Haazinu

Haazinu

 

‘Haazinu’ – Deuternomy Chapter 32 – is almost the end of the Torah, the five books, and represents what one might call Moses’ ‘Swansong’ – this term is based on the legend that, shortly before it dies, the swan bursts into beautiful song – and then expires.

The song that Moses sings, and teaches the people, is a strange one, a long one, repetitive at times. But it is also a powerful one. He starts by calling out to the heavens and the Earth to listen. God is described as perfect, faithful and just. This is contrasted with the behaviour of the peoples, who too easily forget the blessings that they or their ancestors enjoyed in the past. When the people grew sated and contented – they forgot God. They approached other gods and thanked THEM for their good situation instead and, not unnaturally, this provoked God into an angry reaction. God threatens to destroy the people, for this is what they have deserved. Then in verse 26 comes a remarkable admission of what factor is holding God back from this move: The worry that other people may get a negative impression! Further, that Israel’s enemies might arrogantly assume that they, and they alone should take the credit for this destruction, and that God’s own part might be overlooked! For if Israel is behaving stupidly, Israel’s enemies are, if anything, even more stupid!

 

This raises many theological issues – not just for the Israelites at the time but for all later Jewish history. Yes, there are many disasters, there are expulsions, defeats, exiles, massacres; cities and temples are destroyed – there are many, many times for despair and for grief. Yet here, says Moses, is the reason why these things could happen: Because God lets them happen, maybe even Makes them happen! Without God’s active participation, none of Israel’s many enemies would be able to triumph over them! They might THINK that they are big and strong and able to conquer Israel and therefore conquer Israel’s God, but in fact they are only able to prevail because Israel’s God has decided that they should – because it is God who wants the people to be punished for their misdeeds.

I confess I find this approach rather simplistic, rather black-and-white, indeed naive – but do we have a better one? Can we find a better explanation for some of the many troubles that have afflicted the Jews over the centuries, than that this is part of a divine plan? One that we do not necessarily understand?  Would we rather believe in a God who wanted to stop these things happening but was unable to do so, was too weak, was outmanoeuvered, outnumbered, outgunned?

Of course Theology would be so much easier if the news were always good, if the harvests were always plentiful, the weather just what one wanted, all the neighbouring countries were mild and friendly and peaceable….  If every report from the front indicated yet another resounding victory….  if the country were at endless peace with no sense of threat or danger……  There are and always have been false preachers and false prophets who talk like this…..   The trouble is, says Moses, that it is precisely when things are running so well that people are most likely to forget God and forget to be grateful for their blessings; they will instead take them for granted, or they will believe that their success is all due solely to their own efforts….. they will become complacent, ungrateful, proud, arrogant.

 

It’s a fine balance that is required, between acknowledging that we are responsible for our own actions, and acknowledging that at the same time we are part of God’s creation, that there are rules in the Universe independent of those we make for ourselves. To some extent the current debate about the climate or our planet reflects this. If we become so used to excess and surplus and luxury, to having the right to throw away good food because we are sated, to having the right to use up natural resources that cannot be replaced, to having the right to create complex compounds or machines that are designed to be used only once and then thrown away, to having the right to destroy whatever we fancy at the moment – eventually the time will come when it will become clear that there is a price to be paid. And that time is coming.

 

The song of Moses does have what might be called a ‘happy ending’ – actually a rather gruesome ending in that the blood that has been spilt will be avenged, that Israel’s enemies, who were used by God to punish Israel, will themselves be punished by God for their brutality. It is not a happy ending in the sense that there will be peace and harmony everywhere and, in fact, there is a horrible quasi-prophetic implication that the cycle may simply continue.

 

Moses himself, however, will not. Once he has sung this song and taught it he charges the people with the duty of passing on these teachings, and then he prepares for his own death. Whatever comes afterwards will not be HIS problem. He has done all he can to teach, to warn, to prepare the people for what comes next. Now they must take the responsibility for themselves.

 

And we, today, here, celebrating the Shabbat that falls just after the individual reflection and penitence of Yom Kippur, and just before the beginning of the week of Sukkot, are a part of that continuity too. Something we must never forget.

 

Shabbat Shalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

 

HAAZINU

HAAZINU

Rabin dr Walter Rothschild

„Haazinu” – 32 rozdział księgi Powtórzonego Prawa – znajduje się prawie na końcu Tory, na końcu wszystkich pięciu ksiąg, i stanowi wyraz czegoś, co można by określić mianem „łabędziego śpiewu” Mojżesza – termin ten wywodzi się z legendy, wedle której łabędź na krótko przed śmiercią „odśpiewuje” piękną pieśń – a potem umiera.

Pieśń, którą śpiewa Mojżesz i której uczy lud jest dziwnym, długim i miejscami powtarzającym się utworem. Niesie ona jednak w sobie również silne przesłanie. Mojżesz zaczyna od wezwania niebios i ziemi, żeby słuchały jego pieśni. Bóg zostaje opisany jako doskonały, wierny i sprawiedliwy; cechom tym przeciwstawia się następnie zachowanie ludu, który zbyt łatwo zapomina o błogosławieństwach, którymi on sam albo jego przodkowie cieszyli się w przeszłości. Kiedy ludzie stali się nasyceni i zadowoleni – zapomnieli o Bogu. Zwrócili się do innych bogów i to właśnie IM podziękowali za swoją dobrą sytuację. Nie powinno chyba nikogo dziwić, że zachowanie to sprowokowało gniewną reakcję Boga. Bóg grozi, że zniszczy lud, jako że zasłużył właśnie na taką karę. Następnie w wersecie 26 pojawia się niezwykłe wyznanie wyjaśniające, jaki czynnik powstrzymuje Boga od podjęcia takiego kroku: obawa, iż mogłoby to wywrzeć negatywne wrażenie na innych ludach! A ponadto, że wrogowie Izraela mogliby arogancko uznać, że oni i tylko oni mogą przypisać sobie zasługę za to zniszczenie, w związku z czym rola odegrana przez samego Boga mogłaby zostać przeoczona! Gdyż jeśli Izrael zachowuje się głupio, to wrogowie Izraela są nawet jeszcze głupsi!

Nasuwa się w tym kontekście wiele pytań natury teologicznej – nie tylko dla ówczesnych Izraelitów, ale dla całej późniejszej historii żydowskiej. Tak, dochodzi do wielu nieszczęść, dochodzi do wygnań, klęsk, zesłań, pogromów; miasta i świątynie zostają zniszczone; jest wiele, bardzo wiele sytuacji wzbudzających rozpacz i smutek. A jednak tutaj – mówi Mojżesz – mamy powód wyjaśniający, dlaczego takie rzeczy mogą się wydarzać: ponieważ Bóg pozwala na to, żeby do nich dochodziło, a być może nawet sam doprowadza do tego, że się wydarzają! Bez czynnego uczestnictwa Boga żaden z licznych wrogów Izraela nie byłby w stanie nad nim zatriumfować! Mogą SĄDZIĆ, że są wielcy, silni i zdolni pokonać Izrael, a zatem pokonać również Boga Izraela, ale w rzeczywistości udaje im się odnosić zwycięstwa tylko dlatego, że Bóg Izraela zdecydował, że tak powinno być – ponieważ to Bóg chce, żeby lud został ukarany za swoje występki.

      Przyznaję, że takie podejście wydaje mi się dość uproszczone, dość czarno-białe – a w istocie naiwne – ale czy dysponujemy lepszym? Czy potrafimy znaleźć lepsze wyjaśnienie dla niektórych z wielu ciężkich sytuacji, jakie przydarzyły się  Żydom na przestrzeni stuleci – jakieś wytłumaczenie inne niż to, iż jest to część Bożego planu? Planu, który niekoniecznie rozumiemy? Czy wolelibyśmy raczej wierzyć w Boga, który wprawdzie chciał nie dopuścić do zajścia tego typu wydarzeń, ale nie był w stanie tego zrobić, gdyż był zbyt słaby, został wyprowadzony w pole, przegrał z liczniejszym przeciwnikiem albo został pokonany przez kogoś silniejszego?

Oczywiście teologia byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby docierały do nas zawsze tylko dobre wieści, gdyby żniwa były zawsze obfite, pogoda dokładnie taka, jakiej byśmy sobie życzyli, gdyby wszystkie sąsiadujące z nami państwa były miłe, przyjazne i pokojowo nastawione…. Gdyby wszystkie doniesienia z frontu wskazywały na to, że odnieśliśmy kolejne spektakularne zwycięstwo…. Gdyby kraj cieszył się niekończącym się pokojem, bez żadnego poczucia zagrożenia ani niebezpieczeństwa…. Istnieją i zawsze istnieli fałszywi kaznodzieje i fałszywi prorocy, którzy przemawiają właśnie w taki sposób…. Problem polega na tym – mówi Mojżesz – że to właśnie wtedy, kiedy wszystko się tak dobrze układa, zachodzi największe prawdopodobieństwo, że ludzie zapomną o Bogu i zapomną, że powinni być wdzięczni za otrzymane błogosławieństwa; będzie dokładnie odwrotnie – przestaną je doceniać albo będą przekonani, że ich sukces wynika w całości wyłącznie z ich własnych wysiłków…. Popadną w samozadowolenie i pogrążą się w niewdzięczności, dumie i arogancji.

Konieczne jest tutaj zachowanie subtelnej równowagi pomiędzy przyznaniem, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze własne działania, a z drugiej strony  przyznaniem, że jednocześnie jesteśmy częścią Bożego stworzenia, że we wszechświecie istnieją zasady niezależne od tych, które sami dla siebie ustanawiamy. Do pewnego stopnia również nasza obecna debata dotycząca klimatu i naszej planety stanowi odzwierciedlenie omawianego tu zjawiska. Jeśli tak bardzo przywykniemy do braku umiarkowania, do nadmiaru i luksusu, do tego, że mamy prawo wyrzucać zdatne do spożycia jedzenie, bo jesteśmy nasyceni, że mamy prawo zużywać zasoby naturalne, których nie da się zastąpić, że mamy prawo produkować złożone części składowe albo maszyny zaprojektowane w taki sposób, że nadają się tylko do jednorazowego użytku, a potem trafiają na śmietnik, że mamy prawo niszczyć wszystko, na co tylko będziemy mieć w danej chwili ochotę – jeśli będziemy tak postępować, to w końcu nadejdzie czas, kiedy stanie się dla nas jasne, że przyjdzie nam za to zapłacić. I ten czas właśnie nadchodzi.

Pieśń Mojżesza ma jednak coś, co moglibyśmy nazwać „szczęśliwym zakończeniem” – choć jest to w istocie dość makabryczne zakończenie, jako że rozlana krew zostanie pomszczona, a wrogowie Izraela, których Bóg wykorzystał, żeby ukarać Izrael, sami zostaną ukarani przez Boga za swoją brutalność. Nie jest to szczęśliwe zakończenie w takim sensie, że wszędzie nastaje pokój i harmonia; w istocie pojawia się tam przerażająca, quasi-prorocza sugestia, iż cykl ten może po prostu trwać dalej.

Jednakże życie samego Mojżesza dobiegło już końca. Po tym, jak zaśpiewał tę pieśń i nauczył jej innych, Mojżesz nakłada na lud obowiązek przekazywania tych nauczań dalszym pokoleniom, a następnie przygotowuje się do swojej własnej śmierci. Cokolwiek by się wydarzyło później, nie będzie to JEGO problem. Zrobił wszystko, co było w jego mocy, żeby nauczać, ostrzegać i przygotować lud na to, co przyjdzie potem. Teraz sami muszą wziąć za siebie odpowiedzialność.

A my, którzy dzisiaj obchodzimy w tym miejscu szabat, który przypada tuż po indywidualnej refleksji i pokucie towarzyszącym Jom Kipur oraz tuż przed rozpoczęciem tygodniowych obchodów święta Sukot, również jesteśmy częścią owej ciągłości – i nie możemy o tym nigdy zapomnieć.

Szabat szalom,

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Is Progress Actually Always Progress? Thoughts on Parashat Haazinu.

Is Progress Actually Always Progress? Thoughts on Parashat Haazinu.

Menachem Mirski

They incensed Him with alien things, Vexed Him with abominations.

They sacrificed to demons, no-gods, Gods they had never known,

New ones, who came but lately, Who stirred not your fathers’ fears.

You neglected the Rock that begot you, Forgot the God who brought you forth.

[…]

I might have reduced them to naught, Made their memory cease among men,

But for fear of the taunts of the foe, Their enemies who might misjudge

And say, “Our own hand has prevailed; None of this was wrought by the LORD!” For they are a folk void of sense, Lacking in all discernment.

(Deut 32:16-28)

 

Today’s drasha will be very philosophical, perhaps more than all my previous drashot. Nonetheless I encourage you to read it and to follow my train of thought. I assure you it will be worth your while!

 

Humanity is continuously growing further apart from its origins, which seems to be something completely natural for human beings. A radical conservative would say that humanity keeps on straying from its path, since the Truth (with a capital “T”) has been already known for a long time and there is no need to come up with anything new; all one needs to do is to adopt “the wisdom of ages” and live according to it; Whereas a radical progressive would say that the wisdom of our ancestors was in essence “mere ravings of the ignorant”,  that all which humanity has embraced until now has been replete with errors and that only striving for progress will lead us to anything of value – but not to the truth, since truth does not exist etc. Oh, wait, actually truth does exist, it exists in science and it is predominantly in science that there is progress; it is owing to science that we enjoy “progress in general”. Only that which is scientific holds any value, and those who dare question this premise are a bunch of ignorants.

 

This is a vastly extensive topic, but we can go ahead and say that it is not reasonable to believe in everything that is spruced up with the label “scientific” or “scientifically proven”. Behind each scientific truth there is a certain methodology which has led to its discovery. And this methodology is a human invention, often an effect of many years of pondering done by methodological minds, but still just an invention, and thereby something which is flawed. Science is not a disengaged reflection on reality, as it had seemed to antic Greek philosophers and as it was commonly believed in the 19th century. The Austrian-British philosopher Karl Popper clearly demonstrated (and his theory was improved and confirmed by other philosophers from the same school,  such as Thomas Kuhn or Paul Feyerabend) that scientific truths are not derived directly from human experience nor from experiments. They are a creation of the human mind, the result of its “creative guessing”, wherein the observed reality serves only as “creative inspiration”, since due to our limited capabilities we always have only a certain limited amount of data based on which we can formulate our theories. And only after we have formulated them we proceed to check how they work in practice – and if they do work, we decree that they comply with reality, and therefore are true. However, there can be several alternative theories which work and explain reality. They differ with regards to the range of phenomena they can successfully describe. A theory deemed to be “true” is one which successfully describes the broadest range of phenomena known to us and which does not attempt to deny the validity of those phenomena which contradict it. (In fact the same rule applies to religions as well – a religion which attempts to invalidate other religions is tainted with falsehood. And while some of its other teachings may be true, it cannot aspire to be the „only right” religion, one coming directly from God.)  And if this is the case, then science can be mistaken as well. And while there is undoubtedly progress in science, which amounts to the accumulation of human knowledge and to the constant emergence of newer theories which are better equipped to describe reality, nevertheless this progress is not entirely “linear”. 

Moral progress. Since every epoch faces its own kind of moral challenges, which are the result of the changing paths of history, the question of progress in this field is problematic. Certainly it is not a linear one and the famous metaphor claiming that “we stand on the shoulders of giants” applies here only to a limited extent. According to one belief, actually quite a legitimate one (though counter-examples could be provided), the measure of human morality is their approach towards animals. Generally speaking times of peace and prosperity are the ones which foster the development of that “moral sensitivity”, the level of which can serve as the criterion for progress in this area. But paradoxically in times of peace and prosperity people move away from traditional moral ideas which are part of different religions and from religion as such. A Polish philosopher who worked as a professor at Oxford University for many years, Leszek Kołakowski, claimed that the passing of three generations is enough for a society, if it is cut off from religion, to completely distort its familiar, traditional and deep-rooted morality. And since reality can’t stand a void, the “void left by religion” is filled by various idols: be it human intellect, science, pseudo-sciences, political ideologies or various other kinds of ideologies. All and each one of them start to play the role of religion in a given society. Therefore, if progress entails rejecting traditional religious teachings and turning to “new idols”, then the ancient Israelites, who repeatedly engaged in idolatry, could be called… progressive.

 

Progress in culture, understood in its broadest, anthropological sense (that is when by culture we understand for example eating with the use of a knife and a fork, and not for example with chopsticks) objectively speaking does not exist, even though people commonly believe that in fact it does exist, since they view certain cultural behaviors as better and some as worse. These judgments are being made only on the basis of conventions accepted in a given society. Real progress in culture applies only to those of its parts which are directly related to interpersonal relationships and to ethics, when given cultural norms are subordinated to ethical norms. But here we also face a problem, if in a given situation different ethical norms contradict each other: for example “love thy neighbor” and “tell the truth.” From the first norm the rule that we should be nice towards others or that we should treat everyone with respect is commonly derived. These guidelines become difficult to adhere to in certain situations, for example when we should tell someone a certain unpleasant truth about them, a truth regarding which there is a consensus among many people. While respect seems to be something unconditional, which is possible to display in almost any situation, things get much trickier when it comes to being “nice”. The truth may be painful for the other person, it may be perceived as an attack and it can trigger a counterattack. Of course a lot depends on the way in which we communicate a certain message to someone, but let’s remember that the more diplomacy there is in language, the more falsehoods it contains, if we define truthfulness as a complete agreement of our words with our thoughts and feelings. Thus with excessive diplomacy communication starts to falter as well, since we leave much more to speculation: We hope that the other side will guess our true intentions. They might, but they don’t have to. They might derive completely erroneous conclusions from what we said. Also, good communication is valuable in itself and it is yet another variable which factors into the equation in all of this chaos.

Different cultures of different communities have created different norms trying to find a balance between these rules. To resort to stereotypes and simplifications, Californians are nice and diplomatic, whereas Poles and Israelis are honest and blunt. However, there are no criteria which would allow us to determine that the culture of a given country, of one community, is superior to the culture of a different community, since both of them have their virtues and vices. In spite of that people in many countries across the world are convinced of the superiority of their own culture over their “neighbor’s” culture. Or, in the best case scenario – that their own culture is not “inferior” to or worse than others. If I’m mistaken, then please show me a country, a community, a society which thinks of themselves differently on the whole. Of course I’m not counting individuals who display a critical approach towards their own country’s culture, since such people exist in every society, but they play only  a marginal role in them.

Such a social egoism does not have to be something bad, if kept to reasonable proportions. The problem starts when, blown out of proportion by local demagogues, it turns into a universal basking in self-complacency, which usually serves to compensate for the inferiority complex displayed by that human community. All displays of nationalism and all forms of tribal thinking are symptoms of an overblown ego of a given group of people. The larger the size of that ego, the more defensive or aggressive its reaction to criticism will be (this rule applies to each separate human being as well.) The larger the size of the ego of a given society, of a given human community is, the larger its genocidal potential directed towards all kinds of strangers, since the easier it becomes to dehumanize all those viewed as “inferior”. A society with an overblown ego and devoid of any criticism commences its path towards the annihilation of all the others by choosing/establishing the only proper and “legitimate” authority, which is already dangerous once it turns into an oligarchy, but becomes even more dangerous when it evolves into tyranny – the despotism of one individual. Regardless in which of these two forms it manifests itself, this new authority starts to claim that it possesses a Divine mandate, and thus the right to create a new law, a new morality and a new “truth”, all of which is done solely for the sake of its own group, nation or tribe. In our religion this kind of arrogance is vehemently reviled:

 

The pious will celebrate with song,

evil will be silenced

all wickedness will disappear like smoke,

when You remove the tyranny of arrogance from the earth

(U-v’khein, Mahzor Lev Shalem)

And that is why in the Hebrew Bible God repeatedly calls for humility and He admonishes and rebukes the Chosen Nation, which is also repeatedly called the “stiff-necked people”. The aim of these Divine actions is to offset all the possible negative traits, such as that overblown ego, which stem from being  the nation chosen by Him. “Yes, you are my people, but I’m the one who’s God here!” – that’s one way to put this concept in a nutshell.

Based on my observations of the political world I can say that generally in many societies people accept words of critique only when it becomes absolutely clear and commonly known that they have done something truly bad, when they have absolutely no other choice. And even then – not always. Therefore I am not an optimist when it comes to the belief that criticizing  social norms can serve as a driving force for their further development, at least in most cases.

However, our religion, especially in its traditional form, introduces no sharp distinction between science, morality and culture. In its case all of these spheres can be ascribed to one category: the realm of human spirit. Our tradition abounds in different visions of “final days”; almost in all of them the arrival of a new world order is preceded by some enormous catastrophe. All that which I’ve mentioned above seems to be already somehow encapsulated in these visions – namely in the claim that “human nature” can be changed only through some kind of an enormous catastrophe, after which humanity will engage in a truly deep reflection about itself and will decide to build a society based on entirely new pillars and rules, keeping in mind that previous drama and intent on not re-living it never again. That’s how the theological significance of all the great catastrophes which took place over the course of human history could be understood: despite the enormity of evil and suffering they bring with them they are a necessary element which leads all of us towards a better future. However, if that vision of history has a cyclical character – that is how history was understood by the ancient Greeks – then we can’t really speak of progress. We can speak of progress in the realm of human spirit only if we embrace the Jewish, linear concept of history and if we believe in the coming of one, final catastrophe, which will completely change the course of things as well as the “human nature.”

Shabbat Shalom!

Hag Sukkot Sameach!

Menachem Mirski

 

Translated from Polish by: Marzena Szymańska-Błotnicka

Czy postęp to zawsze postęp? Refleksja nad paraszą Haazinu.

Czy postęp to zawsze postęp? Refleksja nad paraszą Haazinu.

Menachem Mirski

Bogami obcymi do zazdrości Go pobudzają i gniewają obrzydliwościami.

Złym duchom składają ofiary, nie Bogu, bogom, których oni nie znają,

nowym, świeżo przybyłym – nie służyli im wasi przodkowie.

Gardzisz Skałą, co ciebie zrodziła, zapomniałeś o Bogu, który cię zrodził.  

[…]

I rzekłem: Ja ich wygładzę, wygubię ich pamięć u ludzi.

Alem się bał drwiny wroga, że przeciwnicy ich będą się łudzić,

mówiąc: Nasza ręka przemożna, a nie Pan uczynił to wszystko.

Gdyż jest to plemię niemądre i nie mające rozwagi.  

(Pwt 32, 16-28)

Moja dzisiejsza drasza będzie bardzo filozoficzna, możliwe, że bardziej niż wszystkie moje dotychczasowe drasze. Niemniej jednak zachęcam to jej przeczytania i podążania za moją refleksją. Naprawdę warto!

Ludzkość stale odchodzi od swoich źródeł, wydaje się to być czymś całkiem naturalnym dla człowieka. Skrajny konserwatysta powie, że ludzkość stale błądzi, bowiem prawda przez duże P jest już znana od dawna i nie ma potrzeby niczego nowego wymyślać; wystarczy przyjąć „mądrości wieków” i wedle nich żyć. Człowiek radykalnie postępowy powie, że mądrości naszych przodków to zasadniczo „majaczenia ignorantów”, że w tym, w czym ludzkość dotychczas tkwiła roi się od błędów i tylko pragnienie postępu doprowadzi nas do czegoś wartościowego, ale też nie do prawdy, bo prawda nie istnieje itd. Oj, chwila, prawda jednak istnieje, istnieje w nauce i to w nauce przede wszystkim istnieje postęp i to jej zawdzięczamy „postęp w ogóle”. Tylko to, co naukowe ma wartość, a ci, którzy ośmielają się w to wątpić, są ignorantami.

Temat ten jest niezwykle obszerny, ale można śmiało powiedzieć, że nie jest rozsądnym wierzyć we wszystko co okraszone jest etykietą „naukowe” czy „udowodnione naukowo”. Za każdą prawdą naukową stoi jakaś metodologia, która doprowadziła do jej odkrycia. A ta jest wymysłem ludzkim, często efektem wieloletnich rozważań umysłów metodologicznych, ale wymysłem, więc niedoskonałym. Nauka nie jest biernym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak wydawało się antycznym filozofom greckim i jak powszechnie wierzono w XIX wieku. Austriacko-brytyjski filozof, Karl Popper, jasno wykazał (a jego rozważania udoskonalili i potwierdzili inni filozofowie tego samego nurtu, jak Thomas Kuhn czy Paul Feyerabend), iż prawdy naukowe nie pochodzą wprost z ludzkiego doświadczenia czy eksperymentów. Są tworem ludzkiego umysłu, jego „kreatywnym zgadywaniem”, w którym obserwowana rzeczywistość pełni jedynie rolę „twórczej inspiracji”, bowiem danych do sporządzenia teorii zawsze mamy pewną, ograniczoną naszymi możliwościami, ilość. Dopiero po ich sformułowaniu sprawdzamy, jak działają w praktyce, a jeśli działają, dekretujemy, że są one zgodne z rzeczywistością, czyli prawdziwe. Ale może istnieć kilka alternatywnych teorii, które działają i wyjaśniają rzeczywistość. Różnią się one zakresem zjawisk, które skutecznie opisują. Prawdziwa teoria to ta, która skutecznie opisuje najszerszy zakres znanych nam zjawisk i nie próbuje negować zjawisk, które temu zaprzeczają (podobnie rzecz ma się zresztą z religiami – religia, która próbuje unieważnić inne religie, jest skażona nieprawdą. I chociaż niektóre inne jej nauki mogą być prawdziwe, to nie może ona pretendować do religii „jedynie słusznej”, pochodzącej bezpośrednio od Boga). A skoro tak, to nauka także błądzi. I choć w nauce niewątpliwie istnieje postęp, polegający na kumulacji ludzkiej wiedzy i wyłanianiu się coraz to nowych, lepiej opisujących rzeczywistość teorii, to postęp ów nie jest całkowicie „linearny”.

Postęp moralny. Jako, że każda epoka mierzy się ze sobie właściwymi wyzwaniami moralnymi, będącymi wynikiem zmiennych kolei historii, sprawa postępu w tej dziedzinie jest problematyczna. Na pewno nie jest on linearny i znana metafora mówiąca,  iż „stajemy na barkach olbrzymów” ma tu ograniczone zastosowanie. Istnieje przekonanie, całkiem zresztą uzasadnione (choć nie bez kontr-przykładów), że miarą moralności człowieka jest jego stosunek do zwierząt. Generalnie to czasy pokoju i dobrobytu sprzyjają rozwojowi owej „wrażliwości moralnej”, której poziom można przyjąć za kryterium postępu w tej dziedzinie. Paradoksem jest jednak to, że w czasach pokoju i dobrobytu ludzie odchodzą od tradycyjnych, zawartych w religiach idei moralnych i od religii w ogóle. Polski filozof, wieloletni profesor Oxford University, Leszek Kołakowski, twierdził, iż wystarczą trzy pokolenia, by społeczeństwo odcięte od religii całkowicie wypaczyło znaną zakorzenioną w nim tradycyjną moralność. I jako, że natura nie znosi próżni, „dziurę po religii” wypełniają rozmaite idole: a to ludzki rozum, nauka, pseudonauki, ideologie polityczne i różnego rodzaju inne ideologie. Wszystkie lub każda z osobna zaczynają pełnić funkcję religii w danym społeczeństwie. Jeśli więc postęp polega na odrzuceniu tradycyjnych nauk religii i zwróceniu się ku „nowym idolom”, to starożytnych Izraelitów, którzy co rusz to oddawali się bałwochwalstwu, można by nazwać… postępowymi.

Postęp w kulturze, rozumianej w jej najszerszym, antropologicznym sensie (tj. w takim, w którym rozumiemy przez kulturę np. jedzenie nożem i widelcem lub np. pałeczkami) obiektywnie nie istnieje, choć ludzie powszechnie wierzą, że owszem istnieje, bowiem uważają pewne kulturowe zachowania za lepsze, a inne za gorsze. Oceny te dokonywane są jedynie na mocy przyjętych w danym społeczeństwie konwencji. Realny postęp w kulturze dotyczy tylko tej jej części, która bezpośrednio dotyczy stosunków międzyludzkich i etyki, gdy dane normy kulturowe są podporządkowane normom etycznym. Ale i tu napotykamy problem, jeśli normy etyczne w konkretnej sytuacji stają ze sobą w sprzeczności: przykładowo kochaj swojego brata i mów prawdę. Z pierwszej normy powszechnie dedukuje się zasadę, że należy być miłym wobec innych lub też odnosić się do wszystkich z szacunkiem. Kwestie te stają się trudne to wypełnienia w pewnych sytuacjach, np. gdy należałoby powiedzieć danej osobie jakąś nieprzyjemną o niej prawdę, co do której istnieje zgoda wielu osób. Jakkolwiek szacunek wydaje się być czymś bezwzględnym i możliwym do okazania w niemal każdej sytuacji, to z byciem „sympatycznym” jest już dużo gorzej. Prawda może być dla drugiej osoby bolesna, może być odebrana jako atak i wywołać kontr-atak. Oczywiście wiele też zależy od sposobu, w którym daną rzecz komuś komunikujemy, jednakże pamiętajmy, że im więcej dyplomacji w języku, tym więcej w nim nieprawdy, jeśli przez prawdziwość rozumiemy bezpośrednią zgodność naszych słów z naszymi myślami i uczuciami. Tym samym przy nadmiarze dyplomacji zaczyna szwankować też komunikacja, ponieważ zostawiamy znacznie więcej w sferze domysłów: liczymy na to, że druga strona domyśli się naszych prawdziwych intencji. Może, ale nie musi. Może wyciągnąć całkowicie błędne wnioski. A dobra komunikacja jest sama w sobie wartością i jest kolejną zmienną, która w ten cały galimatias tutaj wchodzi.

Różne kultury różnych zbiorowości wypracowały różne normy balansujące między tymi zasadami. Stereotypizując i upraszczając sprawę, Kalifornijczycy są mili i dyplomatyczni, Polacy i Izraelczycy natomiast szczerzy i dosadni. Jednakże nie ma żadnych kryteriów by rozstrzygnąć, że kultura jednego kraju, jednej zbiorowości, jest wyższa od kultury innej zbiorowości, bowiem każda z nich ma swoje wady i zalety. Mimo tego, ludzie w wielu krajach na świecie są przekonani o wyższości własnej kultury nad kulturą „sąsiadów”. W najlepszym wypadku –  że własna kultura nie jest „niższa” czy gorsza od innych. Jeśli się mylę, to pokażcie mi proszę kraj, zbiorowość, społeczeństwo, które myślałoby o sobie, per saldo, inaczej. Wyłączam stąd oczywiście jednostki krytycznie nastawione do kultury własnego kraju, które istnieją w każdym społeczeństwie, ale stanowią zasadniczo margines.

Ów społeczny egoizm nie musi być czymś złym, jeśli jego rozmiary są rozsądne. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozdmuchiwany przez lokalnych demagogów staje się powszechnym pławieniem w samozadowoleniu, którego celem jest zwykle kompensacja kompleksów niższości danej zbiorowości ludzkiej. Cały nacjonalizm i wszelkie formy myślenia plemiennego to przejaw przerośniętego ego danej grupy ludzi. Im większe jest owe ego, tym bardziej defensywna lub agresywna reakcja na krytycyzm (ta zasada dotyczy też każdej ludzkiej jednostki). Im większe jest ego danego społeczeństwa, danej zbiorowości ludzkiej, tym większy w nim potencjał ludobójczy wobec wszelkiego rodzaju obcych, bowiem tym łatwiej jest zdehumanizować wszystkich „gorszych”. Społeczeństwo z przerośniętym ego, pozbawione krytycyzmu, swoją drogę do anihilacji wszystkich innych rozpoczyna od wybrania/ustanowienia jedynie słusznej i „praworządnej” władzy. Ta już jest groźna, gdy staje się oligarchią, ale staje się jeszcze groźniejsza, gdy ewoluuje w tyranię – despotyzm jednostki. Obojętnie w której z tych dwóch postaci, nowa władza zaczyna pretendować do posiadania boskiego mandatu, a co za tym idzie, kreować nowe prawo, nową moralność i nową „prawdę”, a robi to wyłącznie na użytek własnej grupy, narodu czy plemienia. Tego rodzaju arogancja jest głęboko piętnowana w naszej religii:

Pobożni będą świętować w śpiewie,

zło zostanie uciszone,

wszelka niegodziwość zniknie jak dym,

kiedy usuniesz tyranię arogancji z ziemi.

(U-v’khein, Mahzor Lev Shalem)

Dlatego też Bóg, w Biblii Hebrajskiej, wielokrotnie nakłania do pokory, upomina i karci Naród Wybrany, nazywany jednocześnie narodem twardego karku. Celem tych boskich działań jest zbalansowanie wszelkich negatywów, jak owo przerośnięte ego, płynących z faktu bycia narodem przez Niego wybranym. „Jesteście moim narodem, ale Bogiem tutaj jestem ja” – tak można ująć tę ideę w skrócie.

Z moich obserwacji świata politycznego wynika, iż w wielu społeczeństwach ludzie, generalnie, przyjmują słowa krytyki dopiero wtedy, gdy jest absolutnie oczywistym i powszechnie wiadomym, że popełnili coś naprawdę złego, kiedy absolutnie nie mają już innego wyjścia. Ale i to nie zawsze. Czarno więc widzę role krytycyzmu norm społecznych jako narzędzie ich rozwoju, przynajmniej w większości przypadków.

Nasza religia jednakże, zwłaszcza w tradycyjnym wydaniu, nie zna ostrych rozróżnień pomiędzy nauką, moralnością i kulturą. Wszystkie te dziedziny możemy w niej jednak zaliczyć do jednej kategorii: dziedziny ludzkiego ducha. Nasza tradycja obfituje w wizje czasów ostatecznych; niemal w każdej z nich nastanie nowego porządku świata poprzedza jakaś ogromna katastrofa. To, o czym powyżej wspomniałem, wydaje zawierać się już niejako w tych wizjach, a mianowicie w tezie, że „naturę ludzką” może zmienić tylko jakaś wielka katastrofa, po której ludzkość dokona w sobie naprawdę głębokiej refleksji na temat samej siebie i postanowi budować społeczeństwo na całkowicie nowych filarach i zasadach, mając w pamięci ów dramat i nie chcąc go przeżywać nigdy więcej. Tak można pojmować teologiczny sens wszystkich wielkich katastrof w dziejach ludzkości: mimo ogromu zła i cierpień stanowią one konieczny element wiodący nas wszystkich ku lepszej przyszłości. Jeśli jednak owa wizja historii ma charakter cykliczny, czyli tak, jak pojmowali historię starożytni Grecy, wówczas nie bardzo możemy mówić o postępie. O postępie w sferze ludzkiego ducha możemy mówić tylko wówczas, gdy przyjmiemy żydowską, linearną koncepcję historii i gdy wierzymy w nadejście jednej, ostatecznej katastrofy, która całkowicie odmieni bieg rzeczy i „naturę ludzką”.

Szabat szalom!

Hag Sukkot Sameach!

Menachem Mirski