CHANUKA

CHANUKA

Rabin dr Walter Rothschild

Od dziesięcioleci fakt, iż żydowskie święto Chanuka przypada bardzo blisko chrześcijańskiego Bożego Narodzenia, stanowi dla wielu Żydów problem, wyzwanie. Historycy mogą również mówić o rzymskim święcie Saturnaliów oraz o innych zimowych świętach, z których większość wiąże się w taki czy inny sposób ze światłami i z których niektóre przypadają 25 dnia miesiąca, lecz te kwestie nie interesują szczególnie przeciętnego członka społeczności żydowskiej. Takie osoby widzą jedynie, że ze wszystkich stron otaczają nas niemożliwe do zignorowania symbole innej religii. Niektóre z tych symboli mają charakter duchowy, inne próbują za takowe uchodzić, zaś wiele ma jawnie materialistyczny albo komercyjny charakter. Pojawiają się wzmianki o znaczeniu rodziny oraz – w szczególności – dawania prezentów, z których większość musi zostać wcześniej kupiona, co przekłada się na znaczenie tego okresu dla „obrotów” i zysków handlowych. Nie orientuję się dobrze w sytuacji w Polsce, która jest obecnie krajem katolickim próbującym wprowadzać dość konserwatywną wersję tej religii, ale mogę was zapewnić, że w wielu innych częściach Europy cały okres począwszy od połowy października wypełniony jest przygotowaniami do kilku dni – kilku dni czegoś. Ale czego? Zaledwie kilku dni wolnych od pracy? Świąt religijnych? Świąt rodzinnych? Specjalnych kolacji organizowanych w firmach i przyjęć dla pracowników biurowych? Banalnej muzyki, po części starej, po części klasycznej, po części rodem z Hollywood, po części współczesnej i przesłodzonej, a w dużej mierze pełnej hipokryzji, która wypełnia sklepy, ulice i fale radiowe. Ekrany telewizorów wypełniają filmy przedstawiające śnieg, biedne dzieci i pokrzykiwania „Ho Ho Ho!”, wymieszane obecnie w dziwaczny sposób z reniferem (zwierzęciem, o którym nigdy nie wspomina się ani w tak zwanym „Starym” ani „Nowym” Testamencie), sankami, baletem, dziadkiem do orzechów i opowieściami o duchach czy też indykami, gęsiami i karpiami. Tysiące drzew idzie na wyrąb, żeby mogły następnie stać w przegrzanych pomieszczeniach i wysychać jako symbol tego, co było niegdyś „wiecznie zielonym drzewem”, ale teraz stało się jak na ironię metaforą globalnego ocieplenia i wymierania lasów. Na domach i ulicach rozwiesza się lampki. Jest tego wszystkiego o wiele więcej – och, nie trzeba wam przecież o tym mówić – i nie da się od tego uciec. Wyobrażam sobie, że prawie wszyscy tu obecni mają nie-żydowskich współpracowników, sąsiadów albo przyjaciół, a zwłaszcza członków rodziny, i każdego roku pojawia się to samo doniosłe pytanie: do jakiego stopnia można połączyć te dwa święta, a do jakiego stopnia NIE da się tego zrobić? W Niemczech nawet tak zwane „Muzeum Żydowskie” w Berlinie organizuje jarmark „Weihnukkah” – słowo to stanowi (jak twierdzą) połączenie niemieckiego terminu „Weihnachten” (Boże Narodzenie) i słowa „Chanuka”. Co ciekawe, niemieckie słowo „Weihen” ma takie samo znaczenie, co hebrajskie słowo „Chanuka” – czyli „poświęcać”! – i różni się od innych terminów używanych w różnych częściach kraju – na przykład na katolickim południu organizuje się jarmark „Christkindl” raczej niż „Weihnachtsmarkt”. Póki co (o ile mi wiadomo) marka Kindle nie wykorzystała tej okazji, żeby sprzedać więcej książek elektronicznych, a słowo to nie zostało powiązane z angielskim zwrotem „to kindle”, oznaczającym „zapalać świece”). Ale jest to pewnie tylko kwestia czasu…. Innymi słowy, to, co na początku było świętem religijnym – w istocie bardzo ważnym świętem dla nowej religii opartej na głoszeniu narodzin ich nowej figury mesjanicznej – stało się nieodwracalnie wymieszane z barbarzyńskimi, pogańskimi europejskimi symbolami kulturowymi związanymi z przetrwaniem zimy i ciemności, z zapotrzebowaniem na tłuste jedzenie i na ciepło, jakie daje bycie blisko siebie w obrębie rodziny albo plemienia w czasie, gdy świat zewnętrzny jest zimny, ciemny i niebezpieczny.

I jak mogą się w tym wszystkim odnaleźć Żydzi?

Prosta odpowiedź jest taka, że nie mogą. Oczywiście tego rodzaju proste odpowiedzi nigdy do końca nie pasują i wiemy, że fundamentalistyczne odrzucenie wszystkiego, odmowa otwarcia oczu albo wyjścia z domu przez dwa i pół miesiąca zaczynając od października nie może się udać – oczywiście Żydzi nie mogą się od tego wszystkiego całkowicie odciąć. Ale JUDAIZM może. I na tym polega różnica.

Żydowskie święto Chanuki skupia się właśnie na tym pytaniu. Historie czy też pseudo-historie przedstawione w Księgach Machabejskich są dość brutalne i makabryczne, i stwarza to problemy moralne dla niektórych liberalnych Żydów,  sądzę jednak, że możemy spojrzeć na te sprawy z innego punktu widzenia. Zasadnicze pytanie jest następujące: co trzeba zrobić, żeby zachować swoją własną religię w świecie pełnym innych alternatyw? Gdy jest się otoczonym przez sekularyzm, komercjalizm albo mesjanizm? Jak można zachować wiarę w Boga pomimo wszystkich wyzwań?

Fascynujące w opowieściach chanukowych jest to, że Bóg nieomal się w nich nie pojawia. (Podobnie jak Bóg nie pojawia się – przynajmniej otwarcie – w historii Purimowej). Rozumiem przez to, że to grupie Żydów pozostawiono decyzję, czy doszli już do granic swojej tolerancji i czy chcą zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby odzyskać duchowy ośrodek swojej wiary. Dla nich była to Świątynia i przywrócenie składania ofiar – zaś my możemy to obecnie postrzegać w inny sposób.  Choć w naszej świątecznej liturgii śpiewamy triumfalnie o tym, jak Bóg,  nasza „Skała Pokoleń”, pomógł garstce nielicznych pokonać wielu i jak pomógł słabym zatriumfować nad silnymi, w rzeczywistości ówcześni Żydzi musieli to wszystko zapoczątkować i zrobić sami dla siebie. Nie wysłano żadnej armii aniołów z ognistymi mieczami, żeby walczyły za nich, w istocie nie wysłano nawet żadnego nowego proroka z nowym, inspirującym przesłaniem. Bóg pozwolił nawet na to, żeby Świątynia została sprofanowana i żeby była okupowana przez innych! Chanuka to święto Żydów jako mniejszości – nawet wśród swojego własnego ludu i na ich własnej ziemi! Jest to dość ironiczne, ale oznacza to, że pod wieloma względami jest to opowieść właściwa dla diaspory, nawet jeśli nie rozgrywa się w diasporze.

Tak więc w efekcie każdy z nas mierzy się z tymi samymi osobistymi wyzwaniami. Jako wasz rabin nie martwię się tym, co robicie z waszymi rodzinami, współpracownikami i sąsiadami – przyjęcie to przyjęcie, spotkanie rodzinne to spotkanie rodzinne, szacunek dla rodziców i miłość do rodzeństwa to ważne wartości – nie martwi mnie to, idźcie i spędźcie miło czas, czemu nie? Ale gdzie możecie umiejscowić, dla SAMYCH SIEBIE, rdzeń waszej religijnej tożsamości? Gdzie w waszym życiu możecie wspominać o Bogu? Używając przy tym własnych słów? Skąd możecie czerpać nadzieję, której wszyscy potrzebujemy w trudnych czasach? (a WSZYSTKIE czasy są trudne, nawet jeśli chłodne zimy często wydają się trudniejsze niż gorące lata).

Podczas Chanuki przypominamy sobie, jak pewna grupa Żydów, dawno temu w odległym miejscu, domagała się prawa do swojej własnej tożsamości religijnej niezależnej od wiary wyznawanej przez większość. Niektóre części tej historii opisują fanatyków i fundamentalistów i z tymi ludźmi nie chcielibyśmy mieć wiele wspólnego. Nie potrzebujemy – ani nie chcemy – niszczyć innych poglądów. Lecz inne części mówią o odwadze i samopoświęceniu, jakich było trzeba, żeby zachować własną wiarę w Boga pomimo tego, co mówiono (i czemu oddawano cześć) wszędzie dookoła. Machabeusze nie czekali, aż nadejdzie potężny, doniosły niebiański głos; po prostu zdecydowali, że bycie Żydem oznacza bycie Żydem – tak, jak to wówczas rozumiano, z czystym rytualnie kapłaństwem, oczyszczonym rytualnie ołtarzem i poświęconą na nowo Świątynią. My możemy rozumieć wymogi, jakie stawia przed nami judaizm w inny sposób, bez Świątyni – jednak wciąż wyznajemy ważne dla nas wartości.

Dla jakiej sprawy MY sami możemy się poświęcić, w jaki sposób MY się oczyszczamy i jak MY postrzegamy nasze obowiązki wobec Boga? Takie właśnie pytania stawia przed nami Chanuka. Te pytania są być może najlepszymi i najważniejszymi prezentami, jakie dostaniemy! Oby przyniosły wam radość!

 

Chag Chanuka Sameach,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka