PORANEK ROSZ HASZANA

PORANEK ROSZ HASZANA

Rabin dr Walter Rothschild

Dzieje się tak każdego roku, jeśli tylko przestrzegamy kalendarza czytań z Tory na każdy szabat oraz na najważniejsze święta, o których wspomina się w Torze i do których przypisana jest szczególna liturgia czytania Tory (nie należy do nich ani Purim, ani Chanuka, ani Tu Biszwat) – każdego roku, przez cały rok, mierzymy się z trudnymi tekstami. Tekstami stanowiącymi dla nas wyzwanie. Tekstami wzbudzającymi w nas uczucie dyskomfortu. Tekstami, które niekiedy wydają się nam wręcz przerażające lub żenujące. Tekstami, co do których mamy być może poczucie, że nie powinny były powstać, lub, jeśli już je napisano, to wypadałoby je odesłać do jakiejś pokrytej kurzem, starej części biblioteki i nigdy więcej nie zaprzątać sobie nimi głowy.

Judaizm nie działa jednak w taki sposób. Jesteśmy zobowiązani otwierać Torę co tydzień oraz podczas każdego święta i czytać, studiować, dyskutować i oddawać się refleksji nad jakimś aspektem naszej przeszłości – naszej jako istot ludzkich bądź jako Izraelitów – czy będzie to pytanie, jak powstał wszechświat, czy też dokąd on zmierza i kiedy nastąpi jego kres… i w jaki sposób dojdzie do owego kresu. Możemy też rozważać, jak wszystko może zostać zniszczone przez wielką powódź, jak różne grupy ludzi walczą ze sobą i zabijają się nawzajem, jak ziemie bywają zdobywane i tracone, jak można znaleźć albo stracić dom, jak rodziny mogą dobrze albo źle funkcjonować, jak kolejne pokolenia powinny przekazywać dalej swoje doświadczenie
i mądrość, jak ojcowie odnoszą się do synów, a synowie do ojców (przepraszam: wspomina się też o matkach i córkach, ale zwykle występują one tylko w roli drugoplanowej – Sara, Riwka, Lea i Rachela są z pewnością aktywne i wpływowe na swój własny sposób, ale to mężczyźni odgrywają dominującą rolę w poszczególnych narracjach; na przykład Mojżesz ma zarówno siostrę jak i brata, ale o Miriam wspomina się o wiele rzadziej i, w odróżnieniu od Aharona, nie ustanawia ona swojej własnej dynastii).

Można by wskazać wiele takich przykładów, i właśnie dlatego rabin musi co tydzień wyjaśniać na ile tylko potrafi konkretny, odczytywany w danym dniu fragment. Dzisiaj, w Rosz Haszana, mierzymy się z DWIEMA opowieściami o ojcu, który usiłował zamordować swojego syna.
W postępowych synagogach zwykle odczytujemy tylko drugą z nich – pochodzącą z 22 rozdziału Księgi Bereszit historię opisującą, jak Abraham przygotowuje się do zamordowania własnymi rękoma, za pomocą noża, swojego ukochanego, urodzonego jako drugi w kolejności syna, Icchaka. Ale w poprzednim rozdziale Abraham objawił się jako gotowy pozwolić na to, aby jego pierworodny syn, Iszmael, oraz matka chłopca, Hagar, umarli z głodu bądź – co bardziej prawdopodobne – zmarli z pragnienia na pustyni, po tym jak wygnał ich bezbronnych z tylko jednym bukłakiem wody do podziału. Są to straszne teksty, teksty niepokojące i wprawiające
w zakłopotanie, podważają bowiem miły i ciepły obraz Abrahama jako „Awrahama Awinu”, Naszego Ojca. MY wiemy, że w obu tych przypadkach jego synowie przeżyją – w istocie uda im się dokonać o wiele więcej: z czasem sami zostaną ojcami, dziadkami i pradziadkami – ale nie było to wcale takie oczywiste na początku obu tych historii i również sam Abraham nie miał takiej pewności.

Nie chcę się tu wdawać w nazbyt dogłębną analizę tekstu, zważywszy iż przeczytaliśmy go wspólnie oraz, mam nadzieję, pamiętamy też jeszcze nieco z tego, czego nauczyliśmy się
w zeszłym roku, o ile ktoś nie znalazł się tu po raz pierwszy, a jeśli ktoś faktycznie JEST tu po raz pierwszy, to i tak doznał już wystarczająco głębokiego szoku. Chciałbym się raczej skupić na samym fakcie, iż tekst ten jest w ogóle przez nas czytany.

Tora jest pełna krępujących i nieprzyjemnych fragmentów, podobnie jak ludzkie ciało pełne jest lepkich, śmierdzących, swędzących, pryszczatych i bolesnych części. A jednak, jeśli przyjrzeć się sposobowi, w jaki przedstawia się ludzi w naszym społeczeństwie, praktycznie nigdy nie wspomina się o tych aspektach – a jeśli już, to tylko w celu zareklamowania rozmaitych produktów, które wedle zapewnień ich producentów potrafią zaradzić brzydkiemu zapachowi, swędzeniu,  wypryskom, wypadającym włosom, zwiotczałym mięśniom, nadprogramowym warstwom tłuszczu, nieświeżemu oddechowi i innym tego typu przypadłościom. A nawet wtedy owe miejsca pokazuje się zwykle dopiero PO TYM, jak dany specyfik zdążył już zadziałać,
a osoby te mogą się znów uśmiechać i wyglądać bez zarzutu…. Ponadto bohaterowie opowieści
i filmów sprawiają wrażenie, jak gdyby nigdy nie musieli korzystać z toalety, nigdy nie bolała ich głowa, chyba że wymaga tego akurat scenariusz, nigdy nie cierpieli na hemoroidy ani problemy
z trawieniem… Czy widzieliśmy kiedykolwiek, aby baśniowej księżniczce zdarzyło się beknąć lub aby książę puszczał wiatry? Gdy ekranowa para zakochuje się w sobie, całują się głęboko
i namiętnie, ale nie zdają się nigdy zauważać, że partner czy partnerka ma zepsuty ząb, chorobę dziąseł lub zwyczajnie nieświeży oddech. Gdy para śpi razem, żadne z nich nigdy nie chrapie ani nie ma pełnego pęcherza. Czy Madonna karmiąc piersią swoje dziecko cierpiała kiedykolwiek
z powodu zatkanych kanalików mlekowych? Czy musiała zmienić pieluchę? Albo czy musiała sobie poradzić z chlustającymi wymiotami dziecka? Dzieciątko zawsze po prostu tam leży, spokojne i zadowolone. Wyidealizowane. Czy bohater wracający ze zwycięskiej kampanii musiał się kiedykolwiek zmagać z zaburzeniami erekcji lub może z jakąś chorobą weneryczną nabytą podczas długiego pobytu z dala od domu? Takie rzeczy po prostu nigdy się nie zdarzają!

Ale w prawdziwym życiu – jak najbardziej. Oraz w Torze. Nie opisano w niej absolutnie WSZYSTKIEGO, ale znajdziemy tam między innymi instrukcje dotyczące tego, jak zbudować latryny poza obozem lub jak chować zwłoki i jak należy się obmyć w przypadku styczności
z nieczystością; znajdziemy tam również całe rozdziały dotyczące chorób skórnych, różnych wydzielin i menstruacji. Czytamy o żonach gotowych zdradzić swoich mężów i spiskujących,  aby umożliwić faworyzowanemu synowi zdradzenie własnego ojca i brata. Czytamy o rodzicach, którzy tracą dzieci na skutek nagłych wypadków z udziałem ognia, czytamy o rodzicach niebędących w stanie kontrolować swojego brutalnego potomstwa, które dopuszcza się przestępstw i morderstw, używając jako wymówki „rodzinnego honoru”. Znajdziemy tam ostrzeżenia przed szukaniem wymówek poprzez modlenie się do fałszywych wartości. Znajdziemy przykazania zabraniające mordowania, kradzieży czy też popełniania cudzołóstwa, zakłada się bowiem, że ludzie będą się dopuszczać takich czynów, o ile nie nakaże się im, aby tego NIE robili. (A może nawet i wtedy… dostajemy więc też instrukcje wyjaśniającą, co mamy robić z tymi, których przyłapiemy na łamaniu owych zasad).

Już choćby w rozdziałach z księgi Rodzaju opowiadających o Abrahamie i Sarze czytamy
o problemach z niepłodnością, o problemach związanych z relacjami międzyludzkimi (również pomiędzy wujem i bratankiem), czytamy o parze, która nie może mieć dzieci, czytamy
o zaproponowanym na to rozwiązaniu, które działa, lecz – poprzez swe działanie – generuje zazdrość i nienawiść, morderczą nienawiść; czytamy o mężu, który, zdając sobie sprawę, jak trudno jest mu zadowolić swoją żonę i dać jej to, czego pragnie najbardziej, czyli dziecko – podporządkowuje się zamiast tego jej pełnym zazdrości żądaniom – w końcu chce mieć w domu przynajmniej TROCHĘ spokoju – najpierw szykuje się więc do wygnania ciężarnej służącej,
a następnie, gdy to się nie udaje, do wygnania jej wraz z jej synem. O rany! I ludzie nazywają to ŚWIĘTĄ Torą? Co w takim razie musiałoby w niej być, aby nazwali ją BEZBOŻNĄ?

Następnie mamy zaś rozdział odczytywany przez nas w dniu dzisiejszym, w którym Abraham nie tylko przygotowuje się do zamordowania tego ze swoich synów, który przy nim pozostał, ale, co więcej, zamierza to uczynić bez wiedzy i zgody swojej żony, a jego matki. Potem jego żona umiera; nie wydaje się, aby przedtem z sobą rozmawiali. Abraham zmuszony będzie negocjować zakup miejsca na jej pochówek, będzie musiał zorganizować synową, którą poślubi Icchak, sam też ponownie się ożeni i ponownie zostanie ojcem, i tak dalej. Przez cały ten czas Abraham żyje ze świadomością, że istnieje Bóg, z którym może debatować i sprzeczać się w pewnych – o ile nie we wszystkich – okolicznościach. Już wcześniej (w rozdziale 12) nakazano mu opuścić własny dom i rodzinę; aby uniknąć śmierci głodowej, musiał przenieść się za granicę oraz kłamać na temat swojej żony, aby uratować własną skórę; został uwikłany w wojnę pomiędzy różnymi królami i musiał uratować swojego bratanka Lota; targował się też z Bogiem w próbie – jak się okazało, nieudanej – zapobiegnięcia całkowitemu zniszczeniu niektórych miast wraz z ich mieszkańcami za sprawą potężnych ataków z powietrza; jego życie z pewnością nie było nudne, błędem byłoby jednak sądzić, że było ono zawsze wypełnione błogosławieństwem, spokojem
i płodnością.

A jednak czytamy o życiu Abrahama, i to regularnie, w synagogach. Nie ukrywamy żadnych
z wyżej wymienionych problemów, nie zaprzeczamy im. Nie poprawiamy obrazków za pomocą „fotoszopa” ani ich nie retuszujemy. Tora nakazuje dokonywać obrzezania – brit mila – lecz przyznaje, że może to być bolesne. Samo bycie w przymierzu, brit, może być bolesne. Może być dezorientujące. Słyszymy o obietnicach, które wprawdzie są składane, ale, jak się wydaje, nie zostają spełnione (czy Abraham ujrzał kiedykolwiek swych potomków tak licznych jak gwiazdy na niebie bądź żyjących bezpiecznie w swej własnej  ojczyźnie? Nie, w rozdziale 25 umrze jako nomada, nie posiadając żadnego majątku poza namiotem i obietnicą; ofiaruje swym urodzonym w dalszej kolejności synom dary pieniężne, lecz nigdy nie przekaże oficjalnie brit Icchakowi – Icchak odziedziczy go po prostu po śmierci swego ojca, niczym dziedziczny tytuł).

To wszystko jest ważne, bardzo, bardzo ważne. Żydowscy bohaterowie i bohaterki są ludźmi. Nie noszą aureoli. Czasem bywają nikczemni, czasem nie mają racji, popełniają błędy, grzeszą, odnoszą porażki, kłamią, walczą; pary sprzeczają się ze sobą. Ludzie umierają.

Można by zaproponować stwierdzenie, że z teologicznego punktu widzenia w chrześcijaństwie człowiekowi zostają przypisane atrybuty boskie, natomiast w judaizmie to Bogu przypisuje się cechy ludzkie. Bóg może się rozzłościć i zniecierpliwić. Nie będę się tu wdawał zbyt głęboko
w kwestie teologiczne, jednak znajdujemy się w kraju, na który bardzo głęboki wpływ wywarła doktryna i tradycje Kościoła Rzymskokatolickiego. Jesteśmy w kraju, który sam spędził długi czas na wygnaniu, zanim powrócił do ziemi obiecanej mu przez zewnętrzne mocarstwa, z na nowo zdefiniowanymi granicami – zarówno po pierwszej jak i drugiej wojnie światowej. W kraju cechującym się długą historią, po części starodawną, a po części współczesną; po części heroiczną i romantyczną, a po części – cóż, kłopotliwą. Pomyślcie tylko o losie wielu osób żyjących na obszarach, które nagle w 1945 roku stały się polskie. Ale pomyślcie też o losach wielu spośród tych, którzy aż do roku 1938 sądzili, że są Polakami, lecz którzy zostali następnie odrzuceni, pozbawieni swoich praw i swojej tożsamości, którym w owym czasie zabroniono nawet powrotu do kraju… Pomyślcie o losach tych, którzy żyli tutaj, jako Polacy, podczas wojny i po wojnie, a jednak byli izolowani, prześladowani i źle traktowani dlatego, iż z jakiegoś powodu uznano ich za  „niewłaściwy rodzaj Polaków” i za przedstawicieli „niewłaściwej” religii czy też grupy etnicznej. Pomyślcie o tych, którzy musieli uciekać z kraju i żyć na wygnaniu, również w roku 1968. Pomyślcie o tych, którzy zbuntowali się przeciwko totalitaryzmowi
i doprowadzili do czegoś, co było w istocie wojną domową – Polaków przeciwko Polakom, ideałów przeciwko ideologii.

Czy odważymy się o tym mówić? Czy odważymy się przyznać, że w owych trudnych, naznaczonych konfliktami czasach niektórzy zdradzali innych, że niektórzy walczyli raczej między sobą aniżeli ze wspólnym wrogiem? Że niektórzy byli gotowi zabijać sąsiadów
i krewnych oraz czerpać profity z tego, co tamci po sobie pozostawili?

Historią zajmuję się tylko amatorsko i nie twierdzę, że wszystko o niej wiem, ale WIEM jedno – że jeśli coś się wydarzyło, to żydowskie nauczanie głosi, iż mamy obowiązek to odnotować
i o tym rozmawiać, a nie starać się wyciszyć dyskusję o tych wydarzeniach lub udawać, że nigdy nie miały one miejsca. JEDYNYM sposobem na przepracowanie jakiejś niesprawiedliwości – niezależnie od tego, kto się jej dopuścił i na czym ona polegała – jest mówienie o niej na głos, mówienie otwarcie o losie, jaki spotkał ofiary, o ich cierpieniu i poniesionych przez nie stratach oraz otwarta dyskusja o motywach kierujących sprawcami, jak również o okolicznościach,
w jakich dopuścili się tego, czego się dopuścili – w historii często bywa tak, że nie wszystkie fakty były znane w chwili podejmowania działań, bądź ktoś miał do wyboru dwie opcje,
z których obie były złe, ale być może jedna z nich była gorsza od drugiej…. Tak jak to było
w przypadku Abrahama, gdy Bóg mówił mu jedną rzecz, podczas gdy żona mówiła mu być może coś innego; gdy obiecano mu wyidealizowaną wizję przyszłości, lecz musiał starać się przeżyć
w nie do końca idealnej teraźniejszości….

W Rosz Haszana każdy z nas staje przed Sądem Niebiańskim. Ale inni też to czynią – w Unetane Tokef stwierdza się, że „wszystkie stworzenia świata” –  nawet anioły – poddawane są w tym dniu osądowi. Nikt nie będzie z tego zwolniony. Mam nadzieję, że wyraziłem się wystarczająco jasno. Nie jest to tylko kwestia „tej historii” lub „tamtej historii”, „tej grupy ofiar” lub „tamtej grupy ofiar”. Nie chodzi o politykę, lecz o moralność. Chodzi o szczerość w kwestii  przeszłości. O otwartym mówieniu o ludziach, zarówno o ich słabościach jak i  mocnych stronach, o ich uchybieniach na równi z ich sukcesami i triumfami. O nie wycofywanie się na pozycje wybiórczego traktowania i „wybielania” historii. O nie zabranianie innym prowadzenia własnych badań i prezentowania swoich odkryć.

Osobiście mam nadzieję – i ufam, że podzielają ją również inni – że w nadchodzącym roku zaobserwujemy zmianę w nastawieniu, że ci, którzy usiłują zaprzeczać przeszłości bądź też ją przykrywać zmienią zdanie i zaczną ją studiować, mierzyć się z nią i ją przepracowywać. Ani my, ani oni nie możemy jej zmienić – ale możemy ją spisać, odczytywać na głos i wyciągnąć
z niej lekcję. A ostatecznie właśnie to jest w historii najważniejsze. Nasza przyszłość zależy
w dużej mierze od tego, jak zrozumiemy naszą przeszłość.

Wówczas faktycznie będzie to Szana Towa, Dobry Rok, rok, o którym w swoim czasie również będzie warto pisać, rok godzien zapamiętania i uczczenia.

Szana Towa!

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

EREW ROSZ HASZANA

EREW ROSZ HASZANA

 Rabin Walter Rothschild

 

Motywem przewodnim tzw. „Wielkich Świąt” czy też Jamim Norajim, Strasznych Dni, jest w istocie bardzo proste pytanie oraz udzielona nań odpowiedź:

Czy można naprawić raz wyrządzone zło? Zniewagę, zranienie, stratę finansową, nadszarpniętą lub zniszczoną relację, popełnioną niesprawiedliwość? Prosta odpowiedź brzmi: Nie, nie można. ALE – możemy jednak podjąć pewne działania.

– Możemy otwarcie przyznać się do tego, co uczyniliśmy.

– Możemy przeprosić za nasze zachowanie – albo osobiście osobę pokrzywdzoną, albo publicznie, bądź też (jeśli to możliwe) na oba te sposoby.

– Możemy obiecać, że dołożymy wszelkich starań, aby nie powielać więcej tego typu zachowania.

– Możemy wyciągnąć lekcję z tego doświadczenia.

Można by dodać jeszcze inne możliwe działania, lecz powyżej wymieniliśmy niektóre podstawowe zagadnienia. Koncepcje te znajdują odzwierciedlenie w naszym kalendarzu i w naszej liturgii na te świąteczne dni. W grę wchodzi zatem nasza relacja z samym sobą, która ucierpiała w ciągu minionego roku; dalej mamy też relacje łączące nas z naszymi bliźnimi, z naszą rodziną, naszą społecznością, naszym narodem oraz całym rodzajem ludzkim – a zatem nasz stosunek do ludzi, których nie znamy i których nigdy nie spotkaliśmy, lecz którzy mimo to są naszymi bliźnimi i żyją na tym samym świecie, co my; również i ta relacja mogła ulec nadszarpnięciu. Następnie mamy też naszą relację z Bogiem – z naszym Stwórcą i naszym Sędzią.

W Rosz Haszana, a zatem w dniu dzisiejszym, wchodzimy do Sądu zaniepokojeni i zestresowani, nie wiedząc tak naprawdę, czego możemy się spodziewać, nie wiedząc, jak zostaniemy potraktowani, czy sędzia orzekający w naszym osobistym, jednostkowym przypadku będzie łagodnie czy też surowo usposobiony, czy przynieśliśmy z sobą wystarczająco dużo dowodów na potwierdzenie naszych dobrych uczynków i dobrych intencji, aby pomogły one zrównoważyć długą listę uchybień, które nagromadziliśmy w ciągu tego roku i które, jak wiemy, widnieją na liście zarzutów. Nie wiemy, czy po zakończeniu procesu, który potrwa przez dziesięć dni, aż do nabożeństwa zwanego Neilą, orzeczone zostanie wobec nas (na co mamy nadzieję) zwolnienie warunkowe czy też – w najgorszym przypadku – wyrok śmierci, który zostanie wykonany przed końcem rozpoczynającego się właśnie roku.  

Podczas Kol Nidre przeprosimy za wszystkie przypadki, gdy obiecaliśmy Bogu, że postaramy się być lepsi, gdy obiecaliśmy, że będziemy stronić od pewnych błędów – i nie dotrzymaliśmy słowa. „Miej proszę na względzie, że mieliśmy dobre zamiary, nawet jeśli nie udało się nam ich zrealizować…”.

Przez cały długi dzień Jom Kipur będziemy zaniedbywać nasze potrzeby fizyczne, koncentrując się zamiast tego na naszych potrzebach duchowych; będziemy prosić o łaskę, o wyrozumiałość, o przebaczenie, o drugą szansę. W ciągu tych dziesięciu dni na pierwszy plan wysuwają się dwie zasadnicze koncepcje, uosabiane przez następujące elementy liturgiczne: Aszamnu – „Przyznajemy, że zgrzeszyliśmy” – oraz Awinu Malkenu – „Choć zgrzeszyliśmy, prosimy: bądź miłosierny dla nas i dla innych tu obecnych”.

Jedna z zasadniczych różnic pomiędzy owym Sądem a sądami ziemskimi polega na tym, że w tym pierwszym nie zatrudniamy żadnych prawników w charakterze naszych przedstawicieli. Sam jestem osobiście zaangażowany w pewną sprawę sądową, która niemiłosiernie się przeciąga i kosztuje mnie dużo czasu i pieniędzy; Muszę prowadzić korespondencję z moim prawnikiem, aby naświetlić sprawę,  opisać uwikłane w nią postacie i kontekst oraz aby przedstawić moje własne sugestie – a każdy list, każdy e-mail, każdy telefon i każde spotkanie wiążą się dla mnie z pewnym wydatkiem. Tak to już jest. Natomiast w sądzie niebiańskim sami reprezentujemy swoje interesy. Nie ma do nauczenia się wielu skomplikowanych zapisów prawa, choć rabini potrafią kompilować całe księgi pełne pomniejszych regulacji. Podstawowe zasady są wystarczająco jasne. Wiemy, co uczyniliśmy i wiemy, o jaką stawkę toczy się gra.

Kolejna zasadnicza różnica jest taka, że w tym przypadku stajemy przed sądem jako wspólnota, a nie tylko jako odrębne jednostki. Nie musimy się narażać na publiczne upokorzenie, stojąc samotnie przed całą resztą z wskazującą na nas dużą, czarną strzałką z napisem OSKARŻONY. Nie – gromadzimy się wspólnie z innymi członkami kongregacji, zarówno z osobami, które już znamy, jak i z nieznanymi nam ludźmi, i wspólnie siedzimy i stoimy, wspólnie czytamy, prosimy i śpiewamy; prawie przez cały czas przemawiamy wspólnie jako społeczność, mówimy „MY zgrzeszyliśmy”, a nie „ja zgrzeszyłem/am”.

Oto gorzka, ale ważna prawda: nie możemy cofnąć tego, co już zostało uczynione. Nie możemy „cofnąć zegarków” o rok. Nie można zaprzeczyć, że ktoś został zraniony, a ktoś inny doświadczył zaś cierpienia fizycznego, stracił posiadany majątek, stracił pracę lub przestał nas kochać. To się już wydarzyło i, jak mawia przysłowie, „różnica pomiędzy Bogiem a historykiem jest taka, że Bóg nie może zmienić tego, co się już wydarzyło”. To, co się stało, to się nie odstanie.  Nie powinno było się stać, być może nie chcieliśmy, aby tak się stało, być może nie spodziewaliśmy się, że tak się stanie, a być może potajemnie chcieliśmy nawet, aby tak się stało, lecz nie spodziewaliśmy się, że sprawa ta wyjdzie na jaw! Ale – to już się stało. Zdarzają się zupełne przypadki oraz sprawy, które wymykają nam się z rąk. Zdarzają się nieporozumienia, jak również celowe ataki oraz umyślne zniewagi i umyślnie wyrządzone krzywdy – działania podejmowane z zamiarem zranienia drugiej osoby w wymiarze fizycznym, psychicznym bądź finansowym. Niekiedy dwie osoby wdają się w spór i OBIE ponoszą porażkę  (zdarza się to o wiele częściej, niż wiele osób zdaje sobie sprawę). A jednak każda ze stron uważa samą siebie za niewinną, za ofiarę.

Tak więc rozpoczynamy, wspólnie, nasz proces tszuwy. Proces powrotu. Powrotu do miejsca, w którym chcielibyśmy się znajdować, powrotu do stanu poprzedzającego wydarzenie się tego, co się zdarzyło. Wiemy, że jest to niemożliwe – ale też nie była to nigdy wystarczająca wymówka, aby nie próbować. Wiemy, że niemożliwe jest samo trwanie przy życiu – nasze organizmy są niekończącym się polem walki zaludnianym przez komórki, wirusy i bakterie. Jesteśmy – z fizycznego punktu widzenia – zaledwie workami wody próbującymi ustać w pozycji pionowej, podtrzymywanymi przez kości, które starzeją się i stają coraz bardziej kruche, przez mięśnie, które chwytają skurcze, przez żyły i tętnice, którym zdarza się powykręcać lub zatkać; workami wypełnionymi narządami, które ulegają nieraz nadwątleniu…. Jesteśmy wystawieni na działanie rozmaitych  żywiołów – a grawitacja jest zaledwie jednym z nich; każdego dnia tyle rzeczy może pójść nie tak jak trzeba i faktycznie, każdego dnia tysiące osób wstaje z łóżka i zaczyna dzień, nie zdając sobie sprawy, że nie dożyją wieczoru, gdy mieli się znów położyć do swoich łóżek. Tak to nieraz bywa. Lecz mimo to wstajemy i rozpoczynamy nasze dni, mając nadzieję, że uda nam się przetrwać i utrzymać przy życiu. Pomimo wszystko. Pomimo głupot, jakie popełniamy, pomimo nieodpowiednich produktów i substancji, które jemy i pijemy bądź którymi oddychamy. Wiemy bowiem, że każdy z nas posiada również duszę – coś, czego nie da się zmierzyć, leczyć ani przywrócić do życia w rozumieniu medycznym.

Wiemy, że ciało nie może żyć wiecznie, że jesteśmy istotami o ograniczonym czasie istnienia, śmiertelnymi, nieustannie podupadającymi na zdrowiu, starzejącymi się, podlegającymi nieustannym atakom zarówno z wewnątrz, jak i z zewnątrz – lecz mimo to dalej robimy swoje. I podobnie jest też z tszuwą – choć wiemy, że powrót do wcześniejszego miejsca jest niemożliwy, to i tak podejmujemy taką próbę i robimy w tym kierunku wszystko, co w naszej mocy.

Bowiem niepodjęcie próby oznaczałoby, że ponieśliśmy porażkę zanim jeszcze  zdążyliśmy na dobre rozpocząć oraz że zdradziliśmy samych siebie oraz innych, którzy na nas polegają i liczą na to, że pojawimy się wraz z nimi w kongregacji.  Zdradzilibyśmy nasze własne dusze.

Życzymy sobie nawzajem „Szana Towa”. ROKU, całego roku… dobrego roku, roku, w którym będziemy dobrzy oraz w którym sami również będziemy doświadczać dobra. Oby każdy z nas zasłużył na zostanie zapisanym w niebiańskich rejestrach sądowych, na zostanie skazanym na: kolejny rok życia.

 Rabin Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Kochać to widzieć potencjał. Refleksja nad paraszą Nicawim.

Kochać to widzieć potencjał. Refleksja nad paraszą Nicawim.

 Menachem Mirski

Gdyż przykazanie to, które ci przykazuję dzisiaj ani niedościgłem dla ciebie ani dalekiem. Nie na niebie ono, żebyś rzekł: któż wstąpi dla nas do nieba, aby go nam dostał, i obwieścił je, abyśmy je pełnili! Ani za morzem ono, abyś rzekł: kto przeprawi się dla nas za morze, i dostanie go nam, i obwieści je, abyśmy je pełnili! Lecz nader bliskiem tobie słowo to: w ustach ono twoich, i w sercu twojem, abyś je pełnił! Patrz, składam przed tobą dzisiaj życie i dobro, śmierć i zło.

Pwt 30, 11-15, tłum. I. Cylkow.

Naród Izraela posiadał swoich kapłanów, lecz w przeciwieństwie do kapłanów świątyń egipskich czy greckich, ich wiedza na temat bożego prawa nie była czymś ekskluzywnym. Co prawda ich wiedza i pozycja (jak również rabinów, ich bezpośrednich spadkobierców) czyniła ich decyzje decyzjami wyższej rangi, lecz liderzy społeczności żydowskich zajmowali się zawsze prawem i tradycją dostępną wszystkim.

Według Miszny (traktat Joma, rozdział 8), człowiek, który jadł i pił w Jom Kipur (a więc złamał dwa spośród zakazów obowiązujących w to święto), lecz uczynił to nieświadomie (np. nie wiedział o istnieniu owych zakazów lub nie zdawał sobie sprawy, że oto nastał Jom Kipur), zobligowany był do złożenia tylko jednej ofiary zagrzesznej w Świątyni. Jeśli natomiast dokonał tego umyślnie, musiał złożyć dwie ofiary, za każdy z grzechów z osobna. A ponieważ nie istnieją obiektywne wyznaczniki, które pozwoliłyby nam rozstrzygnąć czy dana osoba uczyniła coś umyślnie, czy też nie, człowiek więc sam musiał zdecydować o tym w swoim sumieniu.

Tego rodzaju moralna autonomia jednostki przynależy do istoty naszej religii. Judaizm nie jest i nigdy nie był wiedzą tajemną, dostępną tylko garstce wybranych, chcącej sprawować władzę nad ludzkimi sumieniami. I choć natura Boga pozostaje przed nami ukryta, to Tora, w której jest On obecny, została nam objawiona i jest udziałem oraz wspólną własnością wszystkich ludzi, którzy ją zaakceptowali jako drogę w swoim życiu (Pwt 29, 28).

Przypomnijmy tu kogo tak naprawdę wybrał Bóg: naród de facto słaby, uciemiężony i straumatyzowany 400-letnią niewolą. Dlaczego to uczynił? Tradycja obfituje w odpowiedzi na to pytanie. Jedna z nich, wyrażona wprost w Biblii, mówi: przez wzgląd na obietnicę, którą złożył jego sprawiedliwym przodkom. Kolejna odpowiedź głosi, iż dokonał tego ze swojej przeogromnej miłości do Izraela, jak też do całej ludzkości. Jeszcze inna odpowiedź, jaką tu zaproponuję, brzmi: Bóg wybrał Izraelitów, bo widział w nich potencjał.

Wszystko to, o czym wspomniałem powyżej, świadczy o głębokim zaufaniu, jakim Bóg obdarzył człowieka. W każdym z nas widzi On potencjał do zrealizowania i chce, abyśmy ów potencjał również dostrzegli i dążyli do jego urzeczywistnienia.

Ibn Ezra w swoim komentarzu do wersetu Pwt 30, 16 podkreśla: Kochać ów Byt (tj. Boga) to sprawa zasadnicza. Jednakże kochać Boga to także widzieć potencjał zmiany w świecie, zmiany, którą On, jak i my z jego pomocą, możemy wspólnie dokonać i dokonujemy. Religie jako takie są swego rodzaju projektami dla świata, projektami jego przemiany. Operują one wizjami przyszłego, lepszego świata oraz prawami, normami zachowań i szczegółowymi instrukcjami, jak mamy ów nowy porządek świata sprowadzić.

Widzieć potencjał w drugim człowieku to coś, o czym często zapominamy, skupiając się na jego konkretnych działaniach i tych działań rezultatach. Świat, w którym żyjemy jest tak zorganizowany, że zasadniczo zmusza nas do takiego podejścia do innych. Zmusza nas do myślenia przede wszystkim w kategoriach praktycznych, tego co jest tutaj i teraz (jest to w dużej mierze zasadne i nie ma w tym nic złego, póki nie redukujemy wszystkiego do takiego właśnie podejścia). W przeważającej ilości dziedzin naszego życia ważne jest tylko to (a raczej uczyniono ważnym tylko to), co dana osoba w tym konkretnym momencie potrafi. W ten sposób nasze życie stało się nieustającym konkursem umiejętności, piękności itd. – czyli konkursem wszystkiego, co aktualne, co już zostało zrealizowane lub może zostać zrealizowane lada chwila. Poddajemy się temu dyktatowi chwili i owego nieustającego konkursu, i dopasowujemy do tego nasze marzenia. Jedynie garstka ludzi potrafi się z tego schematu wyzwolić. Część z nich dokonuje tego skutecznie i sukcesywnie, i to właśnie ci ludzie dokonują często naprawdę głębokich zmian w świecie. Część z nich jednak, z różnych powodów, niestety ląduje na marginesie ludzkiego życia, a tkwiący w nich potencjał zostaje zmarnowany.

Miłość do drugiego człowieka polega m.in. na tym, iż widzimy w nim jego wewnętrzne dobro i potencjał przyszłego dobra, które dopiero będzie owocem jego działań. Owo widzenie potencjału jest wręcz esencją miłości rodzicielskiej. Gdy nie dostrzegamy w swoich dzieciach ich wrodzonych talentów i potencjałów, lub dostrzegamy je, lecz ignorujemy i usiłujemy owe ludzkie istoty oraz ich życie wykreować wedle własnego widzimisię, robimy im tak naprawdę krzywdę. Czy owa krzywda później zniszczy im życie, to zależy od wielu innych czynników, ale generalnie czyniąc tak jesteśmy na najlepszej drodze do tego.

Kochając dojrzale widzimy rzecz jasna słabości, niedostatki i ewidentne wady osób, które kochamy, ale jeśli kochamy naprawdę, to nie przysłaniają nam one zalet i wszystkiego co dobre w drugim człowieku – te widzimy w nim przede wszystkim. Na tym polegała i polega miłość Boga do Izraela, choć ogrom biblijnych narracji opisujących Jego gniew przesłania nam czasem ów wątek. Bóg z pewnością spodziewał się porażek swojego ludu i choć wielokrotnie wylewał na ów lud swój gniew, nigdy go jednak nie opuścił, nigdy nie zerwał z nim Przymierza, bowiem to kim jesteśmy jest wynikiem sukcesów i porażek naszych przodków.

Nadchodzący czas Wielkich Świąt jest nie tylko czasem refleksji nad naszymi moralnymi/religijnymi transgresjami (mówiąc potocznie: grzechami), które popełniliśmy w mijającym roku. To również czas bilansu naszych życiowych osiągnięć i refleksji nad nimi, bowiem owe osiągnięcia są nierozerwalnie związane z naszym postępowaniem: naszymi grzechami oraz błędami. To jednocześnie czas refleksji nad tkwiącym w nas potencjałem, tym który zrealizowaliśmy i tym, który zmarnowaliśmy. W Nowym, 5779 Roku pragnę życzyć wszystkim, aby prócz realizacji rozmaitych, niezrealizowanych dotąd potencjałów, stale pogłębiali swój wgląd w drugiego człowieka, niezależnie czy bliskiego nam, czy nie, oraz stałego rozwijania zdolności dostrzegania wszelkiego potencjału dobra w innych ludziach, nawet – lub zwłaszcza wtedy – gdy owo postrzeganie zostało wypaczone przez nasze, niekoniecznie pozytywne, doświadczenia z owymi osobami.

Szabat szalom!

Menachem Mirski