Piękno zewnętrzne i wewnętrzne.

Piękno zewnętrzne i wewnętrzne.

Refleksja nad paraszą Chaje Sara.

Menachem Mirski 

Piękno jest w oczach patrzącego. W ciągu pierwszych siedmiu sekund od poznania kogoś nowego oceniamy go wyłącznie na podstawie jego wyglądu. Oznacza to, że w ciągu siedmiu sekund nasz mózg przesądzi o tym, czy zdecydujemy się na dalsze interakcje z obcą osobą czy też nie tylko i wyłącznie w oparciu o to, co uda nam się zaobserwować. Znana jest pewna opowieść o kobiecie, która przeszła ogromną liczbę zabiegów w szpitalu, gdyż rozpaczliwie chciała wyglądać tak jak wszyscy inni. Jej najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa dotyczą tego, jak ludzie odwracali od niej wzrok, przerażeni jej wyglądem. Gdy zdejmowano jej bandaże, owa kobieta miała nadzieję, że aktualny zabieg będzie ostatnim. Lekarz poinformował ją, że jeśli również i ten zabieg okaże się nieudany, odeślą ją, aby żyła z innymi osobami, które również cierpią na podobną przypadłość. Historia ta może wam się wydać znajoma. Pochodzi z pierwszej serii „Strefy Mroku”, z odcinka zatytułowanego Oko Patrzącego [Eye of the Beholder]. Co łączy odcinek „Strefy Mroku” z czytaną w tym tygodniu paraszą Chaje Sara? Idea piękna i jej znaczenie w przypadku  Rebeki w sytuacji, gdy Eliezer wyruszył wypełnić swą misję znalezienia żony dla Izaaka, syna swojego pana Abrahama.

W Bereszit 24, 16 narrator opisuje schodzącą do studni Rebekę następująco:

„A dziewczyna ta, bardzo piękna, była dziewicą, która z żadnym mężczyzną jeszcze nie obcowała”.

Dlaczego przypisuje się tak duże znaczenie do faktu, że Rebeka była piękna? Jaką rolę odgrywa jej fizyczne piękno dla moralnej wartości tego tekstu? Czy to właśnie z powodu urody Rebeki Eliezer zapytał ją, czy może napić się trochę wody z jej dzbana? Gdyby miała ona „brzydką aparycję”, czy i tak poprosiłby ją o nieco wody? Prawdopodobnie Rebeka nie była jedyną kobietą przy studni; w owych czasach i w owej części świata studnia była miejscem, wokół którego skupiało się życie towarzyskie: można było tam zawrzeć nowe znajomości. Studnia była wówczas niczym dzisiejszy bar lub pub.

Dlaczego prawie wszystkie kobiety w Torze zostają opisane jako piękne? Za wyjątkiem Lei, której oczy były pozbawione blasku i, jak dobrze wiemy, to jej młodsza siostra Rachela była „tą ładną” w rodzinie. Ale czy ich wygląd naprawdę miał aż takie znaczenie?

Średniowieczny komentator Sforno stwierdza, że Rebeka „miała piękną karnację”. Inni komentatorzy nie mieli zbyt wiele do powiedzenia na temat jej urody, skupiali się bardziej na fakcie, iż była ona

„dziewicą, która z żadnym mężczyzną jeszcze nie obcowała” (Rdz 24, 16).

Czy piękno jest zatem ważną wartością w judaizmie? Zgodnie z pewnym poglądem  Biblia wspomina o fizycznych właściwościach różnych osób po to, by podkreślić ich cechy wewnętrzne. Na przykład uroda Rebeki zdaje się być powiązana z jej postawą moralną. Związek ten staje się jeszcze bardziej widoczny w następnych wersetach, Bereszit 24, 18-20, gdy Rebeka okazuje swą chesed, czyli dobroć czy też miłosierdzie, oferując wodę nie tylko obcemu człowiekowi, Eliezerowi, ale również jego dziesięciu wielbłądom; następnie zaprasza go też do swojego domu rodzinnego (Rdz 24, 25). Działania Rebeki potwierdzające jej chesed dostarczają Eliezerowi dowodów na to, iż przeszła ona z powodzeniem test etyczny, o jaki prosił Boga, aby się dowiedzieć, która dziewczyna jest godna poślubienia syna Abrahama (Bereszit 24, 12-14). Dlatego też przesłanką do określenia Rebeki mianem pięknej nie jest tylko i wyłącznie jej wygląd fizyczny, ale raczej fakt, iż – jak wynika z tekstu – była ona moralną, potrafiącą okazywać współczucie osobą. W naszym współczesnym społeczeństwie prawdą jest natomiast coś odwrotnego.

Piękno zdaje się być oparte na tym, co definiują jako piękne media oraz przemysł modowy. W latach 50. XX wieku powiedziano nam, że najpiękniejszą kobietą jest Marilyn Monroe – modelka, aktorka, śpiewaczka i starletka.  Marilyn nosiła rozmiar 42-44 i miała figurę o kształcie klepsydry; poza tym wszystko inne miała sztuczne, zaczynając od jej tlenionych blond włosów aż po jej sposób chodzenia, mówienia i zachowywania się w miejscach publicznych – wszystko to było grą. Naprawdę nazywała się Norma Jean, była brunetką pochodzącą z rozbitego domu i nie mogła znaleźć pracy. Przemiana w ikoniczną Marilyn Monroe pozwoliła jej zostać gwiazdą. Oczywiście wszystko to opierało się na jej wyglądzie zewnętrznym. W głębi duszy była dobrą i życzliwą osobą, lecz przeżywała osobiste kryzysy i załamania nerwowe, zmagała się z własnymi demonami i nadużywała substancji psychoaktywnych. Marilyn nie byłaby w stanie uosabiać zasad moralnych idących w parze z pięknem w taki sam sposób, jak Rebeka.

Podsumowując, zewnętrzne, fizyczne piękno tkwi w gruncie rzeczy w oczach patrzącego. Jest ono w dużej mierze kwestią subiektywnych upodobań i konwencji kulturowych, kształtujących gust poszczególnych jednostek. W tym przypadku kategoria słuszne/niesłuszne nie ma w istocie zastosowania. W tej sferze rządzą subiektywne względy: albo coś nam się podoba, albo nie. Czy można tutaj mówić o jakiejkolwiek obiektywności? Nie możemy tego odrzucić a priori, jest to temat dla rozległych badań w dziedzinie estetyki, jako że na przestrzeni historii sformułowano pewne podstawowe kryteria piękna, które są wciąż szeroko uznawane również i dzisiaj. Piękno wewnętrzne pochodzi jednak z nieco innej sfery. Wymaga poznania danej osoby. Na początku, gdy ledwo co ją znamy, nie możemy ocenić, czy jest ona piękna wewnętrznie czy też nie. Mogą nas pociągać jakieś przebłyski jej piękna wewnętrznego, zaś po jakimś czasie odkryjemy być może również pewne przebłyski brzydoty. W tej jednak sferze po jakimś czasie, nieraz po bardzo długim czasie, zaczynamy niekiedy wyraźnie dostrzegać proporcje między wewnętrznym pięknem i wewnętrzną brzydotą. I na tym etapie z pewnością możemy mieć rację lub też jej nie mieć. Ale wówczas jesteśmy już w stanie zaakceptować oba te aspekty, zarówno wewnętrzne piękno jak i wewnętrzną brzydotę, inaczej niż na początku, gdy nie znamy jeszcze tak dobrze danej osoby i nie wiemy, skąd owe wewnętrzne piękno czy też brzydota pochodzą.

Czy piękno jest zatem w judaizmie ważną wartością? Wewnętrzne piękno, rozumiane jako wyraz doskonałości duchowej, z pewnością tak. Można je doskonalić wraz z upływem czasu. A piękno zewnętrzne? Jest ono przejawem doskonałości fizycznej, a zatem tymczasowej. Możliwości jego doskonalenia są dość ograniczone.

 

Szabat szalom,

Menachem Mirski

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

 

 

 

 

 

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany, Beit Polska, Beit Warszawa, Kongregacja Beit Warszawa,

Sens życia. Refleksja nad paraszą Lech Lecha.

Sens życia. Refleksja nad paraszą Lech Lecha.

Menachem Mirski

Jaki jest sens życia człowieka na bezludnej wyspie? Albo inaczej: jaki byłby sens życia astronauty, który przypadkiem znalazłby się na księżycu, z zapasem żywności i powietrza, powiedzmy na 50 lat, jednakże bez możliwości komunikacji z ludźmi na ziemi? Jedynym sensem życia dla tegoż astronauty byłaby nadzieja, że przybędzie misja ratunkowa i zabierze go z powrotem na ziemię. Jego egzystencja nie miałaby żadnego innego sensu.

Otóż właśnie, sens indywidualnego życia rodzi się z naszych relacji z innymi ludźmi. Wiedział o tym oczywiście Arystoteles, pisząc, że człowiek jest istotą społeczną, a poza społeczeństwem może żyć tylko Bóg albo bestia. Ta myśl zawarta jest też w powszechnym poglądzie, że sensem życia jest samo życie. By pogląd ten był prawdziwy należy go doprecyzować, dodając, że chodzi o życie w jego wymiarze społecznym. Widzimy to jasno na przykładzie astronauty. Nie dziwi też, iż ów powszechny pogląd, mówiący o „życiu samym” może drażnić ludzi cierpiących na depresję, jako kompletnie bezsensowny i bezwartościowy.

Życie ludzkie może mieć więc sens tylko, jeśli żyjemy we wspólnocie. Za najmniejszą wspólnotę ludzką można uznać rodzinę. Życie rodzinne łagodzi również negatywne skutki współczesnego indywidualizmu, w którym, pomimo wielu jego zalet (z możliwością pełni ekspresji naszej wolności i niezależności na czele), „dramat ludzkiej egzystencji” staje się dla nas dużo bardziej namacalny, częściej bowiem wystawiamy nasze serca i umysły na skończoność naszego bytu. Lekarstwem na to jest miłość, założenie rodziny i posiadanie dzieci. Wtedy mamy szanse trwale zapomnieć o skończoności naszego jednostkowego bytu. 

Bohaterowie naszej porcji Tory – Abraham i Sara – borykają się z tym samym problemem. Bo chociaż Bóg kreśli przed Abrahamem wielką wizję:

Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. (Bereszit 12:1-2). 

to wkrótce potem pojawiają się komplikacje natury fundamentalnej: Sara nie może zajść w ciążę.

Rzekła więc Saraj do Abrama: Ponieważ Pan zamknął mi łono, abym nie rodziła, zbliż się do mojej niewolnicy; może z niej będę miała dzieci. Abram usłuchał rady Saraj. (Bereszit 16:2)

Według midrasza Bereszit Rabba 45:2, cytowanego przez Rasziego w jego komentarzu do tegoż wersetu, Sara zdecydowała się mieć „syna z Hagar”, bowiem w tamtych czasach osoba, która nie miała dzieci, nie była „społecznie ugruntowana” (dosłownie: zbudowana) – jej przyszłość była niepewna i niestabilna. Skoro tak, to czy to oznacza, że poczęcie Izmaela miało na celu jedynie „podbudować” społecznie Sarę? Bynajmniej, o czym dowiadujemy się z wersetów 17:20-21 tej samej Księgi:

Co do Izmaela, wysłucham cię: Oto pobłogosławię mu, żeby był płodny, i dam mu niezmiernie liczne potomstwo; on będzie ojcem dwunastu książąt, narodem wielkim go uczynię. Moje zaś przymierze zawrę z Izaakiem, którego urodzi ci Sara za rok o tej porze.

Ta sama obietnica pojawia się ponownie w naszej następnej porcji Tory, Wajera (werset 21:18). Izmael również otrzymuje Boże błogosławieństwo, a jego poczęcie miało na celu zaludnienie ziemi nasieniem Abrahama, z „drobną tylko różnicą” – przymierze między Bogiem a ludem wybranym zostało zarezerwowane tylko dla Izaaka i jego potomstwa. Wiadomo też z wersetu 16:12, iż Izmael – będzie to człowiek dziki, ręka jego będzie przeciwko wszystkim, a ręka wszystkich będzie przeciwko niemu, i będzie nastawał na wszystkich pobratymców swoich. Co to wszystko mogło mieć na celu? Istnieje wiele odpowiedzi na ten temat. Ta, która przychodzi mi w tym momencie na myśl, brzmi następująco: naród wybrany musi stale istnieć w obliczu innych (niekoniecznie mu przyjaznych) ludzkich społeczności, po to, aby Izraelici/Żydzi byli świadomi swojej odrębności i tym samym świadomie wybierali bycie Jego narodem wybranym.

Bóg dwukrotnie obiecuje (Bereszit 17:21 i 18:10-15), że Sara urodzi syna; w obu przypadkach pojawia się nawet jego imię. Tak więc Abraham i Sara już „wiedzą”, że Boża obietnica, która spełni ich pragnienia, zostanie w końcu zrealizowana. Jednakże nadal żyją w „trójkącie miłosnym” z Hagar. Ów związek dobiega końca wkrótce po odstawieniu Izaaka od piersi (21:8-12), co sprawia, że Abraham popada w przygnębienie.

I chociaż Abraham uważany jest za „ojca wszystkich narodów”, bowiem Izmael i jego potomkowie są także uznawani za jego nasienie (21:13), to tak naprawdę to tylko Izaak jest jego „prawowitym nasieniem”. Z tego powodu Tora, w kolejnej paraszy (werset 22: 2), mówi o Izaaku jako o jedynym synu Abrahama. Mówiąc krótko, Izaak był jego „potomstwem związanym przymierzem”, podczas gdy Izamel był jego „potomstwem spoza przymierza”.

***

Jakie z tej historii mogą płynąć dla nas nauki? Jak można rozumieć uniwersalne, ważne dla ludzi wszystkich czasów, przesłanie opowieści o Abrahamie, Sarze i Hagar?

Moja propozycja zabrzmi następująco: ludzie mają swoje plany i (niekiedy wielkie) wizje, jednakże w sytuacjach, gdy napotykają problemy w ich realizacji, zwykle skłaniają się ku innym rozwiązaniom, ku temu co jest im aktualnie dane, ku temu co jest w zasięgu ręki.  Często zdarza się też, iż pomimo tego, że wybrali już rozwiązanie tymczasowe, nie rezygnują całkowicie ze swoich pierwotnych, upragnionych wizji i wciąż o nich myślą, z nadzieją, że ostatecznie staną się one rzeczywistością.

Jeśli chodzi o relacje miłosne, ludzie często wiedzą, iż nie będą ze sobą zawsze, często mają świadomość, że nie są sobie przeznaczeni. Niekiedy nawet rozmawiają ze sobą o tym, jak to będzie w przyszłości, gdy nie będą razem. A mimo tego pozostają w swoich związkach, jakby miały one trwać wiecznie.

Jednak później często nadchodzi czas, kiedy ich pierwotne marzenia stają się nie tylko możliwe, lecz całkowicie realistyczne, a niekiedy wręcz zupełnie w zasięgu ręki. Wtedy porzucają owe tymczasowe rozwiązania, na które się zdecydowali, choć często, zwłaszcza w sytuacjach związanych z miłością, są to decyzje bardzo trudne. To było również powodem przygnębienia Abrahama po wydaleniu Hagar i Izmaela, których, jak wszystko na to wskazuje, także kochał. Możliwe również, że to ów stan depresji zrodził w jego umyśle pomysł (rzecz jasna podsunięty przez samego Boga – zgodnie z dosłownym rozumieniem tekstu Biblii), aby poświęcić jedynego syna, który przy nim pozostał

Kiedy przychodzi czas podejmowania tak trudnych decyzji, często chciałoby się po prostu „anulować” obecny stan rzeczy: relacje z innymi ludźmi, zobowiązania wobec nich lub złożone im obietnice. W naszej biblijnej historii to sam Bóg jest tym, który unieważnia zobowiązania Abrahama wobec Hagar i Izmaela.

Jednak nasza historia uczy nas także tego, iż owe rozwiązania tymczasowe mają również swój własny sens i znaczenie, i mogą niekiedy mieć naprawdę głęboki, boski sens, bowiem nigdy nie jesteśmy całkowicie świadomi daleko idących konsekwencji naszych decyzji i działań podejmowanych tu i teraz. W rzeczywistości to sam Bóg zamknął łono Sary, aby zmusić ją do działania w inny sposób. Gdyby nie (tymczasowa) bezpłodność Sary, Izmael nigdy by się nie narodził. Dlatego nigdy nie powinniśmy nigdy a priori rezygnować z owych „rozwiązań tymczasowych”, by biernie oczekiwać na możliwość spełnienia się pożądanej wizji lub planu.  Nie znamy bowiem biegu rzeczy i tego, co czeka nas w przyszłości, a często zdarza się właśnie tak, że wybór rozwiązania tymczasowego, rzekomo sprzecznego z naszą „wielką wizją”, okazuje się być warunkiem koniecznym realizacji naszych najskrytszych marzeń.

 

Szabat szalom!

Menachem Mirski

 

 

 

 

 

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany, Beit Polska, Beit Warszawa, Kongregacja Beit Warszawa,

Starać się jak Noe

Starać się jak Noe

Czytana przez nas w tym tygodniu parsza Noach opisuje wielki potop sprowadzony przez Wiekuistego na ziemię ze względu na grzechy ludzkości. Tylko Noe i jego rodzina zostają wybawieni przez Wiekuistego od śmierci w odmętach wzbierających wód. Czym Noe zasłużył sobie na taki przywilej? Odpowiedź na to pytanie odnajdujemy na początku naszej parszy:

„Oto dzieje NoegoNoe był mężem sprawiedliwym; nieskazitelnym był on za czasów swoich” (Rdz 6, 9).

Na pierwszy rzut oka wers ten daje nam przekonujący powód dla ocalenia Noego, opisanego jako człowiek sprawiedliwy i nieskazitelny. Uwagę naszych mędrców przykuły jednak słowa „za czasów swoich”. Rabini zastanawiali się, czy to wyrażenie oznacza, że Noego można uznać za sprawiedliwego tylko w kontekście jego epoki, charakteryzującej się powszechnym upadkiem moralności. W Bereszit Raba, księdze midraszy do Księgi Rodzaju, znajdujemy dyskusję na temat jego charakteru między rabinem Judą i rabinem Nechemią. Rabin Juda porównał Noego do osoby ślepej na jedno oko spacerującej po ulicy pełnej niewidomych. W takiej sytuacji nawet osoba częściowo niewidoma jest uznawana za widzącą. Rabin Juda był przekonany, że Noe nie byłby uznany za sprawiedliwego w czasach Mojżesza albo proroka Samuela. Rabin Nechemia był przeciwnego zdania, przyrównując Noego do perfum użytych w miejscu o nieprzyjemnym zapachu. Możemy przecież rozpoznać ich zapach, nie jest on jednak silny. Rabin Nechemia twierdził, że w innej epoce zapach (prawość) Noego wyczuwalny byłby także w oddali.

Zarówno Rabin Jehuda, jak i rabin Nechemia zdają się wierzyć, że Noe nie został ukarany za swoje przedpotopowe zachowanie. Nie wszyscy mędrcy podzielali ich zdanie. Raw Huna twierdził, że karą dla Noego było pogryzienie go przez lwa przy wypuszczaniu zwierząt z arki po opadnięciu wód potopu. Możemy zadać sobie pytanie, co mogło być w takim razie przewinieniem Noego.

Dewarim Raba, midrasz do Księgi Powtórzonego Prawa, wydaje się udzielać nam odpowiedzi na to pytanie, porównując Noego i Mojżesza do dwóch kapitanów tonących okrętów. Pierwszy z nich, Noe, ratuje od śmierci tylko siebie i swoją rodzinę. Drugi kapitan, Mojżesz, ratuje wszystkich pasażerów (Prosząc Wiekuistego, by nie zgładził On Izraelitów wielbiących złotego cielca). W tej interpretacji uchybieniem Noego mógłby być brak zainteresowania resztą ludzkości, gdy nadszedł potop.

Powyższy midrasz udowadnia nam, dlaczego nie możemy uznać Noego za równego Mojżeszowi. Nie jestem jednak pewien, czy zachowanie Noego jest godne kary. Midrasz uczy nas, że Noe ostrzega ludzkość przed potopem, wielokrotnie zachęcając ich do zmiany ich postępowania. Po wielu próbach Noe po prostu się poddaje. Gdy nadchodzi potop, jest on przekonany, że jest już za późno i zajmuje się ratowaniem własnej rodziny. Jego postępowanie tuż przed nadejściem potopu nie jest może szczytem altruizmu; jest jednak bardzo ludzkie. Moim zdaniem ten moment oddaje charakter Noego – niedoskonałego człowieka, starającego się postępować jak najlepiej.
Postać Noego przypomina mi o słowach rabana Gamliela, zawartych w traktacie Pirkej Awot:

„Tam, gdzie nie ma ludzi (gdzie nikt nie przestrzega zasad moralnych), staraj się być człowiekiem” (Pirkej Awot 2,5).

W ten Szabat zachęcam Was do zastanowienia się, czy znajdujecie się czasem w sytuacji, w której nikt nie zachowuje się w porządku. Jeśli tak, zachęcam Was do zachowania się przyzwoicie. Kto wie, może tak jak Noemu uda się Wam nie utonąć w oceanie wymówek takich jak „wszyscy tak robią”, „nic się nie da zmienić” i „tak to już jest”.

Szabat Szalom!

 

Mati Kirschenbaum


 
 
 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany, Beit Polska, Beit Warszawa, Kongregacja Beit Warszawa,

Zabijając gniew. Refleksja nad paraszą Bereszit

Zabijając gniew.

Refleksja nad paraszą Bereszit

Bóg zwrócił się ku Hewlowi i jego ofierze. Ale ku Kajinowi i jego ofierze się nie zwrócił. Kajin bardzo się rozzłościł i popadł w przygnębienie. Powiedział Bóg do Kajina: Dlaczego się rozzłościłeś i dlaczego wpadłeś w przygnębienie? Jeśli będziesz postępował dobrze, czy nie będzie ci wybaczone? A jeśli nie będziesz dobrze postępował – grzech leży u progu i ku tobie jest [skierowane] jego pożądanie, ale ty masz nad nim władzę.

(Bereszit 4:4-7, tłum. Tora Pardes Lauder)

Dlaczego Kain zamordował Abla? Nasza tradycja – a konkretniej midrasze – oferują nam wiele odpowiedzi na to pytanie, z których każda dotyczy rywalizacji braci i reprezentuje inne, filozoficzne spojrzenie na tę kwestię. Według jednego z midraszy, wszystko sprowadzało się do tego, co powodowało wiele konfliktów w rodzinach na przestrzeni wieków, a mianowicie do podziału własności i dziedziczenia. Kain i Abel, widząc, że są jedynymi ludźmi, postanowili podzielić „własność” świata. Jeden miał wziąć w posiadanie wszystkie ziemie i to, co z nich wyrasta, podczas gdy drugi miał odziedziczyć wszelkie ruchome przedmioty, takie jak zwierzęta itd. Tym samym jeden został się rolnikiem, a drugi pasterzem (Bereszit Rabba 22: 7). Inne wyjaśnienie mówi, że spierali się o kobietę. Według tego midrasza, zarówno Kain, jak i Abel urodzili się z bliźniaczkami, z którymi się pobrali. Jednakże Abel urodził się z dwiema siostrami, więc walka toczyła się o to, kto poślubi „dodatkową” żonę. Kain utrzymywał, że ma do tego prawo, bo był starszy, Abel z kolei twierdził, że skoro urodziła się wraz z nim, to on miał do niej prawo. Jeszcze inne wyjaśnienie dotyczy „powodów teologicznych”. Kain, widząc, że jego ofiara nie została przyjęta, podczas gdy ofiarę brata Bóg zaakceptował, rzekł do Abla: “Wygląda na to, że Bóg nie jest sprawiedliwy, bo faworyzuje (jednego z nas). Abel odpowiedział “Broń Boże, aby było tak, jak mówisz; powodem, że Bóg przyjął moją jest raczej to, że była lepsza. Wówczas odpowiedź Kaina brzmiała:  wygląda na to, że nie ma nagrody za dobro i kary za zło. Abel zaś rzekł: Zaprawdę, sprawiedliwi są nagradzani, a nikczemni karani. Owa kłótnia doprowadziła do tego, że Kain zabił Abla (Targum Jonatan Bereszit 4:8).

Zaproponuję tutaj jednak odmienną od powyższych odpowiedź, która może wydać się całkowicie trywialna: Kain zamordował Abla, ponieważ wpadł w gniew i nie był w stanie go kontrolować. Ta prosta odpowiedź jest zasugerowana już w wersecie 7 niniejszego rozdziału. Rzecz w tym, że jest ona prawdziwa, jak wiele spośród trywialnych prawd, dlatego też uczeni oraz zwykli ludzie je odrzucają, wyśmiewając, gdyż „każdy o tym wie” i nie ma o czym rozmawiać.

Ale czy rzeczywiście nie ma o czym rozmawiać? To właśnie frustracja i wypływający z niej gniew są jednym głównych powodów tego, że ludzie na świecie wybierają i wspierają tych, którzy tworzą anty-demokratyczne, totalitarne systemy polityczne i jest to praprzyczyną ogromu zła, który z tego później wynika. To właśnie gniew i brak kontroli nad nim jest bezpośrednią przyczyną wielu przestępstw i tego, że ludzie gotują innym ludziom „piekło na ziemi”. Oczywiście wszyscy szukają potem głębszych przyczyn, z nadzieją, że gdy je odkryją, pomoże to usuwać zło z tego świata, a przynajmniej – więcej go nie popełniać. Nie wspominając już o tym, że ciągły gniew bywa przyczyną problemów zdrowotnych, a nierzadko bezpośrednią przyczyną śmierci w wyniku wylewów, udarów mózgu itp.

Dlaczego jednak więc nie spróbować uporać się po prostu z samym gniewem, zwyczajną ludzką skłonnością do złości? Jako zadanie globalne wydaje się być to rzeczą beznadziejnie utopijną, wymaga bowiem przemiany powszechnej „natury ludzkiej”, a to przerastają możliwości każdego śmiertelnika. Niemniej jednak w obrębie samych siebie i naszych bliskich kontaktów z innymi możemy w tej materii zdziałać naprawdę wiele. Zaproponuję tutaj w skrócie własną koncepcję, jak tego dokonać, opartą na moich doświadczeniach, próbach, błędach oraz przemyśleniach.

Podstawowe założenie: wszyscy doświadczamy stałego i podświadomego, większego lub mniejszego poziomu wewnętrznego gniewu. W zależności od tego, jak wysoki on jest, wpadamy w złość łatwiej lub częściej, z różnych powodów. Jeśli jego poziom jest naprawdę wysoki, wówczas byle błahostka może nas wyprowadzić z równowagi.

Istnieją cztery etapy przezwyciężania naszej wewnętrznej tendencji do gniewu:

  1. Pozbądź się wszelkich racjonalizacji ludzkiego gniewu, np. “Ludzie czasem się wpadają w złość i to jest normalne”, „Wszyscy się czasem się denerwujemy i to jest typowa, ludzka cecha” itd. Rzeczywiście, statystycznie jest to „normalna” rzecz, lecz nie jest to żaden normatyw, wzorzec. Można żyć całkowicie bez gniewu, życie bez niego jest lepsze i jest cel, który pragniemy osiągnąć. Rashi, komentując werset 7 niniejszego rozdziału, cytuje Talmud (Kiddusin 30b): Jeśli tylko chcesz, możesz odnieść zwycięstwo nad nim. Podobny jest komentarz Soforno odnośnie tego samego wersetu: Jest w waszej mocy przezwyciężenie mocy złego popędu, dzięki temu, iż boski wizerunek (celem Elohim), towarzyszy wam od narodzin.

Tak więc nie istnieją żadne sensowne uzasadnienia dla gniewu, wszystkie są jedynie jego psychologicznymi racjonalizacjami. Bycie gniewnym nie jest to też cechą ludzkiego charakteru. Charakter nie ma z gniewem nic wspólnego, mimo że ludzie często tak to właśnie widzą, nazywając kogoś np. „cholerykiem” itp. Jest to powszechny błąd i kolejna racjonalizacja gniewu.

Twierdzę, że owa ludzka skłonność do gniewu nie jest czymś wrodzonym, choć jako, iż jest powszechna, ludzie wierzą, że jest wrodzona. Małe dzieci owszem go wyrażają, ale jest to, jak sądzę, bezpośrednim wynikiem frustracji, które ich spotykają. Dopiero później, w wyniku kumulacji różnorakich negatywnych doświadczeń, ludzie nabywają trwałej skłonności do gniewu. Ten proces może się rozpocząć także w dowolnym, późniejszym okresie życia, nie jest ściśle związany z okresem dzieciństwa i dorastania.

  1. Przeanalizuj wszystkie przypadki, w których wpadasz w złość, każdy z osobna. Odpowiedz sobie na pytanie, jakie rzeczy w świecie lub w zachowaniach innych powodują twój gniew. Pracuj oddzielnie nad tymi wszystkimi tymi zjawiskami. Ja wpadałem w złość, gdy ludzie traktowali mnie protekcjonalnie, zwłaszcza wówczas, gdy niewiele wiedzieli o mnie i o moim życiu. Kwestie polityczne też mnie swego czasu wkurzały. Spróbuj odizolować się od wszystkich tych czynników lub, jeśli nie możesz tego zrobić, pracuj nad reakcjami na nie, ponieważ wszystkie one zwiększają twój podświadomy poziom gniewu. Ja najpierw przepracowałem swoje reakcje na protekcjonalność ze strony innych, z gniewu na śmiechu. Teraz nawet już się z tego nie śmieję, jestem na to całkowicie obojętny.
  2. Gniew rodzi się z frustracji – to powszechnie uznany i akceptowany psychologiczny fakt. Każda najmniejsza choćby frustracja zwiększa poziom wewnętrznego gniewu, przyczynia się do twoich reakcji i możliwości nad-reakcji. Mogą to być nawet drobne rzeczy, jeśli jednak zdarzają się regularnie, przyczyniają się do wzrostu ciągłego, podświadomego poziomu gniewu. Może to być coś poważniejszego, jak zła sytuacja finansowa, dłuższy okres samotności, długotrwały stres, brak relaksu lub coś drobnego i pozornie nieistotnego, ale ciągłego. Postaraj się wyeliminować wszystkie frustracje w jakikolwiek dostępny Ci, moralnie akceptowalny, sposób.
  3. Ostatni krok to najpotężniejsze narzędzie walki z gniewem: wdzięczność. Przeciwieństwem gniewu nie jest spokój, ale wdzięczność. Dlatego rozwijaj w sobie postawę wdzięczności za każdą małą rzecz w swoim życiu. Za każdą chwilę, każdą rozmowę z drugim człowiekiem, każdy mały gest i dobry uczynek. Staraj się być wdzięczny także za negatywne, nieprzyjemne doświadczenia, ponieważ wiesz, iż przynajmniej kilka już razy widziałeś w nich dobro po jakimś czasie. Pomoże Ci to skutecznie zrównoważyć cały Twój gniew i unicestwić poczucie frustracji: jeśli odczuwasz wdzięczność w każdym momencie swojego życia, nie ma w nim miejsca na frustrację i nie ma miejsca na gniew. Jeśli pojawi się w tobie złość, o wiele łatwiej będzie ją uciszyć, zanim ją nawet wyrazisz.

To zadziałało w moim przypadku i może również zadziałać w twoim. Napisałem też o tym piosenkę. Zostanie ona opublikowana za miesiąc lub dwa.

A zatem, dlaczego więc Kain zamordował Abla? Bo brakowało mu wdzięczności wobec Boga za wszystko to, co od niego otrzymał.

Szabat szalom!

Menachem Mirski

 

 

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany, Beit Polska, Beit Warszawa, Kongregacja Beit Warszawa,

Nietrwały szałas czy trwałe dziedzictwo? Czym jest nasze życie?

Nietrwały szałas czy trwałe dziedzictwo? Czym jest nasze życie?

Mati Kirschenbaum

W trakcie Sukkot czytamy Księgę Koheleta, która wydaje się twierdzić, że ludzkie życie jest równie nietrwałe, jak budowane przez nas sukkotowe szałasy. Kohelet opisuje przemijalność ludzkich osiągnięć w sposób następujący:

„Znienawidziłem też wszelki swój dorobek, jaki nabyłem z trudem pod słońcem, a który zostawię człowiekowi, co przyjdzie po mnie. A któż to wie, czy mądry on będzie, czy głupi? A władać on będzie całym mym dorobkiem, w który włożyłem trud swój oraz mądrość swoją pod słońcem. I to jest ulotność”
(Koh 2,18-19).

Przypomniałem sobie słowa Koheleta czytając przypadającą na ten tydzień parszę We Zot HaBracha (Oto błogosławieństwo), ostatnią parszę w rocznym czytaniu Tory. W parszy tej Mojżesz udziela błogosławieństwa poszczególnym plemionom Ludu Izraela. On sam nie ma jednak powodów do radości. Wiekuisty nakazuje mu bowiem udać się na górę Nebo, na której szczycie ma spotkać go śmierć. Mojżesz pozbawiony jest możliwości wejścia do Ziemi Obiecanej, może ją jedynie zobaczyć ze szczytu góry. Taki los mógł wzbudzić w Mojżeszu poczucie krzywdy. Kto wie, może w głębi duszy chciał on powtórzyć słowa Koheleta, wyrażające smutek związany z brakiem możliwości cieszenia się owocami własnego wysiłku?

Wielu mędrców naszej tradycji wydaje się interpretować uczucia Mojżesza właśnie w taki sposób. Talmud zawiera wstrząsający opis Mojżesza płaczącego, gdy Wiekuisty dyktuje mu słowa Tory opisujące jego własną śmierć. Potrafię sobie wyobrazić smutek Mojżesza, który zdaje sobie sprawę, że za chwilę umrze. Może się on obawiać, że jego dorobek nie zostanie zapamiętany.

W Talmudzie znajdujemy przypowieść, która nawiązuje do lęku Mojżesza przed zapomnieniem. Opisuje ona podróż Mojżesza, w której trakcie odwiedza on jesziwę rabina Akiwy. W jesziwie siada on w ostatnim rzędzie i przysłuchuje się dyskusji między uczniami rabina Akiwy. Nic z niej nie rozumie! Wyobcowany, Mojżesz chce opuścić jesziwę. Jednak nagle słyszy on słowa rabina Akiwy, który stwierdza, że dyskusja między uczniami dotyczy prawa otrzymanego przez Mojżesza na Synaju. Uspokaja to Mojżesza, który zdaje sobie sprawę, że jego dorobek stanie się punktem wyjścia do rozważań przyszłych pokoleń.
Przytoczona powyżej przypowieść o Mojżeszu uświadamia nam, że nasz dorobek nie należy do nas samych. Przeciwnie, nasze osiągnięcia mogą pomóc kolejnym pokoleniom pogłębiać wiedzę o świecie. W jaki sposób? Tego nawet nie potrafimy sobie wyobrazić. Dlatego nie powinniśmy za dużo myśleć o tym, czy pozostawimy coś trwałego po sobie. Przestrzega nas przed tym także Kohelet, który opisuje wszystkie nasze starania hebrajskim słowem hewel. Chrześcijańskie tłumaczenia Biblii Hebrajskiej tłumaczą to słowo jako „marność”. W tym tłumaczeniu najsławniejsze słowa Koheleta brzmią następująco: marność nad marnościami i wszystko marność. Nie jest to jednak właściwe tłumaczenie. „Hewel” znaczeniowo bliższy jest takim słowom jak „przemijanie” i „ulotność”. Nasze osiągnięcia nie są zatem marne, są ulotne – nie jesteśmy w stanie ocenić ich przyszłego znaczenia, możemy tylko ufać Wiekuistemu i robić to, co do nas należy, najlepiej jak potrafimy. Mojżesz tak czynił i uznawany jest za najwybitniejszego przywódcę Izraelitów, mimo że nigdy nie dotarł do Ziemi Obiecanej. W ten Szabat w trakcie Sukkot zachęcam Was do docenienia Waszych osiągnięć, nawet jeśli wydają się Wam nieistotne. Kto wie, może staną się one kiedyś fundamentem czegoś wielkiego? Szabat Szalom weMoadim LeSimcha!

Mati Kirschenbaum

 

 

 

 

 

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany, Beit Polska, Beit Warszawa, Kongregacja Beit Warszawa,

SUKOT

BEIT POLSKA, wrzesień 2018

SUKOT

  Rabin dr. Walter Rothschild

Święto Sukot, przypadające podczas pełni księżyca wkrótce po zakończeniu Jom Kipur, po długim okresie pokuty, refleksji i tszuwy, zawsze stanowi pod pewnymi względami trudny czas, bowiem tak wiele się już ostatnio modliliśmy, zaś teraz otrzymujmy przykazanie „bądź szczęśliwy”, Wesamachta bechagecha, „Będziesz się weselił w to swoje święto” (Pwt 16, 14). Nie chodzi więc tylko o to, CO należy zrobić, aby wypełnić pewien określony zestaw micwot  (oczywiście również i ten aspekt jest obecny, mamy bowiem przykazania nakazujące budować szałas i potrząsać arba minim, „czterema gatunkami”), ale również o to, JAK powinniśmy się w tym czasie czuć. Zawsze wydawało mi się to jedną z najtrudniejszych micwot, bowiem przykazanie to dotyczy odczuwania, a nie wykonywania jakichś czynności.

Z przyczyn technicznych, po części związanych z czasem niezbędnym na przetłumaczenie mojego tekstu na język polski, a po części wynikających z mojego własnego harmonogramu pracy, wystąpienie to przygotowuję na kilka dni przed świętem Sukot. W związku z tym w czasie, gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zniszczenia w niektórych wschodnich stanach USA wyrządził ostatni huragan, lecz do czasu nadejścia święta Sukot będziecie mieli zapewne okazję obejrzeć w mediach nowe zdjęcia lotnicze przedstawiające zniszczone miasta – zdjęcia przypominające oglądane przez nas kilka lat temu obrazy z Nowego Orleanu. Szczerze powiedziawszy, przypominają one obrazy, jakie oglądamy prawie co roku, przedstawiające zniszczone i uszkodzone budynki zdewastowane przez niewidzialne siły – nie WIDZIMY wiatru, lecz tylko jego efekty; widzimy ulice zawalone stertami gruzów, poprzewracane samochody i łodzie osiadłe gdzieś daleko w głębi lądu. Wydarzenia te zdają się powtarzać niezwykle często, prawie równie często, co pożary szalejące na zachodnim wybrzeżu USA, w Kalifornii, pozostawiające po sobie spalone domy i czyniące z ich mieszkańców bezdomnych uchodźców. Przygotowuję to wystąpienie zanim mieliśmy się jeszcze szansę  dowiedzieć, jak dokładnie tamtejsze kongregacje żydowskie musiały się zmierzyć z naturalnymi żywiołami, jak poradziły sobie z obchodami Jom Kipur i jak uda się im zorganizować obchody Sukot. Dzięki współczesnej technologii tego typu wieści docierają do nas bardzo szybko, lecz mimo wszystko zajmuje to trochę czasu. Zmuszony jestem więc opierać się na domniemaniach i założeniach, ze świadomością, że (tak jak to bywało wcześniej przy tego typu okazjach) dotrą do nas apele od naszych kolegów i koleżanek oraz od pokrewnych nam organizacji religijnych, apele o pomoc i wsparcie. Kol Jisrael arewim ze-laze, na wszystkich Żydach i Żydówkach spoczywa obowiązek pomagania sobie nawzajem w potrzebie; pomoc ta może przybrać choćby tylko formę wsparcia moralnego, niemniej poczucie solidarności jest czymś niezmiernie ważnym. Wiem, że mieszkańcy niektórych stanów USA dostali ostrzeżenie od władz ze szczebla krajowego i stanowego oraz od przedstawicieli lokalnych samorządów, aby opuścili swoje domy, aby po prostu wsiedli do samochodów i odjechali, by zamknęli domy
i wyjechali na jakiś czas, tak by ocalić swoje życie…. Aby poszukali lepszych, solidniejszych schronów. Wiele osób będzie mieszkać w tymczasowych kwaterach przez długi czas, niezbędny do przeprowadzenia napraw, do odbudowania dachów, usunięcia wyrwanych z korzeniami drzew
i przywrócenia dostępu do prądu. Jak już wspominałem, pisząc te słowa nie dysponuję jeszcze szczegółami i statystykami, jednakże ogólny obraz sytuacji jest już znany. W bogatym i potężnym kraju zdarza się niekiedy, że zawieje wiatr bądź spadnie deszcz – i nagle przyroda przestaje być fascynującym zjawiskiem, czymś, na co miło popatrzeć i co sprawia przyjemność, staje się natomiast zagrożeniem dla samego ludzkiego przetrwania i dla wszystkiego, co tylko ludziom udało się zbudować. (Obecnie sztormy szaleją również na Pacyfiku, stanowiąc zagrożenie dla Filipin
i Chin, lecz – mówiąc wprost – w tamtej części świata mieszka po prostu mniej Żydów!).

Jednocześnie zaś w chwili, gdy piszę te słowa – i być może również wtedy, gdy będę je przed wami osobiście wygłaszał – w innej części świata kolejne miasta na Bliskim Wschodzie, w Syrii, Jemenie czy też w innych miejscach zamieniane są w betonowe rumowiska i w powykręcane kawałki stali; budynki oraz znajdujący się w nich ludzie obracani są w pył przez całą potęgę współczesnej machiny wojennej.  Kamery telewizyjne (a nawet amatorskie telefony komórkowe) wykorzystywane są obecnie do pokazywania tych samych, powtarzających się obrazów zrujnowanych miast i stert gruzów – gruzów cywilizacji, jednostkowych egzystencji i kultur. Zbiory książek, eksponatów i archiwów archeologicznych oraz wspomnień zostaną zniszczone tak samo, jak domy, szkoły, sklepy, targowiska i miejsca kultu…. Będziemy oglądać dobrze nam znane obrazki pozostałości po wysokich budynkach, teraz straszących ziejącymi dziurami, ścianami bez podłóg czy też odsłoniętymi podłogami bez otaczających je ścian; ujrzymy zwisające betonowe płyty
i nieprzejezdne ulice pokryte wielkimi stertami gruzów. Tego typu obrazy oglądamy już od lat, od dziesięcioleci, przyzwyczajamy się do nich i uodparniamy się na nie…; lecz dla osób, które tam mieszkają lub kiedyś tam mieszkały, które próbują tam żyć, których bliscy mieszkali tam w przeszłości lub mieszkają obecnie, dla tych, którzy chcieliby tam powrócić i na nowo zamieszkać, obrazy te znaczą o wiele, wiele więcej.  

Oczywiście my jako kongregacja obchodzimy Sukot w mieście, które, jak widać na starych fotografiach (choć niektórzy mają te zdarzenia wciąż żywo w pamięci),  jakiś czas temu przestało prawie w ogóle przypominać miasto i w którym nie pozostał praktycznie kamień na kamieniu. Również eksplozja pocisku wybuchowego jest niewidzialna dla ludzkiego oka – nie widać wiatru, lecz tylko jego skutki. Wybudowanie budynku zajmuje lata, natomiast zniszczenie go zaledwie minuty, jeśli nie sekundy.

Wszystko to uświadamia nam, jak prowizoryczne bywają budowle wzniesione ludzką ręką, jak bardzo kruche, jak tymczasowe. Choćby najwspanialsze zamki i pałace, choćby największe bunkry, wszystko, co tylko zostało zbudowane z kamienia bądź drewna, z cegieł, betonu, stali, szkła, aluminium, z łupków, terakoty i marmuru – WSZYSTKO, co może zostać zbudowane, może również zostać zburzone i obrócone w pył.

Sukot było niegdyś dla rolników w Izraelu świętem zbiorów, zaś suka  przypominała prowizoryczne budki stawiane po to, aby pracownicy mogli nocować nieopodal swego miejsca pracy. Lecz dla rabinów żyjących na wygnaniu poza Izraelem Sukot stanowiło zawsze okazję do przypomnienia sobie, że miasta otoczone grubymi murami i wysokimi bramami miejskim są podatne na zniszczenie dokładnie tak samo, jak cała reszta, że dla wędrowców na pustyni, dla zbiegłych niewolników i dla uchodźców JAKIEKOLWIEK schronienie jest lepsze niż żadne oraz że nawet mieszkańcy miast mogą i powinni nauczyć się sztuki gościnności wobec innych nomadów, powinni zapraszać do swych szałasów symbolicznych gości i podzielić się z nimi czymś do zjedzenia
i do wypicia. Będzie to dla nich szansa na przypomnienie sobie, iż w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy życiowymi nomadami i że jedyne trwałe miejsce zamieszkania, jakie przypadnie nam kiedyś w udziale, znajdować będzie się pod ziemią, a nie na jej powierzchni.

Wesamachta bechagecha. „Będziesz się weselił w to swoje święto”. W istocie my, zgromadzeni tutaj, dzisiaj, w tym roku, mamy wiele powodów do radości. Nasz szałas ma tylko tymczasowy charakter i został zbudowany w celach rytualnych czy też ozdobnych. Nie będziemy zmuszeni w nim mieszkać podczas nadchodzącej zimy. Nie będziemy musieli się w nim spotykać jako kongregacja przez następnych kilka szabatot. Po świątecznym nabożeństwie wrócimy do domu lub do hotelu
z nieprzeciekającym dachem i bezproblemowym dostępem do wody i prądu, z  niezniszczonymi meblami i z podłogami, po których da się chodzić. Zaś gdy zawieje wiatr, będziemy wiedzieli, że to tylko przeciąg, gdyż ściany i pozostała część okien będą wciąż na swoim miejscu.

Mamy wiele powodów do zadowolenia i nie powinniśmy o tym zapominać. Lekcja płynąca ze święta Sukot jest następująca: Nie zapominajmy o tym. To wszystko. Nie zapominajmy o tym.
I weselmy się.

  Chag Sameach!

 

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany.

Nabożeństwo Jom Kipur | Yom Kippur Prayer 2018

Nabożeństwo Jom Kipur 18.09. 2018 Synagoga Beit Polska Kongregacja Beit Warszawa

Prowadzone przez Rabina Waltera Rothschilda oraz  Szaca Henryka Szmuela Kowalskiego

Yom Kippur Prayer 18.09.2018, Beit Poland Synagogue, Beit Warszawa Congregation

Rabbi Walter Rothschild with  Shatz Henryk Szmuel Kowalski

PORANEK ROSZ HASZANA

PORANEK ROSZ HASZANA

Rabin dr Walter Rothschild

Dzieje się tak każdego roku, jeśli tylko przestrzegamy kalendarza czytań z Tory na każdy szabat oraz na najważniejsze święta, o których wspomina się w Torze i do których przypisana jest szczególna liturgia czytania Tory (nie należy do nich ani Purim, ani Chanuka, ani Tu Biszwat) – każdego roku, przez cały rok, mierzymy się z trudnymi tekstami. Tekstami stanowiącymi dla nas wyzwanie. Tekstami wzbudzającymi w nas uczucie dyskomfortu. Tekstami, które niekiedy wydają się nam wręcz przerażające lub żenujące. Tekstami, co do których mamy być może poczucie, że nie powinny były powstać, lub, jeśli już je napisano, to wypadałoby je odesłać do jakiejś pokrytej kurzem, starej części biblioteki i nigdy więcej nie zaprzątać sobie nimi głowy.

Judaizm nie działa jednak w taki sposób. Jesteśmy zobowiązani otwierać Torę co tydzień oraz podczas każdego święta i czytać, studiować, dyskutować i oddawać się refleksji nad jakimś aspektem naszej przeszłości – naszej jako istot ludzkich bądź jako Izraelitów – czy będzie to pytanie, jak powstał wszechświat, czy też dokąd on zmierza i kiedy nastąpi jego kres… i w jaki sposób dojdzie do owego kresu. Możemy też rozważać, jak wszystko może zostać zniszczone przez wielką powódź, jak różne grupy ludzi walczą ze sobą i zabijają się nawzajem, jak ziemie bywają zdobywane i tracone, jak można znaleźć albo stracić dom, jak rodziny mogą dobrze albo źle funkcjonować, jak kolejne pokolenia powinny przekazywać dalej swoje doświadczenie
i mądrość, jak ojcowie odnoszą się do synów, a synowie do ojców (przepraszam: wspomina się też o matkach i córkach, ale zwykle występują one tylko w roli drugoplanowej – Sara, Riwka, Lea i Rachela są z pewnością aktywne i wpływowe na swój własny sposób, ale to mężczyźni odgrywają dominującą rolę w poszczególnych narracjach; na przykład Mojżesz ma zarówno siostrę jak i brata, ale o Miriam wspomina się o wiele rzadziej i, w odróżnieniu od Aharona, nie ustanawia ona swojej własnej dynastii).

Można by wskazać wiele takich przykładów, i właśnie dlatego rabin musi co tydzień wyjaśniać na ile tylko potrafi konkretny, odczytywany w danym dniu fragment. Dzisiaj, w Rosz Haszana, mierzymy się z DWIEMA opowieściami o ojcu, który usiłował zamordować swojego syna.
W postępowych synagogach zwykle odczytujemy tylko drugą z nich – pochodzącą z 22 rozdziału Księgi Bereszit historię opisującą, jak Abraham przygotowuje się do zamordowania własnymi rękoma, za pomocą noża, swojego ukochanego, urodzonego jako drugi w kolejności syna, Icchaka. Ale w poprzednim rozdziale Abraham objawił się jako gotowy pozwolić na to, aby jego pierworodny syn, Iszmael, oraz matka chłopca, Hagar, umarli z głodu bądź – co bardziej prawdopodobne – zmarli z pragnienia na pustyni, po tym jak wygnał ich bezbronnych z tylko jednym bukłakiem wody do podziału. Są to straszne teksty, teksty niepokojące i wprawiające
w zakłopotanie, podważają bowiem miły i ciepły obraz Abrahama jako „Awrahama Awinu”, Naszego Ojca. MY wiemy, że w obu tych przypadkach jego synowie przeżyją – w istocie uda im się dokonać o wiele więcej: z czasem sami zostaną ojcami, dziadkami i pradziadkami – ale nie było to wcale takie oczywiste na początku obu tych historii i również sam Abraham nie miał takiej pewności.

Nie chcę się tu wdawać w nazbyt dogłębną analizę tekstu, zważywszy iż przeczytaliśmy go wspólnie oraz, mam nadzieję, pamiętamy też jeszcze nieco z tego, czego nauczyliśmy się
w zeszłym roku, o ile ktoś nie znalazł się tu po raz pierwszy, a jeśli ktoś faktycznie JEST tu po raz pierwszy, to i tak doznał już wystarczająco głębokiego szoku. Chciałbym się raczej skupić na samym fakcie, iż tekst ten jest w ogóle przez nas czytany.

Tora jest pełna krępujących i nieprzyjemnych fragmentów, podobnie jak ludzkie ciało pełne jest lepkich, śmierdzących, swędzących, pryszczatych i bolesnych części. A jednak, jeśli przyjrzeć się sposobowi, w jaki przedstawia się ludzi w naszym społeczeństwie, praktycznie nigdy nie wspomina się o tych aspektach – a jeśli już, to tylko w celu zareklamowania rozmaitych produktów, które wedle zapewnień ich producentów potrafią zaradzić brzydkiemu zapachowi, swędzeniu,  wypryskom, wypadającym włosom, zwiotczałym mięśniom, nadprogramowym warstwom tłuszczu, nieświeżemu oddechowi i innym tego typu przypadłościom. A nawet wtedy owe miejsca pokazuje się zwykle dopiero PO TYM, jak dany specyfik zdążył już zadziałać,
a osoby te mogą się znów uśmiechać i wyglądać bez zarzutu…. Ponadto bohaterowie opowieści
i filmów sprawiają wrażenie, jak gdyby nigdy nie musieli korzystać z toalety, nigdy nie bolała ich głowa, chyba że wymaga tego akurat scenariusz, nigdy nie cierpieli na hemoroidy ani problemy
z trawieniem… Czy widzieliśmy kiedykolwiek, aby baśniowej księżniczce zdarzyło się beknąć lub aby książę puszczał wiatry? Gdy ekranowa para zakochuje się w sobie, całują się głęboko
i namiętnie, ale nie zdają się nigdy zauważać, że partner czy partnerka ma zepsuty ząb, chorobę dziąseł lub zwyczajnie nieświeży oddech. Gdy para śpi razem, żadne z nich nigdy nie chrapie ani nie ma pełnego pęcherza. Czy Madonna karmiąc piersią swoje dziecko cierpiała kiedykolwiek
z powodu zatkanych kanalików mlekowych? Czy musiała zmienić pieluchę? Albo czy musiała sobie poradzić z chlustającymi wymiotami dziecka? Dzieciątko zawsze po prostu tam leży, spokojne i zadowolone. Wyidealizowane. Czy bohater wracający ze zwycięskiej kampanii musiał się kiedykolwiek zmagać z zaburzeniami erekcji lub może z jakąś chorobą weneryczną nabytą podczas długiego pobytu z dala od domu? Takie rzeczy po prostu nigdy się nie zdarzają!

Ale w prawdziwym życiu – jak najbardziej. Oraz w Torze. Nie opisano w niej absolutnie WSZYSTKIEGO, ale znajdziemy tam między innymi instrukcje dotyczące tego, jak zbudować latryny poza obozem lub jak chować zwłoki i jak należy się obmyć w przypadku styczności
z nieczystością; znajdziemy tam również całe rozdziały dotyczące chorób skórnych, różnych wydzielin i menstruacji. Czytamy o żonach gotowych zdradzić swoich mężów i spiskujących,  aby umożliwić faworyzowanemu synowi zdradzenie własnego ojca i brata. Czytamy o rodzicach, którzy tracą dzieci na skutek nagłych wypadków z udziałem ognia, czytamy o rodzicach niebędących w stanie kontrolować swojego brutalnego potomstwa, które dopuszcza się przestępstw i morderstw, używając jako wymówki „rodzinnego honoru”. Znajdziemy tam ostrzeżenia przed szukaniem wymówek poprzez modlenie się do fałszywych wartości. Znajdziemy przykazania zabraniające mordowania, kradzieży czy też popełniania cudzołóstwa, zakłada się bowiem, że ludzie będą się dopuszczać takich czynów, o ile nie nakaże się im, aby tego NIE robili. (A może nawet i wtedy… dostajemy więc też instrukcje wyjaśniającą, co mamy robić z tymi, których przyłapiemy na łamaniu owych zasad).

Już choćby w rozdziałach z księgi Rodzaju opowiadających o Abrahamie i Sarze czytamy
o problemach z niepłodnością, o problemach związanych z relacjami międzyludzkimi (również pomiędzy wujem i bratankiem), czytamy o parze, która nie może mieć dzieci, czytamy
o zaproponowanym na to rozwiązaniu, które działa, lecz – poprzez swe działanie – generuje zazdrość i nienawiść, morderczą nienawiść; czytamy o mężu, który, zdając sobie sprawę, jak trudno jest mu zadowolić swoją żonę i dać jej to, czego pragnie najbardziej, czyli dziecko – podporządkowuje się zamiast tego jej pełnym zazdrości żądaniom – w końcu chce mieć w domu przynajmniej TROCHĘ spokoju – najpierw szykuje się więc do wygnania ciężarnej służącej,
a następnie, gdy to się nie udaje, do wygnania jej wraz z jej synem. O rany! I ludzie nazywają to ŚWIĘTĄ Torą? Co w takim razie musiałoby w niej być, aby nazwali ją BEZBOŻNĄ?

Następnie mamy zaś rozdział odczytywany przez nas w dniu dzisiejszym, w którym Abraham nie tylko przygotowuje się do zamordowania tego ze swoich synów, który przy nim pozostał, ale, co więcej, zamierza to uczynić bez wiedzy i zgody swojej żony, a jego matki. Potem jego żona umiera; nie wydaje się, aby przedtem z sobą rozmawiali. Abraham zmuszony będzie negocjować zakup miejsca na jej pochówek, będzie musiał zorganizować synową, którą poślubi Icchak, sam też ponownie się ożeni i ponownie zostanie ojcem, i tak dalej. Przez cały ten czas Abraham żyje ze świadomością, że istnieje Bóg, z którym może debatować i sprzeczać się w pewnych – o ile nie we wszystkich – okolicznościach. Już wcześniej (w rozdziale 12) nakazano mu opuścić własny dom i rodzinę; aby uniknąć śmierci głodowej, musiał przenieść się za granicę oraz kłamać na temat swojej żony, aby uratować własną skórę; został uwikłany w wojnę pomiędzy różnymi królami i musiał uratować swojego bratanka Lota; targował się też z Bogiem w próbie – jak się okazało, nieudanej – zapobiegnięcia całkowitemu zniszczeniu niektórych miast wraz z ich mieszkańcami za sprawą potężnych ataków z powietrza; jego życie z pewnością nie było nudne, błędem byłoby jednak sądzić, że było ono zawsze wypełnione błogosławieństwem, spokojem
i płodnością.

A jednak czytamy o życiu Abrahama, i to regularnie, w synagogach. Nie ukrywamy żadnych
z wyżej wymienionych problemów, nie zaprzeczamy im. Nie poprawiamy obrazków za pomocą „fotoszopa” ani ich nie retuszujemy. Tora nakazuje dokonywać obrzezania – brit mila – lecz przyznaje, że może to być bolesne. Samo bycie w przymierzu, brit, może być bolesne. Może być dezorientujące. Słyszymy o obietnicach, które wprawdzie są składane, ale, jak się wydaje, nie zostają spełnione (czy Abraham ujrzał kiedykolwiek swych potomków tak licznych jak gwiazdy na niebie bądź żyjących bezpiecznie w swej własnej  ojczyźnie? Nie, w rozdziale 25 umrze jako nomada, nie posiadając żadnego majątku poza namiotem i obietnicą; ofiaruje swym urodzonym w dalszej kolejności synom dary pieniężne, lecz nigdy nie przekaże oficjalnie brit Icchakowi – Icchak odziedziczy go po prostu po śmierci swego ojca, niczym dziedziczny tytuł).

To wszystko jest ważne, bardzo, bardzo ważne. Żydowscy bohaterowie i bohaterki są ludźmi. Nie noszą aureoli. Czasem bywają nikczemni, czasem nie mają racji, popełniają błędy, grzeszą, odnoszą porażki, kłamią, walczą; pary sprzeczają się ze sobą. Ludzie umierają.

Można by zaproponować stwierdzenie, że z teologicznego punktu widzenia w chrześcijaństwie człowiekowi zostają przypisane atrybuty boskie, natomiast w judaizmie to Bogu przypisuje się cechy ludzkie. Bóg może się rozzłościć i zniecierpliwić. Nie będę się tu wdawał zbyt głęboko
w kwestie teologiczne, jednak znajdujemy się w kraju, na który bardzo głęboki wpływ wywarła doktryna i tradycje Kościoła Rzymskokatolickiego. Jesteśmy w kraju, który sam spędził długi czas na wygnaniu, zanim powrócił do ziemi obiecanej mu przez zewnętrzne mocarstwa, z na nowo zdefiniowanymi granicami – zarówno po pierwszej jak i drugiej wojnie światowej. W kraju cechującym się długą historią, po części starodawną, a po części współczesną; po części heroiczną i romantyczną, a po części – cóż, kłopotliwą. Pomyślcie tylko o losie wielu osób żyjących na obszarach, które nagle w 1945 roku stały się polskie. Ale pomyślcie też o losach wielu spośród tych, którzy aż do roku 1938 sądzili, że są Polakami, lecz którzy zostali następnie odrzuceni, pozbawieni swoich praw i swojej tożsamości, którym w owym czasie zabroniono nawet powrotu do kraju… Pomyślcie o losach tych, którzy żyli tutaj, jako Polacy, podczas wojny i po wojnie, a jednak byli izolowani, prześladowani i źle traktowani dlatego, iż z jakiegoś powodu uznano ich za  „niewłaściwy rodzaj Polaków” i za przedstawicieli „niewłaściwej” religii czy też grupy etnicznej. Pomyślcie o tych, którzy musieli uciekać z kraju i żyć na wygnaniu, również w roku 1968. Pomyślcie o tych, którzy zbuntowali się przeciwko totalitaryzmowi
i doprowadzili do czegoś, co było w istocie wojną domową – Polaków przeciwko Polakom, ideałów przeciwko ideologii.

Czy odważymy się o tym mówić? Czy odważymy się przyznać, że w owych trudnych, naznaczonych konfliktami czasach niektórzy zdradzali innych, że niektórzy walczyli raczej między sobą aniżeli ze wspólnym wrogiem? Że niektórzy byli gotowi zabijać sąsiadów
i krewnych oraz czerpać profity z tego, co tamci po sobie pozostawili?

Historią zajmuję się tylko amatorsko i nie twierdzę, że wszystko o niej wiem, ale WIEM jedno – że jeśli coś się wydarzyło, to żydowskie nauczanie głosi, iż mamy obowiązek to odnotować
i o tym rozmawiać, a nie starać się wyciszyć dyskusję o tych wydarzeniach lub udawać, że nigdy nie miały one miejsca. JEDYNYM sposobem na przepracowanie jakiejś niesprawiedliwości – niezależnie od tego, kto się jej dopuścił i na czym ona polegała – jest mówienie o niej na głos, mówienie otwarcie o losie, jaki spotkał ofiary, o ich cierpieniu i poniesionych przez nie stratach oraz otwarta dyskusja o motywach kierujących sprawcami, jak również o okolicznościach,
w jakich dopuścili się tego, czego się dopuścili – w historii często bywa tak, że nie wszystkie fakty były znane w chwili podejmowania działań, bądź ktoś miał do wyboru dwie opcje,
z których obie były złe, ale być może jedna z nich była gorsza od drugiej…. Tak jak to było
w przypadku Abrahama, gdy Bóg mówił mu jedną rzecz, podczas gdy żona mówiła mu być może coś innego; gdy obiecano mu wyidealizowaną wizję przyszłości, lecz musiał starać się przeżyć
w nie do końca idealnej teraźniejszości….

W Rosz Haszana każdy z nas staje przed Sądem Niebiańskim. Ale inni też to czynią – w Unetane Tokef stwierdza się, że „wszystkie stworzenia świata” –  nawet anioły – poddawane są w tym dniu osądowi. Nikt nie będzie z tego zwolniony. Mam nadzieję, że wyraziłem się wystarczająco jasno. Nie jest to tylko kwestia „tej historii” lub „tamtej historii”, „tej grupy ofiar” lub „tamtej grupy ofiar”. Nie chodzi o politykę, lecz o moralność. Chodzi o szczerość w kwestii  przeszłości. O otwartym mówieniu o ludziach, zarówno o ich słabościach jak i  mocnych stronach, o ich uchybieniach na równi z ich sukcesami i triumfami. O nie wycofywanie się na pozycje wybiórczego traktowania i „wybielania” historii. O nie zabranianie innym prowadzenia własnych badań i prezentowania swoich odkryć.

Osobiście mam nadzieję – i ufam, że podzielają ją również inni – że w nadchodzącym roku zaobserwujemy zmianę w nastawieniu, że ci, którzy usiłują zaprzeczać przeszłości bądź też ją przykrywać zmienią zdanie i zaczną ją studiować, mierzyć się z nią i ją przepracowywać. Ani my, ani oni nie możemy jej zmienić – ale możemy ją spisać, odczytywać na głos i wyciągnąć
z niej lekcję. A ostatecznie właśnie to jest w historii najważniejsze. Nasza przyszłość zależy
w dużej mierze od tego, jak zrozumiemy naszą przeszłość.

Wówczas faktycznie będzie to Szana Towa, Dobry Rok, rok, o którym w swoim czasie również będzie warto pisać, rok godzien zapamiętania i uczczenia.

Szana Towa!

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

EREW ROSZ HASZANA

EREW ROSZ HASZANA

 Rabin Walter Rothschild

 

Motywem przewodnim tzw. „Wielkich Świąt” czy też Jamim Norajim, Strasznych Dni, jest w istocie bardzo proste pytanie oraz udzielona nań odpowiedź:

Czy można naprawić raz wyrządzone zło? Zniewagę, zranienie, stratę finansową, nadszarpniętą lub zniszczoną relację, popełnioną niesprawiedliwość? Prosta odpowiedź brzmi: Nie, nie można. ALE – możemy jednak podjąć pewne działania.

– Możemy otwarcie przyznać się do tego, co uczyniliśmy.

– Możemy przeprosić za nasze zachowanie – albo osobiście osobę pokrzywdzoną, albo publicznie, bądź też (jeśli to możliwe) na oba te sposoby.

– Możemy obiecać, że dołożymy wszelkich starań, aby nie powielać więcej tego typu zachowania.

– Możemy wyciągnąć lekcję z tego doświadczenia.

Można by dodać jeszcze inne możliwe działania, lecz powyżej wymieniliśmy niektóre podstawowe zagadnienia. Koncepcje te znajdują odzwierciedlenie w naszym kalendarzu i w naszej liturgii na te świąteczne dni. W grę wchodzi zatem nasza relacja z samym sobą, która ucierpiała w ciągu minionego roku; dalej mamy też relacje łączące nas z naszymi bliźnimi, z naszą rodziną, naszą społecznością, naszym narodem oraz całym rodzajem ludzkim – a zatem nasz stosunek do ludzi, których nie znamy i których nigdy nie spotkaliśmy, lecz którzy mimo to są naszymi bliźnimi i żyją na tym samym świecie, co my; również i ta relacja mogła ulec nadszarpnięciu. Następnie mamy też naszą relację z Bogiem – z naszym Stwórcą i naszym Sędzią.

W Rosz Haszana, a zatem w dniu dzisiejszym, wchodzimy do Sądu zaniepokojeni i zestresowani, nie wiedząc tak naprawdę, czego możemy się spodziewać, nie wiedząc, jak zostaniemy potraktowani, czy sędzia orzekający w naszym osobistym, jednostkowym przypadku będzie łagodnie czy też surowo usposobiony, czy przynieśliśmy z sobą wystarczająco dużo dowodów na potwierdzenie naszych dobrych uczynków i dobrych intencji, aby pomogły one zrównoważyć długą listę uchybień, które nagromadziliśmy w ciągu tego roku i które, jak wiemy, widnieją na liście zarzutów. Nie wiemy, czy po zakończeniu procesu, który potrwa przez dziesięć dni, aż do nabożeństwa zwanego Neilą, orzeczone zostanie wobec nas (na co mamy nadzieję) zwolnienie warunkowe czy też – w najgorszym przypadku – wyrok śmierci, który zostanie wykonany przed końcem rozpoczynającego się właśnie roku.  

Podczas Kol Nidre przeprosimy za wszystkie przypadki, gdy obiecaliśmy Bogu, że postaramy się być lepsi, gdy obiecaliśmy, że będziemy stronić od pewnych błędów – i nie dotrzymaliśmy słowa. „Miej proszę na względzie, że mieliśmy dobre zamiary, nawet jeśli nie udało się nam ich zrealizować…”.

Przez cały długi dzień Jom Kipur będziemy zaniedbywać nasze potrzeby fizyczne, koncentrując się zamiast tego na naszych potrzebach duchowych; będziemy prosić o łaskę, o wyrozumiałość, o przebaczenie, o drugą szansę. W ciągu tych dziesięciu dni na pierwszy plan wysuwają się dwie zasadnicze koncepcje, uosabiane przez następujące elementy liturgiczne: Aszamnu – „Przyznajemy, że zgrzeszyliśmy” – oraz Awinu Malkenu – „Choć zgrzeszyliśmy, prosimy: bądź miłosierny dla nas i dla innych tu obecnych”.

Jedna z zasadniczych różnic pomiędzy owym Sądem a sądami ziemskimi polega na tym, że w tym pierwszym nie zatrudniamy żadnych prawników w charakterze naszych przedstawicieli. Sam jestem osobiście zaangażowany w pewną sprawę sądową, która niemiłosiernie się przeciąga i kosztuje mnie dużo czasu i pieniędzy; Muszę prowadzić korespondencję z moim prawnikiem, aby naświetlić sprawę,  opisać uwikłane w nią postacie i kontekst oraz aby przedstawić moje własne sugestie – a każdy list, każdy e-mail, każdy telefon i każde spotkanie wiążą się dla mnie z pewnym wydatkiem. Tak to już jest. Natomiast w sądzie niebiańskim sami reprezentujemy swoje interesy. Nie ma do nauczenia się wielu skomplikowanych zapisów prawa, choć rabini potrafią kompilować całe księgi pełne pomniejszych regulacji. Podstawowe zasady są wystarczająco jasne. Wiemy, co uczyniliśmy i wiemy, o jaką stawkę toczy się gra.

Kolejna zasadnicza różnica jest taka, że w tym przypadku stajemy przed sądem jako wspólnota, a nie tylko jako odrębne jednostki. Nie musimy się narażać na publiczne upokorzenie, stojąc samotnie przed całą resztą z wskazującą na nas dużą, czarną strzałką z napisem OSKARŻONY. Nie – gromadzimy się wspólnie z innymi członkami kongregacji, zarówno z osobami, które już znamy, jak i z nieznanymi nam ludźmi, i wspólnie siedzimy i stoimy, wspólnie czytamy, prosimy i śpiewamy; prawie przez cały czas przemawiamy wspólnie jako społeczność, mówimy „MY zgrzeszyliśmy”, a nie „ja zgrzeszyłem/am”.

Oto gorzka, ale ważna prawda: nie możemy cofnąć tego, co już zostało uczynione. Nie możemy „cofnąć zegarków” o rok. Nie można zaprzeczyć, że ktoś został zraniony, a ktoś inny doświadczył zaś cierpienia fizycznego, stracił posiadany majątek, stracił pracę lub przestał nas kochać. To się już wydarzyło i, jak mawia przysłowie, „różnica pomiędzy Bogiem a historykiem jest taka, że Bóg nie może zmienić tego, co się już wydarzyło”. To, co się stało, to się nie odstanie.  Nie powinno było się stać, być może nie chcieliśmy, aby tak się stało, być może nie spodziewaliśmy się, że tak się stanie, a być może potajemnie chcieliśmy nawet, aby tak się stało, lecz nie spodziewaliśmy się, że sprawa ta wyjdzie na jaw! Ale – to już się stało. Zdarzają się zupełne przypadki oraz sprawy, które wymykają nam się z rąk. Zdarzają się nieporozumienia, jak również celowe ataki oraz umyślne zniewagi i umyślnie wyrządzone krzywdy – działania podejmowane z zamiarem zranienia drugiej osoby w wymiarze fizycznym, psychicznym bądź finansowym. Niekiedy dwie osoby wdają się w spór i OBIE ponoszą porażkę  (zdarza się to o wiele częściej, niż wiele osób zdaje sobie sprawę). A jednak każda ze stron uważa samą siebie za niewinną, za ofiarę.

Tak więc rozpoczynamy, wspólnie, nasz proces tszuwy. Proces powrotu. Powrotu do miejsca, w którym chcielibyśmy się znajdować, powrotu do stanu poprzedzającego wydarzenie się tego, co się zdarzyło. Wiemy, że jest to niemożliwe – ale też nie była to nigdy wystarczająca wymówka, aby nie próbować. Wiemy, że niemożliwe jest samo trwanie przy życiu – nasze organizmy są niekończącym się polem walki zaludnianym przez komórki, wirusy i bakterie. Jesteśmy – z fizycznego punktu widzenia – zaledwie workami wody próbującymi ustać w pozycji pionowej, podtrzymywanymi przez kości, które starzeją się i stają coraz bardziej kruche, przez mięśnie, które chwytają skurcze, przez żyły i tętnice, którym zdarza się powykręcać lub zatkać; workami wypełnionymi narządami, które ulegają nieraz nadwątleniu…. Jesteśmy wystawieni na działanie rozmaitych  żywiołów – a grawitacja jest zaledwie jednym z nich; każdego dnia tyle rzeczy może pójść nie tak jak trzeba i faktycznie, każdego dnia tysiące osób wstaje z łóżka i zaczyna dzień, nie zdając sobie sprawy, że nie dożyją wieczoru, gdy mieli się znów położyć do swoich łóżek. Tak to nieraz bywa. Lecz mimo to wstajemy i rozpoczynamy nasze dni, mając nadzieję, że uda nam się przetrwać i utrzymać przy życiu. Pomimo wszystko. Pomimo głupot, jakie popełniamy, pomimo nieodpowiednich produktów i substancji, które jemy i pijemy bądź którymi oddychamy. Wiemy bowiem, że każdy z nas posiada również duszę – coś, czego nie da się zmierzyć, leczyć ani przywrócić do życia w rozumieniu medycznym.

Wiemy, że ciało nie może żyć wiecznie, że jesteśmy istotami o ograniczonym czasie istnienia, śmiertelnymi, nieustannie podupadającymi na zdrowiu, starzejącymi się, podlegającymi nieustannym atakom zarówno z wewnątrz, jak i z zewnątrz – lecz mimo to dalej robimy swoje. I podobnie jest też z tszuwą – choć wiemy, że powrót do wcześniejszego miejsca jest niemożliwy, to i tak podejmujemy taką próbę i robimy w tym kierunku wszystko, co w naszej mocy.

Bowiem niepodjęcie próby oznaczałoby, że ponieśliśmy porażkę zanim jeszcze  zdążyliśmy na dobre rozpocząć oraz że zdradziliśmy samych siebie oraz innych, którzy na nas polegają i liczą na to, że pojawimy się wraz z nimi w kongregacji.  Zdradzilibyśmy nasze własne dusze.

Życzymy sobie nawzajem „Szana Towa”. ROKU, całego roku… dobrego roku, roku, w którym będziemy dobrzy oraz w którym sami również będziemy doświadczać dobra. Oby każdy z nas zasłużył na zostanie zapisanym w niebiańskich rejestrach sądowych, na zostanie skazanym na: kolejny rok życia.

 Rabin Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Kochać to widzieć potencjał. Refleksja nad paraszą Nicawim.

Kochać to widzieć potencjał. Refleksja nad paraszą Nicawim.

 Menachem Mirski

Gdyż przykazanie to, które ci przykazuję dzisiaj ani niedościgłem dla ciebie ani dalekiem. Nie na niebie ono, żebyś rzekł: któż wstąpi dla nas do nieba, aby go nam dostał, i obwieścił je, abyśmy je pełnili! Ani za morzem ono, abyś rzekł: kto przeprawi się dla nas za morze, i dostanie go nam, i obwieści je, abyśmy je pełnili! Lecz nader bliskiem tobie słowo to: w ustach ono twoich, i w sercu twojem, abyś je pełnił! Patrz, składam przed tobą dzisiaj życie i dobro, śmierć i zło.

Pwt 30, 11-15, tłum. I. Cylkow.

Naród Izraela posiadał swoich kapłanów, lecz w przeciwieństwie do kapłanów świątyń egipskich czy greckich, ich wiedza na temat bożego prawa nie była czymś ekskluzywnym. Co prawda ich wiedza i pozycja (jak również rabinów, ich bezpośrednich spadkobierców) czyniła ich decyzje decyzjami wyższej rangi, lecz liderzy społeczności żydowskich zajmowali się zawsze prawem i tradycją dostępną wszystkim.

Według Miszny (traktat Joma, rozdział 8), człowiek, który jadł i pił w Jom Kipur (a więc złamał dwa spośród zakazów obowiązujących w to święto), lecz uczynił to nieświadomie (np. nie wiedział o istnieniu owych zakazów lub nie zdawał sobie sprawy, że oto nastał Jom Kipur), zobligowany był do złożenia tylko jednej ofiary zagrzesznej w Świątyni. Jeśli natomiast dokonał tego umyślnie, musiał złożyć dwie ofiary, za każdy z grzechów z osobna. A ponieważ nie istnieją obiektywne wyznaczniki, które pozwoliłyby nam rozstrzygnąć czy dana osoba uczyniła coś umyślnie, czy też nie, człowiek więc sam musiał zdecydować o tym w swoim sumieniu.

Tego rodzaju moralna autonomia jednostki przynależy do istoty naszej religii. Judaizm nie jest i nigdy nie był wiedzą tajemną, dostępną tylko garstce wybranych, chcącej sprawować władzę nad ludzkimi sumieniami. I choć natura Boga pozostaje przed nami ukryta, to Tora, w której jest On obecny, została nam objawiona i jest udziałem oraz wspólną własnością wszystkich ludzi, którzy ją zaakceptowali jako drogę w swoim życiu (Pwt 29, 28).

Przypomnijmy tu kogo tak naprawdę wybrał Bóg: naród de facto słaby, uciemiężony i straumatyzowany 400-letnią niewolą. Dlaczego to uczynił? Tradycja obfituje w odpowiedzi na to pytanie. Jedna z nich, wyrażona wprost w Biblii, mówi: przez wzgląd na obietnicę, którą złożył jego sprawiedliwym przodkom. Kolejna odpowiedź głosi, iż dokonał tego ze swojej przeogromnej miłości do Izraela, jak też do całej ludzkości. Jeszcze inna odpowiedź, jaką tu zaproponuję, brzmi: Bóg wybrał Izraelitów, bo widział w nich potencjał.

Wszystko to, o czym wspomniałem powyżej, świadczy o głębokim zaufaniu, jakim Bóg obdarzył człowieka. W każdym z nas widzi On potencjał do zrealizowania i chce, abyśmy ów potencjał również dostrzegli i dążyli do jego urzeczywistnienia.

Ibn Ezra w swoim komentarzu do wersetu Pwt 30, 16 podkreśla: Kochać ów Byt (tj. Boga) to sprawa zasadnicza. Jednakże kochać Boga to także widzieć potencjał zmiany w świecie, zmiany, którą On, jak i my z jego pomocą, możemy wspólnie dokonać i dokonujemy. Religie jako takie są swego rodzaju projektami dla świata, projektami jego przemiany. Operują one wizjami przyszłego, lepszego świata oraz prawami, normami zachowań i szczegółowymi instrukcjami, jak mamy ów nowy porządek świata sprowadzić.

Widzieć potencjał w drugim człowieku to coś, o czym często zapominamy, skupiając się na jego konkretnych działaniach i tych działań rezultatach. Świat, w którym żyjemy jest tak zorganizowany, że zasadniczo zmusza nas do takiego podejścia do innych. Zmusza nas do myślenia przede wszystkim w kategoriach praktycznych, tego co jest tutaj i teraz (jest to w dużej mierze zasadne i nie ma w tym nic złego, póki nie redukujemy wszystkiego do takiego właśnie podejścia). W przeważającej ilości dziedzin naszego życia ważne jest tylko to (a raczej uczyniono ważnym tylko to), co dana osoba w tym konkretnym momencie potrafi. W ten sposób nasze życie stało się nieustającym konkursem umiejętności, piękności itd. – czyli konkursem wszystkiego, co aktualne, co już zostało zrealizowane lub może zostać zrealizowane lada chwila. Poddajemy się temu dyktatowi chwili i owego nieustającego konkursu, i dopasowujemy do tego nasze marzenia. Jedynie garstka ludzi potrafi się z tego schematu wyzwolić. Część z nich dokonuje tego skutecznie i sukcesywnie, i to właśnie ci ludzie dokonują często naprawdę głębokich zmian w świecie. Część z nich jednak, z różnych powodów, niestety ląduje na marginesie ludzkiego życia, a tkwiący w nich potencjał zostaje zmarnowany.

Miłość do drugiego człowieka polega m.in. na tym, iż widzimy w nim jego wewnętrzne dobro i potencjał przyszłego dobra, które dopiero będzie owocem jego działań. Owo widzenie potencjału jest wręcz esencją miłości rodzicielskiej. Gdy nie dostrzegamy w swoich dzieciach ich wrodzonych talentów i potencjałów, lub dostrzegamy je, lecz ignorujemy i usiłujemy owe ludzkie istoty oraz ich życie wykreować wedle własnego widzimisię, robimy im tak naprawdę krzywdę. Czy owa krzywda później zniszczy im życie, to zależy od wielu innych czynników, ale generalnie czyniąc tak jesteśmy na najlepszej drodze do tego.

Kochając dojrzale widzimy rzecz jasna słabości, niedostatki i ewidentne wady osób, które kochamy, ale jeśli kochamy naprawdę, to nie przysłaniają nam one zalet i wszystkiego co dobre w drugim człowieku – te widzimy w nim przede wszystkim. Na tym polegała i polega miłość Boga do Izraela, choć ogrom biblijnych narracji opisujących Jego gniew przesłania nam czasem ów wątek. Bóg z pewnością spodziewał się porażek swojego ludu i choć wielokrotnie wylewał na ów lud swój gniew, nigdy go jednak nie opuścił, nigdy nie zerwał z nim Przymierza, bowiem to kim jesteśmy jest wynikiem sukcesów i porażek naszych przodków.

Nadchodzący czas Wielkich Świąt jest nie tylko czasem refleksji nad naszymi moralnymi/religijnymi transgresjami (mówiąc potocznie: grzechami), które popełniliśmy w mijającym roku. To również czas bilansu naszych życiowych osiągnięć i refleksji nad nimi, bowiem owe osiągnięcia są nierozerwalnie związane z naszym postępowaniem: naszymi grzechami oraz błędami. To jednocześnie czas refleksji nad tkwiącym w nas potencjałem, tym który zrealizowaliśmy i tym, który zmarnowaliśmy. W Nowym, 5779 Roku pragnę życzyć wszystkim, aby prócz realizacji rozmaitych, niezrealizowanych dotąd potencjałów, stale pogłębiali swój wgląd w drugiego człowieka, niezależnie czy bliskiego nam, czy nie, oraz stałego rozwijania zdolności dostrzegania wszelkiego potencjału dobra w innych ludziach, nawet – lub zwłaszcza wtedy – gdy owo postrzeganie zostało wypaczone przez nasze, niekoniecznie pozytywne, doświadczenia z owymi osobami.

Szabat szalom!

Menachem Mirski