WAJESZEW

WAJESZEW

Rabin dr Walter Rothschild

Sidra na ten tydzień zaczyna się od spokojnego, dodającego otuchy wersetu, w którym czytamy, iż Jakub w końcu ma poczucie, że może osiedlić się bez obaw na ziemi, gdzie jego przodkowie byli zaledwie wędrownymi cudzoziemcami. „Wajeszew Jaakow beerec megurej awiw, beerec Kanaan”. Jest to, niestety, chyba ostatni spokojny werset w całej tej sidrze. Jak na ironię, zanim rozdział ten dobiegnie końca, Józefowi, czyli synowi, którego Jakub faworyzował kosztem innych, udało się wszystkich zirytować ciągłym nawijaniem o snach o własnej wspaniałości. Zamiast liczyć na Boga, jego przyszywani bracia postanowili wziąć sprawy w swoje ręce,  porwali go i – nie jest do końca jasne, kto kogo komu sprzedał i za ile, ale nie ma to tak naprawdę znaczenia; nagle Józef NIE zamieszkuje już na ziemi, na której osiedlił się jego ojciec i na której przebywał jego dziadek, ale sam jest obcym w obcej ziemi – a do tego jest bezsilnym niewolnikiem, kupowanym i sprzedawanym jak rzecz, jak przedmiot. Również dla Jakuba zamieszkiwanie na tych terenach, ale bez swego ukochanego syna, to tylko połowiczne życie.

W rozdziale 35 Jakub wraz ze swoim bratem bliźniakiem Ezawem, z którym był skłócony (a który również miał pięciu synów z trzech żon, ale jakimś cudem bez podobnych napięć między rodzeństwem), pochowali wspólnie swojego ojca Izaaka w Hebronie – i jak na ironię ta część rodziny, teraz zwana Edomitami, OPUSZCZA tę ziemię. W Rdz 36,6 Ezaw „wziął żony swoje, i synów swoich, i córki swoje, i wszystkie >>dusze domu swego<<” (jest to powtórzenie zwrotu użytego w odniesieniu do Abrahama i Sary w 12,5) i wszystkie swoje zwierzęta i dobytek, jaki nabył w Kanaanie, i udał się na inne tereny, z dala od swego brata Jakuba, gdyż nie mogli mieszkać razem na „ziemi, na której przebywali jako przechodnie”. A zatem  skierowali się na wschód do ziemi, która zaczęła być określana mianem Edomu od przydomka Ezawa („czerwonego”) – na terytorium zwanym obecnie królestwem Jordanu. Ezaw dobrowolnie i całkiem rozsądnie idzie w swoją stronę, żeby uniknąć potencjalnego konfliktu, co przywodzi na myśl podział, do jakiego doszło wcześniej między Abrahamem i Lotem albo pomiędzy Jakubem i Awimelechem, kiedy ich trzody i stada stały się zbyt duże, aby mogli wspólnie korzystać z tych samych  ograniczonych zasobów ziemi i wody. Jakież to dziwne i zarazem wygodne: Jakubowi – który tak bardzo obawiał się Ezawa, kiedy wracał z Haranu w rozdziale 32, który wysłał przodem dary i następnie w rozdziale 33 najpierw w końcu spotyka Ezawa, a potem go okłamuje, mówiąc, że pójdzie za nim, ale tak naprawdę zamierzając osiedlić się w Szechem, kupić ziemię i przestać się tułać – przytrafia  się kłopotliwa sytuacja (delikatnie rzecz ujmując), gdy dwóch jego synów dokonuje rzezi mieszkańców Szechem (rozdział 34). Jednak teraz jest już w Rdz 37,1 i może odetchnąć spokojnie, bo wszyscy ludzie stanowiący dla niego zewnętrzne zagrożenie sami uprzejmie usunęli się z pola widzenia – tylko po to, żeby zmierzyć się teraz z wewnętrznymi napięciami, które prowadzą do rozpadu jego rodziny.

Rzadko się zdarza, żeby ktokolwiek przyglądał się całemu temu kontekstowi i właśnie dlatego bez żadnych wyrzutów sumienia przytaczam obszerne fragmenty zeszłotygodniowej sidry. Nic nie dzieje się w próżni. Synowie Jakuba nie są głupi i widzieli, jak ich ojciec okłamywał własnego brata, musieli też wiedzieć o tym, że ich ojciec był gotów uciec się do podstępu wobec własnego ojca, Izaaka, i udawać, że jest kimś innym – ich wujkiem. (A skoro już o tym mowa, to musieli też wiedzieć, że babka Riwka zachęcała ich ojca do snucia intrygi, zaś potem musieli mieć świadomość, że matka Lea [matka sześciu z nich] oszukała matkę Rachelę [matkę Józefa i Benjamina], zgadzając się, aby wydano ją za mąż za ich ojca jako pierwszą, dochodząc tym samym praw należnych pierworodnej córce). Więc kiedy to oni z kolei  spiskują wspólnie, aby pozbawić ich brata Józefa wszelkich praw i przywilejów przynależnych pierworodnym, albo kiedy namawiają się, żeby oszukać swego ojca, pokazując mu kawałek poplamionej krwią szaty (którą sami zaplamili!), mamy prawo zapytać, gdzie nauczyli się takich metod postępowania.

A potem nagle w rozdziale 38 dochodzi do całkowitej zmiany scenerii, ale jest to zasadniczo kolejna historia o prawach i dziedzictwie pierworodnych. Juda żeni się z miejscową dziewczyną w Kanaanie (cóż, właśnie z tym wiąże się bycie tam stałym mieszkańcem, a nie tylko wędrownym przybyszem) i ma syna Era, a potem drugiego, Onana, a potem trzeciego, Szelacha. Tak po prostu. Bez żadnych długotrwałych problemów z niepłodnością. Jakub został więc dziadkiem, choć nie pojawia się żadna wzmianka o jakichkolwiek kontaktach, nie wspomina się też o tym, że Er jest pierworodnym wnukiem ani o żadnych przywilejach. Czytamy tylko, że Juda bierze żonę dla Era (przypuszczalnie również miejscową dziewczynę, a nie jedną z jego bratanic?) – Tamar, co po hebrajsku oznacza palmę daktylową. Jednak Er przedwcześnie umiera. Co zrobić? Jako że był pierworodnym, ważne jest, żeby zachować jego ród, więc Tamar zostaje po prostu wydana za Onana, z założeniem, że Onan powinien zapewnić syna swojemu zmarłemu bratu. W kontekście tego, jak do tej pory bracia oszukiwali się nawzajem, żeby uniemożliwić sobie uzyskanie statusu i dziedzictwa, trudno uznać za zaskakujące, że Onan nie chce wypełnić swojego obowiązku – później określanego mianem „małżeństwa lewiratu”, choć to Juda, a nie Lewi, jako pierwszy zaaranżował to rozwiązanie. (W istocie jest to tylko kiepska gra słów, termin lewir wywodzi się z łaciny, a nie z hebrajskiego, i oznacza po prostu „szwagra”). A zatem Onan również nagle znika ze sceny. W rezultacie Tamar jest podwójną wdową, która utknęła, czekając, aż jej pozostały przy życiu szwagier będzie wystarczająco dorosły, aby wypełnić spoczywające na nim zadanie. W międzyczasie jej teściowa Szua również umiera i Juda, teraz samotny wdowiec, szuka nieco pocieszenia na zasadach komercyjnych. Tamar wykorzystuje tę sytuację i przebiera się (tak aby Juda nie spostrzegł, z kim jest na „randce w ciemno”) i w końcu zachodzi w ciążę – ale ze swoim teściem, a nie szwagrem. Juda wścieka się na jej „niewierność” (choć w rzeczywistości Tamar nie jest już zamężna, a tylko zaręczona trzeciemu synowi), aż zostaje przez nią publicznie zawstydzony, kiedy kobieta walczy, aby uratować się przed straceniem. Efektem jest – o nie! – KOLEJNA para spierających się ze sobą bliźniaków, Perec i Zera.

Co do diaska próbuje nam powiedzieć Tora w tym rozdziale? Nie jest to rozdział szczególnie mocno eksponowany w Bibliach dla dzieci.

W międzyczasie Józef zmaga się z własnymi pokusami i problemami w Egipcie, gdzie został kupiony przez naczelnika policji; żona naczelnika znajduje w nim upodobanie i składa przeciwko niemu fałszywe oskarżenia, gdy Józef NIE ulega jej naciskom i prośbom. (Powiedziałbym „jej wdziękom”, ale w Torze nigdzie nie napisano, że była atrakcyjna, a tylko, że Józef był przystojny… Zaś na podstawie „argumentu z milczenia” można wywnioskować, że była bezdzietna i być może, tak samo jak Tamar, chciała po prostu rozpaczliwie zajść w ciążę z kimkolwiek, kto był akurat pod ręką, w czasie gdy jej zajęty mąż był zawsze poza domem, walcząc z wrogami faraona; w innym wypadku po co podejmowałaby takie ryzyko?).  Gdybyśmy myśleli, że Józef nie może już upaść niżej, to odtąd nie jest już tylko  niewolnikiem, lecz uwięzionym niewolnikiem. Raz jeszcze interpretuje sny – tym razem cudze – i jego wykładnia sprawdza się, gdyż jeden z jego współwięźniów zostaje stracony, a drugi podlega amnestii i wychodzi z więzienia – ale, choć obiecał, że wstawi się za Józefem, zapomina to zrobić.

Jakże długą i krętą drogę przebyliśmy od pierwszego wersetu rozdziału 37 do 23 wersetu rozdziału 40! Jakub myślał, że w końcu osiedlił się spokojnie w jednym miejscu, ale najpierw jego ulubiony syn znika i zostaje uznany za zmarłego, a potem jego czwarty w kolejności syn traci dwóch swoich synów i nieświadomie płodzi dwóch kolejnych synów, którzy będą również jego wnukami…, zaś Józef w Egipcie utknął w zatęchłym więzieniu. Później będziemy się definiować jako „dzieci Jakuba” albo „dzieci Izraela” (to jego alternatywne imię), ale szczerze mówiąc można się zastanawiać, czy jest to rodzina, z której można być dumnym albo czy nie wolelibyśmy pominąć milczeniem naszego pochodzenia…

Jaką możemy z tego wszystkiego wynieść lekcję?

Po pierwsze – że trzeba zachować czujność. Właśnie w momencie, kiedy mamy poczucie, że możemy odetchnąć z ulgą i że udało się wyeliminować inną grupę etniczną z kraju, może dojść do następnej katastrofy!

Po drugie – o potrzebie skromności. Nasi przodkowie nie byli typem ludzi, których można stawiać za wzór moralnej prawości, synowskiej miłości, solidarności między rodzeństwem, etyki i duchowości. Gdy pracuje się z ludźmi, można się szybko przekonać, że do większości przypadków znęcania się i przemocy – w tym seksualnej – dochodzi w domu, w ramach rodziny. Ci politycy i fundamentalistyczni duchowni, którzy trąbią o „wartościach rodzinnych!” jako o recepcie na wszystkie współczesne problemy, powinni mieć tego świadomość. Często można odnieść wrażenie, że nigdy tak naprawdę nie przeczytali książki, którą tak chętnie stawiają za wzór. Trzeba przyznać, że niektóre rodziny opisane w tych rozdziałach zostałyby określone raczej jako „patchworkowe” i jako „dalsza rodzina”, ale wszystkie są dysfunkcyjne.

Po trzecie – że trzeba mieć świadomość, iż za wieloma rozgrywającymi się wydarzeniami MOŻE się kryć długoterminowy boski plan. Plan Boga jest wyraźnie taki, żeby Jakub i jego rodzina przybyli, aby osiedlić się w Egipcie – pod koniec rozdziału 46 oraz w 47,6 przybywają, aby „mieszkać, osiedlić się” „jaszwu baarec Goszen” – użyto tu tego samego słowa, od którego zaczęła się nasza sidra Wajeszew. Bóg powiedział już Abrahamowi, że jego potomkowie będą zmuszeni udać się do obcej ziemi, gdzie będą musieli służyć innym… W Rdz 15,13 Bóg oświadczył Abrahamowi, że jego potomkowie będą służyć innemu ludowi na obcej ziemi przez czterysta lat, ale w 17, 8 powiedział mu również, że jego potomkowie odziedziczą „erec megurecha, erec Kanaan”,  „ziemię, na której przebywasz jako przychodzień, całą ziemię kanaanejską”. Tekst pełen jest takich nawiązań, przywołań i gry słów tworzących tło i szerszą perspektywę dla narracji i zawsze zachodzi niebezpieczeństwo, że jeśli będziemy się każdorazowo skupiać tylko na jednej sidrze, to przeoczymy te analogie i cały ten kontekst.

O Perezie wspomni się ponownie w 46,12 jako o członku rodziny Judy, który przybył do Egiptu jako uchodźca z ziemi, którą dopadła klęska głodu, ale, co o wiele bardziej znaczące, w Rut 4 Perez został wymieniony jako jeden z przodków Boaza, a zatem również króla Dawida… Oznacza to, że Dawid, który również jest młodszym synem i musi przyćmić swoich starszych braci i który sam też będzie miał wielu skorych do rywalizacji synów urodzonych mu przez kilka różnych żon (niektóre z nich były nawet jego własnymi żonami!), sam wywodzi się od kogoś, kto urodził się w niezwykłych okolicznościach opisanych w czytanej w tym tygodniu sidrze (oraz miał moabicką matkę). Czy już w tym miejscu można doszukać się Bożego planu? Po co w innym razie zamieszczano by w ogóle ten rozdział?

Historia będzie miała dalszy ciąg. Nie przegapcie ekscytującego odcinka w przyszłym tygodniu! (Uwaga na spojler – Józef wyjdzie z więzienia! Jego bracia przybędą, żeby kupić zboże z państwowych magazynów, zaś ich właśni potomkowie będą musieli później zbudować kolejne magazyny…). Nigdy nie zapominajmy jednak, że każdy odcinek jest właśnie tym – zaledwie jedną częścią długiej historii, która (dzięki Bogu!) jeszcze się nie skończyła…

Szabat Szalom,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Wajera

Wajera

Rabin dr Walter Rothschild

Sidra ta przepełniona jest dramatyzmem. Zaczyna się od zaproszenia trzech przechodzących podróżnych, którzy są – o czym nie wiedział Abraham – w istocie aniołami w przebraniu mającymi za zadanie sprawdzić, co tak naprawdę dzieje się w Sodomie. Potem dochodzi do dobrze znanych pertraktacji między Abrahamem i Bogiem, w których Abrahamowi udaje się przekonać Boga do obniżenia poprzeczki, tak żeby wystarczyło zaledwie dziesięciu sprawiedliwych w mieście – i w tym momencie Bóg ucieka, zanim zostanie zmuszony do pójścia na jakieś dalsze ustępstwa. Potem mamy melodramatyczny rozdział 19, w którym anioły spotykają bratanka i adoptowanego dziedzica Abrahama, Lota, syna jego zmarłego brata Harana (patrz Rdz 11, 27-30), a Lot poznaje swoich współobywateli od najgorszej strony, z nieba spada ogień i tylko niektórym udaje się uciec…. Ale jak na ironię Lotowi, choć jest straumatyzowany i zamroczony alkoholem, i tak udaje się spłodzić dwóch synów z kazirodczego związku, choć nie miał nawet świadomości, co robi. Stanowi to wyraźny kontrast w porównaniu ze staraniami i bolesnymi przeżyciami, z jakimi musieli zmagać się do tej pory Abraham i jego żona Sara. W rozdziale 20 Abraham musi iść do Gerar, niezmiernie się obawia, że zostanie tam zamordowany, tak by inni mogli zaznać przyjemności z jego żoną, i ucieka się do kłamstwa. W dziwnej scenie Bóg ukazuje się nocą Abimelechowi, królowi Geraru, i mówi: „Ręce precz”! W 20, 17-18 Bóg uchyla karę niepłodności, jaką nałożył na Gerar, i nagle wszyscy mają dzieci.

W rozdziale 21 (w końcu!) będąca już w podeszłym wieku Sara rodzi syna i naciska na Abrahama, żeby wygnał – czyli w praktyce zamordował – Hagar i Izmaela. Abimelech pojawia się, żeby rozstrzygnąć spór graniczny jak mężczyzna z mężczyzną; w rozdziale 22 Bóg mówi nagle Abrahamowi, żeby związał i złożył w ofierze jedynego syna, który mu pozostał (mam nadzieję, że znamy tę opowieść, którą czytamy również w Rosz Haszana), zaś po nieoczekiwanym i pozbawionym dramaturgii zakończeniu Abraham powraca – najwyraźniej bez Izaaka, ale przynajmniej go nie zabił – z powrotem do Beer Szewy.

Był to dość traumatyczny ciąg wydarzeń; Abraham zakłada, że stracił swojego bratanka Lota; zakłada, że stracił swojego pierwszego syna Izmaela i jego matkę; przeszedł właśnie przez piekło, oszukując zarówno swoją żonę, jak i syna i prawdopodobnie niszcząc sobie przy tym relacje z obojgiem z nich. (Sara umrze na początku następnego rozdziału; nie wspomina się, żeby doszło między nimi do pojednania, nie ma w ogóle wzmianki o jakiejkolwiek rozmowie). I wtedy – kiedy wydawało się, że sprawy nie mogą już przybrać gorszego obrotu – „doniesiono Abrahamowi, że jego pozostały przy życiu brat Nachor wraz z żoną Milką doczekali się ośmiu synów i wnuczki, tak po prostu, a kolejnych czterech synów urodziła mu nałożnica!”. Nie wiemy, kto mu o tym powiedział, ale wieści te jakoś do niego dotarły, dawka, akurat teraz. Abraham, który poniósł porażkę jako ojciec, nagle stał się po dwunastokroć wujkiem.

Czy są to „dobre wieści”? Cóż, z pewnością są takimi dla Nachora, który jest już dziadkiem i oczywiście niektórzy członkowie jego rodziny odegrają ważną rolę w historii patriarchów – Abraham w odpowiednim czasie ożeni swojego syna z wnuczką swego brata, Rebeką (uwaga na spojler!) – jednak wieści te jeszcze bardziej uwydatniają jego własne porażki jako mężczyzny, męża i ojca. A może – zwróćmy baczną uwagę na użyte tu słowa: „Milka, żona Nachora, urodziła mu ośmiu synów” – podkreślając status żony jako matki, stawia się tym samym na świeczniku Sarę, jego własną żonę, która pozostała bezdzietna aż do wieku 90 lat i nigdy nie miała więcej niż jednego syna.

Czy jest to po prostu kwestia „szczęścia”, czy może wyraz jakiegoś boskiego planu? Terach (niczym Noach) miał trzech synów: jeden z nich miał syna, Lota, i zmarł w młodym wieku; drugi nie miał żadnych synów, zaadoptował swojego bratanka, wyruszył w drogę i przeżył wszystkie opisane tu przygody; trzeci pozostał w domu i został prawdziwym patriarchą. Nie mówi się nam, że Nachor był szczególnie dobry albo że zasłużył sobie na takie szczęście rodzinne i wysoki status społeczny – po prostu „tak się stało”. Zaś Abraham, któremu Bóg obiecał: „uczynię z ciebie naród wielki” (12, 2) i „twoje potomstwo będzie tak liczne jak gwiazdy na nocnym niebie” (15, 5) ma w tym momencie prawo czuć, że Bóg wystrychnął go na dudka i nie spełnił tych proroctw.

Oczywiście Abraham nie jest już młodym człowiekiem. Tym bardziej zaskakuje fakt, że po tym, jak owdowiał w wieku 137 lat i w 24, 1 napisano, że „zestarzał się i posunął w latach” – zaaranżował jeszcze znalezienie żony dla swojego syna, ponownie się ożenił i (w 25, 1-4) miał sześciu kolejnych synów, którzy dorośli i opuścili go, zanim umarł trzydzieści osiem lat później w wieku 175 lat. Jest to kolejne nieoczekiwane doniesienie i tym razem synowie ci NIE odegrają żadnej dalszej roli w narracji o patriarchach. Nie odziedziczą przymierza. Jaką powinniśmy wynieść z tego lekcję? Że w starszym panu wciąż tli się jeszcze życie? Że w suchym drzewie wciąż mogą jeszcze krążyć soki? Że nie należy nigdy wyzbywać się nadziei? Że niedobrze jest pozostawać samotnym po tym, jak się owdowieje?

Ale wróćmy do końca naszej sidry: Jak powinien był zareagować Abraham? Radością? Wdzięcznością wobec Boga za pomyślność swojego brata? Wysłaniem mu przez posłańca zwięzłej wiadomości „Mazal tow!”? Kolejny raz Tora płata nam figla, nie udzielając żadnych informacji. Wyraźnie uważa za ważne, żeby poinformować nas o imionach wszystkich chłopców, obu matek i wnuczki – ale nie „potrzebujemy” wiedzieć, jaką drogą dotarły wieści ani jaki wywarły wpływ na odbiorcę. Albo, żeby lepiej to ująć – jeśli CHCEMY wiedzieć, to musimy sami wypełnić te luki i napisać midrasz.

Izmael również miał dwunastu synów – najwyraźniej wszystkich z tej samej matki – ale Abraham nigdy się o tym nie dowie, bo nawet my dowiadujemy się o tym dopiero w Rdz 25, 12-16 bezpośrednio po pochówku Abrahama. Zaś później oczywiście wnuk Abrahama Jakub również będzie miał dwunastu synów, choć dopiero po wielu udrękach – i to synów urodzonych przez cztery różne matki. Dwanaście wydaje się tu być magiczną liczbą. Dlaczego akurat dwanaście? Wystarczająco na drużynę piłkarską plus jeden rezerwowy? Nawiasem mówiąc, brat bliźniak Jakuba, Ezaw, poślubi dwie Hetytki (tylko po to, żeby zirytować swoich rodziców), a potem swoją kuzynkę, córkę Izmaela, z którą ma pięciu synów (36, 1-4); zaś ze związku z Adą jednego syna i sześciu wnuków; ze związku z Oholiab trzech synów; ze związku z Basemat jednego syna i czterech wnuków (Rdz 36, 1-19). (Jeśli to w czymś pomoże, to król Ibn Saud, który ustanowił Arabię Saudyjską w 1932 roku, miał ponoć dwadzieścia dwie żony i około setki dzieci, w tym 45 synów, z których 36 dożyło dorosłości; ale żeby zdobyć władzę musiał zdetronizować swego ojca i pozbawić prawa do tronu pięciu braci).

Czy notujemy wszystkie te informacje? Tora uznaje to wszystko za godne odnotowania.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawy, wydaje się, że Przymierze, Brit, które Bóg zawarł z Abrahamem, może być przekazywane tylko jednej osobie w każdym pokoleniu. Dlaczego tak jest, nie wiemy. Abraham musi zdecydować, czy wybrać pierworodnego syna urodzonego przez nałożnicę, czy może drugiego syna urodzonego przez żonę? Izaak mierzy się z trudnym wyborem między jednym a drugim bratem bliźniakiem; wybór ten zostanie mu zresztą później, gdy będzie już w podeszłym wieku, odebrany za sprawą podstępu. Jakub chciał przekazać przymierze swojemu jedenastemu synowi, będącemu zarazem pierwszym synem urodzonym przez jego ulubioną żonę – ale okoliczności mu to uniemożliwiły i ostatecznie przymierze pominie jedno pokolenie i zostanie ofiarowane drugiemu w kolejności synowi Józefa.

Czy możemy wynieść jakąś lekcję z tych statystyk i genealogii? Czy niosą z sobą jakieś ważne przesłanie moralne? Myślę, że dobrze jest przypomnieć sobie od czasu do czasu, że te ważne postaci biblijne były ludźmi z krwi i kości, że mieli problemy ze swoimi dziećmi i rodzeństwem, ze swoimi bratanicami, bratankami i kuzynami, problemy dotyczące polityki, dziedziczenia albo przekazywania władzy – podobnie jak współcześni potentaci; że mieli problemy rodzinne i stresy w najbliższym otoczeniu, które nie zawsze dało się wymazać dzięki jakiemuś sukcesowi w polityce zagranicznej. Często czytamy o przywódcach narodowych i widzimy urywki nagrań, ale (chyba że jakaś uśmiechnięta ślicznotka albo przystojniak macha w tle) nie dowiadujemy się wiele o rodzinnych relacjach tych ludzi i o tym, co jeszcze popycha ich do działania poza ambicjami politycznymi i chciwością. Czy wywarli na nich wpływ rodzice albo ciotki, czy rywalizują ze swoim rodzeństwem, czy przygniata ich troska o dzieci, które nie wydają się zainteresowane albo zdolne do tego, aby przejąć od nich stery władzy?

Do czasu, kiedy to kazanie, napisane 2 listopada, zostanie przetłumaczone i opublikowane w internecie, odbędą się już pewne ważne wybory – nie będę nawet wspominał, które! – ale w istocie w ostatnich tygodniach odbyło się kilka wyborów w różnych krajach oraz doszło do walki o utrzymanie władzy w miejscach takich jak Białoruś, Czeczenia, Ukraina, Turcja, Kambodża i innych. Kim są ci ludzie, którzy chcą rządzić? Jakie myśli chodzą im po głowie, co wiedzą, a czego nie wiedzą, pod czyim pozostają wpływem? Potrzebujemy szerszego kontekstu. Jeśli chodzi o Abrahama, to dużo o nim czytamy, ale pozostaje w dużej mierze tajemniczą postacią. Jak dla mnie jednym z nasuwających się pytań jest to, co naprawdę sobie pomyślał, kiedy „doniesiono mu” o sukcesach brata.

Rabin dr Walter Rothschild. 02.11.2020

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

JOM HAZIKARON I JOM HAACMAUT

JOM HAZIKARON I JOM HAACMAUT

Rabin dr Walter Rothschild

Choć nowość sytuacji bycia uwiązanym w domu już się zatarła, to ograniczenia oraz związane z nią skutki nadal się utrzymują. W Izraelu w Jom HaZikaron wiele pogrążonych w żałobie rodzin będzie się czuć podwójnie zasmuconych, gdyż nie mogą odwiedzić cmentarzy ani pomników upamiętniających ich bliskich, którzy polegli w walce, zaś w Jom Haacmaut nikt nie będzie tańczył hory. W tym roku rocznice te przypadają zaledwie tydzień po zawarciu tymczasowego rozejmu w długotrwałym konflikcie politycznym, w ramach którego nawet sam rozejm uważany jest przez wiele osób po obu stronach za sięgający zbyt daleko kompromis. Być może nie jest przypadkiem, że w czasie, gdy tak wiele osób w Izraelu mierzy się z bezrobociem, utworzono tak wiele stanowisk dla ministrów…. Na smutną ironię zakrawa fakt, iż tak wielu Izraelczyków odczuwa głęboką troskę o przyszłość Państwa, nie w wymiarze fizycznym, ale moralnym.

A jednak – zwłaszcza dlatego, że w diasporze wielu Żydów również podchodzi z coraz większym dystansem do rozwoju wydarzeń politycznych w jedynym państwie żydowskim, jakie mamy, a nawet czują się zawstydzeni, iż nie-Żydzi automatycznie zakładają, że popierają oni wszystkie działania tego państwa – ja uważam, że ważne jest dokładne przyjrzenie się alternatywom. Największą alternatywą jest oczywiście nieposiadanie w ogóle żadnego państwa, do którego można by wrócić – i powrócenie do sytuacji, w jakiej znajdowali się wszyscy ci Żydzi, którzy, zaledwie jedno czy dwa pokolenia temu, rozpaczliwie szukali dla siebie miejsca – jakiegokolwiek miejsca na świecie, które by ich przyjęło. Myślę, że zbyt łatwo jest się obecnie koncentrować na tym, że szklanka jest do połowy pusta – państwo podzielone pomiędzy Żydami charedi i świeckimi, państwo podzielone jeśli chodzi o podejście wobec mniejszości, państwo podzielone jeśli chodzi o rolę religii, państwo pogardzane przez jego sąsiadów i innych – i zapominać o tym, że posiadanie choćby i tylko do połowy pełnej szklanki samo w sobie jest już cudem. I że ten cud został osiągnięty tylko dzięki poniesieniu wielkich kosztów jeśli chodzi o wysiłek, cierpienie i ból. Krew, pot i łzy towarzyszyły narodzinom państwa Izrael i niestety od tamtego czasu towarzyszą mu już nieprzerwanie. Jestem w stanie zrozumieć tych, którzy czują, że nie są w stanie z całego serca wspierać syjonizmu, ale nie potrafię zrozumieć tych, którzy mu się sprzeciwiają, którzy odmawiają Izraelowi prawa do istnienia, którzy nim pogardzają i oskarżają go niesprawiedliwie o tak wiele grzechów i niegodziwości. Żydzi, zwłaszcza oni, powinni być bardzo wyczuleni na próby porównywania jakiegokolwiek późniejszego konfliktu do planów eksterminacyjnych wdrażanych przez nazistów i ich zwolenników – a jednak niektórzy Żydzi tak właśnie robią.

Warto zatem być może przyjrzeć się nieco historii tych dwóch dni oraz temu, co one symbolizują. Po pierwsze, zanim zaczniemy świętować niepodległość i wolność, ważne jest, żeby pomyśleć o tych, którzy oddali za to państwo swoje życie – żeby umożliwić jego ustanowienie i przetrwanie, oraz, niestety, również o tych niewinnych cywilach, którzy padli ofiarą osób usiłujących ponownie zniszczyć tę ziemię. Nie wszystkie ofiary poległy z bronią w ręku, na polu walki. Choć wielu zginęło właśnie w taki sposób…; w wojnach obronnych przeciwko fellahom, przeciwko dokonującym agresji obcym wojskom, przeciwko terrorystom. Te dwa dni są ze sobą powiązane, podobnie jak wyzwolenie z Egiptu zostało osiągnięte tylko poprzez śmierć egipskich pierworodnych i egipskiej armii.

W obiegu krąży wiele „fake newsów”, czyli fałszywych informacji. Jedna z nich głosi, że „Żydzi” (kimkolwiek by nie byli) w praktyce najechali na kraj i ukradli go jego pierwotnym mieszkańcom. W rzeczywistości Liga Narodów przyznała mandat Wielkiej Brytanii pod warunkiem, że ta uczyni wszystko co w jej mocy, żeby zachęcić do stopniowego stworzenia „ojczyzny” dla Żydów – sformułowanie to nie zostało nigdy zbyt ściśle zdefiniowane, ale oznaczało to wyraźnie, iż Żydom powinny przysługiwać w tym kraju jakieś prawa. Artykuł 2 dokumentu wydanego przez Ligę stwierdza: „Mandatariusz przyjmuje odpowiedzialność za utworzenie w kraju takiego politycznego, administracyjnego i ekonomicznego stanu rzeczy, który by zapewnił utworzenie ogniska narodowego dla narodu żydowskiego, jak to przewidziano we wstępie oraz zapewnił również rozwój instytucji samorządowych, jak również ochronę praw obywatelskich i religijnych wszystkich mieszkańców Palestyny bez względu na rasę i religię”*. Warto zauważyć, że faktyczne granice obszaru, który miał być nazywany „Palestyną” przez szereg lat pozostawały bardzo płynne, aż do około 1925 roku. Stworzono nowy „emirat” Transjordanii, toczyły się dyskusje w sprawie traktatu z Francuzami, którzy sprawowali mandat nad Syrią – nie ma to być w zamierzeniu długi wykład na temat historii, a jednak trzeba tę historię znać.

Jednak Arabowie w Jaffie wszczynali zamieszki po tym, jak w roku 1922 uchwalono białą księgę na temat polityki brytyjskiej w Palestynie, która podzieliła kraj i stworzyła Transjordanię (gdzie nie miały zastosowania wszystkie zasady mandatowe!). Później dochodziło do dalszych prowokacji (z obu stron), a następnie do gwałtownych zamieszek w sierpniu 1929 roku, w których brutalnie zamordowano ponad 133 Żydów, większość z nich w ich domach, 67 w Hebronie i 18 w Sfat. Powołano tak zwaną Komisję Shawa, która miała za zadanie ustalić, co zostało popełnione i przez kogo. Zaś w październiku 1930 roku biała księga Passfielda ograniczyła żydowską imigrację – jak na ironię, dwa lata przed tym, jak coraz to więcej Żydów, którzy wcześniej byli zadowoleni ze swojego życia w Europie, zaczęło się czuć zagrożonych.

Nie trzeba posiadać wiedzy o każdym dokumencie, ale ważne jest, aby być w stanie odrzucać inne, często wygłaszane twierdzenie, jakoby państwo to zostało „ofiarowane Żydom” w rezultacie europejskich zbrodni popełnionych podczas Szoah. Już w roku 1938 Komisja Peela szukała sposobów, żeby doprowadzić do pokojowego podziału kraju pomiędzy Żydami i Arabami – i odniosła porażkę. Można powiedzieć tyle, że kiedy wyszła na jaw potworność tego, co się stało w Europie i gdy wysiedleńcy czy też dipisi zdali sobie sprawę, że w dalszym ciągu nie są mile widziani w swoich ojczyznach, nacisk na imigrację rósł wykładniczo, a cierpliwość się w dużej mierze wyczerpała.

Okres pomiędzy 1945 i 1948 rokiem był czasem krwawej wojny domowej. Owszem, obie strony dopuszczały się przemocy, ale nie umniejsza to faktu, iż Żydzi byli atakowani na drogach, na ulicach Tel Awiwu i Jerozolimy, na drodze do (oblężonej) Jerozolimy, w Jehiam, w czterech kibucim wchodzących w skład Gusz Ecjon, w Hajfie i w innych miejscach. Lista jest przygnębiająca, a statystyki są tragiczne – byli to w wielu przypadkach Żydzi, którzy przeżyli Szoah i przybyli, żeby zbudować nowe życie w państwie żydowskim. Pod koniec roku 1946 Żydzi stanowili jedną trzecią ludności; w sobotę 29 listopada 1947 roku Ogólne Zgromadzenie ONZ głosami większości (33:13 przy 10 wstrzymujących się) nad Rezolucją 181 zgodziło się na podział kraju na trzy części (ludzie zawsze zapominają o tej trzeciej części!). Miała być jedna część dla Żydów, jedna dla Arabów – zarówno chrześcijańskich jak i muzułmańskich – oraz jedna, która miała mieć międzynarodowy i neutralny status!

Chciałbym jednak zacytować sir Alexandra Cadogana, brytyjskiego przedstawiciela w ONZ, który 21 stycznia 1948 roku powiedział tej organizacji: „Arabowie są zdeterminowani, żeby pokazać, iż nie podporządkują się potulnie planowi ONZ, podczas gdy Żydzi próbowali skonsolidować przewagę, jaką uzyskali w Ogólnym Zgromadzeniu poprzez serię drastycznych operacji mających na celu zastraszyć Arabów i wybić im z głowy jakąkolwiek chęć angażowania się w dalsze konflikty”. A zatem po obu stronach były grupy zaangażowane w atakowanie albo podejmowanie kroków odwetowych nieodróżnialnych od ataków. „Rząd palestyński obawia się, że konflikt w Palestynie znacznie przybierze na sile po wygaśnięciu mandatu i że międzynarodowy status komisji ONZ będzie miał niewielkie albo żadne znaczenie dla Arabów w Palestynie, dla których chęć zabijania Żydów przewyższa obecnie wszelkie inne względy”.

2 marca 1948 roku gazeta Palestine Post doniosła, że na przestrzeni poprzednich trzech miesięcy 1378 osób zostało zabitych w wyniku utrzymujących się aktów przemocy, w tym 546 Żydów, 666 Arabów i 74 żołnierzy brytyjskich.

Żeby podać tylko kilka przykładów – 4 marca 1948 roku trzech Żydów zostało zabitych w ataku na konwój do Jerozolimy, a 14 zostało zabitych w konwoju w drodze do Atarot. 39 Żydów zginęło 8-9 kwietnia w walce o Castel przy drodze do Jerozolimy. 13 kwietnia zabitych zostało 78 Żydów – zastrzelono ich albo spalono żywcem – kiedy konwój do szpitala Hadassa wpadł w zasadzkę. Lista ciągnie się w nieskończoność. Tak, były ofiary po wszystkich stronach; tak, wiele z nich było niewinnymi ludźmi i owszem, dochodziło do prowokacji, jednakże w czasie takim jak Jom HaZikaron naród ma prawo opłakiwać tych, którzy zginęli tylko dlatego, że bronili bądź próbowali bronić swojego kraju albo chcieli w nim żyć. I my, których to obchodzi – a mam nadzieję, że wszyscy się do takich zaliczamy – nawet jeśli żyjemy gdzieś indziej, nawet jeśli nie byliśmy aktywnie zaangażowani w te wydarzenia, nawet jeśli nie straciliśmy w nich bezpośrednio żadnego krewnego –  mamy prawo uczestniczyć w tym stanie żałoby, a nawet się tego od nas oczekuje. I nie pozwólmy nigdy nikomu mówić, że to nigdy nie miało miejsca albo że to było proste.

42 żołnierzy, policjantów i cywilów zostało zabitych od czasu zeszłorocznych obchodów Jom Hazikaron – co daje łącznie 23816 osób, które uważa się za ofiary tych konfliktów. A dopiero POTEM możemy świętować fakt, iż – niezależnie od tego, czy lubimy tego czy tamtego polityka – to mamy kraj, na który możemy narzekać; kraj, który pokazał, że jest gotów bronić Żydów i żydowskich interesów w sytuacji zagrożenia, gdziekolwiek byśmy się nie znajdowali, i otworzyć swoje drzwi dla Żydów, którzy są prześladowani za to, że są Żydami.

 

Na zakończenie chciałbym zacytować wiersz – dobrze znany, ale wartościowy tekst autorstwa Natana Altermana, opisujący skalę samopoświęcenia całego pokolenia pionierów:

Dwóch podeszło po cichu

i stali tam nieruchomo.

Nie dało się poznać, czy są żywi, czy zastrzeleni.

Naród, skąpany we łzach i urzeczony, spytał:

Kim jesteście? Na co tych dwóch westchnęło i odrzekło:

Jesteśmy srebrną tacą,

Na której podano wam państwo żydowskie”.

* Tłumaczenie za: Hassan Jamsheer, Konflikt bliskowschodni: zarys i dokumentacja, Płock: Wydawnictwo Naukowe Novum, 2004, s. 34-35 (przyp. tłum.).

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

SZABAT CHOL HAMOED

SZABAT CHOL HAMOED

Rabin dr Walter Rothschild

 

Jest to najprawdopodobniej najdziwniejsze święto Pesach w najnowszej historii żydowskiej i jest to doświadczenie, z którym mierzy się obecnie cały świat. Rządy różnych państw po prostu ogłosiły  w ramach szeregu działań dotykających szkoły i uniwersytety, ale również niektóre sektory przemysłu i handlu – że wszystkie miejsca kultu religijnego mają zostać zamknięte. Kościoły, meczety i synagogi. Nie jest to, jak się wydaje, forma prześladowań religijnych, których z pewnością doświadczaliśmy w przeszłości (zwłaszcza w krajach ateistycznych albo komunistycznych, które są tak niepewne siebie i tak bardzo obawiają się, że ich obywatele będą wierzyć w cokolwiek innego niż w ich własną doktrynę partyjną), nie jest to również działanie motywowane antysemityzmem –  narzucane przez tych, którzy są tak niepewni w swojej własnej wierze w Boga, że obawiają się każdego, kto reprezentuje inną formę tej samej wiary  jako że  rozporządzenia te dotyczą w takim samym stopniu wszystkich religii. Nie, dekret ten przyszedł z góry bardzo nagle, został przyjęty i  przynajmniej początkowo, gdy piszę te słowa – został zaakceptowany jako rozsądne, konieczne i pozytywne działanie. Być może za kilka tygodni, kiedy znudzenie, frustracja i ludzka potrzeba kontaktów towarzyskich zaczną narastać, nastroje się zmienią; jednak w czasie, kiedy te rozporządzenia zostały wydane i można to sprawdzić  nikt nie narzekał: żaden biskup, żaden imam, żaden naczelny rabin.

Potrzeba zredukowania ryzyka rozpowszechniania się niewidzialnej plagi była postrzegana jako przewyższająca wszystko inne. Koncepcje otwartych granic, swobodnego prawa do zgromadzeń albo nawet prawa do wspólnego gromadzenia się i modlenia – wszystko to zostało anulowane na mocy narzuconego z góry dekretu – bez żadnych wyborów, żadnego referendum, żadnego sondażu badającego opinię publiczną, bez pozostawienia wyboru.

Jak na ironię, i właśnie dlatego mówiłem wcześniej o „współczesnej historii żydowskiej” – najlepszym porównaniem, jakie mogę znaleźć do obecnej sytuacji, jest absolutnie pierwsze świętowanie Pesach. Zostało ono oczywiście opisane w księdze Szemot i z tej okazji Izraelitom nakazuje się najpierw z wyprzedzeniem przygotować i zgromadzić żywność – jest to forma „chomikowania” albo „panicznego wykupowania”; nakazuje im się też, żeby się przygotowali, żeby zgromadzili rzeczy od swoich sąsiadów, a potem żeby spędzili noc w tym, co obecnie nazywamy „zamknięciem czy też izolacją”, za zamkniętymi drzwiami, stłoczeni w swoich wymazanych domach, podczas gdy na zewnątrz w ziemi egipskiej niewidzialna plaga szerzyła się i odbierała życie wszystkim pierworodnym… najstarszym członkom każdego pokolenia. Jak się okazało, Izraelici zostali potem wygnani w środku tej samej nocy – nie było czasu, żeby zastosować regulacje określające, co zrobić z pozostałymi porcjami pieczonego baranka – i musieli przejść do kolejnej ważnej fazy procesu stawania się jednym ludem.

Teraz, po wieczornym sederze, w Szabat Chol HaMoed czytamy fragment z 13 rozdziału księgi Szemot, w którym podkreślone zostaje znaczenie tego wydarzenia. NIEZWYKLE ważne jest, żeby przypominać sobie o nim co roku, nawet po tym, jak Bóg przyprowadził nas już do ziemi Kananejczyków, Amorytów, Hetytów i innych. Akt jecijat Micrajim, „opuszczenia Egiptu”, jest ZASADNICZYM, posiadającym fundamentalne znaczenie doświadczeniem.

Co wiemy o Egipcie? Ograniczę się tutaj do informacji dostępnych w Biblii i odłożę na bok całą wiedzę uzyskaną od egiptologów i archeologów, nie dlatego, iż jest ona sama w sobie nieważna, ale ponieważ nie jest ona znacząca dla narracji biblijnej. Wiemy, że Egipt jest w istocie podzielony na dwa kraje, Górny i Dolny, stąd też słowo „Micrajim” – przyrostek „-ajim” oznacza „dwa, para”. A jednak jest tylko jeden władca, zwany faraonem. Jest on najwyraźniej władcą absolutnym. Nawet jego służący powinni drżeć o swoją wolność i życie, jako że nawet za jeden malutki błąd mogą grozić straszne konsekwencje. Wiemy, że jego doradcami są czarodzieje i magicy raczej niż doradcy polityczni i ekonomiczni. Jako że zostają o to poproszeni, wiemy, że do ich zadań należy interpretowanie znaczenia snów, lecz odnoszą porażkę przy jednej ważnej okazji; są wprawdzie w stanie naśladować niektóre plagi, ale nie potrafią zapobiec związanym  z  nimi zagrożeniom i z czasem sytuacja zaczyna ich przerastać. Wiemy, że faraon oddaje cześć wielu bogom.

Wiemy, że ma nowoczesne wojsko z wieloma końmi i rydwanami – jest to mobilna armia, a nie opieszała, wolna piechota żywiąca się tym, co udało się znaleźć na polach; jest to szybko uderzająca siła umożliwiająca szybkie transportowanie wojsk przez pełne piasku egipskie pustynie. Wiemy, że ma więzienie i naczelnego ochroniarza, który sprawuje nadzór nad więźniami; wiemy też, że kiedy ktoś zostaje o coś oskarżony, nie ma żadnego procesu, obrony czy wzywania świadków. Wiemy, że Egipcjanie pogardzają nomadycznymi pasterzami, jako że są z natury rolnikami i ludźmi miastowymi; wiemy, że nawadniają swoje pola, kopiąc kanały i tunele raczej niż modląc się o deszcz, są też uzależnieni od regularnego, corocznego zalewania gruntów przez Nil. Wiemy, że są tam targi niewolników, na których podróżne karawany mogą sprzedawać dla zysku osoby, które znaleźli i porwali po drodze. Wiemy, że kiedy na Egipcjan spada głód, nie mają wyboru i muszą odkupić  w razie konieczności płacąc za to własną ziemią i własną wolnością – zboże, które zostało od nich wcześniej ściągnięte w formie podatku przez faraona podczas lat urodzaju, a następnie było przechowywane w specjalnych silosach i magazynach. Wiemy, że faraon może zainicjować ogromne projekty budowalne, wezwać pracowników przymusowych i pozyskać wszystkie materiały wymagane w celu zrealizowania tych projektów.

Po sporządzeniu takiej listy okaże się, że nawet bez pomocy archeologów i znawców hieroglifów i tak wiemy już całkiem sporo o Egipcie, i są to często mało przyjemne informacje. Jest to dyktatura, do której może zostać wpuszczona cała grupa ludzi – jeśli będą akurat rodziną wysokiej rangi urzędnika – albo dla odmiany cała grupa etniczna może zostać zniewolona,
a nawet wymordowana jeśli nie korzystają już z takiej „protekcji”. Nowy faraon może po prostu unieważnić szczodre decyzje poprzedniego faraona; nie przywiązuje się tam żadnej wagi do praw człowieka ani do lojalności pomiędzy władcą a ludnością.

Izraelici mają sobie o tym wszystkim przypominać. Mają o tym czytać co roku, mają o tym rozmawiać ze swoimi dziećmi niezależnie od tego, czy dzieci są tym zainteresowane czy nie, mają sobie przypominać o doświadczeniu bezsilności i strachu przed nieznanym oraz o uczuciu ekstatycznej ulgi, kiedy ścigający ich prześladowcy zostają zlikwidowani. Mają za to dziękować tylko i wyłącznie Bogu, a nie jakiemukolwiek ludzkiemu pośrednikowi. Mają o tym pamiętać również w mrocznych czasach – jako że w naszej historii jest pod dostatkiem takich wydarzeń,
a świat nie został jeszcze zbawiony. Zmysłem smaku mają doświadczać goryczy niewoli, słonego smaku łez, suchego chleba biedy. Za pomocą modlitw, pieśni i gościnności mają pogłębiać uczucie jedności i bycia jednym narodem.

A w tym roku – cóż, „dlaczego ta noc będzie się różnić od wszystkich innych nocy  sederowych?”. Możliwości gromadzenia się wspólnie w świecie realnym raczej niż wirtualnym będą ograniczone; liczba tych, którym uda się wspólnie zgromadzić będzie ograniczona; wielu z nas będzie odizolowanych i trudno będzie nam doświadczyć poczucia wolności. Zdajemy sobie
z tego sprawę i nie możemy uczynić wiele więcej niż zaoferować słowa pociechy.

Niemniej  podstawowe przesłanie pozostaje takie samo. Być może nasz sposób świętowania będzie musiał być inny, a podczas świętowania będziemy mieć do dyspozycji inne środki – ale nasz powód do świętowania pozostaje taki sam. Seder nie sprowadza się tylko do samego posiłku: jest pewnym przesłaniem – i to przesłanie pozostaje takie samo. Tak więc – gdziekolwiek byście nie byli, gdy przeczytacie te słowa – mam nadzieję, że uczestniczycie albo już uczestniczyliście w sederze i mam nadzieję, że przeczytacie albo już przeczytaliście Hagadę. Szabat szalom i moadim lesimcha!

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

BESZALLACH

BESZALLACH

Rabin dr Walter Rothschild

„Mgła nad Kanałem. Kontynent odcięty!”. Był to jeden z najsłynniejszych nagłówków w historii brytyjskiej prasy; niektórzy mówią, że pochodzi on z lat 30. XX wieku i jest to, zgodnie z wieloma relacjami, przynajmniej do pewnego stopnia prawdziwa historia. To nie Wielka Brytania, wyspa na Morzu Północnym, została odcięta – to raczej do Europy kontynentalnej nie można się było dostać z powodu złych warunków pogodowych. Według niektórych wersji komunikat ten został wydrukowany  w „The Times” po jakichś mocnych sztormach albo po tym, jak zniszczeniu uległ jakiś kabel telegraficzny…, zaś niektóre poddają nawet w wątpliwość prawdziwość tej historii – jednak niezależnie od tego, czy historia ta jest prawdziwa czy nie, dobrze podsumowuje pewną podstawową prawdę na temat tego, w jaki sposób przynajmniej niektórzy ludzie postrzegają świat.

Wszystko jest kwestią perspektywy. Tak się składa, że jest to pierwszy szabat po oficjalnym zakończeniu sojuszu, stowarzyszenia czy też traktatu pomiędzy kontynentem i wyspą. Wyspa ta – a przynajmniej jakaś jej część albo przynajmniej część tamtejszych osób uprawnionych do głosowania – zdecydowali,  że wolą raczej być, albo pozostać, albo powrócić do bycia wyspą aniżeli być częścią kontynentu. Czas pokaże, czy ich decyzja okaże się słuszna, jako że świat znacznie się zmienił od ostatniego czasu, kiedy wyspa ta dumnie stała samotnie, broniąc się przed siłami zła atakującymi z Europy kontynentalnej. Wielu twierdzi jednak, że taka jest historyczna misja, że to jest mit założycielski o istnieniu „rasy wyspiarskiej”, która „panuje nad falami” i niegdyś miała rozległe imperium również na innych kontynentach, narzucając cywilizację i protestanckie wartości biblijne w Ameryce, Azji, Afryce i Australazji. Och, to były czasy, kiedy połowa świata była rządzona przez ministerstwo do spraw kolonialnych, zaś druga połowa była trzymana na dystans i sprowadzana na swoje miejsce przez ministerstwo spraw zagranicznych! Europa była pożyteczna jeśli chodzi o zapewnienie w razie konieczności jakiegoś monarchy – a w sumie taką samą rolę spełniała również Szkocja –  jednak we wszystkich innych sprawach liczyły się tylko „dębowe serca”* i „zakamieniałe głowy”.

Jednak czy historia zawsze się powtarza? Czy jest różnica pomiędzy rozumieniem historii a nieokreśloną romantyczną tęsknotą za „starymi, dobrymi czasami”?

W przeznaczonej na ten tydzień sidrze czytamy o tym, jak Izraelici – niektórzy z własnej woli, a niektórzy niechętnie, ociągając się, pragnąc „pozostać” – zostali zmuszeni do przemaszerowania przez Morze Trzcin i zostawienia za sobą znanej im kultury, znajomego pożywienia i własnego statusu. Nie wszystko było wspaniałe, w żadnym wypadku – kto opisałby niewolnictwo i sytuację, gdy ktoś morduje twoje dzieci, jako coś wspaniałego? – a jednak nie można nigdy lekceważyć siły ludzkiego oporu przed zmianą. Miesiące później, a nawet lata później niektórzy z nich będą wciąż zrzędzić Mojżeszowi, że manna jest bez smaku w porównaniu do wspaniałego jedzenia, jakie mieli „u siebie w domu”, z rybami, czosnkiem i cebulą; że woleliby zostać pochowani tam, gdzie ich przodkowie raczej niż anonimowo na piaskach pustyni…. Będą narzekać, że nie zostało to wszystko z nimi należycie skonsultowane i że czują się ofiarami sił historycznych, nad którymi nie mają absolutnie żadnej kontroli. I faktycznie tak jest. „Dor HaMidbar”, czyli pokolenie pustyni zawsze miało złą reputację wśród tradycyjnych żydowskich komentatorów, gdyż oskarża się ich o to, że nie wierzyli w Boga na tyle, żeby zaufać, iż nie tylko wyprowadzi ich z niewoli, ale że zaprowadzi ich również do ich własnej Ziemi. Z drugiej strony ten sam Bóg pozwolił im czekać w niewoli nawet do czterystu lat i pozwolił na to, żeby byli bici, upokarzani i oddzielani od swoich dzieci; ponadto nie chce wyjawić im swojego Imienia, nie chce im się bezpośrednio ukazać, stawia różnego rodzaju żądania, wymaga, że odtąd tylko On będzie miał monopol na ich praktyki religijne i tak dalej. Jak ty byś się z tym czuł?

W Biblii interesujące jest zawsze to, czego w niej nie ma. Bóg w żadnym momencie nie próbuje zmienić Egipcjan, zreformować ich czy też naprostować ich złe zachowanie. Nie, celem misji Mojżesza jest po prostu możliwie jak najszybsze „wyciągnięcie” stamtąd Izraelitów – choć Bóg stosuje czasem taktyki, które w rzeczywistości opóźniają owo wyjście z Egiptu: Bóg „utwardził serce faraona”, tak żeby ten nie słuchał już żadnych argumentów, nawet tych od swoich najbliższych doradców, podczas gdy na egipską gospodarkę spadają raz za razem kolejne ciosy. Bóg prowadzi Izraelitów trasą, o której wiadomo, że na jej drodze stoi przeszkoda w postaci morza albo bagna, zamiast najkrótszą i najwygodniejszą drogą – Bóg pozwala im panikować na myśl o masakrze, do jakiej doprowadzi „brak porozumienia”, zanim w końcu rozkaże Mojżeszowi, żeby podniósł swoją laskę  – zaś reszta jest jeśli nie historią, to przynajmniej teologią. Wody zamykają się za nimi, wody pochłaniają ścigające ich wojsko – i nagle są wyzwoleni, są wolni i mogą rozpocząć nowy etap swojej egzystencji – pod warunkiem, że będą się czuli na to gotowi. Czy czują się gotowi? Nie, w żadnym razie. Na początku trzeba się zająć pilnymi praktycznymi sprawami związanymi z samoobroną i zaopatrzeniem w wodę i żywność, a potem trzeba jeszcze zadbać o wiele dodatkowych rzeczy. Ale nie ma już drogi powrotnej. Są tylko wzburzone wody w Kanale; Egipt został odcięty!

Na Izraelitów spływa nagle fala ogromnej ulgi, której dają wyraz w radosnej pieśni, wychwalając nagły upadek i zniszczenie armii egipskiej. „Zatonęli jak ołów w potężnych wodach!”. „Ich konie i rydwany okazały się bezużyteczne, tylko im przeszkadzały!”. „Nasz Bóg rozgromił ich wszystkich! Ani jeden nie przeżył!”.  Śpiewają tak do siebie nawzajem, nie do Mojżesza, nie do Boga, nie do autora i nawet nie do nas, czytelników czy też słuchaczy. Są niczym podekscytowany tłum, w którym wszyscy wołają jednocześnie: „Widziałeś TO!?”. „Wow!”.  To właśnie od tego fragmentu pochodzi druga nazwa naszej sidry – Szabat Szira, czyli szabat, w który śpiewa się „Pieśń Morza” z piętnastego rozdziału księgi Wyjścia, który został nawet zapisany przez pisarzy w Sefer Tora niczym dwa brzegi morza z kolumną przebiegającą przez jego środek. Jest to triumfalna pieśń, która nie przypadnie do gustu pacyfistom. Jest to pieśń wyrażająca ulgę w obliczu wyzwolenia i wybawienia. Pieśń ta symbolizuje koniec jednej fazy historii, podczas gdy kolejna jeszcze się nie rozpoczęła – choć jej początek jest już blisko.

Doświadczyliśmy też innych wyzwoleń, na przykład kiedy otworzyły się bramy obozowe, kiedy prześladowcy uciekli albo zostali pokonani na polu walki bądź gdy  rozebrano mury getta, ale to właśnie opisywane tutaj wyzwolenie definiuje tak dużą część judaizmu i myśli żydowskiej. „Nigdy nie zapomnij”, mówi się nam, „że jesteśmy potomkami wyzwolonych niewolników! Nigdy nie zapomnij, jak to było przed wyzwoleniem! Przypominaj sobie co roku podczas specjalnego posiłku ówczesne podekscytowanie, tak żebyś czuł się tak, jak gdybyś ty sam tam był, teraz, w teraźniejszości!”. Dostaliśmy nawet szabat jako namacalne przypomnienie o tym, że jesteśmy już teraz wolni i że możemy definiować nasze własne kalendarze, tak żeby sami decydować, kiedy będziemy pracować, a kiedy zrobimy sobie przerwę na odpoczynek!

Jako że natura ludzka jest taka, jaka jest, nie minęło dużo czasu, zanim pozytywne przykazanie: „co tydzień rób sobie jeden dzień wolnego!” zostało przykryte całym szeregiem negatywnych przykazań: „i pamiętaj, żeby nie robić tego albo tego, albo tego, a w szczególności TAMTEGO!”. Jako że natura ludzka jest taka, jaka jest, nie minęło dużo czasu, zanim również i Żydzi podzielili się z jednej strony na tych, którzy mieli poczucie: „Hej, jesteśmy wolni! Zróbmy sobie dzień odpoczynku, spędźmy miło czas i zrelaksujmy się!”, a z drugiej strony na tych, którzy mieli poczucie: „nie możemy irytować Boga, a zatem muszę ogromnie uważać, żeby unikać robienia absolutnie wszystkiego, co zakazane, muszę przestrzegać każdej zasady i składających się na nią szczegółowych regulacji – oraz zapewnić, żeby wszyscy inni Żydzi robili to samo!”. Niektórzy zawsze widzą szklankę jako w połowie pełną, zaś niektórzy jako w połowie pustą.

Oczywiście zarówno przykazania pozytywne jak i negatywne są częścią tego samego systemu, halachy, czyli praw żydowskich – wszystko jest kwestią odpowiedniej perspektywy. Nie zapominajmy, że przykazanie nakazujące  przestrzegać szabatu przedstawione w dwudziestym rozdziale księgi Wyjścia zostaje następnie rozszerzone w taki sposób, żeby obejmować również członków naszej rodziny i nasze zwierzęta juczne – oraz naszych niewolników! Czyż nie zakrawa to na ironię? Z jednej strony wolno jest ci mieć „sługi i służące”, „awdecha weamatcha” – lecz z drugiej strony również i im musi być wolno zasmakować słodkiego smaku wolności przez jeden dzień w tygodniu. Później przeczytamy, że wolno jest nam mieć innych Izraelitów pod swoim panowaniem – choć powinni móc powrócić do swojego poprzedniego statusu, gdy tylko spłacą  swoje długi i po upłynięciu pewnego okresu czasu; chyba, że BĘDĄ CHCIELI pozostać niewolnikami. Wszystko to jest bardzo zagmatwane, czyż nie? Czy wolność jest czymś absolutnym, czy tylko względnym? Czy jest to coś dla wszystkich, czy tylko dla wszystkich tych, których jest na to stać? Dla tych, którzy się jej nie boją?

Izraelici śpiewają swoją pieśń. Całkiem słusznie czują ulgę. Ów ciągnący się niezwykle długo proces – proces pełen stresu, niespełnionych obietnic i opóźnień w końcu dobiegł do pełnego dramaturgii końca. Do „wyjścia”. Co się stanie później? Ach… Wydaje się, że jeszcze sobie tego do końca nie przemyśleli. To nic. Bóg jest po ich stronie, czyż nie? Co mogłoby teraz pójść nie tak? Ziemia Obiecana jest w zasięgu wzroku, płynąca mlekiem i miodem….

Szabat Szalom!

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

 

 

 

* „Dębowe serca” – symbol odwagi, nawiązanie do Heart of Oak, oficjalnego marszu Królewskiej Marynarki Wojennej (przyp. tłum.).

WAJECHI

WAJECHI

Rabin dr Walter Rothschild

Czytana w tym tygodniu sidra kończy księgę Bereszit, czyli księgę Rodzaju, i zamyka zarazem historię patriarchów, która rozpoczęła się od „wezwania” Abrahama na początku 12 rozdziału. W rozdziale 49 Jakub umiera i w rozdziale 50 zostaje pochowany z wielkimi honorami w jaskini Machpela w Hebronie, którą Abraham zakupił w ziemi Kanaan po śmierci Sary z przeznaczeniem na rodzinny grobowiec (choć nie wiadomo dlaczego przez jakiś czas przebywają również gdzieś „za Jordanem”). W rozdziale 50 umiera także Józef – ale nie zostaje pochowany. Zostanie zmumifikowany i złożony w trumnie, którą zabiorą ze sobą Izraelici, gdy będą opuszczać Egipt ponad 400 lat później, po tym jak uda im się wyrwać z niewoli – kości Józefa są ogniwem łączącym Izraelitów z ich przeszłością, zaś kiedy zostanie w końcu pochowany (w Szechem, pod koniec księgi Jozuego), będzie to również ogniwo łączące z Jakubem, jako że właśnie ten kawałek ziemi Jakub zakupił w pierwszej kolejności po swoim powrocie z Haranu. Elementy tej historii układają się w „pasującą do siebie całość”, jeśli spojrzymy na nie z szerszej perspektywy – nazbyt często czytamy ten tekst tylko w krótkich, oderwanych od siebie częściach, w cotygodniowych porcjach, przez co grozi nam, że stracimy z oczu całościowy kontekst. Ponadto, chowając w owym miejscu szczątki Józefa, Izraelici symbolicznie „biorą w posiadanie” swoją ziemię, składając w niej swego starodawnego, zmarłego patriarchę.

Można powiedzieć, że śmierć samego Józefa jest pozbawiona dramatyzmu. Osiągnął wiek stu dziesięciu lat, ma synów, wnuków, a nawet prawnuków, jako że czytamy, iż zobaczył dzieci Efraima do trzeciego pokolenia, a również dzieci syna Menasze, Machira, urodziły się jeszcze za jego życia (50, 23). Niezłe osiągnięcie! A jednak – w chwili, gdy nadchodzi śmierć, nie pojawia się żadna wzmianka o jego synach. Józef nie rozmawia z nimi, nie stoją przy jego łożu. Za to po śmierci Jakuba to BRACIA Józefa (a w istocie przyszywani bracia) niepokoją się i proszą go o litość, martwiąc się, że Józef może zemścić się na nich za to, iż byli dla niego okrutni – że zrobi to teraz, kiedy ich wspólny ojciec nie żyje; i to  do swoich braci Józef zwraca się, aby przysięgli mu, że (właśnie oni!!) zabiorą jego kości do ziemi, którą Bóg przyobiecał Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi – ich ojcu, dziadkowi i pradziadkowi – gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Czy wszyscy bracia wciąż żyją, choć Józef jest drugim od końca najmłodszym z klanu? Żaden nie zostaje wymieniony z imienia, nie podaje się też, ilu było ich tam obecnych. Jest to nieco dziwne.

A zatem Józef nie przekazuje żadnego przymierza swojemu synowi czy też synom, jako że zrobił to już jego ojciec Jakub (48, 15-20), w rzeczy samej uprzywilejowując przy tym młodszego Efraima przed starszym Menasze. Nie czytamy już nic więcej na temat żony Józefa, Osnat, córki kapłana, po tym jak zawarli małżeństwo – czy urodzenie tylko dwóch synów było czymś normalnym wśród ówczesnych Egipcjanek? Kiedy, w jaki sposób i gdzie umiera Osnat, gdzie jest pochowana i opłakiwana? Tekst nie wspomina o tym ani słowem. Józef martwi się tylko o swoje własne szczątki, o Bożą obietnicę i o przyszłość Izraelitów, i pod tym względem faktycznie postępuje zgodnie z duchem przymierza, lecz nie przekazuje tego przymierza swojemu synowi Efraimowi, aby ten je wypełnił. Oczywiście Efraim – chyba że towarzyszył ojcu podczas pogrzebu swego dziadka – nigdy nie opuścił Egiptu, wychowywała go egipska matka, a jego dziadkiem był egipski kapłan; nigdy nie widział ziemi, o której mówi Józef, podczas gdy bracia Józefa byli tam pasterzami. (Mniej więcej cztery stulecia później Bóg będzie musiał wezwać innego Izraelitę będącego jedynym w swoim pokoleniu, który opuścił ziemię Egiptu, nauczył się innego języka, doświadczył życia na pustyni i wykształcił zdolności przywódcze raczej niż tylko umiejętność pracy…).

Czy Józef wie – on, człowiek, który ma sny i wizje i potrafi przewidzieć przyszłość króla, kraju, podczaszego i piekarza – czy wie także, co się stanie z Izraelitami po jego śmierci? Czy jest w stanie przewidzieć nadchodzące zniewolenie i prześladowania, mordowanie nowo-narodzonych dzieci, pozbywanie się słabych i bezużytecznych? Jaką ma relację z Bogiem, czy nie może modlić się do Niego, żeby zmienił ów dekret? Czy niewolnictwo Izraelitów jest w jakiś sposób konsekwencją jego własnego wcześniejszego zniewolenia, złym czasem, przez który będą musieli przejść, jeśli mają zostać ludem faktycznie związanym przymierzem? Innymi słowy – czy naprawdę jest jakiś plan, jakiś cel w tym, co czeka ich w przyszłości?

W judaizmie skupiamy się w dużej mierze na przełomowych momentach wyjścia z Egiptu, na wyzwoleniu z niewoli, które dokonało się dzięki pomocy Boga, który wysłał swojego posłańca, Mojżesza, żeby spierał się z faraonem, żeby dawał znaki, czynił cuda, a następnie aby otrzymał przykazania. Wywodzimy dużą część naszych nauczań moralnych z przykazania, aby zawsze pamiętać, pamiętać i jeszcze raz pamiętać, jak to było być bezsilnym i prześladowanym, pogardzanym, bezczeszczonym i wyśmiewanym, jak to było być zniewolonym – i zostać następnie wyzwolonym. W Szemot, czyli w księdze Wyjścia, odkąd Bóg odpowiedział na wołanie o pomoc, które dobiegło go od cierpiących Izraelitów, Bóg jest nieustannie obecny. Bóg mówi, Bóg robi, Bóg organizuje i załatwia, Bóg wpływa na rozwój wydarzeń. Lecz w czytanym tu przez nas zakończeniu księgi Rodzaju Bóg jest zaledwie mętną koncepcją, o której wspomina stary, umierający człowiek.

Księga Bereszit zaczyna się od wspaniałych, majestatycznych opisów całego kosmosu – „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię”, cały kosmos oraz samo życie! Na końcu tej księgi mamy zaś starego mężczyznę, prawnuka Abrahama, który zostaje złożony do trumny w Egipcie. Jak na tak szumne zapowiedzi, jest to mało efektowne zakończenie…. W pewien sposób przymierze umiera wraz z nim, gdyż nawet jeśli teoretycznie Jakub przekazał je Efraimowi, to ten nie wie tak naprawdę, co to oznacza ani jakie mogą spoczywać na nim w związku z tym obowiązki. Skąd mógłby to wiedzieć? Czy miał kiedykolwiek jakieś doświadczenia związane z Bogiem? Nie miał żadnych snów, wizji, nie otrzymał żadnych przykazań, nie doszło do żadnych spotkań. Co mógłby mu właściwie powiedzieć Jakub? „Tu oto, mój faworyzowany wnuku, jest obietnica, iż Bóg dał nam wspaniałą ziemię, ziemię mlekiem i miodem płynącą. A tak przy okazji, to twoja babcia zmarła przy porodzie twojego wujka Benjamina i znajdujemy się teraz w tym miejscu, gdyż tam panował okropny głód…”. Byłby to nieco niespójny i sprzeczny przekaz! Nie dostajemy żadnych dalszych rejestrów rodowych ani drzew genealogicznych. Nie wiemy nawet, czy Efraim i Menasze żenią się z Izraelitkami, swoimi kuzynkami, aby zostać jakoś włączonym do plemienia ich ojca, czy też żenią się z Egipcjankami; nie wiemy też, w jaki sposób wychowują dzieci, które widzi Józef. Przymierze „zostaje zgubione”, a kiedy w następnej księdze Mojżesz przychodzi do Izraelitów, ci nie za bardzo wiedzą, o czym mówi. Nie praktykują już obrzezania. Nie zachowali żadnych symboli swojej ziemi obiecanej, zapomnieli, gdzie ona jest i jak wygląda; nie zostały im żadne pozostałości upraw czy kamieni pochodzących z owego miejsca. Jedynym namacalnym przedmiotem będzie trumna Józefa i jego kości.

A co takiego mamy do dyspozycji MY sami? Co łączy nas z przeszłością naszego ludu, a w istocie z żydowską przyszłością? Sterta kości czy też zwłoki, stanowiące ogniwo łączące nas z tym, co było kiedyś? Wspomnienia o bratobójczej zdradzie? Pamięć o uwięzieniu, bezdomności albo wygnaniu? Wizja ziemi i przyszłości, w której będzie nie tylko mleko i miód, ale pożywienie i słodycz dla wszystkich, ziemia zbudowana na fundamencie sprawiedliwości i wdzięczności? Plany dotyczące tego, gdzie my sami chcemy być pochowani – w stosownym czasie? W jaki sposób patrzymy przed siebie i na czym opierają się nasze wizje? I gdzie zostaną złożone na wieczny spoczynek nasze kości? Niniejsza księga dobiega końca – ale wiemy, że historia ta będzie miała dalszy ciąg w kolejnej księdze. Jest to – pomimo wszystkiego, co się tu wydarza – pewien rodzaj pocieszenia!

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

CHANUKA

CHANUKA

Rabin dr Walter Rothschild

Od dziesięcioleci fakt, iż żydowskie święto Chanuka przypada bardzo blisko chrześcijańskiego Bożego Narodzenia, stanowi dla wielu Żydów problem, wyzwanie. Historycy mogą również mówić o rzymskim święcie Saturnaliów oraz o innych zimowych świętach, z których większość wiąże się w taki czy inny sposób ze światłami i z których niektóre przypadają 25 dnia miesiąca, lecz te kwestie nie interesują szczególnie przeciętnego członka społeczności żydowskiej. Takie osoby widzą jedynie, że ze wszystkich stron otaczają nas niemożliwe do zignorowania symbole innej religii. Niektóre z tych symboli mają charakter duchowy, inne próbują za takowe uchodzić, zaś wiele ma jawnie materialistyczny albo komercyjny charakter. Pojawiają się wzmianki o znaczeniu rodziny oraz – w szczególności – dawania prezentów, z których większość musi zostać wcześniej kupiona, co przekłada się na znaczenie tego okresu dla „obrotów” i zysków handlowych. Nie orientuję się dobrze w sytuacji w Polsce, która jest obecnie krajem katolickim próbującym wprowadzać dość konserwatywną wersję tej religii, ale mogę was zapewnić, że w wielu innych częściach Europy cały okres począwszy od połowy października wypełniony jest przygotowaniami do kilku dni – kilku dni czegoś. Ale czego? Zaledwie kilku dni wolnych od pracy? Świąt religijnych? Świąt rodzinnych? Specjalnych kolacji organizowanych w firmach i przyjęć dla pracowników biurowych? Banalnej muzyki, po części starej, po części klasycznej, po części rodem z Hollywood, po części współczesnej i przesłodzonej, a w dużej mierze pełnej hipokryzji, która wypełnia sklepy, ulice i fale radiowe. Ekrany telewizorów wypełniają filmy przedstawiające śnieg, biedne dzieci i pokrzykiwania „Ho Ho Ho!”, wymieszane obecnie w dziwaczny sposób z reniferem (zwierzęciem, o którym nigdy nie wspomina się ani w tak zwanym „Starym” ani „Nowym” Testamencie), sankami, baletem, dziadkiem do orzechów i opowieściami o duchach czy też indykami, gęsiami i karpiami. Tysiące drzew idzie na wyrąb, żeby mogły następnie stać w przegrzanych pomieszczeniach i wysychać jako symbol tego, co było niegdyś „wiecznie zielonym drzewem”, ale teraz stało się jak na ironię metaforą globalnego ocieplenia i wymierania lasów. Na domach i ulicach rozwiesza się lampki. Jest tego wszystkiego o wiele więcej – och, nie trzeba wam przecież o tym mówić – i nie da się od tego uciec. Wyobrażam sobie, że prawie wszyscy tu obecni mają nie-żydowskich współpracowników, sąsiadów albo przyjaciół, a zwłaszcza członków rodziny, i każdego roku pojawia się to samo doniosłe pytanie: do jakiego stopnia można połączyć te dwa święta, a do jakiego stopnia NIE da się tego zrobić? W Niemczech nawet tak zwane „Muzeum Żydowskie” w Berlinie organizuje jarmark „Weihnukkah” – słowo to stanowi (jak twierdzą) połączenie niemieckiego terminu „Weihnachten” (Boże Narodzenie) i słowa „Chanuka”. Co ciekawe, niemieckie słowo „Weihen” ma takie samo znaczenie, co hebrajskie słowo „Chanuka” – czyli „poświęcać”! – i różni się od innych terminów używanych w różnych częściach kraju – na przykład na katolickim południu organizuje się jarmark „Christkindl” raczej niż „Weihnachtsmarkt”. Póki co (o ile mi wiadomo) marka Kindle nie wykorzystała tej okazji, żeby sprzedać więcej książek elektronicznych, a słowo to nie zostało powiązane z angielskim zwrotem „to kindle”, oznaczającym „zapalać świece”). Ale jest to pewnie tylko kwestia czasu…. Innymi słowy, to, co na początku było świętem religijnym – w istocie bardzo ważnym świętem dla nowej religii opartej na głoszeniu narodzin ich nowej figury mesjanicznej – stało się nieodwracalnie wymieszane z barbarzyńskimi, pogańskimi europejskimi symbolami kulturowymi związanymi z przetrwaniem zimy i ciemności, z zapotrzebowaniem na tłuste jedzenie i na ciepło, jakie daje bycie blisko siebie w obrębie rodziny albo plemienia w czasie, gdy świat zewnętrzny jest zimny, ciemny i niebezpieczny.

I jak mogą się w tym wszystkim odnaleźć Żydzi?

Prosta odpowiedź jest taka, że nie mogą. Oczywiście tego rodzaju proste odpowiedzi nigdy do końca nie pasują i wiemy, że fundamentalistyczne odrzucenie wszystkiego, odmowa otwarcia oczu albo wyjścia z domu przez dwa i pół miesiąca zaczynając od października nie może się udać – oczywiście Żydzi nie mogą się od tego wszystkiego całkowicie odciąć. Ale JUDAIZM może. I na tym polega różnica.

Żydowskie święto Chanuki skupia się właśnie na tym pytaniu. Historie czy też pseudo-historie przedstawione w Księgach Machabejskich są dość brutalne i makabryczne, i stwarza to problemy moralne dla niektórych liberalnych Żydów,  sądzę jednak, że możemy spojrzeć na te sprawy z innego punktu widzenia. Zasadnicze pytanie jest następujące: co trzeba zrobić, żeby zachować swoją własną religię w świecie pełnym innych alternatyw? Gdy jest się otoczonym przez sekularyzm, komercjalizm albo mesjanizm? Jak można zachować wiarę w Boga pomimo wszystkich wyzwań?

Fascynujące w opowieściach chanukowych jest to, że Bóg nieomal się w nich nie pojawia. (Podobnie jak Bóg nie pojawia się – przynajmniej otwarcie – w historii Purimowej). Rozumiem przez to, że to grupie Żydów pozostawiono decyzję, czy doszli już do granic swojej tolerancji i czy chcą zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby odzyskać duchowy ośrodek swojej wiary. Dla nich była to Świątynia i przywrócenie składania ofiar – zaś my możemy to obecnie postrzegać w inny sposób.  Choć w naszej świątecznej liturgii śpiewamy triumfalnie o tym, jak Bóg,  nasza „Skała Pokoleń”, pomógł garstce nielicznych pokonać wielu i jak pomógł słabym zatriumfować nad silnymi, w rzeczywistości ówcześni Żydzi musieli to wszystko zapoczątkować i zrobić sami dla siebie. Nie wysłano żadnej armii aniołów z ognistymi mieczami, żeby walczyły za nich, w istocie nie wysłano nawet żadnego nowego proroka z nowym, inspirującym przesłaniem. Bóg pozwolił nawet na to, żeby Świątynia została sprofanowana i żeby była okupowana przez innych! Chanuka to święto Żydów jako mniejszości – nawet wśród swojego własnego ludu i na ich własnej ziemi! Jest to dość ironiczne, ale oznacza to, że pod wieloma względami jest to opowieść właściwa dla diaspory, nawet jeśli nie rozgrywa się w diasporze.

Tak więc w efekcie każdy z nas mierzy się z tymi samymi osobistymi wyzwaniami. Jako wasz rabin nie martwię się tym, co robicie z waszymi rodzinami, współpracownikami i sąsiadami – przyjęcie to przyjęcie, spotkanie rodzinne to spotkanie rodzinne, szacunek dla rodziców i miłość do rodzeństwa to ważne wartości – nie martwi mnie to, idźcie i spędźcie miło czas, czemu nie? Ale gdzie możecie umiejscowić, dla SAMYCH SIEBIE, rdzeń waszej religijnej tożsamości? Gdzie w waszym życiu możecie wspominać o Bogu? Używając przy tym własnych słów? Skąd możecie czerpać nadzieję, której wszyscy potrzebujemy w trudnych czasach? (a WSZYSTKIE czasy są trudne, nawet jeśli chłodne zimy często wydają się trudniejsze niż gorące lata).

Podczas Chanuki przypominamy sobie, jak pewna grupa Żydów, dawno temu w odległym miejscu, domagała się prawa do swojej własnej tożsamości religijnej niezależnej od wiary wyznawanej przez większość. Niektóre części tej historii opisują fanatyków i fundamentalistów i z tymi ludźmi nie chcielibyśmy mieć wiele wspólnego. Nie potrzebujemy – ani nie chcemy – niszczyć innych poglądów. Lecz inne części mówią o odwadze i samopoświęceniu, jakich było trzeba, żeby zachować własną wiarę w Boga pomimo tego, co mówiono (i czemu oddawano cześć) wszędzie dookoła. Machabeusze nie czekali, aż nadejdzie potężny, doniosły niebiański głos; po prostu zdecydowali, że bycie Żydem oznacza bycie Żydem – tak, jak to wówczas rozumiano, z czystym rytualnie kapłaństwem, oczyszczonym rytualnie ołtarzem i poświęconą na nowo Świątynią. My możemy rozumieć wymogi, jakie stawia przed nami judaizm w inny sposób, bez Świątyni – jednak wciąż wyznajemy ważne dla nas wartości.

Dla jakiej sprawy MY sami możemy się poświęcić, w jaki sposób MY się oczyszczamy i jak MY postrzegamy nasze obowiązki wobec Boga? Takie właśnie pytania stawia przed nami Chanuka. Te pytania są być może najlepszymi i najważniejszymi prezentami, jakie dostaniemy! Oby przyniosły wam radość!

 

Chag Chanuka Sameach,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

CHAZON

DWARIM/SZABAT CHAZON

 

Rabin dr Walter Rothschild

Każdego roku czytam księgę „Dwarim” – której lekturę zaczynamy w ten Szabat – w nieco inny sposób. Z prostego powodu – z każdym kolejnym rokiem jestem nieco starszy, a Dwarim to księga starego człowieka. Kiedy byłem młodszym rabinem, wydawało mi się, że jest w niej bardzo dużo powtórzeń; jednak im robię się starszy, tym bardziej przekonuję się, jak ważne jest, żeby powtarzać wciąż i wciąż na nowo to, co ludzie muszą usłyszeć, jako że przez połowę czasu i tak w ogóle nie słuchają! Jest to w końcu zasadniczy powód, dla którego nieustannie oddajemy się lekturze Tory w ramach naszego cyklu czytania – niezależnie od tego, zgodnie z jakim cyklem to robimy – gdyż NIE wystarczy usłyszeć jej słów tylko jeden raz.

Gdy stajemy się starsi, zaczynamy myśleć o przyszłości w inny sposób, a znaczący wpływ na nasze dalsze plany mają nasze wcześniejsze doświadczenia.

Zaczynamy planować naszą własną przyszłość – gdy mierzymy się z pytaniami takimi jak: „Co się ze mną stanie? Albo z moim ciałem? Jak to będzie być martwym? Czy mi się to spodoba? Czy będę cierpiał? Czy będzie to po prostu strasznie monotonne? Czy urodzę się ponownie? Czy spotkam się z osobami, z którymi chciałbym się ponownie zobaczyć? A może natknę się na ludzi, z którymi NIE chcę się ponownie spotykać?”.

Podobnie jak Mojżesz, zaczynamy również myśleć o przyszłości tych, których będziemy musieli opuścić. „Och, jak oni sobie beze mnie poradzą? Muszę koniecznie przekazać im wszystkie dobre rady już teraz, gdy mam na to jeszcze czas i siłę. Muszę koniecznie poustalać sprawy związane z dziedziczeniem i przekazaniem władzy, muszę dopilnować, żeby wszystkie zasady zostały spisane i zrozumiane, muszę ostrzec ludzi, żeby nie popełniali ponownie tych samych błędów. Muszę spisać moje wspomnienia, tak żeby mogli je przeczytać i czerpać z nich inspirację – z mojej mądrości, mojej odwagi, mojej szczodrości, mojej cierpliwości, mojej wytrzymałości oraz – oczywiście – z mojej skromności. W końcu członkowie Ludu („Lud” jest często zapisywany dużą literą, gdy ktoś myśli w taki sposób) są ode mnie tak dużo młodsi i nie mają tego samego doświadczenia, nigdy nie mieli takich możliwości, jak ja – żeby spierać się z faraonem, żeby wejść na ową górę i spotkać Boga. Nawet ich tam nie było, nawet się jeszcze nie urodzili, gdy wydarzyło się tak wiele ważnych rzeczy – albo może i byli przy nich obecni, ale byli zbyt młodzi, żeby zrozumieć ich znaczenie. Po wszystkich tych dekadach spędzonych na pustyni, gdy poza mną samym zostali jeszcze tylko dwaj inni „naoczni świadkowie” tamtych wydarzeń – Jozue i Kaleb, muszę podjąć kroki w celu zapewnienia, że historia naszych wędrówek nie zostanie zapomniana, jak również historia głupoty, błędów i rebelii ludu, a także pamięć o wszystkich przypadkach, gdy musiałem wyciągać ich z kłopotów, gdy starałem się ratować sytuację, gdy musiałem prosić o coś Boga w ich imieniu…. Spierałem się dla nich z faraonem, wyprowadziłem ich z owego kraju, gdy Egipcjanie w końcu stracili cierpliwość, przeprowadziłem ich bezpiecznie przez morze, trzymałem wzniesioną rękę, żeby zagwarantować porażkę Amalekitów, wszedłem w ich imieniu na górę i przyniosłem im zasady dotyczące osobistej i wspólnotowej egzystencji; musiałem zorganizować system sanitarny i dostawy wody, musiałem dopilnować, żeby obóz, a następnie również Przybytek zostały zorganizowane i sfinansowane dzięki zbiórce funduszy i żeby zostały wybudowane przez wykwalifikowanych ekspertów. Musiałem się za nich wstawiać, musiałem też występować przeciwko nim. A teraz nie chcę, żeby mnie obwiniali za to, iż zostawiłem ich tkwiących w dalszym ciągu tutaj, na pustyni – w końcu to w dużej mierze ICH wina, że ten jeden raz puściły mi nerwy…”.

Właśnie tego typu myśli przechodzą Mojżeszowi po głowie w tym momencie jego kariery. Zrobił, co tylko mógł; zrobił nawet więcej, niż mógł, ale nawet jemu nie udało się uczynić jeszcze więcej. Nikomu by się to nie udało.

Gdy nie mamy już przed sobą dalekiej perspektywy, do której moglibyśmy wybiegać myślami, jak najbardziej naturalne jest, że zaczynamy zwracać się dalej i głębiej ku naszej przeszłości. Stajemy się swoistymi przedstawicielami całego pokolenia. Osobiście przypominam sobie spotkanie z ostatnią żyjącą osobą pewnego oddziału wojskowego z I Wojny Światowej, teraz spotykam się zaś z kilkoma żyjącymi jeszcze, starszymi uczestnikami II Wojny Światowej, z osobami ocalałymi z Holokaustu albo z ich dziećmi. Takie osoby rzadziej używają  zwrotów w rodzaju „myślę, sugeruję, proponuję”, częściej mówią zaś „pamiętam…”;  jednocześnie rodzi się w nich jednak poczucie pilności, gdyż to, czego nie powiedzą albo nie napiszą teraz może nigdy nie zostać powiedziane. Co będzie sobie myśleć o naszych osiągnięciach następne pokolenie? Jak na ironię – choć zdarza się to nie pierwszy raz – wydaje się, że jakaś część młodszego pokolenia ma już całkiem dobre rozeznanie w kwestii tego, jak zrobiliby pewne rzeczy inaczej i lepiej. Na przykład przywiązując większą wagę do długoterminowych zmian klimatycznych. Jednocześnie w młodszym pokoleniu są też osoby, które wydają się niezainteresowane lekcjami, jakie można wyprowadzić z okresu skrajnego nacjonalizmu, dyktatury i prześladowań albo „szczelnych granic”. Niektórzy postrzegają też najwyraźniej technologię jako coś nieodmiennie pozytywnego i przydatnego i nie chcą słyszeć o potencjalnych zagrożeniach wynikających z niewłaściwego jej użytkowania. Nie chcę się tutaj zagłębiać w szczegóły, jako że każdy z nas miał w tym zakresie własne doświadczenia i każdy znajduje się na innym etapie swojej podróży przez życie (nawet jeśli nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę). Chciałbym tu jedynie zwrócić uwagę na to, że nasze nastawienie do pewnych tekstów biblijnych będzie nieuchronnie ulegać zmianie, gdy zmieniać będziemy się również my sami. Mówi się, że pesymista to „optymista z doświadczeniem życiowym”. Gromadzimy coraz to więcej życiowego doświadczenia i wówczas wyzwanie polega na tym, żeby – pomimo tych naszych doświadczeń – zachować nieco optymizmu, nieco idealizmu i nieco nadziei na przyszłość.

Co sprowadza mnie do drugiego motywu związanego z przypadającym w tym tygodniu szabatem. Zamiast „standardowej” haftary poruszającej ten sam motyw, co sidra, czytamy fragment „Chazon” z księgi proroka Izajasza, w którym opisana została wizja, jaką miał ów prorok. Jaka była jej treść? „Oto, co mówi Bóg: wychowałem dzieci, ale te zbuntowały się przeciwko mnie!”. „Można powiedzieć, że następne pokolenie niczego się nie nauczyło i nie przestrzegało zasad i wskazówek, które im przekazałem, a zatem zasługują na karę!”. Następnie podaje przykłady niemoralnego i pełnego hipokryzji zachowania, jak również przykłady przekonania o własnej nieomylności, arogancji i samousprawiedliwiania się. W pewnym sensie można powiedzieć, że haftara FAKTYCZNIE porusza ten sam motyw, co nasza sidra, czyli Dwarim – tyle tylko, że pokazuje, iż Mojżesz poniósł klęskę, co stanowi dowód na to, że jego obawy i lęki były uzasadnione. Przez tak długi czas wkładał tak wiele wysiłku, żeby nauczyć Izraelitów, aby szanowali się nawzajem, żeby przestrzegali etycznych i moralnych praw nakazujących wzajemny szacunek, aby zachowali swoją wiarę w Boga oraz aby zbudowali Przybytek, tak żeby zasłużyć na Ziemię, która została im przyobiecana. Teraz, w czasach Azariasza, Jotama, Achaza i Ezechiasza, czyli królów Judy, konieczne okazało się wysłanie proroka, żeby ostrzegł, iż lud powinien powrócić do owych praktyk oraz że Bóg może równie dobrze wycofać się ze swojej obietnicy, zniszczyć Przybytek i wygnać lud z Ziemi… – jako że właśnie na to zasłużyli.

Czy interwencja ta zadziałała? Cóż, niedługo będziemy obchodzić Tisza BeAw – dzień, w który upamiętniamy nieszczęścia, jakie spadły na obie Świątynie Jerozolimskie, jak również tragedie takie jak zniszczenie Jerozolimy, wygnanie jej mieszkańców i wiele innych nieszczęść. Co dowodzi dość wyraźnie, że nie, interwencja ta NIE zadziałała. Lud nie posłuchał, a przynajmniej nie posłuchało wystarczająco dużo jego przedstawicieli albo nie posłuchali wystarczająco uważnie. Jednak z drugiej strony wciąż tu jesteśmy i możemy czytać te teksty oraz przekazywać ich przesłanie kolejnemu pokoleniu – tym, którzy nadejdą po nas i (miejmy nadzieję) nie będą popełniać tych samych błędów, nie będą się poddawać tym samym impulsom i ulegać tym samym słabościom. Przypuszczalnie Izajasz w którymś momencie zdecydował, że w późniejszym czasie spisze to, czego doświadczył i co powiedział w czasie panowania czterech królów Judy, tak żeby inni mogli przeczytać jego słowa i jego ostrzeżenia jeszcze na długo po jego śmierci. Prawdopodobnie do tego czasu zdążył się już przekonać, jak trudno jest znaleźć posłuch u osób sprawujących władzę i jak bezowocna wydaje się cała jego praca – a jednak nie chciał się poddać ani zostać uciszonym.

Ani Mojżesz, ani Izajasz nie ubiegali się o przyznanie im statusu proroka, lecz obaj mieli dużo do powiedzenia przyszłym pokoleniom oraz w kwestii tego, w jakim stopniu będą one mogły kształtować swój własny los, jak również los pokoleń, które nadejdą po nich. Każdy z nich starał się na własny sposób zagwarantować ciągłość i zapewnić, że kolejne pokolenia zachowają umiejętność samokrytyki połączoną z poczuciem nadziei i z poczuciem istnienia perspektyw na przyszłość  zarówno dla nich samych jak i dla tych, którzy nadejdą po nich.

Musi to być również naszym zadaniem.

Szabat Szalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

PINCHAS

PINCHAS

 

Rabin dr Walter Rothschild    

Sidra Pinchas zaczyna się w środku przerażającego wydarzenia i rozpoczyna się w sposób nie tylko zaskakujący, ale szokujący – Bóg APROBUJE impulsywne, gwałtowne działania Pinchasa, syna Eleazara, wnuka Aharona, kohena, który właśnie zamordował dwie osoby przyłapane „in flagranti”, gdyż były nie tylko różnej płci, ale należały również do dwóch różnych religii. (Interesującym tematem do dyskusji byłoby to, na ile poważnie którekolwiek z nich podchodziło do swojej religii; Tora podaje nam również ich imiona i status społeczny, nie wspomina jednak wiele na temat tego, jak się poznali, czy byli w sobie zakochani ani czy to był ich pierwszy raz…). Omawiane tu zajście stanowi poważne wyzwanie dla każdego, kto od tego czasu czytał tę historię. Czy jesteśmy w stanie zrozumieć, co się dzieje? Czy możemy poprzeć podjęte w tej sytuacji działania? Czy też może się od nich dystansujemy, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Gwoli sprawiedliwości, owo zajście, tak jak je opisano w Lb 25, 6-9, czyli w wersetach tuż przed początkiem czytanej w tym tygodniu sidry, nie wydaje się mieć wiele wspólnego z romantyczną miłością czy erotyzmem; wygląda raczej na celowy akt rebelii, na afiszowanie się przez nich z całkowitym lekceważeniem Boga i Mojżesza. W przypadku Koracha doszło do kryzysu politycznego; teraz mamy zaś do czynienia z kryzysem religijnym. Religia moabicka i midianicka jest najwyraźniej bardzo atrakcyjna dla Izraelitów, którzy, powiedzmy sobie otwarcie, aż do teraz żyli na pustyni, w namiotach, jedząc mannę. Nagle pojawiło się składanie ofiar – mięso! – i zapewne również alkohol; przypuszczalnie jest tam muzyka, tańce i atrakcyjne, bardzo skąpo ubrane młode damy (noszące jeszcze mniej pod owym bardzo skąpym odzieniem), i w związku z tym wygląda na to, że Izraelici bez większego zawahania odchodzą od ascetycznej, abstrakcyjnej, rygorystycznej religii, która aż do tej pory składała się przede wszystkim z zakazów i kar oraz z obietnic dotyczących przyszłości. Chcą spróbować, jak to będzie z lokalnymi bogami, którzy zdają się oferować dobrą zabawę.

Monoteizm NIE jest prosty. Koncepcja głosząca, że istnieje tylko JEDNO bóstwo, które jest odpowiedzialne za WSZYSTKO, zarówno za to, co dobre, jak i za to, co złe w życiu i we wszechświecie, jest często trudna do zaakceptowania. Bądźmy co do tego szczerzy. W dużej części świata wciąż wyznaje się politeizm albo animizm, wiarę w istnienie naturalnych sił w każdym drzewie i każdej górze albo nad nami, w niebie, zaś za każdy aspekt ludzkiego życia odpowiada inne bóstwo. W końcu w zwykłym życiu udajemy się do innego specjalisty, jeśli zamierzamy naprawić samochód, obciąć włosy albo jeśli chcemy, żeby wycięli nam wyrostek; nie oczekujemy, że jedna osoba będzie fachowym specjalistą w absolutnie każdej dziedzinie. Sensowne wydaje się więc założenie, że istnieje jeden bóg odpowiedzialny za wygrywanie wojen, inny za to, żeby wyrosły plony albo żeby krowy się ocieliły, a jeszcze inny w celu zapewnienia, że żona zajdzie w ciążę albo żeby ochronić nasze dzieci od chorób. W takiej sytuacji będzie się chciało znaleźć przychylność w oczach każdego z nich, będzie się więc chodzić do ich kapliczek albo świątyń i będzie się ofiarować datki albo małe dary, które składa się albo na ręce kapłanów, albo bezpośrednio samemu bogu albo samej bogini, wykona się kilka gestów, pokłoni się albo co tam jeszcze. Wiemy, że w niektórych miejscach oddawania czci dostępny był alkohol do picia albo zioła do palenia, a w niektórych uprawiano nawet „święty seks” – miał to być sposób na przypomnienie bogu, żeby nie zapomniał zrobić tego, co ma do zrobienia.

W takim układzie mogły zapewne występować trudności z codziennym zapewnieniem minjanu. Jeden pozytywny aspekt politeizmu – którego często się nie dostrzega – jest taki, że zwykle jest on bardzo tolerancyjny wobec istnienia innych bogów. Ktoś, kto oddaje jednocześnie cześć pięciu czy sześciu bogom nie będzie miał trudności, żeby pozostawać w dobrych stosunkach (pod względem religijnym) z inną osobą, która ma innych czterech czy pięciu bogów. Być może będą mogli się powymieniać anegdotami, przepisami i dobrymi pomysłami w kwestii składania ofiar. Osoba, która ma już wielu bogów, nie będzie się czuła tak bardzo zagrożona przez fakt, że istnieją również jacyś inni. Natomiast osoba wierząca, że istnieje tylko JEDEN Bóg będzie postrzegała taką różnorodność jako coś odrażającego, jako zaprzeczenie tej podstawowej prawdy.

(Nawiasem mówiąc, jest to jeden z zasadniczych problemów teologicznych, jakie występują pomiędzy judaizmem i pewnymi formami chrześcijaństwa, gdzie – poza kwestią Trójcy Świętej – istnieje najwyraźniej cała armia przeróżnych świętych i błogosławionych osób o niezdefiniowanym albo mitycznym statusie, do których można się modlić w sprawie konkretnych kwestii i problemów, zamiast modlić się tylko do samego Boga).

I podobnie jest z Pinchasem. Ale również z osobą piszącą ową narrację, która używa bardzo mocnego języka – pisze, że Izraelici „oddają się nierządowi /prostytucji” z miejscowymi dziewczynami; że podjadają pogańskie ofiary, kłaniają się pogańskim figurkom i symbolom. Bóg Midianitów został opisany w wersecie 3 jako  „Baal Peor” – rdzeń „pe/ajin/resz zwykle oznacza albo bycie bardzo chciwym, albo „wydalanie”. A zatem ten Baal jest Baalem, „Panem Gówna”. Mamy tu zatem do czynienia z terminologią seksualną i kloaczną (nie ma to nic wspólnego z faktem, że w wersecie 1 Izraelici znajdują się w Szittim*!). Zachowanie tej pary zostaje opisane nie tylko jako niereligijne, ale również jako coś odrażającego. Nic dziwnego zatem, że Bóg to zauważa i (kolejny raz) wpada w ogromną złość.

Widzimy tutaj (kolejny raz) bardzo ważną, podstawową zasadę judaizmu, która obowiązywała już od najwcześniejszych czasów. Celem NIE jest skłonienie Midianitów, żeby uwierzyli w Boga; chodzi o zapewnienie, żeby Izraelici NIE przestali wierzyć w Boga. Izraelici są – z racji swojego urodzenia – członkami przymierza, brit; jeśli porzucają wiarę, łamią tym samym umowę z Bogiem. Jest to dożywotnia umowa i nie oferuje im się żadnego prostego sposobu, żeby od niej odstąpić. W tym przypadku Midianici, Moabici i cała reszta, z ich radosnym świętowaniem i rytuałami, nie zostają potępieni – gdyż są poganami. Nie – nikt nie ma nic przeciwko temu, żeby dalej podążali swoimi własnymi drogami, jednak  zostają potępieni za to, że uwodzą Izraelitów i odwodzą ich od ICH prawdziwej drogi, od wiary w Jednego Boga i od służenia Mu (Boga, który, nie zapominajmy, ostrzegł nas w 20 rozdziale księgi Wyjścia, że może poczuć się bardzo zazdrosny, jeśli ludzie się od Niego odwrócą, żeby służyć jakimkolwiek innym bogom). Bóg nie chce, żeby Izraelici prowadzili działalność misjonarską wśród pogan; Bóg chce, żeby Izraelici trzymali się z dala od pogan, żeby się z nimi nie mieszali, żeby się z nimi nie spoufalali, żeby nie przyswajali sobie ich zwyczajów; Bóg nie chce, żeby Izraelici uczyli Kananejczyków, jak być dobrymi Izraelitami – Bóg chce, żeby Izraelici zachowali odrębność od Kananejczyków i nie przejmowali ich zwyczajów, ich religii ani obowiązujących u nich zasad moralnych. Żeby się nie asymilowali.

Przez prawie całą pozostałą część historii żydowskiej – która w owym momencie ledwo co się zaczęła – Żydzi będą na świecie małą mniejszością. Choć niektórzy Żydzi będą gloryfikować takiego pomniejszego regionalnego przywódcę plemiennego jak Dawid, nigdy nie będą jednak posiadać rozległych imperiów niczym Babilończycy albo Asyryjczycy, albo Helleniści, albo tak jak Aleksander Wielki, albo jak Osmanowie albo Mongołowie albo Mogołowie albo Bizantyjczycy albo Austro-Węgry albo carowie albo – broń Boże – jak naziści. Nigdy nie rozprzestrzenią się po całych kontynentach tak jak chrześcijanie, muzułmanie albo komuniści czy maoiści. Nie, zawsze pozostaną małą mniejszością na świecie, nieustannie zagrożoną tym, że jeszcze bardziej się rozproszy wśród innych i zostanie wchłonięta i połknięta przez inne, otaczające ją kultury. W wielu przypadkach będą się trzymać razem ze względów bezpieczeństwa, zaś w innych będą zmuszeni trzymać się razem ze względu na naciski wywierane z zewnątrz. Będą istnieć „żydowskie obszary” albo „żydowskie przedmieścia” albo „getta” oraz – od czasu do czasu – pojedyncze małe państewko rządzone przez Żydów i dla Żydów.

Skoro wiemy, że tak właśnie się sprawy mają, wydaje się to oczywiste. Ale czy naprawdę jest to takie oczywiste? Ten ekskluzywizm? Oczywiście były okresy, gdy judaizm czuł się bardziej w stanie otwierać na nowych członków – w rzeczy samej w „Nowym Testamencie” w Mt 23, 15 Jezus krytykuje faryzeuszy za to, że są gotowi włożyć wiele wysiłku w nakłanianie ludzi do konwersji – jak na ironię, gdyż jeśli oznacza to, że sam Jezus, jako dobry Żyd, był przeciwny prowadzeniu działalności misjonarskiej – to dlaczego chrześcijanie wciąż prowadzą taką działalność misjonarską w jego imieniu? Ale – cóż, to nie jest NASZ problem.

Nasz problem leży w znalezieniu sposobu na poradzenie sobie z tym skomplikowanym zagadnieniem monoteizmu, który jest jednocześnie inkluzywny – gdyż uznajemy, że Jeden Bóg stworzył wszystkich, łącznie z nie-Żydami – ale który cechuje się również ekskluzywizmem – jako że łączy nas szczególna relacja z Bogiem i mamy szczególne zadanie do wykonania, jako lud oraz jako indywidualni  Żydzi/Żydówki. Pinchas rozwiązuje ten problem w bardzo brutalny sposób – nie próbuje przekonywać ani Midianitki, ani Izraelity, tylko morduje ich oboje w miejscu publicznym, tak żeby wszyscy to widzieli i żeby komunikat ten na pewno dotarł do wszystkich. Co robili ci dwoje? Nie tylko uprawiali seks – co jest naturalne i normalne – ale wykorzystywali seks jako formę quasi-religijnego ferworu; uprawiali go na widoku publicznym, celowo tuż przy wejściu do Ohel Moed, czyli namiotu, gdzie spotykano się z Bogiem. Być może współczesnym odpowiednikiem byłoby malowanie graffiti na gmachu religijnym po to, żeby go sprofanować.

W międzyczasie Bóg nakazał Mojżeszowi, żeby zorganizował publiczną egzekucję przywódców izraelickich za to, że w swojej słabości pozwolili, żeby do tego doszło! Zaś Mojżesz polecił sędziom (kimkolwiek oni są), żeby uśmiercili  każdego, kto już zboczył z właściwej drogi i oddawał cześć Baal Peorowi. W pewnym sensie jest to powtórzenie gwałtownych wydarzeń, do jakich doszło po tym, jak Izraelici oddawali cześć złotemu cielcowi w Wj 32, 26-28. Jest to więc  poważny, bardzo poważny kryzys. A jednak jedynym zabójstwem, o jakim czytamy, jest to, którego dopuścił się nie sędzia, nie żołnierz, ale kapłan, którego rozsierdziły   i skłoniły do przemocy jego własna żarliwość i wściekłość. NIE jest to typ osoby, z którą chcielibyśmy zazwyczaj mieć do czynienia. Tym razem nie mówi się nam, ile jest bezpośrednich ofiar, ale tekst wspomina o „pladze”, o „magefa”, która zanim dobiegnie końca zabija 24 000 osób, i być może jest to termin na określenie katastrofy w jej całościowym wymiarze.

Co intrygujące, nasza sidra zaczyna się w połowie tej historii, a nawet w połowie rozdziału – tak, jak gdyby ktokolwiek decydował o tych rzeczach chciał się upewnić, że oddzielimy sam uczynek od reakcji na niego, że będzie między nimi tydzień przerwy. Następnie w rozdziale 26 konieczne będzie ponowne policzenie wszystkich dwunastu plemion, jako że każde z nich straciło średnio 2000 mężczyzn, jak również policzenie Lewitów. W rozdziale 27 pięć sióstr najwyraźniej zgłasza się ze skargą, iż tylko dlatego, że ich ojciec nie miał przed śmiercią synów, istnieje zagrożenie, że jego imię zostanie zapomniane – i trzeba na to szybko znaleźć rozwiązanie. I tak się właśnie dzieje. Następnie Mojżeszowi pozwolono zobaczyć Ziemię, do której nie będzie wolno mu wejść, i oficjalnie mianuje Jozuego swoim następcą – którego wyświęca kapłan Eleazar, ale który sam nie jest kapłanem.

Z przedstawionego w tekście opisu wynika, że Bóg uważa, iż Pinchas był „kine” dla Boga – był „zelotą”, a nawet fanatykiem – oraz że „kiper al-bnej-Jisrael” – że za to „odpokutował”. Obiecuje jemu i jego potomkom „wieczne kapłaństwo”. Następnie mianuje Pinchasa na swoistego pierwszego wojskowego kapelana, żeby towarzyszył wojsku (31, 6) w następnej kampanii przeciwko Midianitom, lecz tym razem będzie uzbrojony tylko w trąbki i rytualne obiekty. Nic, czym można by zabijać na polu bitwy.

W historii tej zostaje zatem poruszonych wiele problemów, i wiele z nich wywołuje duży, bardzo duży dyskomfort. Świecki przywódca nie powinien wcielać się w rolę kapłana, zaś kapłan nie powinien w istocie wcielać się w rolę świeckiego przywódcy.  Tylko w bardzo wyjątkowych okolicznościach kapłana wychwala się za to, że bronił religii. A nawet wówczas nasuwa się pytanie: dlaczego Bóg nie zabił Zimriego i Kozbi sam, zamiast liczyć na to, że Pinchas zrobi to w Jego imieniu?

Następnie, gdy widzimy, jak wiele narodów było albo jest rządzonych przez taką czy inną kastę kapłańską oraz jak zatarło się rozróżnienie pomiędzy świeckimi i duchowymi przywódcami, dostrzegamy liczne niebezpieczeństwa, jakie wynikają z takiego pomieszania ról. Jedna grupa powinna się zajmować problemami tego świata, tu i teraz, zaś druga powinna zajmować się bardziej wiecznością i wiecznymi wartościami. Jednak granice nie są zawsze jasne i często świeccy przywódcy mówią przywódcom religijnym, żeby „nie wtrącali się do polityki”, gdy robią coś karygodnego, lecz potem domagają się „błogosławieństwa” od tych samych funkcjonariuszy religijnych, kiedy tylko jest im to na rękę. Każda ze stron może wykorzystywać drugą do swoich własnych celów. Widzimy to aż nazbyt często. Niestety.

Czy historia ta potoczyłaby się inaczej, gdyby Bóg zareagował w inny sposób i powiedział: „NIE popieram tego, co właśnie zrobił Pinchas”? Czy czulibyśmy się z tym lepiej? A jak MY postrzegamy ten ekskluzywizm? Do jakiego stopnia bylibyśmy skłonni usprawiedliwiać bronienie naszych granic właśnie w taki sposób? Nasuwa się wiele, bardzo wiele trudnych pytań, z którymi musimy się mierzyć podczas czytania tych rozdziałów.

Szabat Szalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

* Nazwa „Szittim” kojarzy się z angielskim słowem shit – „gówno” (przyp. tłum.).

Pinchas

Pinchas

Rabin dr Walter Rothschild   

The sidra ‘Pinchas’ starts in the middle of an horrific episode and it starts in a way that is not only surprising, but shocking – God APPROVES of the impetuous violent actions of Pinchas the son of Elazar, a grandson of Aharon, a Cohen, who has just murdered two people ‘in flagrante‘ because they were not only of two different genders but also of two different religions. (It would be an interesting topic for discussion, just how seriously either of them has been taking their religion; the Torah also tells us their names and their social status but little about how they met, whether they were in love, whether it was their first time…..)  This incident is a major challenge to everyone who has read the story since. Can we understand what is happening? Can we support the actions taken? Do we distance ourselves from it, and if so, how?

To be fair, the incident as described in Numbers 25:6-9 – the verses just before this week’s sidra starts – does not seem to have much to do with romance or eroticism; instead it seems to be a deliberate act of rebellion, a flaunting of their utter disregard of God and of Moses. With Korach there had been a political crisis; now there is a religious crisis. The Moabite and Midianite religion is clearly very attractive to the Israelites who have, let’s face it, spent their lives until now in the desert, in tents, eating manna. Suddenly there are sacrifices – Meat! – and probably alcohol, there is presumably music and dancing and attractive young ladies wearing very little (and wearing even less under the very little they are wearing) and so the Israelites seem to have no difficulty in turning away from an austere, abstract, strict religion which has mainly consisted until now of prohibitions and punishments and future promises. They decide to try out the local gods; Who seem to offer Fun.

Monotheism is NOT easy. The idea that there is only ONE deity who is responsible for EVERYTHING, both the good and the bad in life, in the universe, is often hard to accept. Let us be honest about this. A large proportion of the world is still committed to polytheism or animism, a belief in natural powers in each tree or mountain or up in the sky, a different deity responsible for each aspect of human life. After all, in normal life you would go to a different specialist to have a car repaired or to get your hair cut or your appendix taken out, you would not expect one person to be a skilled specialist in absolutely everything. So it makes sense to assume that there is one god for winning wars and another for making the crops grow or your cows calve and a different one for making sure your wife gets pregnant or protecting your children from illness. You would want to make sure you were in the good favour of each of these, so you would go to their shrine or temple, make a donation or a small gift, either to the priests or to the god him- or herself, make a few gestures, bow down, whatever. We know that in some shrines there was alcohol to drink or herbs to smoke, and in some there was even ‘holy sex’, a way of reminding the god not to forget what he had to do.

What with one thing and another there was probably little difficulty in getting a minyan each day. One positive aspect of Polytheism – which is often overlooked – is that it is usually very tolerant of other gods. Somebody who worships five or six gods at the same time has little problem in getting on (religiously) with another person who has another four or five gods. Possibly they can swap anecdotes and recipes and good ideas for sacrifices. The person who already has many gods will not feel so threatened by there being others. Whereas the person who believes there is only ONE God will see in this variety an abomination, a denial of this basic truth.

(Incidentally, this is one of the major theological issues between Judaism and certain forms of Christianity, where – as well as the problem of the Trinity – there seems to be a whole army of different saints and holy people of undefined or mythic status, to whom one can pray for specific issues and problems, rather than to God alone.)

  And so it is with Pinchas.  But also with the writer of this narrative. He uses very strong language – the Israelites ”commit harlotry / prostitution” with the local girls; they eat of the pagan sacrifices, they bow down to the pagan statues and symbols. The god of the Midianites is described in verse 3 as ‘Ba’al Pe’or’ – the verbal root  ‘Peh/Ayin/Resh usually means either to be very greedy, or to excrete. So this Ba’al is the Ba’al, the Master of Shit. Thus we see sexual and lavatorial terminology (which has nothing to do with the fact that in verse 1 they are in Shittim!) This is described not just as irreligious behaviour, this is disgusting behaviour. So it is no surprise that God notices and gets (once again) very angry.

Here we see (again) a very important, basic principle of Judaism from the earliest times. The intention is NOT to make the Midianites believe in God; it is to stop the Israelites NOT believing in God. The Israelites are – through their birth – members of a covenant, a Brit; If they lapse, they are breaking a contract with God. It is a lifetime contract and they are not offered any easy way out. In this case the Midianites and Moabites and all the others, with their festivities and rituals, are not condemned because they are pagans – No – they are welcome to continue on their own paths, but they are condemned because they are seducing the Israelites away from THEIR true path, the belief in and service of the One God. (Who, let us not forget, warned us in Exodus chapter 20 that He could get very jealous if people turned away to serve any other gods.) God does not want the Israelites to missionise amongst the heathen; God wants the Israelites to stay away from the heathen, not to mix with them, not to mingle with them, not to absorb their customs. God does not want the Israelites to teach the Canaanites how to be good Israelites – God wants the Israelites to stay distinct from the Canaanites and not absorb their customs, their religion and their form of morality. Not to assimilate.

For almost the entire rest of Jewish history – which at this point has hardly started – the Jews will be a small minority in the world. Although some Jews will glorify a minor regional tribal leader like David, they will never have extensive empires like those of the Babylonians or the Assyrians, or the Hellenists, or like Alexander the Great, or like the Ottomans or the Mongols or the Moguls or the Byzantines or the Austro-Hungarians or the Tsars or – heaven help us – the Nazis. They will never spread across entire continents like Christians and Moslems or Communists or Maoists. No, they will remain always a small minority in the world, constantly exposed to the threat of being further diluted and absorbed and swallowed by other, surrounding cultures. In many cases they will huddle together for security, in other cases they will be forced to huddle together by external pressure. There will be ”Jewish areas” or ”Jewish suburbs” or ”ghettoes” and – from time to time – a single small state run by and for Jews.

Since we know this is the case, it seems obvious. But is it obvious, really? This exclusivity? Of course there were periods when Judaism felt more capable of opening up to new members – indeed in the ‘New Testament’, in Matthew 23 verse 15 Jesus criticises the Pharisees for being prepared to go to great lengths to convert people. This is ironic, because if it means that Jesus himself, as a good Jew, was opposed to missionising – then why do Christians still missionise in his name? But – well, that is not OUR problem.

Our problem lies in finding a way through this complex issue of a monotheism which is at the same time Inclusive – for we acknowledge that the One God created Everybody, including the non-Jews – and Exclusive – for we have a specific relationship and a specific task to perform, as a People and as individual Jews. Pinchas resolves the issue very brutally – he does not reason with the Midianite, nor with the Israelite, he murders them both very publicly, to make sure that everyone else gets the message. What were these two doing? Not just having sex – this is natural and normal – but using sex as a form of quasi-religious fervour, in public, deliberately at the very door of the Ohel M’ed, the tent where God is to be encountered. Maybe a modern equivalent would be spraying graffiti on a religious building, trying to desecrate it.

In the meantime God has commanded Moses to arrange the public execution of the leaders of the Israelites for weakly allowing this to happen! And Moses has urged the judges (whoever they are) to massacre anyone who has already lapsed and worshipped Ba’al Pe’or. In a way, it is a repetition of the violent events following the worship of the Golden Calf in Exodus 32:26-28. So this is a major, major crisis. And yet the only killing we read of is the one performed, not by a judge, not by a soldier, but by a priest, incensed and driven to violence by his fervour and his rage. NOT the sort of person one would normally like to meet. We do not get told this time how many direct casualties there are but the text refers to a ‘plague’, a ‘Magefa‘ which kills 24,000 before it stops, and maybe this is the term for the catastrophe as a whole.

Intriguingly, the Sidra starts in the middle of the narrative, even in the middle of a chapter. It is as though whoever decided upon these things wanted to make sure that we separate the deed from the reaction, to keep them a week apart. Then in chapter 26 it will be necessary to count all the twelve tribes again, for each has lost an average of 2,000 men, plus the Levites. In chapter 27 five sisters appear to register a complaint that, just because their father had no sons before he died, his name is in danger of being forgotten – and a solution has to be quickly found. It is.  Following this, Moses is permitted to see the land which he may not enter and he appoints Joshua formally as his successor – consecrated by the priest Elazar, but not himself a priest.

God describes Pinchas as having been ”kineh” for God – ”zealous” or even fanatical – and also ”kiper al-B’nei-Yisrael” – he has ”atoned” for them. He promises him and his descendants an ”eternal priesthood”. He then appoints Pinchas to be in a sense the first military chaplain, to accompany the army (31:6) in the next campaign against the Midianites, but this time armed only with trumpets and ritual objects. Nothing with which to kill on the battlefield.

So there are many issues which are raised in this story and many of them are very, very uncomfortable. A lay leader is not to act as a priest and a priest is not really to act as a lay leader. It is only in very exceptional circumstances that a priest is praised for defending the religion. And even then we have the question: Why did God not kill Zimri and Cozbi, rather than relying on Pinchas to do it in His name?

Then. when we see how many nations have been ruled or are ruled by clergy of one type or another, how the distinction between lay and spiritual leaders is blurred, we see the many dangers which follow such a mixing. One group should deal with the problems of this world, here and now, and the other group should be more concerned with eternity and eternal values. But the boundaries are not always clear and often lay leaders tell the religious leaders to ”keep out of politics” when they are doing something shameful, but then demand ”a blessing” from those same religious functionaries when it suits them. Each side can use the other for its own purposes. We see this often enough. Alas.

Would it have been a different story if God had said, instead, ”I do NOT approve of what Pinchas has just done”? Would we feel better about it? How do WE view this exclusivity? How far would we justify defending our own boundaries in such a manner? There are many, many difficult questions for us to face, when we read these chapters.

Shabbat Shalom.

Rabbi Dr. Walter Rothschild