uniknąć śmierci głodowej, musiał przenieść się za granicę oraz kłamać na temat swojej żony, aby uratować własną skórę; został uwikłany w wojnę pomiędzy różnymi królami i musiał uratować swojego bratanka Lota; targował się też z Bogiem w próbie – jak się okazało, nieudanej – zapobiegnięcia całkowitemu zniszczeniu niektórych miast wraz z ich mieszkańcami za sprawą potężnych ataków z powietrza; jego życie z pewnością nie było nudne, błędem byłoby jednak sądzić, że było ono zawsze wypełnione błogosławieństwem, spokojem
i płodnością.

A jednak czytamy o życiu Abrahama, i to regularnie, w synagogach. Nie ukrywamy żadnych
z wyżej wymienionych problemów, nie zaprzeczamy im. Nie poprawiamy obrazków za pomocą „fotoszopa” ani ich nie retuszujemy. Tora nakazuje dokonywać obrzezania – brit mila – lecz przyznaje, że może to być bolesne. Samo bycie w przymierzu, brit, może być bolesne. Może być dezorientujące. Słyszymy o obietnicach, które wprawdzie są składane, ale, jak się wydaje, nie zostają spełnione (czy Abraham ujrzał kiedykolwiek swych potomków tak licznych jak gwiazdy na niebie bądź żyjących bezpiecznie w swej własnej  ojczyźnie? Nie, w rozdziale 25 umrze jako nomada, nie posiadając żadnego majątku poza namiotem i obietnicą; ofiaruje swym urodzonym w dalszej kolejności synom dary pieniężne, lecz nigdy nie przekaże oficjalnie brit Icchakowi – Icchak odziedziczy go po prostu po śmierci swego ojca, niczym dziedziczny tytuł).

To wszystko jest ważne, bardzo, bardzo ważne. Żydowscy bohaterowie i bohaterki są ludźmi. Nie noszą aureoli. Czasem bywają nikczemni, czasem nie mają racji, popełniają błędy, grzeszą, odnoszą porażki, kłamią, walczą; pary sprzeczają się ze sobą. Ludzie umierają.

Można by zaproponować stwierdzenie, że z teologicznego punktu widzenia w chrześcijaństwie człowiekowi zostają przypisane atrybuty boskie, natomiast w judaizmie to Bogu przypisuje się cechy ludzkie. Bóg może się rozzłościć i zniecierpliwić. Nie będę się tu wdawał zbyt głęboko
w kwestie teologiczne, jednak znajdujemy się w kraju, na który bardzo głęboki wpływ wywarła doktryna i tradycje Kościoła Rzymskokatolickiego. Jesteśmy w kraju, który sam spędził długi czas na wygnaniu, zanim powrócił do ziemi obiecanej mu przez zewnętrzne mocarstwa, z na nowo zdefiniowanymi granicami – zarówno po pierwszej jak i drugiej wojnie światowej. W kraju cechującym się długą historią, po części starodawną, a po części współczesną; po części heroiczną i romantyczną, a po części – cóż, kłopotliwą. Pomyślcie tylko o losie wielu osób żyjących na obszarach, które nagle w 1945 roku stały się polskie. Ale pomyślcie też o losach wielu spośród tych, którzy aż do roku 1938 sądzili, że są Polakami, lecz którzy zostali następnie odrzuceni, pozbawieni swoich praw i swojej tożsamości, którym w owym czasie zabroniono nawet powrotu do kraju… Pomyślcie o losach tych, którzy żyli tutaj, jako Polacy, podczas wojny i po wojnie, a jednak byli izolowani, prześladowani i źle traktowani dlatego, iż z jakiegoś powodu uznano ich za  „niewłaściwy rodzaj Polaków” i za przedstawicieli „niewłaściwej” religii czy też grupy etnicznej. Pomyślcie o tych, którzy musieli uciekać z kraju i żyć na wygnaniu, również w roku 1968. Pomyślcie o tych, którzy zbuntowali się przeciwko totalitaryzmowi
i doprowadzili do czegoś, co było w istocie wojną domową – Polaków przeciwko Polakom, ideałów przeciwko ideologii.

Czy odważymy się o tym mówić? Czy odważymy się przyznać, że w owych trudnych, naznaczonych konfliktami czasach niektórzy zdradzali innych, że niektórzy walczyli raczej między sobą aniżeli ze wspólnym wrogiem? Że niektórzy byli gotowi zabijać sąsiadów
i krewnych oraz czerpać profity z tego, co tamci po sobie pozostawili?

Historią zajmuję się tylko amatorsko i nie twierdzę, że wszystko o niej wiem, ale WIEM jedno – że jeśli coś się wydarzyło, to żydowskie nauczanie głosi, iż mamy obowiązek to odnotować
i o tym rozmawiać, a nie starać się wyciszyć dyskusję o tych wydarzeniach lub udawać, że nigdy nie miały one miejsca. JEDYNYM sposobem na przepracowanie jakiejś niesprawiedliwości – niezależnie od tego, kto się jej dopuścił i na czym ona polegała – jest mówienie o niej na głos, mówienie otwarcie o losie, jaki spotkał ofiary, o ich cierpieniu i poniesionych przez nie stratach oraz otwarta dyskusja o motywach kierujących sprawcami, jak również o okolicznościach,
w jakich dopuścili się tego, czego się dopuścili – w historii często bywa tak, że nie wszystkie fakty były znane w chwili podejmowania działań, bądź ktoś miał do wyboru dwie opcje,
z których obie były złe, ale być może jedna z nich była gorsza od drugiej…. Tak jak to było
w przypadku Abrahama, gdy Bóg mówił mu jedną rzecz, podczas gdy żona mówiła mu być może coś innego; gdy obiecano mu wyidealizowaną wizję przyszłości, lecz musiał starać się przeżyć
w nie do końca idealnej teraźniejszości….

W Rosz Haszana każdy z nas staje przed Sądem Niebiańskim. Ale inni też to czynią – w Unetane Tokef stwierdza się, że „wszystkie stworzenia świata” –  nawet anioły – poddawane są w tym dniu osądowi. Nikt nie będzie z tego zwolniony. Mam nadzieję, że wyraziłem się wystarczająco jasno. Nie jest to tylko kwestia „tej historii” lub „tamtej historii”, „tej grupy ofiar” lub „tamtej grupy ofiar”. Nie chodzi o politykę, lecz o moralność. Chodzi o szczerość w kwestii  przeszłości. O otwartym mówieniu o ludziach, zarówno o ich słabościach jak i  mocnych stronach, o ich uchybieniach na równi z ich sukcesami i triumfami. O nie wycofywanie się na pozycje wybiórczego traktowania i „wybielania” historii. O nie zabranianie innym prowadzenia własnych badań i prezentowania swoich odkryć.

Osobiście mam nadzieję – i ufam, że podzielają ją również inni – że w nadchodzącym roku zaobserwujemy zmianę w nastawieniu, że ci, którzy usiłują zaprzeczać przeszłości bądź też ją przykrywać zmienią zdanie i zaczną ją studiować, mierzyć się z nią i ją przepracowywać. Ani my, ani oni nie możemy jej zmienić – ale możemy ją spisać, odczytywać na głos i wyciągnąć
z niej lekcję. A ostatecznie właśnie to jest w historii najważniejsze. Nasza przyszłość zależy
w dużej mierze od tego, jak zrozumiemy naszą przeszłość.

Wówczas faktycznie będzie to Szana Towa, Dobry Rok, rok, o którym w swoim czasie również będzie warto pisać, rok godzien zapamiętania i uczczenia.

Szana Towa!

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

EREW ROSZ HASZANA

EREW ROSZ HASZANA

 Rabin Walter Rothschild

 

Motywem przewodnim tzw. „Wielkich Świąt” czy też Jamim Norajim, Strasznych Dni, jest w istocie bardzo proste pytanie oraz udzielona nań odpowiedź:

Czy można naprawić raz wyrządzone zło? Zniewagę, zranienie, stratę finansową, nadszarpniętą lub zniszczoną relację, popełnioną niesprawiedliwość? Prosta odpowiedź brzmi: Nie, nie można. ALE – możemy jednak podjąć pewne działania.

– Możemy otwarcie przyznać się do tego, co uczyniliśmy.

– Możemy przeprosić za nasze zachowanie – albo osobiście osobę pokrzywdzoną, albo publicznie, bądź też (jeśli to możliwe) na oba te sposoby.

– Możemy obiecać, że dołożymy wszelkich starań, aby nie powielać więcej tego typu zachowania.

– Możemy wyciągnąć lekcję z tego doświadczenia.

Można by dodać jeszcze inne możliwe działania, lecz powyżej wymieniliśmy niektóre podstawowe zagadnienia. Koncepcje te znajdują odzwierciedlenie w naszym kalendarzu i w naszej liturgii na te świąteczne dni. W grę wchodzi zatem nasza relacja z samym sobą, która ucierpiała w ciągu minionego roku; dalej mamy też relacje łączące nas z naszymi bliźnimi, z naszą rodziną, naszą społecznością, naszym narodem oraz całym rodzajem ludzkim – a zatem nasz stosunek do ludzi, których nie znamy i których nigdy nie spotkaliśmy, lecz którzy mimo to są naszymi bliźnimi i żyją na tym samym świecie, co my; również i ta relacja mogła ulec nadszarpnięciu. Następnie mamy też naszą relację z Bogiem – z naszym Stwórcą i naszym Sędzią.

W Rosz Haszana, a zatem w dniu dzisiejszym, wchodzimy do Sądu zaniepokojeni i zestresowani, nie wiedząc tak naprawdę, czego możemy się spodziewać, nie wiedząc, jak zostaniemy potraktowani, czy sędzia orzekający w naszym osobistym, jednostkowym przypadku będzie łagodnie czy też surowo usposobiony, czy przynieśliśmy z sobą wystarczająco dużo dowodów na potwierdzenie naszych dobrych uczynków i dobrych intencji, aby pomogły one zrównoważyć długą listę uchybień, które nagromadziliśmy w ciągu tego roku i które, jak wiemy, widnieją na liście zarzutów. Nie wiemy, czy po zakończeniu procesu, który potrwa przez dziesięć dni, aż do nabożeństwa zwanego Neilą, orzeczone zostanie wobec nas (na co mamy nadzieję) zwolnienie warunkowe czy też – w najgorszym przypadku – wyrok śmierci, który zostanie wykonany przed końcem rozpoczynającego się właśnie roku.  

Podczas Kol Nidre przeprosimy za wszystkie przypadki, gdy obiecaliśmy Bogu, że postaramy się być lepsi, gdy obiecaliśmy, że będziemy stronić od pewnych błędów – i nie dotrzymaliśmy słowa. „Miej proszę na względzie, że mieliśmy dobre zamiary, nawet jeśli nie udało się nam ich zrealizować…”.

Przez cały długi dzień Jom Kipur będziemy zaniedbywać nasze potrzeby fizyczne, koncentrując się zamiast tego na naszych potrzebach duchowych; będziemy prosić o łaskę, o wyrozumiałość, o przebaczenie, o drugą szansę. W ciągu tych dziesięciu dni na pierwszy plan wysuwają się dwie zasadnicze koncepcje, uosabiane przez następujące elementy liturgiczne: Aszamnu – „Przyznajemy, że zgrzeszyliśmy” – oraz Awinu Malkenu – „Choć zgrzeszyliśmy, prosimy: bądź miłosierny dla nas i dla innych tu obecnych”.

Jedna z zasadniczych różnic pomiędzy owym Sądem a sądami ziemskimi polega na tym, że w tym pierwszym nie zatrudniamy żadnych prawników w charakterze naszych przedstawicieli. Sam jestem osobiście zaangażowany w pewną sprawę sądową, która niemiłosiernie się przeciąga i kosztuje mnie dużo czasu i pieniędzy; Muszę prowadzić korespondencję z moim prawnikiem, aby naświetlić sprawę,  opisać uwikłane w nią postacie i kontekst oraz aby przedstawić moje własne sugestie – a każdy list, każdy e-mail, każdy telefon i każde spotkanie wiążą się dla mnie z pewnym wydatkiem. Tak to już jest. Natomiast w sądzie niebiańskim sami reprezentujemy swoje interesy. Nie ma do nauczenia się wielu skomplikowanych zapisów prawa, choć rabini potrafią kompilować całe księgi pełne pomniejszych regulacji. Podstawowe zasady są wystarczająco jasne. Wiemy, co uczyniliśmy i wiemy, o jaką stawkę toczy się gra.

Kolejna zasadnicza różnica jest taka, że w tym przypadku stajemy przed sądem jako wspólnota, a nie tylko jako odrębne jednostki. Nie musimy się narażać na publiczne upokorzenie, stojąc samotnie przed całą resztą z wskazującą na nas dużą, czarną strzałką z napisem OSKARŻONY. Nie – gromadzimy się wspólnie z innymi członkami kongregacji, zarówno z osobami, które już znamy, jak i z nieznanymi nam ludźmi, i wspólnie siedzimy i stoimy, wspólnie czytamy, prosimy i śpiewamy; prawie przez cały czas przemawiamy wspólnie jako społeczność, mówimy „MY zgrzeszyliśmy”, a nie „ja zgrzeszyłem/am”.

Oto gorzka, ale ważna prawda: nie możemy cofnąć tego, co już zostało uczynione. Nie możemy „cofnąć zegarków” o rok. Nie można zaprzeczyć, że ktoś został zraniony, a ktoś inny doświadczył zaś cierpienia fizycznego, stracił posiadany majątek, stracił pracę lub przestał nas kochać. To się już wydarzyło i, jak mawia przysłowie, „różnica pomiędzy Bogiem a historykiem jest taka, że Bóg nie może zmienić tego, co się już wydarzyło”. To, co się stało, to się nie odstanie.  Nie powinno było się stać, być może nie chcieliśmy, aby tak się stało, być może nie spodziewaliśmy się, że tak się stanie, a być może potajemnie chcieliśmy nawet, aby tak się stało, lecz nie spodziewaliśmy się, że sprawa ta wyjdzie na jaw! Ale – to już się stało. Zdarzają się zupełne przypadki oraz sprawy, które wymykają nam się z rąk. Zdarzają się nieporozumienia, jak również celowe ataki oraz umyślne zniewagi i umyślnie wyrządzone krzywdy – działania podejmowane z zamiarem zranienia drugiej osoby w wymiarze fizycznym, psychicznym bądź finansowym. Niekiedy dwie osoby wdają się w spór i OBIE ponoszą porażkę  (zdarza się to o wiele częściej, niż wiele osób zdaje sobie sprawę). A jednak każda ze stron uważa samą siebie za niewinną, za ofiarę.

Tak więc rozpoczynamy, wspólnie, nasz proces tszuwy. Proces powrotu. Powrotu do miejsca, w którym chcielibyśmy się znajdować, powrotu do stanu poprzedzającego wydarzenie się tego, co się zdarzyło. Wiemy, że jest to niemożliwe – ale też nie była to nigdy wystarczająca wymówka, aby nie próbować. Wiemy, że niemożliwe jest samo trwanie przy życiu – nasze organizmy są niekończącym się polem walki zaludnianym przez komórki, wirusy i bakterie. Jesteśmy – z fizycznego punktu widzenia – zaledwie workami wody próbującymi ustać w pozycji pionowej, podtrzymywanymi przez kości, które starzeją się i stają coraz bardziej kruche, przez mięśnie, które chwytają skurcze, przez żyły i tętnice, którym zdarza się powykręcać lub zatkać; workami wypełnionymi narządami, które ulegają nieraz nadwątleniu…. Jesteśmy wystawieni na działanie rozmaitych  żywiołów – a grawitacja jest zaledwie jednym z nich; każdego dnia tyle rzeczy może pójść nie tak jak trzeba i faktycznie, każdego dnia tysiące osób wstaje z łóżka i zaczyna dzień, nie zdając sobie sprawy, że nie dożyją wieczoru, gdy mieli się znów położyć do swoich łóżek. Tak to nieraz bywa. Lecz mimo to wstajemy i rozpoczynamy nasze dni, mając nadzieję, że uda nam się przetrwać i utrzymać przy życiu. Pomimo wszystko. Pomimo głupot, jakie popełniamy, pomimo nieodpowiednich produktów i substancji, które jemy i pijemy bądź którymi oddychamy. Wiemy bowiem, że każdy z nas posiada również duszę – coś, czego nie da się zmierzyć, leczyć ani przywrócić do życia w rozumieniu medycznym.

Wiemy, że ciało nie może żyć wiecznie, że jesteśmy istotami o ograniczonym czasie istnienia, śmiertelnymi, nieustannie podupadającymi na zdrowiu, starzejącymi się, podlegającymi nieustannym atakom zarówno z wewnątrz, jak i z zewnątrz – lecz mimo to dalej robimy swoje. I podobnie jest też z tszuwą – choć wiemy, że powrót do wcześniejszego miejsca jest niemożliwy, to i tak podejmujemy taką próbę i robimy w tym kierunku wszystko, co w naszej mocy.

Bowiem niepodjęcie próby oznaczałoby, że ponieśliśmy porażkę zanim jeszcze  zdążyliśmy na dobre rozpocząć oraz że zdradziliśmy samych siebie oraz innych, którzy na nas polegają i liczą na to, że pojawimy się wraz z nimi w kongregacji.  Zdradzilibyśmy nasze własne dusze.

Życzymy sobie nawzajem „Szana Towa”. ROKU, całego roku… dobrego roku, roku, w którym będziemy dobrzy oraz w którym sami również będziemy doświadczać dobra. Oby każdy z nas zasłużył na zostanie zapisanym w niebiańskich rejestrach sądowych, na zostanie skazanym na: kolejny rok życia.

 Rabin Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Kochać to widzieć potencjał. Refleksja nad paraszą Nicawim.

Kochać to widzieć potencjał. Refleksja nad paraszą Nicawim.

 Menachem Mirski

Gdyż przykazanie to, które ci przykazuję dzisiaj ani niedościgłem dla ciebie ani dalekiem. Nie na niebie ono, żebyś rzekł: któż wstąpi dla nas do nieba, aby go nam dostał, i obwieścił je, abyśmy je pełnili! Ani za morzem ono, abyś rzekł: kto przeprawi się dla nas za morze, i dostanie go nam, i obwieści je, abyśmy je pełnili! Lecz nader bliskiem tobie słowo to: w ustach ono twoich, i w sercu twojem, abyś je pełnił! Patrz, składam przed tobą dzisiaj życie i dobro, śmierć i zło.

Pwt 30, 11-15, tłum. I. Cylkow.

Naród Izraela posiadał swoich kapłanów, lecz w przeciwieństwie do kapłanów świątyń egipskich czy greckich, ich wiedza na temat bożego prawa nie była czymś ekskluzywnym. Co prawda ich wiedza i pozycja (jak również rabinów, ich bezpośrednich spadkobierców) czyniła ich decyzje decyzjami wyższej rangi, lecz liderzy społeczności żydowskich zajmowali się zawsze prawem i tradycją dostępną wszystkim.

Według Miszny (traktat Joma, rozdział 8), człowiek, który jadł i pił w Jom Kipur (a więc złamał dwa spośród zakazów obowiązujących w to święto), lecz uczynił to nieświadomie (np. nie wiedział o istnieniu owych zakazów lub nie zdawał sobie sprawy, że oto nastał Jom Kipur), zobligowany był do złożenia tylko jednej ofiary zagrzesznej w Świątyni. Jeśli natomiast dokonał tego umyślnie, musiał złożyć dwie ofiary, za każdy z grzechów z osobna. A ponieważ nie istnieją obiektywne wyznaczniki, które pozwoliłyby nam rozstrzygnąć czy dana osoba uczyniła coś umyślnie, czy też nie, człowiek więc sam musiał zdecydować o tym w swoim sumieniu.

Tego rodzaju moralna autonomia jednostki przynależy do istoty naszej religii. Judaizm nie jest i nigdy nie był wiedzą tajemną, dostępną tylko garstce wybranych, chcącej sprawować władzę nad ludzkimi sumieniami. I choć natura Boga pozostaje przed nami ukryta, to Tora, w której jest On obecny, została nam objawiona i jest udziałem oraz wspólną własnością wszystkich ludzi, którzy ją zaakceptowali jako drogę w swoim życiu (Pwt 29, 28).

Przypomnijmy tu kogo tak naprawdę wybrał Bóg: naród de facto słaby, uciemiężony i straumatyzowany 400-letnią niewolą. Dlaczego to uczynił? Tradycja obfituje w odpowiedzi na to pytanie. Jedna z nich, wyrażona wprost w Biblii, mówi: przez wzgląd na obietnicę, którą złożył jego sprawiedliwym przodkom. Kolejna odpowiedź głosi, iż dokonał tego ze swojej przeogromnej miłości do Izraela, jak też do całej ludzkości. Jeszcze inna odpowiedź, jaką tu zaproponuję, brzmi: Bóg wybrał Izraelitów, bo widział w nich potencjał.

Wszystko to, o czym wspomniałem powyżej, świadczy o głębokim zaufaniu, jakim Bóg obdarzył człowieka. W każdym z nas widzi On potencjał do zrealizowania i chce, abyśmy ów potencjał również dostrzegli i dążyli do jego urzeczywistnienia.

Ibn Ezra w swoim komentarzu do wersetu Pwt 30, 16 podkreśla: Kochać ów Byt (tj. Boga) to sprawa zasadnicza. Jednakże kochać Boga to także widzieć potencjał zmiany w świecie, zmiany, którą On, jak i my z jego pomocą, możemy wspólnie dokonać i dokonujemy. Religie jako takie są swego rodzaju projektami dla świata, projektami jego przemiany. Operują one wizjami przyszłego, lepszego świata oraz prawami, normami zachowań i szczegółowymi instrukcjami, jak mamy ów nowy porządek świata sprowadzić.

Widzieć potencjał w drugim człowieku to coś, o czym często zapominamy, skupiając się na jego konkretnych działaniach i tych działań rezultatach. Świat, w którym żyjemy jest tak zorganizowany, że zasadniczo zmusza nas do takiego podejścia do innych. Zmusza nas do myślenia przede wszystkim w kategoriach praktycznych, tego co jest tutaj i teraz (jest to w dużej mierze zasadne i nie ma w tym nic złego, póki nie redukujemy wszystkiego do takiego właśnie podejścia). W przeważającej ilości dziedzin naszego życia ważne jest tylko to (a raczej uczyniono ważnym tylko to), co dana osoba w tym konkretnym momencie potrafi. W ten sposób nasze życie stało się nieustającym konkursem umiejętności, piękności itd. – czyli konkursem wszystkiego, co aktualne, co już zostało zrealizowane lub może zostać zrealizowane lada chwila. Poddajemy się temu dyktatowi chwili i owego nieustającego konkursu, i dopasowujemy do tego nasze marzenia. Jedynie garstka ludzi potrafi się z tego schematu wyzwolić. Część z nich dokonuje tego skutecznie i sukcesywnie, i to właśnie ci ludzie dokonują często naprawdę głębokich zmian w świecie. Część z nich jednak, z różnych powodów, niestety ląduje na marginesie ludzkiego życia, a tkwiący w nich potencjał zostaje zmarnowany.

Miłość do drugiego człowieka polega m.in. na tym, iż widzimy w nim jego wewnętrzne dobro i potencjał przyszłego dobra, które dopiero będzie owocem jego działań. Owo widzenie potencjału jest wręcz esencją miłości rodzicielskiej. Gdy nie dostrzegamy w swoich dzieciach ich wrodzonych talentów i potencjałów, lub dostrzegamy je, lecz ignorujemy i usiłujemy owe ludzkie istoty oraz ich życie wykreować wedle własnego widzimisię, robimy im tak naprawdę krzywdę. Czy owa krzywda później zniszczy im życie, to zależy od wielu innych czynników, ale generalnie czyniąc tak jesteśmy na najlepszej drodze do tego.

Kochając dojrzale widzimy rzecz jasna słabości, niedostatki i ewidentne wady osób, które kochamy, ale jeśli kochamy naprawdę, to nie przysłaniają nam one zalet i wszystkiego co dobre w drugim człowieku – te widzimy w nim przede wszystkim. Na tym polegała i polega miłość Boga do Izraela, choć ogrom biblijnych narracji opisujących Jego gniew przesłania nam czasem ów wątek. Bóg z pewnością spodziewał się porażek swojego ludu i choć wielokrotnie wylewał na ów lud swój gniew, nigdy go jednak nie opuścił, nigdy nie zerwał z nim Przymierza, bowiem to kim jesteśmy jest wynikiem sukcesów i porażek naszych przodków.

Nadchodzący czas Wielkich Świąt jest nie tylko czasem refleksji nad naszymi moralnymi/religijnymi transgresjami (mówiąc potocznie: grzechami), które popełniliśmy w mijającym roku. To również czas bilansu naszych życiowych osiągnięć i refleksji nad nimi, bowiem owe osiągnięcia są nierozerwalnie związane z naszym postępowaniem: naszymi grzechami oraz błędami. To jednocześnie czas refleksji nad tkwiącym w nas potencjałem, tym który zrealizowaliśmy i tym, który zmarnowaliśmy. W Nowym, 5779 Roku pragnę życzyć wszystkim, aby prócz realizacji rozmaitych, niezrealizowanych dotąd potencjałów, stale pogłębiali swój wgląd w drugiego człowieka, niezależnie czy bliskiego nam, czy nie, oraz stałego rozwijania zdolności dostrzegania wszelkiego potencjału dobra w innych ludziach, nawet – lub zwłaszcza wtedy – gdy owo postrzeganie zostało wypaczone przez nasze, niekoniecznie pozytywne, doświadczenia z owymi osobami.

Szabat szalom!

Menachem Mirski