Chaje Sara

Starzej się z wdziękiem, czas jest po twojej stronie

Refleksja nad paraszą Chaje Sara

Menachem Mirski 

 

Czym jest czas? Czas jest miarą zmienności wszystkich rzeczy. Choć ta definicja może być niewystarczająca na przykład w astrofizyce, to jest ona zupełnie wystarczająca dla naszej ludzkiej, ziemskiej perspektywy i doświadczeń życiowych.

Życie odradza się w cyklach. Nasza wyobraźnia, zdominowana geometrią Euklidesową, często przedstawia nam linearną wizję czasu. Wystarczy „nałożyć jeden z tych obrazów na drugi”, żeby uzyskać możliwie najbardziej adekwatną wizję czasu: czas jest spiralą. Ta wizja odpowiada naszym codziennym doświadczeniom: każdy dzień przynosi nam coś nowego i nawet jeśli doświadczamy cyklicznie tych samych rzeczy, to doświadczenie to jest za każdym razem nieco inne. Ten sam obiad, przygotowany kolejny raz według tego samego przepisu, będzie smakował nieco inaczej.

Oczywiście, wszystkie te nowe doświadczenia mają swój kres, a ostatecznym zakończeniem jest śmierć. Porcja Tory na ten tydzień opisuje śmierć matki i ojca naszego narodu(-ów) – Sary i Abrahama. Wedle midraszu Pirkej de-rabi Eliezer (rozdział 31) Sara umarła z rozpaczy po tym, jak się dowiedziała, że Abraham zamordował ich jedynego syna Izaaka, składając go w ofierze na górze Moria:

Kiedy Abraham wrócił z góry Moria, Szatan[1] wpadł we wściekłość. Nie dostał tego, czego pragnął, czyli udaremnienia ofiary Abrahama. Co więc zrobił? Poszedł do Sary i zapytał: „Czy słyszałaś, co się stało na świecie?”. Ta odpowiedziała: „Nie”. Powiedział jej wtedy: „Abraham wziął Izaaka, swojego syna, i zamordował go, złożył go na ołtarzu jako ofiarę”.   Sara zaczęła płakać i zawodzić; wydała z siebie trzy jęki, które odpowiadają trzem dźwiękom szofaru, a jej dusza wyszła z niej i Sara umarła. Abraham przybył i odkrył, że umarła. A skąd przybył? Z góry Moria.

Wedle tego midraszu śmierć Sary miała tragiczny charakter: umarła z rozpaczy po usłyszeniu kłamstwa Szatana. Interesujące jest jednak to, że śmierć Abrahama była przeciwieństwem śmierci Sary:

A oto dni żywota Abrahama, które przeżył: sto siedemdziesiąt i pięć lat. I skończył i umarł Abraham w sędziwości szczęśliwej, stary i syt życia, i przyłączony został do ludu swego.

Abraham umarł w sędziwości szczęśliwej, stary i syt życia. Właśnie takiej śmierci wszyscy byśmy sobie życzyli. Czy dysponujemy jakąś żydowską mądrością, która pomogłaby nam „osiągnąć ten cel?”.

Tak. W tkaninę judaizmu wplecionych jest wiele poglądów, wartości i idei, które pomagają nam osiągnąć taką pełną zadowolenia śmierć. Postaram się streścić niektóre z tych koncepcji.

Być może na pierwszym miejscu jest uczenie młodszego pokolenia szacunku do starszych, co zaczyna się od czczenia rodziców (Wj 20, 12), ale również wszystkich starszych ludzi w obrębie społeczności – znaczenie tego podejścia jest nie do przecenienia.

Przed siwą głową wstaniesz i będziesz szanował osobę starca; tak okażesz swoją bojaźń Bożą; Jam jest Pan. (Kpł 19, 32)

Nakazuje nam się szanować starców nawet, jeśli utracili już sprawność umysłową. Tradycyjnie źródłem tego nauczania są tablice z Dziesięcioma Przykazaniami, które Mojżesz roztrzaskał i które trzymano wraz z nowymi tablicami w Arce Przymierza. Uczy nas to, że musimy wciąż szanować starszych, nawet kiedy są „uszkodzeni” pod względem intelektualnym.

Starszym pokoleniom należy się uznanie za to, czego dokonali – a dokonali całkiem sporo: zbudowali cały świat, w którym żyjemy. Ta świadomość jest szczególnie ważna dla tych, którzy wiodą życie pełne komfortu i luksusów. To starsze pokolenia umożliwiły takie życie swoją ciężką pracą. Choć są na to niezliczone dowody, wystarczy tylko pomyśleć o państwie Izrael. W każdej chwili, z dowolnego powodu, mamy TERAZ zawsze bezpieczną przystań. Ten cud dokonał się dzięki pracy starszych pokoleń, które przybyły do Izraela i przenosiły kamienie i przekopywały się przez błoto, żeby uczynić ten kraj dobrze prosperującą demokracją. Powiedzcie mi, czy sama myśl o nich nie wzbudza w was uczucia głębokiej radości i wdzięczności? Szanujmy starsze pokolenia.

Choć nakazuje nam się szanować starsze osoby, to jako ludzie mamy na każdym etapie życia obowiązek uczynić wszystko, co w naszej mocy, żeby zachować jasność umysłu i sprawność fizyczną po to, żeby móc pokierować „naszym” następnym pokoleniem. Przykazanie to można postrzegać jako obowiązujące obie strony – ja będę się troszczył o moją sprawność umysłową, tak aby podzielić się doświadczeniem i wiedzą z twoim pokoleniem, a ty musisz się zgodzić słuchać, okazywać szacunek i kiedyś zrobić to samo dla kolejnego pokolenia.

Jeśli jesteś osobą w średnim wieku, naucz się pokory i zdolności akceptowania zmian, jakie niesie z sobą czas. W każdym wieku możesz wciąż uprawiać sport. W każdym wieku możesz wciąż być sprawny i piękny. Ale mając 60 lat nie pokonasz 23-letniego sportowca ani 20-letniej dziewczyny w konkursie piękności. Oczywiście będziesz się musiał przystosować do zmian, niemniej możesz dalej wieść dobre życie. Rozwiązaniem pozwalającym przeciwstawić się procesowi starzenia jest nieustanne korygowanie swoich nawyków i zwyczajów i nie pozwolenie na to, żeby całkowicie dyktowały twój styl życia. To w swej najczystszej postaci zapobiegnie „duchowemu starzeniu się”, które tylko przyspiesza proces fizycznego starzenia – a jest to coś, do czego może dojść nawet w młodości. Jak powiedział kiedyś Baal Szem Tow: „Nie opuszczajcie mnie, gdy będę stary”: nie pozwalajmy, aby podeszły wiek i stagnacja rządziły naszymi nawykami i zwyczajami. Choć proces starzenia się idzie w parze z mniejszą siłą fizyczną i wolniejszym ciałem, przynosi również mądrość, która jest cnotą i błogosławieństwem.

Jeśli nie jesteś – jeszcze – starszą osobą, powinieneś pamiętać, że obniżeniu  sprawności umysłowej w starszym wieku można przeważnie zapobiec. Musisz tylko wystarczająco wcześniej zacząć regularnie pracować nad swoją sprawnością intelektualną i robić to przez całe życie. Potem, kiedy przejdziesz już na emeryturę, będziesz miał jasny umysł i będziesz miał w końcu czas przeczytać wszystkie książki, jakie zawsze chciałeś przeczytać, ale nigdy nie miałeś na to czasu.

„Odbiera mowę godnym zaufania mężom i pozbawia starców rozsądku”. Ale jeśli chodzi o starszych uczonych, tak się nie dzieje. Przeciwnie, im są starsi, tym bardziej ich umysł staje się opanowany, jako że powiedziano: „U sędziwych jest mądrość, a w długim życiu nabywa się roztropności”. (Miszna Kinim 3, 6)

Nie będziesz się też czuł nieważny i zmuszony do ukrywania się przed światem w swoich „powolnych latach” – a nie powinieneś tego robić, gdyż czyniąc tak, nie wypełniasz celu mądrości, na gromadzenie której poświęciłeś wiele lat i nie przysłużysz się młodszemu pokoleniu, które potrzebuje twojej mądrości i polega na niej.

Kiedy nasz organizm zaczyna się starzeć – a proces ten zaczyna się całkiem wcześnie, w wieku około 25 lat, powinniśmy zacząć się zajmować rozwojem naszego ducha. Im szybciej, tym lepiej. Jeśli to zrobimy, uda nam się przezwyciężyć strach przed upływem czasu i będziemy mogli być szczęśliwi i zadowoleni podczas naszych schyłkowych dni. Możemy rozwijać naszego ducha na wiele sposobów: poprzez uczenie się, moralne uczynki, angażowanie się w aktywności intelektualne, studiowanie i tworzenie sztuki, angażowanie się w działania społeczne, dobroczynność i altruizm i ogólnie robienie tego, co przynosi dobro wykraczające poza nasze własne dobro.

Z czasem duch przejmuje niektóre z obowiązków ciała. Dopóki ciało jest dominującą siłą popychającą je do działania, jest ono w dużej mierze podporządkowane biologii i rozmaitym prawom naturalnym. Z czasem ten determinizm traci na sile (za wyjątkiem czasu, kiedy chorujemy) i jest to dobra wiadomość, jako że stajemy się coraz bardziej wolni w naszych działaniach, w tym w naszych moralnych uczynkach, i bardziej świadomi wszystkiego, co determinuje nasze działania i ich konsekwencje. Talmud wyodrębnia różne etapy życia: na wiek 30 lat przypada szczytowa siła fizyczna, zaś na wiek 80 lat szczytowa siła duchowa. We współczesnym, świeckim świecie, w którym kładzie się nacisk na siłę fizyczną i piękno, osiemdziesięciolatków uważa się ogólnie – niestety – za pozbawionych większej wartości. Natomiast w świecie Tory osiemdziesiątka to najlepsze lata!

Nie przestawaj nigdy dbać o swoje ciało i nie przestawaj nigdy dbać o swojego ducha. Dbamy o wzrost ducha w ciele, a kiedy ciało staje się coraz bardziej kruche, duch przejmie zadanie dbania o ciało. Jeśli dopilnujesz tego wszystkiego, czas nie będzie twoim wrogiem, ale będzie po twojej stronie!

Wspaniałą koroną jest siwizna, dochodzi się do niej na drodze sprawiedliwości. (Prz 16, 31)

 

Szabat szalom,

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Tłum.: Marzena Szymańska-Błotnicka

[1] Szatan w judaizmie nie jest realną istotą rządzącą światem podziemnym; w Torze słowo Szatan sugeruje raczej „oskarżającego”, „przeszkadzającego” albo „kusiciela”. Szatan jest zatem raczej złudną przeszkodą na czyjejś drodze – taką jak choćby pokusy i złe postępki – powstrzymujące kogoś przed wypełnieniem obowiązków związanych z tikun olam (naprawą świata). Szatan to zła skłonność do schodzenia z drogi sprawiedliwości i wierności Bogu.  (Jewish Virtual Library)

Chaje Sara

Chaje Sara

Rabin Walter Rothschild

 

Sidra ta ma dla mnie obecnie szczególnie osobiste przesłanie, jako że zaczyna się od opisu śmierci starszej matriarchini i przygotowań, które trzeba poczynić do jej pogrzebu. Ale jest to po prostu część życia i trzeba ją jako taką zaakceptować, jakkolwiek by to nie było bolesne. Biedny Abraham – najpierw Bóg nakazał mu, żeby opuścił dom własnego ojca w rozdziale 12, zaś teraz, w rozdziale 23, opuściła go żona, z którą był przez wiele lat, a w istocie przez wiele dziesięcioleci. Później, w rozdziale 25 (werset 8) dowiemy się o śmierci Abrahama i o tym, jak został „przyłączony do przodków swoich” – nie wspomina się jednak o tym, żeby połączył się na nowo ze swoją żoną! Nigdy nie jest do końca jasne, jakie jest stanowisko Tory w kwestii życia po śmierci albo przynajmniej dalszego istnienia po tym, jak ziemska egzystencja dobiegła końca. Pojawiają się różne dziwne odniesienia – zaczynając od tego, jak krew Abla wciąż krzyczy spod ziemi po tym, jak został zabity. Pod koniec Tory również Mojżesz zostanie „przyłączony do swoich przodków”; ironiczny jest w tym kontekście fakt, że jako dziecko został odłączony od swojej rodziny pochodzenia, a więc nie wiedział zbyt wiele o tych przodkach. Ale prędzej czy później wszyscy musimy umrzeć i pojawiają się wtedy takie oto pytania: Dokąd? Z kim? Co się stanie z każdym z nas? Czy relacje, które nawiązaliśmy w tym życiu – relację dziecka do rodzica (albo dziadka lub babci), z partnerami i małżonkami, relację rodzica do dziecka, rodzeństwa do rodzeństwa – będą w jakiś sposób kontynuowane? Czy będziemy wciąż rozpoznawalni jako „my”, cokolwiek to znaczy, dla tych, którzy nas znali? Niektórzy udają się do grobów słynnych rabinów i zwracają się do nich z prośbami, tak jakby nie przeszli oni już na emeryturę albo nie zmarli, ale jak gdyby wciąż sprawowali swój urząd i wciąż mieli swoją siatkę przydatnych kontaktów… i jak gdyby wciąż można się było do nich zwracać.

Tydzień temu odprawiałem modlitwy podczas poświęcenia kamienia nagrobnego dla pewnego starego człowieka, który, nieżonaty i nieposiadający dzieci, zmarł w samotności w Hamburgu w wieku 82 lat – uciekł tam ze swojej rodzinnej miejscowości, małego miasteczka w Mecklenburgu, z powodu prześladowań i deportacji, ale oznaczało to, że zmarł samotnie w Hamburgu raczej niż z pozostałymi członkami swojej gminy w Auschwitz. Ruch, jakiego podjął się w desperacji nie zapewnił mu wielu dodatkowych lat życia ani też zdrowia czy też szczęścia. Miał jednak grób w Hamburgu – ale był to nieoznaczony grób, a więc pewna grupa postanowiła oznaczyć go, stawiając nagrobek z jego imieniem i garstką szczegółów z jego życia. Był to miły gest, a w istocie micwa, choć osoby te nie były Żydami, a zatem nie miały obowiązku wypełniać micwy – ale nasuwa się pytanie: czy ten mężczyzna będzie w ogóle o tym wiedział? Czy będzie zdawał sobie sprawę, że ludzie zgromadzili się wokół jego grobu, w którym leżał od ponad 70 lat, czy jego kości usłyszą, jak odmawiany jest Kadisz? Czy jego dusza uraduje się z tego powodu? Czy poczuje się lepiej, teraz, kiedy nie został zapomniany? Trudno jest powiedzieć cokolwiek rozsądnego albo racjonalnego na temat takich spraw, jako że jest to wszystko kwestia uczuć, tego co „czujemy, że jest słuszne”.

Abraham „czuł, że słuszne będzie”, żeby ciało jego zmarłej żony zostało gdzieś złożone do spoczynku, w jakimś bezpiecznym miejscu, zabezpieczonym przed grasującymi zwierzętami, które mogłyby naruszyć szczątki. W ziemi, albo przynajmniej pod powierzchnią ziemi, w jaskini. Co dziwne, choć wcześniej było już wiele pokoleń, wielu się urodziło i wielu zmarło, jest to pierwszy raz, kiedy wspomina się o pogrzebie. Nigdy nie słyszymy o tym, żeby Adam organizował pogrzeb dla Chawy ani dla ich syna. Wiemy, że jeden z braci Awrama zmarł, zanim ten opuścił Haran, ale nie wspomina się o żadnych rytuałach żałobnych. Niestety milczeniem otoczony jest również koniec życia Sary; w poprzednich rozdziałach czytaliśmy o wygnaniu i nieomal zamordowaniu służącej Hagar z jej synem – starszym synem Awrahama; a następnie o nieomalże morderstwie czy też „złożeniu w ofierze” Izaaka, syna Sary i drugiego syna Awrahama, ich jedynego wspólnego syna. Następnie Awraham dostaje informacje o narodzinach pewnej liczby bratanków – 12 bratanków i bratanic, żeby być dokładnym, co stanowi dziwne podobieństwo do jego własnych wnuków, późniejszej rodziny Jakuba, dwunastu synów i córki.
A potem – nagle – bez żadnych pożegnań, żadnych słynnych ostatnich słów, żadnej sceny na łożu śmierci, bez żadnych lamentów – Sara odchodzi. Mówi nam się nawet, że Abraham „przybył”, aby ją opłakiwać, tak jakby nie był obecny przy jej śmierci. Jest to dość żałosne zakończenie dla tak długiego małżeństwa. Nie zawsze udaje się zorganizować wszystko tak, jak być może byśmy chcieli, z ostatnim pocałunkiem i jakimiś miłymi słowami pożegnania, niemniej ta śmierć wydaje się być nieco „pozbawiona dramaturgii”; być może jest to reakcja na szok Akedy – nie powiedziano nam, że Sara była chora, a tylko że osiągnęła bardzo podeszły wiek – 127 lat! Śmierć przychodzi naturalnie po pewnej liczbie lat; niektóre narządy i mięśnie po prostu tracą swoją żywotność, niektóre stawy się zużywają; w istocie wydaje się, że wszystkich nas czeka naturalny koniec niezależnie od tego, co byśmy nie robili. Być może można przyspieszyć śmierć przez własną głupotę i używanie alkoholu, narkotyków, tytoniu albo innych substancji, albo poprzez podejmowanie niepotrzebnego ryzyka. Możemy też próbować wydłużyć nasze życie, utrzymując się w dobrej formie fizycznej i umysłowej poprzez regularne ćwiczenia i niestosowanie różnych używek – ale i tak koniec będzie taki sam i różnica przeżytego czasu nie będzie mierzona w setkach lat! Poza samą „ilością życia” można też omawiać kwestię jego jakości – jest to prawomocna dyskusja i może to mieć wpływ na ostatnie kilka lat albo miesięcy życia – ale niezależnie od tego wszyscy pozostajemy śmiertelni.

A więc – co powinno się zrobić ze szczątkami? Wiemy, że istnieje kilka różnych możliwych odpowiedzi, od spalenia po pochowanie, od pozostawienia ich, żeby zjadły je ptaki aż po zjedzenie ich samemu…. Istnieją też różne połączenia: można pochować ciało i potem, mniej więcej rok później usunąć to, co z niego pozostało – kości – i złożyć je w ossuarium; można najpierw spalić zwłoki, a następnie rozrzucić prochy albo pochować je. Każda kultura znalazła inne rozwiązania na to pytanie, lecz każda mierzy się z tym samym problemem: co robić? Czy ma znaczenie, KTO to zrobi, albo kto będzie odprawiał ceremonię? Czy ma znaczenie, GDZIE wykonuje się te czynności – na przykład, czy rozrzuci się prochy do świętej rzeki albo pochowa się ciało w „poświęconej ziemi”? Jak z pewnością wiecie, istnieją tradycyjne żydowskie odpowiedzi na te kwestie – ale Abraham jest pierwszą osobą, co do której wspomina się, że mierzyła się z tym problemem. Z jakich może korzystać wskazówek, czego się od niego oczekuje? Wiemy, że zostaje z przygotowaniami sam, że (z różnych powodów) nie ma przy nim żadnego z jego synów.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawy, Abraham jest cudzoziemcem, obcokrajowcem, nomadem w ziemi Kanaan. Co ciekawe, terytorium to zamieszkują również Chetyci, którzy zadomowili się już do tego stopnia, że w istocie „posiadają” ziemię – co samo w sobie jest dziwną koncepcją, ale jest to temat na inną dyskusję. Abraham musi zwrócić się do nich z prośbą, musi z nimi negocjować. Przedstawia się jako ktoś obcy na „ich” ziemi, co jest intrygujące, jako że Chetyci nie są Kanaanejczykami. Ale musi kupić nieco ziemi, nie po to, żeby wybudować d

om ani żeby zasadzić plony, ani żeby ustawić ołtarz – lecz tylko po to, żeby umieścić tam ciało swojej zmarłej żony. Taka ziemia nie zyska na wartości, nie może zostać później ponownie sprzedana. Jest zajęta i nikt inny nie będzie jej chciał. Wydaje się, że Chetyci posiadają już miejsca na groby i grobowce, miejsca przygotowane z wyprzedzeniem na czas, kiedy mogą być potrzebne, „kewer”. Poczynili przygotowania na własną przyszłość i oferują, że sprzedadzą jedno takie miejsce Abrahamowi, nomadowi, dla którego cała ziemia jest otwarta i dostępna bez opłaty.

Potrzeba prawie dziewiętnastu wersetów uprzejmych, ale ciężkich targów, zanim udaje się zawrzeć umowę z Efronem, który jest właścicielem pola z jaskinią. Potem „pochował Abraham Sarę, żonę swoją, w jaskini na polu Machpela nap

rzeciw Mamre”. Choć Sara nie żyje, to wciąż jest „jego żoną”. Nie wspomina się tu o żadnych modlitwach ani ofiarach, hymnach, rytuałach, o tym, żeby rozdzierał szaty albo uderzał się w pierś. Robi tylko to, co musi zostać zrobione.
W końcu sam już się starzeje i spędzi cały następny rozdział przygotowując swój testament, próbując zapewnić, że będzie miał dziedziców. Następnie w rozdziale 25, po nagłym późnym rozkwicie, sam umrze i jego synowie – obaj, Iszmael i Icchak! – przybędą, aby pochować go „w jaskini Machpela, na polu Efrona, syna Sochara, Chetyty, naprzeciw Mamre (…).Tam pochowany został Abraham i Sara, żona jego”.

Dla wielu ludzi pozostaje ważną sprawą, żeby zostać pochowanym wraz z innymi członkami rodziny, przy nich albo blisko nich, żeby mieć być może grób rodzinny albo wspólne miejsce pochówku. Jeśli zapytać ich „dlaczego?” – zwykle nie będą umieli odpowiedzieć. Czy liczą na dalszą wspólną egzystencję albo że będą sobie przez cały czas plotkować? Nie, oczywiście, że nie! Ale w jakiś sposób „czują, że tak będzie słusznie”, wydaje im się to właściwe, więc często słyszy się, jak ktoś mówi: „Zarezerwuj mi miejsce obok mojego bliskiego, chcę być blisko nich, kiedy sam będę pochowany”.

Nie ma w tym żadnej logiki, ale kiedy to istniała jakakolwiek logika, jeśli chodzi o sprawy związane z życiem i umieraniem, z samym życiem i śmiercią? „Czujemy, że tak jest słusznie”.

I właśnie dlatego mamy cmentarze, rytuały, kamienie nagrobne, napisy, rocznice i modlitwy. Jeśli nie dla zmarłych, to przynajmniej dla żywych. „Chaje Sara” – to ŻYCIE Sary jest tutaj opisywane. Śmierć jest tylko jego częścią.

Szabat Szalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Piękno zewnętrzne i wewnętrzne.

Piękno zewnętrzne i wewnętrzne.

Refleksja nad paraszą Chaje Sara.

Menachem Mirski 

Piękno jest w oczach patrzącego. W ciągu pierwszych siedmiu sekund od poznania kogoś nowego oceniamy go wyłącznie na podstawie jego wyglądu. Oznacza to, że w ciągu siedmiu sekund nasz mózg przesądzi o tym, czy zdecydujemy się na dalsze interakcje z obcą osobą czy też nie tylko i wyłącznie w oparciu o to, co uda nam się zaobserwować. Znana jest pewna opowieść o kobiecie, która przeszła ogromną liczbę zabiegów w szpitalu, gdyż rozpaczliwie chciała wyglądać tak jak wszyscy inni. Jej najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa dotyczą tego, jak ludzie odwracali od niej wzrok, przerażeni jej wyglądem. Gdy zdejmowano jej bandaże, owa kobieta miała nadzieję, że aktualny zabieg będzie ostatnim. Lekarz poinformował ją, że jeśli również i ten zabieg okaże się nieudany, odeślą ją, aby żyła z innymi osobami, które również cierpią na podobną przypadłość. Historia ta może wam się wydać znajoma. Pochodzi z pierwszej serii „Strefy Mroku”, z odcinka zatytułowanego Oko Patrzącego [Eye of the Beholder]. Co łączy odcinek „Strefy Mroku” z czytaną w tym tygodniu paraszą Chaje Sara? Idea piękna i jej znaczenie w przypadku  Rebeki w sytuacji, gdy Eliezer wyruszył wypełnić swą misję znalezienia żony dla Izaaka, syna swojego pana Abrahama.

W Bereszit 24, 16 narrator opisuje schodzącą do studni Rebekę następująco:

„A dziewczyna ta, bardzo piękna, była dziewicą, która z żadnym mężczyzną jeszcze nie obcowała”.

Dlaczego przypisuje się tak duże znaczenie do faktu, że Rebeka była piękna? Jaką rolę odgrywa jej fizyczne piękno dla moralnej wartości tego tekstu? Czy to właśnie z powodu urody Rebeki Eliezer zapytał ją, czy może napić się trochę wody z jej dzbana? Gdyby miała ona „brzydką aparycję”, czy i tak poprosiłby ją o nieco wody? Prawdopodobnie Rebeka nie była jedyną kobietą przy studni; w owych czasach i w owej części świata studnia była miejscem, wokół którego skupiało się życie towarzyskie: można było tam zawrzeć nowe znajomości. Studnia była wówczas niczym dzisiejszy bar lub pub.

Dlaczego prawie wszystkie kobiety w Torze zostają opisane jako piękne? Za wyjątkiem Lei, której oczy były pozbawione blasku i, jak dobrze wiemy, to jej młodsza siostra Rachela była „tą ładną” w rodzinie. Ale czy ich wygląd naprawdę miał aż takie znaczenie?

Średniowieczny komentator Sforno stwierdza, że Rebeka „miała piękną karnację”. Inni komentatorzy nie mieli zbyt wiele do powiedzenia na temat jej urody, skupiali się bardziej na fakcie, iż była ona

„dziewicą, która z żadnym mężczyzną jeszcze nie obcowała” (Rdz 24, 16).

Czy piękno jest zatem ważną wartością w judaizmie? Zgodnie z pewnym poglądem  Biblia wspomina o fizycznych właściwościach różnych osób po to, by podkreślić ich cechy wewnętrzne. Na przykład uroda Rebeki zdaje się być powiązana z jej postawą moralną. Związek ten staje się jeszcze bardziej widoczny w następnych wersetach, Bereszit 24, 18-20, gdy Rebeka okazuje swą chesed, czyli dobroć czy też miłosierdzie, oferując wodę nie tylko obcemu człowiekowi, Eliezerowi, ale również jego dziesięciu wielbłądom; następnie zaprasza go też do swojego domu rodzinnego (Rdz 24, 25). Działania Rebeki potwierdzające jej chesed dostarczają Eliezerowi dowodów na to, iż przeszła ona z powodzeniem test etyczny, o jaki prosił Boga, aby się dowiedzieć, która dziewczyna jest godna poślubienia syna Abrahama (Bereszit 24, 12-14). Dlatego też przesłanką do określenia Rebeki mianem pięknej nie jest tylko i wyłącznie jej wygląd fizyczny, ale raczej fakt, iż – jak wynika z tekstu – była ona moralną, potrafiącą okazywać współczucie osobą. W naszym współczesnym społeczeństwie prawdą jest natomiast coś odwrotnego.

Piękno zdaje się być oparte na tym, co definiują jako piękne media oraz przemysł modowy. W latach 50. XX wieku powiedziano nam, że najpiękniejszą kobietą jest Marilyn Monroe – modelka, aktorka, śpiewaczka i starletka.  Marilyn nosiła rozmiar 42-44 i miała figurę o kształcie klepsydry; poza tym wszystko inne miała sztuczne, zaczynając od jej tlenionych blond włosów aż po jej sposób chodzenia, mówienia i zachowywania się w miejscach publicznych – wszystko to było grą. Naprawdę nazywała się Norma Jean, była brunetką pochodzącą z rozbitego domu i nie mogła znaleźć pracy. Przemiana w ikoniczną Marilyn Monroe pozwoliła jej zostać gwiazdą. Oczywiście wszystko to opierało się na jej wyglądzie zewnętrznym. W głębi duszy była dobrą i życzliwą osobą, lecz przeżywała osobiste kryzysy i załamania nerwowe, zmagała się z własnymi demonami i nadużywała substancji psychoaktywnych. Marilyn nie byłaby w stanie uosabiać zasad moralnych idących w parze z pięknem w taki sam sposób, jak Rebeka.

Podsumowując, zewnętrzne, fizyczne piękno tkwi w gruncie rzeczy w oczach patrzącego. Jest ono w dużej mierze kwestią subiektywnych upodobań i konwencji kulturowych, kształtujących gust poszczególnych jednostek. W tym przypadku kategoria słuszne/niesłuszne nie ma w istocie zastosowania. W tej sferze rządzą subiektywne względy: albo coś nam się podoba, albo nie. Czy można tutaj mówić o jakiejkolwiek obiektywności? Nie możemy tego odrzucić a priori, jest to temat dla rozległych badań w dziedzinie estetyki, jako że na przestrzeni historii sformułowano pewne podstawowe kryteria piękna, które są wciąż szeroko uznawane również i dzisiaj. Piękno wewnętrzne pochodzi jednak z nieco innej sfery. Wymaga poznania danej osoby. Na początku, gdy ledwo co ją znamy, nie możemy ocenić, czy jest ona piękna wewnętrznie czy też nie. Mogą nas pociągać jakieś przebłyski jej piękna wewnętrznego, zaś po jakimś czasie odkryjemy być może również pewne przebłyski brzydoty. W tej jednak sferze po jakimś czasie, nieraz po bardzo długim czasie, zaczynamy niekiedy wyraźnie dostrzegać proporcje między wewnętrznym pięknem i wewnętrzną brzydotą. I na tym etapie z pewnością możemy mieć rację lub też jej nie mieć. Ale wówczas jesteśmy już w stanie zaakceptować oba te aspekty, zarówno wewnętrzne piękno jak i wewnętrzną brzydotę, inaczej niż na początku, gdy nie znamy jeszcze tak dobrze danej osoby i nie wiemy, skąd owe wewnętrzne piękno czy też brzydota pochodzą.

Czy piękno jest zatem w judaizmie ważną wartością? Wewnętrzne piękno, rozumiane jako wyraz doskonałości duchowej, z pewnością tak. Można je doskonalić wraz z upływem czasu. A piękno zewnętrzne? Jest ono przejawem doskonałości fizycznej, a zatem tymczasowej. Możliwości jego doskonalenia są dość ograniczone.

 

Szabat szalom,

Menachem Mirski

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

 

 

 

 

 

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany, Beit Polska, Beit Warszawa, Kongregacja Beit Warszawa,