Emor

Emor

Rabin dr Walter Rothschild

W czytanej w tym tygodniu sidrze zostaje poruszonych kilka wątków, jednak w rozdziale 23 księgi Kapłańskiej znajdziemy listę świąt, które mamy obchodzić – wraz z wyjaśnieniem, w jaki sposób należy je obchodzić. Nasuwa się w związku z tym wiele pytań, zważywszy iż nie wypełniamy już opisanych tam zaleceń – nie przynosimy ofiar zwierzęcych ani nie potrząsamy „omerem”, czyli snopkiem. Liczymy, ale nie potrząsamy! Lecz jak powinniśmy świętować nasze święta i jaki tak naprawdę mamy powód do świętowania?

Muszę przyznać, że zaczynam się stopniowo coraz bardziej martwić o rabinów mieszkających w Stanach Zjednoczonych. I nie jest to kwestia „Schadenfreude”. Od lat dostawałem e-maile i komentarze w stylu „Jak możesz wciąż pracować w Europie? Czyż nie jest tam niebezpiecznie? Tak wiele tam narastającego antysemityzmu i populistycznych prawicowych polityków?”. Zaś teraz – muszą sobie jakoś radzić z faktem mieszkania w kraju rządzonym w na wpół-dyktatorski sposób przez prezydenta, który uważa, że może po prostu wydać zarządzenie – i zostanie ono wykonane; który może wydawać oświadczenia przeciwko uchodźcom i imigrantom, który może cofnąć zegar poprawności politycznej i liberalnych wartości o dwadzieścia albo trzydzieści lat – i wciąż będzie miał poparcie pokaźnej mniejszości, a nawet większości narodu; muszą też jakoś żyć z okropnymi, morderczymi atakami z bronią w ręku dokonywanymi przez szaleńców na synagogi w Pittsburghu i w Kalifornii… (nie wspominając o tak wielu innych atakach – na cywilów, na pracowników biurowych w Nowym Jorku, na biegnących w bostońskim maratonie oraz innych). Z samych niewłaściwych powodów – gdyż są to NIEWŁAŚCIWE powody – ich pełen zadufania w sobie i samozadowolenia ton zniknął. Liberalne wartości są zagrożone, zagrożeni są również Żydzi. Komentarze od znajomych amerykańskich rabinów się wykruszyły.

   Staje się to jeszcze bardziej widoczne w świetle faktu, iż przez dziesięciolecia wielu rabinów wyrażało swoje niezadowolenie z faktu korzystania z tradycyjnej Hagady na Pesach – która oczywiście zastąpiła składane niegdyś tradycyjne ofiary. Minęło już wprawdzie kilka tygodni, odkąd używaliśmy jakiejkolwiek wersji Hagady, widzę jednak, że jest to wciąż temat wart dyskusji: czy powinniśmy uwzględniać tradycyjne ustępy krytykujące nie-Żydów, czy też je usunąć? „W końcu – argumentuje się – obecnie łączą nas o wiele lepsze relacje z naszymi nie-żydowskimi sąsiadami niż wcześniej, w średniowieczu (definiowanym jako okres od V do XV wieku) czy też w „późniejszym średniowieczu” (definiowanym jako pierwsza połowa XX wieku). Obecnie wielu spośród naszych członków sami zaczęli życie jako nie-Żydzi i wielu z nich ma nie-żydowskich członków rodziny albo nie-żydowskich rodziców – nie chcemy obrażać tych osób”. Są to interesujące argumenty, świadczą jednak o niezrozumieniu sedna problemu. Ustępy, których najczęściej dotyczą tego typu  dyskusje – Wehi Szeamda i Szefoch Chamatcha – nie są modlitwami skierowanymi przeciwko nie-Żydom jako takim; są to oświadczenia i modlitwy skierowane przeciwko antysemitom. NIE wszyscy nie-Żydzi są antysemitami; w istocie wielu nie-Żydów podziela wartości, które wprowadził do świata judaizm – wartości monoteizmu, odpowiedzialności i wzajemnego szacunku, błogosławieństwa i pragnienia, aby nastały stabilność i pokój. ALE – i jest to poważne zastrzeżenie – istnieją ludzie, którymi kieruje jedynie nienawiść: nienawiść wobec muzułmanów, nienawiść wobec chrześcijan i nienawiść wobec Żydów. Oczywiście są też tacy muzułmanie, którzy nienawidzą innych muzułmanów za to, że są niewłaściwego rodzaju muzułmanami; wielu chrześcijan nienawidziło innych chrześcijan za bycie niewłaściwego rodzaju chrześcijanami, zaś historia Europy, a obecnie Bliskiego Wschodu została wielokrotnie splamiona krwią szyitów, sunnitów i ahmadystów, krwią katolików, protestantów, Koptów, husytów, albigensów  i innych, wielu innych…. Jednakże we wszystkich tych krwawych i żądnych krwi stuleciach występował jeden wspólny czynnik – mianowicie sposób, w jaki ziemia i wody zostały splamione krwią Żydów. Żydów zabijanych tylko dlatego, że byli Żydami. Dla naszych wrogów nie ma czegoś takiego jak „niewłaściwy rodzaj Żydów” – WSZYSCY Żydzi bez wyjątku (nawet byli Żydzi, którzy przeszli konwersję, albo ochrzczeni Żydzi, albo potomkowie Żydów) byli uznawani za uzasadniony obiekt ich nienawiści. Na opisanie mordowania Żydów albo ich męczeństwa  używamy terminu Kidusz HaSzem, mówiąc w ten sposób, iż „uświęcają Imię” – podkreślamy tym samym, że powodem ich ofiary, śmierci i cierpienia był tylko i wyłącznie fakt, iż byli oni Żydami – nie Niemcami, nie Polakami, nie Rosjanami, a nawet nie Izraelczykami – ale Żydami. To właśnie „Imię” – w tym przypadku, imię „Żyd”, miało w tej sytuacji znaczenie.

I właśnie dlatego uważam, że w pełni uzasadnione jest, abyśmy podczas  świętowania naszego wyzwolenia z niewoli i prześladowań recytowali oświadczenie głoszące, że nie było to tylko jednorazowe wydarzenie. W Wehi Szeamda stwierdza się: „W KAŻDYM pokoleniu są tacy, którzy powstają przeciwko nam i usiłują nas zniszczyć. W KAŻDYM pokoleniu, czego byśmy nie zrobili albo nie robimy, gdziekolwiek byśmy się nie znajdowali. Nie możemy od tego uciec. Ale aż do teraz Najświętszy zawsze ratował co najmniej niektórych z nas – w przeciwnym wypadku nie byłoby nas tutaj dzisiaj i nie moglibyśmy śpiewać tych słów”.

Słowa te wydają mi się całkiem uzasadnionym podsumowaniem historii żydowskiej oraz żydowskich nadziei na przyszłość. Aż do niedawna przynajmniej Żydzi w Stanach Zjednoczonych mieli poczucie, że udało im się przeżyć przez kilka pokoleń tylko z łagodną formą społecznego antysemityzmu; byli wykluczeni z pewnych klubów i być może również ze sprawowania pewnych stanowisk politycznych, ale w gruncie rzeczy spotykali się z niemal pełną akceptacją i poczuciem bezpieczeństwa. To się jednak skończyło….

Szefoch Chamatcha, tradycyjnie często recytowane na stojąco, przy otwartych drzwiach, aby pokazać wszelkim czającym się na zewnątrz wrogom, że nie mamy się czego obawiać, że nie mamy nic do ukrycia, jest skierowaną do Boga prośbą, aby zesłał boską zemstę na „te narody, które powstają, aby nas zniszczyć, aby nas pochłonąć” – a nie na inne, które nas nie prześladują i zostawiają nas w spokoju. I dlaczego nie mielibyśmy o to prosić? Gdzie w Tanachu napisano, że mamy obowiązek pozostać bierni, że mamy być pacyfistami i spokojnie i bez złości przyjmować wymierzone przeciwko nam nieusprawiedliwione ataki? Wprost przeciwnie – zaczynając od obrony przeciwko Amalekitom opisanej w 17 rozdziale księgi Wyjścia. Prorocy wspominają wielokrotnie o USPRAWIEDLIWIONYCH atakach – w przypadku gdy uczyniliśmy coś złego, czym zirytowaliśmy Boga i zasłużyliśmy na karę – jest to problematyczna zasada teologiczna, niemniej jednak można spotkać tego typu rozumowanie. Jednakże, gdy jakieś ludy atakują nas bez żadnej przyczyny,  wówczas nie ma powodu, aby fałszywie brać na siebie winę. Byłby to, delikatnie mówiąc, przejaw „fałszywej skromności”. Nie powstajemy i nie mówimy, że NASZYM obowiązkiem jest zaatakowanie i ukaranie tych przeciwników, lecz prosimy Boga, aby zrobił to dla nas.

Jest wielu takich, którzy twierdzą, że działają w imię Boga, gdy wysadzają w powietrze kościoły albo mordują osoby modlące się w kościołach, synagogach i meczetach, albo kiedy grożą, że zgładzą z powierzchni ziemi państwo żydowskie wraz z jego mieszkańcami – lecz jest to nikczemne bluźnierstwo. Nigdzie w żadnym z monoteistycznych pism nie powiedziano, że Bóg, pod jakimkolwiek imieniem, faktycznie poprosił ich o to albo nakazał im, aby to uczynili. Sprzeniewierzają się oni imieniu Boga i nadużywają go, aby usprawiedliwić swoją własną ludzką słabość i nienawiść. Gdyby naprawdę wierzyli w Boga, poprosiliby Go, aby ukarał tych, z którymi się nie zgadzają – a następnie czekaliby, aż Bóg to uczyni. A jeśli Bóg by tego nie uczynił – wówczas powinno im to zasugerować, że być może ich życzenia były nieuzasadnione, a ich przekonania błędne. Powiedzmy więc otwarcie, że nie musimy akceptować ani wierzyć tym, którzy twierdzą, że ich działania są motywowane wiarą; w istocie kieruje nimi BRAK wiary. NIE wierzą, że Bóg podejmie jakieś działania, więc podejmują je na własną rękę. Jest to całkowite odwrócenie wszelkiej prawdy i jakiejkolwiek wiary.

 

Bywały czasy i miejsca, w których czuliśmy się bardziej bezpiecznie i bardziej akceptowani niż gdzie indziej i aż do teraz USA, po części ustanowione przez prześladowaną sektę brytyjskich purytanów, którzy domagali się rozdziału między Kościołem i państwem, były być może jednym z takich miejsc. Obecnie – chyba w mniejszym stopniu. Oczywiście nie ułatwia to nam w żaden sposób życia tutaj, w Europie, gdzie mierzymy się z mnogością dowodów na ludzką głupotę. Ale pozwala nam to lepiej zrozumieć tych anonimowych geniuszy, którzy ułożyli dwa ustępy uwzględnione w Hagada szel Pesach, które – w moim przekonaniu – stanowią ważną część rytuału oraz sposobu, w jaki podchodzimy do naszej historii i do naszej tożsamości. Zawarte są w nich niewygodne, ale głębokie prawdy.

Chukat olam ledorotechem – „oto wieczne prawo dla wszystkich twoich pokoleń” – właśnie takiego zwrotu używa się w Torze na opisanie czegoś, co powinno trwać dalej; niestety musimy używać go również do opisywania rzeczy, które NIE powinny dalej trwać, ale z jakiegoś powodu wciąż mają miejsce….

 

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

PESACH 2019

PESACH 2019

Rabin dr Walter Rothschild

 

Niektórym wydaje się to dziwne, ale Pesach przypada w pierwszym miesiącu naszego żydowskiego kalendarza, w miesiącu nisan, ponieważ u podstaw judaizmu leży wyzwolenie, które miało miejsce właśnie w tym miesiącu. Dla odróżnienia, Rosz Haszana, czyli tak zwany „Nowy Rok”, przypada na jesieni, w siódmym miesiącu roku, gdyż to święto dotyczy „tylko” świata czy też wszechświata, a więc kwestii drugoplanowych! Może się to wydawać nieco dziwne, jest w tym jednak pewna logika. Każdy z nas odlicza czas swojego życia od chwili i dnia, w którym to my się urodziliśmy, a nie od czasu, w którym zaczęła istnieć Ziemia albo w którym rozpoczęła się cywilizacja. Ziemia znajduje się tutaj i ma swoje własne urodziny, więc je obchodzimy – ale MY mieliśmy też nasze własne indywidualne czy też wspólnotowe urodziny i właśnie to uczyniło nas tym, kim jesteśmy.

Na czym polegało owo wyzwolenie? Opowiadamy na nowo tę historię każdego roku podczas sederu, została ona też opisana w Hagadzie – choć o wyzwoleniu tym wspomina się też wiele, bardzo wiele razy w naszej liturgii, jak również w Torze oraz w innych księgach Tanachu. Jecijat Micrajim, wyjście z Egiptu. Był taki czas, gdy byliśmy zniewoleni, zaś następnie zostaliśmy wyzwoleni – nie przez jakąś inną osobę, nie w wyniku wojny, nie z powodu zmian w doktrynie politycznej – lecz na skutek boskiej interwencji. Bóg usłyszał płacz i wołania w Egipcie, Bóg zauważył, Bóg zareagował i – choć historia ta jest bardziej skomplikowana i nie da się jej wyczerpująco przedstawić w jednym zdaniu – to, jak wiemy, w istocie sprowadza się ona właśnie do wyżej opisanego stwierdzenia.  Bóg nas ocalił i uwolnił, wyzwolił nas i wybawił oraz tchnął w nas nowe poczucie posiadania celu, nową tożsamość narodową. Począwszy od tego czasu byliśmy już nie tylko potomkami Abrahama, Izaaka czy Jakuba, byliśmy już nie tylko Hebrajczykami czy Izraelitami; począwszy od tej chwili staliśmy się ludem, ludem posiadającym Torę, nowe przymierze oraz szczególną relację z Bogiem; mieliśmy obowiązek pamiętać o naszej historii oraz wierzyć w przyobiecaną nam przyszłość.  Żaden z tych obowiązków nie jest łatwy i właśnie dlatego historia żydowska była już zawsze odtąd, przez tysiące lat, tak bardzo skomplikowana.

Niewolnictwo przybiera wiele różnych form i pomocna dla nas teraz, tutaj, we współczesnym świecie, w Europie, może być refleksja nad tym, co może ono oznaczać dla każdego z nas; warto spróbować się też wyzwolić od dawnych (i nie tak bardzo dawnych) wyobrażeń na temat pracy przymusowej. Praca przymusowa faktycznie jest formą fizycznego zniewolenia i to właśnie o tym rodzaju wspomina się najczęściej w Hagadzie – istnieją też jednak inne rodzaje zniewolenia. Ilekroć ktoś czuje się zmuszony do zrobienia czegoś, czego nie chce robić, ilekroć ktoś jest zmuszony poddać się naciskom zewnętrznym i wyrzec się jakiejś części swojej osobistej wolności – mamy do czynienia z elementami niewolnictwa.  Gdy ktoś ma poczucie: „nie jestem głodny, ale czuję, że MUSZĘ coś zjeść” albo: „Nie należę do żadnej szczęśliwej grupy społecznej, jestem samotny, czuję się nieszczęśliwy i ciągnie mnie do alkoholu”; ilekroć ktoś odczuwa potrzebę zażycia jakiegoś leku czy substancji psychoaktywnej, o których WIE, że są dla niego szkodliwe, a jednak czuje się zmuszony do ich wzięcia (a obecnie USA mierzy się z ogromnym wzrostem liczby osób uzależnionych od opioidów) – taka osoba jest zniewolona. Większość palaczy jest „niewolnikami swojego nałogu”. Gdy ktoś jest zmuszany do odbywania stosunków seksualnych z drugą osobą, choć nie ma na to ochoty, nawet jeśli nie dochodzi do bezpośredniego użycia siły, lecz zamiast tego stosuje się presję ekonomiczną lub wykorzystuje się pozycję władzy, aby zmusić kogoś do prostytucji – osoba ta jest wykorzystywana seksualnie i jest to forma zniewolenia. Zdarzyć może się też, że żołnierz zostanie powołany do służby wbrew swojej woli albo ktoś popadnie w długi i będzie musiał pracować dłużej i ciężej, aby spłacić wierzycieli, nie będzie więc się mógł swobodnie cieszyć owocami swojej pracy, gdyż zostały już one przyobiecane komuś innemu…. Istnieje tak wiele różnych form stosowania zewnętrznych nacisków i siły albo też przypadków odczuwania wewnętrznej presji i popadania w uzależnienie. Są to wszystko pewne formy zniewolenia.

Oczywiście niekiedy definicje nie są do końca ostre. Jeśli ktoś Z WŁASNEJ WOLI zdecydował się zaciągnąć dług, aby kupić dom, samochód albo pojechać na wakacje, czy ma takie samo prawo do poczucia żalu i krzywdy? A co z uzależnieniem od hazardu? Jeśli ktoś celowo rozpętuje wojnę, przegrywa ją i musi uprzątnąć bałagan i gruzy – czy naprawdę może narzekać, że to niesprawiedliwe? Jeśli lekarz, któremu ufaliśmy, przepisał nam jakieś lekarstwo, a następnie okazało się, że uzależniliśmy się od tych tabletek, to czy będzie to nasza wina? W grę wchodzą niekiedy dodatkowe aspekty odpowiedzialności i winy, które mogą komplikować sprawy. Nie mogę tu zaoferować prostych odpowiedzi na powyższe pytania, gdyż takowe nie istnieją. Weźmy osobę, która poświęca przeważającą część życia na opiekowanie się chorym dzieckiem albo chorym rodzicem – czy osoba ta jest „zniewolona”, czy też po prostu robi to, co powinno być dla niej naturalne? Czy ktoś, kto musi odbyć podróż służbową, jest „niewolnikiem zegarka”, czy też musi się po prostu dostosować do rozkładu linii kolejowych bądź lotniczych, ma więc obowiązek stawić się punktualnie w miejscu wyjazdu bądź wylotu?

Następnie dochodzimy też jednak do innych zasługujących na naszą uwagę aspektów, nawet jeśli nie mają one bezpośredniego związku z Wyjściem z Egiptu, jako że wiążą się one ze sposobem, w jaki postrzegamy innych albo w jaki inni postrzegają nas. Od czasu rewolucji przemysłowej zdarzyło się coś, co zmieniło ludzkość i społeczeństwo. Pracownik stał się anonimowy, stał się zaledwie jednym z grupy, jest odtąd tylko numerem na karcie zegarowej, którą odbija przy wejściu i wyjściu z pracy. Pracownik nie ma już bezpośredniej styczności z klientem. Podczas gdy wcześniej, gdy ludzie mieszkali w mniejszych społecznościach, w wioskach lub na gospodarstwach rolnych, szewc, krawiec, piekarz czy rzeźnik przygotowywali swoje produkty i sprzedawali je osobiście, spotykali się z klientami, omawiali właściwości swojego towaru, polecali takie czy inne artykuły, spędzali ze sobą czas – to począwszy od tego czasu robotnicy stali przy maszynie produkującej buty, tkającej duże ilości materiału albo mielącej pęta kiełbas; produkty te następnie pakowano, transportowano i sprzedawano ludziom, z którymi robotnicy nie mieli się nigdy osobiście spotkać. W ostatnich latach to samo zjawisko rozprzestrzeniło się również na choćby marketing internetowy, w ramach którego zamawiamy jakiś towar przez internet, a pracownik w dużym magazynie zatrudniony przez Amazon lub dowolną inną firmę wkłada towar do pudełka i odkłada go na stertę innych, lecz nigdy nie spotyka się z tobą, czyli z klientem. Obsługują nas teraz osoby, których nie znamy i z którymi się nie spotykamy, osoby, z którymi nie łączą nas żadne relacje. Zamiast sklepikarza mamy znudzonego pracownika przy kasie, a nawet i tu wprowadza się komputery i ekrany dotykowe mające zastąpić kasjerów. Oczywiście wszystko to odnosi się w jeszcze większym stopniu do sytuacji, gdy osoby, które szyją noszone przez nas ubrania, składają używane przez nas urządzenia, wykonują noszone przez nas buty albo wszelkie inne towary mieszkają w innych krajach albo nawet po drugiej stronie świata.

Choć są jeszcze nieliczne wyjątki i wciąż istnieją targi, na których możemy kupić warzywa bezpośrednio od rolników, to generalnie rzecz biorąc dni, gdy kupowało się ryby od rybaków przy nabrzeżu skończyły się w chwili, gdy pojawiła się możliwość transportowania pociągami świeżych ryb do miejsc położonych w głębi lądu. Dni, gdy mieliśmy okazję poznać stolarza wykonującego nasze meble dobiegły końca w chwili, gdy meble, podobnie jak tak wiele innych rzeczy, zaczęły być produkowane na masową skalę. Oznaczało to, że klienci stali się anonimową masą, podobnie rzecz miała się też z pracownikami. Łańcuch produkcji tak bardzo się wydłużył, że zatracono styczność pomiędzy jego początkiem i końcem.

Być może sytuacja ta wiąże się z pewnymi korzyściami i być może musimy ją zaakceptować jako „postęp”, niemniej warto jednak zwrócić na to uwagę. Jeśli pracuję dla dużej firmy lub organizacji, jestem tylko jednym z wielu pracowników, moje nazwisko jest mniej ważne od funkcji, jaką wypełniam w ramach procesu wytwórczego lub przy linii produkcyjnej. Judaizm zdaje sobie jasno sprawę z zagrożenia wiążącego się z sytuacją, gdy ktoś przestaje mieć imię i tożsamość i staje się zaledwie „jednym z 600 000, którzy wyszli z Egiptu” albo, niestety, „jednym z sześciu milionów”. Jednostkowy pracownik posiada tożsamość, ma fach w ręku i osobisty stosunek do wykonywanej przez siebie pracy bądź do produkowanego przez siebie towaru; dla odróżnienia, niewolnik wypełnia tylko pewną funkcję, ma tylko pewne zadanie do wykonania.

Jak można się wyzwolić z takiej sytuacji? (Zakładając oczywiście, że ktoś chciałby to zrobić, gdyż, jak wiemy, wielu ludzi jest gotowych poświęcić swoje człowieczeństwo i wolność, przejawiając objawy „syndromu sztokholmskiego”,  utożsamiając się z tymi, którzy mają nad nimi władzę i podporządkowując się im; godzą się pójść na kompromis w zamian za pewien stopień bezpieczeństwa i stałości).

Historia stosunków pracy, związków zawodowych i przejawów solidarności między pracownikami ujawnia pewne interesujące prawidłowości, z których prawie żadna nie ma zastosowania w historii wyjścia z Egiptu! Załóżmy, że jest sobie fabryka, której właścicielem (tak jak to było w dawnych czasach kapitalistycznych) jest właściciel fabryki (choć obecnie jest to zwykle grupa inwestorów). Fabryka ta zatrudnia tysiąc pracowników. Jeśli jeden pracownik jest z jakiegoś powodu niezadowolony i poskarży się swojemu brygadziście – zostanie zwolniony. Nie jest w żaden sposób chroniony. Jeśli dziesięciu pracowników pójdzie razem do swojego brygadzisty i powie: „Jesteśmy niezadowoleni ze sposobu organizacji zmian”, brygadzista może zdecydować się potraktować ich skargi poważnie i wprowadzić jakieś pomniejsze zmiany – byle tylko JEGO cele były wciąż wypełniane. Jeśli stu robotników pójdzie do kierownika oddziału i poskarży się na przykład, że praca przy ich maszynach jest niebezpieczna i domagają się zainstalowania ekranów ochronnych, kierownik może podjąć jakąś decyzję, może wykorzystać dostępny mu budżet, być może skieruje sprawę wyżej, może się też jednak zgodzić na zainstalowanie niezbędnych ekranów ochronnych. Jeśli zaprotestuje cały tysiąc robotników i wspólnie oświadczą, że nie będą dalej pracować, jeśli nie dostaną podwyżki – dojdzie do zatrzymania produkcji. Właściciel albo menedżer musi rozważyć dostępne mu opcje – czy w dłuższej perspektywie wyjdzie mu taniej czy drożej ugiąć się przed tym żądaniem, a może lepiej zainwestować w nowe maszyny albo sprowadzić nowych robotników czy też łamistrajków, czy może lepiej zrobić jeszcze coś innego? Różnica między poszczególnymi wyżej przytoczonymi (dość uproszczonymi) przykładami polega na stopniu solidarności. Samemu nie można osiągnąć prawie niczego; jeśli powstanie związek, pewna wspólnota, można wywierać presję na nadzorców niewolników. Oczywiście wiąże się to z pewnym ryzykiem, gdyż właściciel czy też menedżer może zdecydować się zastosować brutalne metody albo wyeliminować znanych „mącicieli”, jednak również w tych przypadkach solidarność może mieć znaczenie.

Oczywiście używam tu słowa „solidarność” celowo, gdy mówię o życiu w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach i przeciwstawiam je wcześniejszym dekadom.

Jeśli chodzi zaś o historię wyjścia z Egiptu, Jecijat Micrajim, to wyżej opisany model nie ma tu zastosowania. Bóg wysyła tylko JEDNEGO człowieka, który ma reprezentować Izraelitów w towarzystwie Aharona, który pełnić ma rolę jego pomocnika i tłumacza. Mojżesz nie jest kimś zupełnie nic nieznaczącym w kręgach egipskich – jest byłym adoptowanym  księciem, który zbiegł, oskarżony o popełnienie morderstwa – jest jednak kimś zupełnie nic nieznaczącym dla Izraelitów, którzy nie okazują mu solidarności. Mojżesz nie mówi: „Wypuść mój lud!”; ma za zadanie powiedzieć: „BÓG MÓWI: <<wypuść MÓJ lud! Tak żeby mogli służyć MNIE!>>”. Mojżesz reprezentuje zatem inną „władzę” – nie robotników, nie niewolników, lecz Boga niewolników.

Sprawia to, że historia ta zyskuje zupełnie inny wymiar, i również faraon potrzebuje czasu, aby zrozumieć prawdziwy charakter tej historii. Dobrze wie, jak radzono sobie od zawsze ze sprawiającymi kłopot niewolnikami – trzeba ich po prostu wychłostać, zwiększyć ciążące na nich brzemię, trzeba ich zmusić do starania się na własną rękę o słomę do wyrabiania cegieł, należy ignorować ostrzeżenia, iż mogą ucierpieć w wyniku spadającego gradu, i tak dalej. Lecz tutaj w grę wchodzi inna władza, boska władza. Dopiero przy ostatniej pladze faraon – który oczywiście do tego czasu również zdążył już doświadczyć żab, wszy, wrzodów, gradu i ciemności – zostaje osobiście głęboko zraniony, zostaje sprowadzony do poziomu niewolnicy przy żarnach – traci własne pierworodne dziecko. Dopiero wtedy zrozumiał wyraźnie ogromną potęgę tego niewidzialnego, anonimowego Boga, dopiero wtedy ustąpił.

Wówczas Izraelici zostali wygnani; nie byli do końca przygotowani na taką okoliczność. Jednakże to dopiero po ich uratowaniu nad Morzem Czerwonym czy też Morzem Trzcin, Jam Suf, zrozumieli w końcu, co się dzieje. Zrozumieli, że  zostali wyzwoleni z niewoli (co łączyło się też z bardziej komfortowymi aspektami takimi jak regularne posiłki w postaci ryb i ogórków), a teraz mieli się zmierzyć z obowiązkami, jakie niesie ze sobą wolność. Głównym zadaniem spoczywającym odtąd na Mojżeszu jest zaszczepienie w nich poczucia solidarności, poczucia bycia jednym narodem, posiadania wspólnych interesów i wspólnych wartości, tak aby pojedyncze plemiona nie rozeszły się każde w swoją stronę. Jeśli mają osiągnąć swój cel, członkowie ludu Izraela muszą okazywać sobie nawzajem solidarność.

Właśnie te aspekty świętujemy podczas Pesach. Nie tylko historię, ale również teraźniejszość. Jesteśmy wolni i możemy czytać historię o wyzwoleniu. Ale musimy również zastosować tę lekcję do naszej teraźniejszości. Zostaliśmy wyzwoleni nie po to, aby żyć w anarchii, lecz po to, żeby służyć Wyższej Potędze.   Możemy mieć różne opinie – pokazały to również niedawne wybory w Medinat Jisrael – lecz to, jak będziemy je wyrażać, jest częścią wolności, którą świętujemy dzisiaj, w tym tygodniu i – jak można mieć nadzieję – również przez cały rok.

Chag Pesach Sameach!

Rabin dr Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Parasza Caw

 

Parasza Caw

Rabin dr Walter Rothschild

 

Czytana w tym tygodniu parasza zawiera liczne instrukcje rytualne dotyczące składania różnego rodzaju ofiar. Wielu czytelnikom instrukcje te wydają się na pierwszy rzut oka raczej nudne,
a z pewnością pełne powtórzeń i w gruncie rzeczy pozbawione znaczenia. Mogę zrozumieć ten punkt widzenia, jednak nie w pełni go podzielam. W moim przekonaniu posiadają one znaczenie, które przedstawia się następująco: zostały one spisane i są dostępne dla szerokiej publiczności, która może je oglądać, czytać, studiować i kopiować. Nie przechowuje się ich
w sekrecie, nie są owiane tajemnicą, nie trzyma się ich w ukryciu, nie napisano ich za pomocą jakiegoś kodu w nieznanym języku, nie są przeznaczone tylko dla nielicznej grupy wtajemniczonych. Ofiary składane w Przybytku, a następnie w Świątyni nie były częścią jakiegoś konspiracyjnego spisku, nie były przeznaczone tylko dla członków Zakonu Iluminatów; przeciwnie, każdy mógł się przekonać, na czym polega zakres obowiązków kohena, czyli kapłana, oraz jakie dostaje za to wynagrodzenie. Dużo się mówi o potrzebie większej transparentności we współczesnym życiu politycznym, ale w praktyce podejmujemy niewiele konkretnych działań mających zapewnić, że zasady te faktycznie zostaną wprowadzone w życie.

Bardzo często w życiu czy też przy lekturze Tory musimy przyglądać się uważnie kontekstowi
i sekwencji wydarzeń oraz wypatrywać wskazówek wyjaśniających, co tak naprawdę ma tam miejsce. Czasem podpowiedzi te są ukryte między wierszami, zaś niekiedy podane są dużymi literami, czarno na białym, i musimy po prostu cofnąć się o krok, żeby je było lepiej widać.
W judaizmie ranga i znaczenie kapłanów uległy zmniejszeniu. Jest to fakt o wielkiej doniosłości. Nie pozwolono im się wykazywać jakąkolwiek własną inicjatywą. Bóg mówi Mojżeszowi – czyli świeckiemu przywódcy – aby przekazał kapłanom polecenia dotyczące wykonywanych przez nich zadań – takich jak składanie ofiary całopalnej, ofiary z mąki etc. Tak więc Mojżesz jako świecki przywódca również nie jest Bogiem, lecz zaledwie „rzecznikiem” Boga, jego pośrednikiem. Bóg nie przemawia bezpośrednio do kapłanów! Czyż nie jest to niesamowite! Niemniej Bóg przekazuje stanowcze, jednoznaczne instrukcje opisujące krok po kroku, jak Izraelici mają się w stosunku do Niego zachowywać, jakiego rodzaju ofiary mają składać
w różnych okolicznościach, jaką część swoich ofiar mają prawo sami spożyć, a do jakiej części mają prawo kapłani tytułem honorarium za swoją pracę.

Nie zamierzam udawać, że szczegóły dotyczące składania wszystkich tych ofiar są nad wyraz fascynujące – WARTO jednak przyjrzeć się użytemu w tym kontekście językowi oraz formie,
w jakiej zostały wyrażone. Jakże często słyszymy, jak politycy – w dowolnym kraju i z dowolnej partii – wygłaszają hasła takie jak: „DAMY tyle i tyle milionów na edukację, na służbę zdrowia albo na pomoc socjalną”? Po czym oczekują pochwał i wdzięczności za takie stwierdzenia. Podczas gdy prawda jest taka, że rząd jako taki w rzeczywistości w ogóle niczego nie daje – jedynie PRZEZNACZA pewną kwotę z rocznego budżetu na jakiś konkretny cel…; nie są to jego osobiste pieniądze, są to fundusze pochodzące z podatków, zarówno tych pośrednich jak
i bezpośrednich. Tak więc, gdy kapłani składają zgodne z ustalonym porządkiem ofiary, pochodzą one z datków złożonych wspólnie lub indywidualnie przez przybywających do Świątyni Izraelitów. Kapłani reprezentują lud przed Bogiem w taki sam sposób, w jaki prawnik reprezentuje swojego klienta przed sędzią w sądzie – wszyscy wiedzą, że dostaje wynagrodzenie za wykonywaną przez siebie pracę, za mówienie dobrych rzeczy o swoim kliencie, za proszenie
o wydanie dla niego korzystnego orzeczenia albo przynajmniej o łagodną karę; wszyscy wiedzą, że prawnik nie znał swojego klienta, zanim ten nie zjawił się u niego w biurze; wszyscy wiedzą też, że potem nigdy więcej nie zobaczy go już na oczy (miejmy nadzieję!) i że nie zostanie bliskim przyjacielem rodziny, a jednak prawnik ten mówi o swoim kliencie tak, jak gdyby łączyła ich od zawsze zażyła relacja i byli bliskimi przyjaciółmi….

Jakże często politycy i urzędnicy mówią „my”, podczas gdy w istocie mają na myśli: „Ja – ale pociągnę was razem z sobą – choćby i na samo dno?”. „My w naszej partii…”, „My w naszym rządzie…”, „My w naszym kraju…” lub nawet „my w naszym narodzie”.

Słowo „kadosz”, które tłumaczy się często jako „święty”, oznacza po prostu „specjalny, oddzielny, niezwykły”. W sytuacji, gdy pracujemy nad wyjątkowym zadaniem, jakże łatwo jest nabrać przekonania o własnej wyjątkowości. Co to oznacza? Że oczekujemy specjalnych nagród, że mamy poczucie, iż nie obowiązują nas już normalne zasady i ograniczenia, że mamy prawo do szczególnych przywilejów – nie tylko z uwagi na posiadany przez nas status, ale przez wzgląd na nas samych. Jest to typowa, często występująca pokusa. Ma się wtedy poczucie, że możemy przemawiać w imieniu wszystkich pozostałych – nawet tych, którzy jeszcze się nie urodzili; nawet tych, którzy już nie żyją. Możemy sobie wtedy wmawiać, iż czujemy, że jesteśmy „bliżej Boga”, lecz w rzeczywistości jesteśmy od niego równie daleko, co wszyscy inni i nie jesteśmy wolni od dokładnie takich samych ludzkich ułomności i słabości.

W ostatnich miesiącach (nie chcę się tu zbytnio angażować w politykę, chciałbym jednak zilustrować moją argumentację jakimiś bieżącymi przykładami) obserwujemy, jak wielkie piętno odcisnął na Kościele fakt, iż tylko dlatego, że mężczyzna przywdziewa sutannę i składa pewne śluby, nie oznacza to wcale, że jego seksualność po prostu wyparowuje; co najwyżej zostaje skanalizowana w innych kierunkach, a w konsekwencji nieomalże z definicji staje się destrukcyjna – dla nich samych, dla ich ofiar oraz dla systemu, któremu służą. Widzieliśmy, jak przywódcy polityczni zaprzeczają historycznym tendencjom i faktom, próbując przedstawić historię swojego narodu sprzed siedemdziesięciu pięciu lat w taki sposób, aby wyglądało na to, iż naród ten składał się tylko i wyłącznie z ofiar i niewiniątek, aby wyglądało na to, że nikt nie kolaborował w nim ze złem, nikt nie wspierał zła i nikt nie zdawał sobie nawet sprawy z jego istnienia…. Niewinna, puszysta owieczka, która miała styczność z lwem, nie ulegając przy tym  zdeprawowaniu. Zaś każdy, kto temu zaprzecza, oskarżany jest o bycie heretykiem
i zasługującym na karę oszczercą i bluźniercą. Cały naród niewiniątek! W takiej sytuacji człowiek zaczyna się zastanawiać, w co tak naprawdę wierzą niektórzy ludzie i w co myślą, że uda im się przekonać do uwierzenia innych….

Kolejnym ważnym zagadnieniem jest kwestia „zamknięcia jakiegoś rozdziału życiowego”. Jeśli jakiś człowiek, dajmy na to Żyd, dopuścił się jakiegoś grzechu lub chciałby o coś poprosić, dysponuje jasnymi, opisanymi krok po kroku instrukcjami wyjaśniającymi, co ma zrobić, żeby zaspokoić tę potrzebę. Zamiast korzystać latami z pomocy psychologicznej bądź z psychoterapii, można przynieść ofiarę przebłagalną. Niedawno sam musiałem udzielać tego typu wsparcia pewnemu mężczyźnie – nie-Żydowi – który przez prawie całe życie nosił w sobie poczucie winy za tragedię, w którą był zamieszany jako nastolatek. Jakże inaczej mogłoby się potoczyć całe jego życie, gdyby udało mu się „naprawić relację z Bogiem” w taki czy inny sposób – gdyby przyznał się do nękającego go poczucia winy i wstydu, gdyby przyznał się do niemożliwości naprawienia tego, co się wydarzyło – ktoś stracił życie w wypadku – ale gdyby mógł przynajmniej naprostować swoją relację z Bogiem i jakoś dalej żyć. Lista opłat przedstawiona
w Torze jest stosunkowo prosta, zdarzają się okazyjne zniżki dla najuboższych, nie przewiduje się jednak wyższych, dodatkowych opłat dla bogatszych – niemniej lista ta jest jasna, została podana do ogólnej wiadomości niczym ceny w menu wystawianym na zewnątrz restauracji. Gdy jako ludzie stoimy przed Bogiem, ważne jest nie tyle to, co posiadamy, ale raczej to, co jesteśmy gotowi ofiarować. Bóg nie potrzebuje ofiary po to, aby zaspokoić swoje potrzeby; ofiara służy temu, żeby człowiek mógł powiedzieć: „poradzę sobie bez tego, stać mnie na to, żeby to ofiarować, nie będę tego zawsze potrzebował” i żeby mógł oddać to komuś innemu – aby pokazać, że potrafi się zdystansować od rzeczy materialnych, że jest w stanie patrzeć, jak trawi je ogień albo że potrafi dzielić się nimi z innymi. Słowo oznaczające ofiarę – korban – wywodzi się od zwrotu oznaczającego „zbliżanie się” do Boga. Rabini oświadczyli, że możemy się zbliżyć do Boga poprzez modlitwę, która stanowić ma w zamierzeniu alternatywę czy też zastępstwo dla składanych niegdyś ofiar.

Tak więc, gdy czytamy te rozdziały z księgi Kapłańskiej – nie musimy trzymać się ścisłej interpretacji i wypełniania zasad i przykazań, a ja z pewnością nie zaliczam się do tych Żydów, którzy dowodzą, że należy przywrócić kult ofiarny w Jerozolimie – jednak możemy i powinniśmy zadać sobie pytanie: dlaczego prawie wszystkie religie w historii świata zawsze domagały się czegoś od swoich wyznawców? Dlaczego zawsze istniało zapotrzebowanie na kapłanów, ołtarze i ofiary (w różnych formach, pod różnymi nazwami, nawet jeśli chodziło o pieniądze, palenie kadzideł przed obrazami albo ofiary składane kapłanom lub mnichom) i dlaczego zwyczaje te występowały wszędzie – od Tajlandii przez Indie aż po Peru? Jaki wpływ na modlących się wywierały właśnie takie a nie inne formy oddawania czci? I po jakie opcje sięgamy obecnie w ich zastępstwie, gdy chcemy zbliżyć się do Boga?

Szabat Szalom,

Rabin dr Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

SUKOT

BEIT POLSKA, wrzesień 2018

SUKOT

  Rabin dr. Walter Rothschild

Święto Sukot, przypadające podczas pełni księżyca wkrótce po zakończeniu Jom Kipur, po długim okresie pokuty, refleksji i tszuwy, zawsze stanowi pod pewnymi względami trudny czas, bowiem tak wiele się już ostatnio modliliśmy, zaś teraz otrzymujmy przykazanie „bądź szczęśliwy”, Wesamachta bechagecha, „Będziesz się weselił w to swoje święto” (Pwt 16, 14). Nie chodzi więc tylko o to, CO należy zrobić, aby wypełnić pewien określony zestaw micwot  (oczywiście również i ten aspekt jest obecny, mamy bowiem przykazania nakazujące budować szałas i potrząsać arba minim, „czterema gatunkami”), ale również o to, JAK powinniśmy się w tym czasie czuć. Zawsze wydawało mi się to jedną z najtrudniejszych micwot, bowiem przykazanie to dotyczy odczuwania, a nie wykonywania jakichś czynności.

Z przyczyn technicznych, po części związanych z czasem niezbędnym na przetłumaczenie mojego tekstu na język polski, a po części wynikających z mojego własnego harmonogramu pracy, wystąpienie to przygotowuję na kilka dni przed świętem Sukot. W związku z tym w czasie, gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zniszczenia w niektórych wschodnich stanach USA wyrządził ostatni huragan, lecz do czasu nadejścia święta Sukot będziecie mieli zapewne okazję obejrzeć w mediach nowe zdjęcia lotnicze przedstawiające zniszczone miasta – zdjęcia przypominające oglądane przez nas kilka lat temu obrazy z Nowego Orleanu. Szczerze powiedziawszy, przypominają one obrazy, jakie oglądamy prawie co roku, przedstawiające zniszczone i uszkodzone budynki zdewastowane przez niewidzialne siły – nie WIDZIMY wiatru, lecz tylko jego efekty; widzimy ulice zawalone stertami gruzów, poprzewracane samochody i łodzie osiadłe gdzieś daleko w głębi lądu. Wydarzenia te zdają się powtarzać niezwykle często, prawie równie często, co pożary szalejące na zachodnim wybrzeżu USA, w Kalifornii, pozostawiające po sobie spalone domy i czyniące z ich mieszkańców bezdomnych uchodźców. Przygotowuję to wystąpienie zanim mieliśmy się jeszcze szansę  dowiedzieć, jak dokładnie tamtejsze kongregacje żydowskie musiały się zmierzyć z naturalnymi żywiołami, jak poradziły sobie z obchodami Jom Kipur i jak uda się im zorganizować obchody Sukot. Dzięki współczesnej technologii tego typu wieści docierają do nas bardzo szybko, lecz mimo wszystko zajmuje to trochę czasu. Zmuszony jestem więc opierać się na domniemaniach i założeniach, ze świadomością, że (tak jak to bywało wcześniej przy tego typu okazjach) dotrą do nas apele od naszych kolegów i koleżanek oraz od pokrewnych nam organizacji religijnych, apele o pomoc i wsparcie. Kol Jisrael arewim ze-laze, na wszystkich Żydach i Żydówkach spoczywa obowiązek pomagania sobie nawzajem w potrzebie; pomoc ta może przybrać choćby tylko formę wsparcia moralnego, niemniej poczucie solidarności jest czymś niezmiernie ważnym. Wiem, że mieszkańcy niektórych stanów USA dostali ostrzeżenie od władz ze szczebla krajowego i stanowego oraz od przedstawicieli lokalnych samorządów, aby opuścili swoje domy, aby po prostu wsiedli do samochodów i odjechali, by zamknęli domy
i wyjechali na jakiś czas, tak by ocalić swoje życie…. Aby poszukali lepszych, solidniejszych schronów. Wiele osób będzie mieszkać w tymczasowych kwaterach przez długi czas, niezbędny do przeprowadzenia napraw, do odbudowania dachów, usunięcia wyrwanych z korzeniami drzew
i przywrócenia dostępu do prądu. Jak już wspominałem, pisząc te słowa nie dysponuję jeszcze szczegółami i statystykami, jednakże ogólny obraz sytuacji jest już znany. W bogatym i potężnym kraju zdarza się niekiedy, że zawieje wiatr bądź spadnie deszcz – i nagle przyroda przestaje być fascynującym zjawiskiem, czymś, na co miło popatrzeć i co sprawia przyjemność, staje się natomiast zagrożeniem dla samego ludzkiego przetrwania i dla wszystkiego, co tylko ludziom udało się zbudować. (Obecnie sztormy szaleją również na Pacyfiku, stanowiąc zagrożenie dla Filipin
i Chin, lecz – mówiąc wprost – w tamtej części świata mieszka po prostu mniej Żydów!).

Jednocześnie zaś w chwili, gdy piszę te słowa – i być może również wtedy, gdy będę je przed wami osobiście wygłaszał – w innej części świata kolejne miasta na Bliskim Wschodzie, w Syrii, Jemenie czy też w innych miejscach zamieniane są w betonowe rumowiska i w powykręcane kawałki stali; budynki oraz znajdujący się w nich ludzie obracani są w pył przez całą potęgę współczesnej machiny wojennej.  Kamery telewizyjne (a nawet amatorskie telefony komórkowe) wykorzystywane są obecnie do pokazywania tych samych, powtarzających się obrazów zrujnowanych miast i stert gruzów – gruzów cywilizacji, jednostkowych egzystencji i kultur. Zbiory książek, eksponatów i archiwów archeologicznych oraz wspomnień zostaną zniszczone tak samo, jak domy, szkoły, sklepy, targowiska i miejsca kultu…. Będziemy oglądać dobrze nam znane obrazki pozostałości po wysokich budynkach, teraz straszących ziejącymi dziurami, ścianami bez podłóg czy też odsłoniętymi podłogami bez otaczających je ścian; ujrzymy zwisające betonowe płyty
i nieprzejezdne ulice pokryte wielkimi stertami gruzów. Tego typu obrazy oglądamy już od lat, od dziesięcioleci, przyzwyczajamy się do nich i uodparniamy się na nie…; lecz dla osób, które tam mieszkają lub kiedyś tam mieszkały, które próbują tam żyć, których bliscy mieszkali tam w przeszłości lub mieszkają obecnie, dla tych, którzy chcieliby tam powrócić i na nowo zamieszkać, obrazy te znaczą o wiele, wiele więcej.  

Oczywiście my jako kongregacja obchodzimy Sukot w mieście, które, jak widać na starych fotografiach (choć niektórzy mają te zdarzenia wciąż żywo w pamięci),  jakiś czas temu przestało prawie w ogóle przypominać miasto i w którym nie pozostał praktycznie kamień na kamieniu. Również eksplozja pocisku wybuchowego jest niewidzialna dla ludzkiego oka – nie widać wiatru, lecz tylko jego skutki. Wybudowanie budynku zajmuje lata, natomiast zniszczenie go zaledwie minuty, jeśli nie sekundy.

Wszystko to uświadamia nam, jak prowizoryczne bywają budowle wzniesione ludzką ręką, jak bardzo kruche, jak tymczasowe. Choćby najwspanialsze zamki i pałace, choćby największe bunkry, wszystko, co tylko zostało zbudowane z kamienia bądź drewna, z cegieł, betonu, stali, szkła, aluminium, z łupków, terakoty i marmuru – WSZYSTKO, co może zostać zbudowane, może również zostać zburzone i obrócone w pył.

Sukot było niegdyś dla rolników w Izraelu świętem zbiorów, zaś suka  przypominała prowizoryczne budki stawiane po to, aby pracownicy mogli nocować nieopodal swego miejsca pracy. Lecz dla rabinów żyjących na wygnaniu poza Izraelem Sukot stanowiło zawsze okazję do przypomnienia sobie, że miasta otoczone grubymi murami i wysokimi bramami miejskim są podatne na zniszczenie dokładnie tak samo, jak cała reszta, że dla wędrowców na pustyni, dla zbiegłych niewolników i dla uchodźców JAKIEKOLWIEK schronienie jest lepsze niż żadne oraz że nawet mieszkańcy miast mogą i powinni nauczyć się sztuki gościnności wobec innych nomadów, powinni zapraszać do swych szałasów symbolicznych gości i podzielić się z nimi czymś do zjedzenia
i do wypicia. Będzie to dla nich szansa na przypomnienie sobie, iż w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy życiowymi nomadami i że jedyne trwałe miejsce zamieszkania, jakie przypadnie nam kiedyś w udziale, znajdować będzie się pod ziemią, a nie na jej powierzchni.

Wesamachta bechagecha. „Będziesz się weselił w to swoje święto”. W istocie my, zgromadzeni tutaj, dzisiaj, w tym roku, mamy wiele powodów do radości. Nasz szałas ma tylko tymczasowy charakter i został zbudowany w celach rytualnych czy też ozdobnych. Nie będziemy zmuszeni w nim mieszkać podczas nadchodzącej zimy. Nie będziemy musieli się w nim spotykać jako kongregacja przez następnych kilka szabatot. Po świątecznym nabożeństwie wrócimy do domu lub do hotelu
z nieprzeciekającym dachem i bezproblemowym dostępem do wody i prądu, z  niezniszczonymi meblami i z podłogami, po których da się chodzić. Zaś gdy zawieje wiatr, będziemy wiedzieli, że to tylko przeciąg, gdyż ściany i pozostała część okien będą wciąż na swoim miejscu.

Mamy wiele powodów do zadowolenia i nie powinniśmy o tym zapominać. Lekcja płynąca ze święta Sukot jest następująca: Nie zapominajmy o tym. To wszystko. Nie zapominajmy o tym.
I weselmy się.

  Chag Sameach!

 

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

Judaizm postępowy, Judaizm reformowany.

JOM KIPUR 2018 JONASZ

JOM KIPUR 2018

JONASZ

Rabin dr. Walter Rothschild

Moją ulubioną częścią księgi Jonasza jest rozdział piąty. Nie znajdziecie go w drukowanych wydaniach, jako że jest to rozdział – dzięki formatowi „interaktywnego tworzenia narracji” – który czytelnik, każdy z czytelników, musi sobie stworzyć na własną rękę. Jego treść nie będzie więc nigdy taka sama. Jego motywem przewodnim jest reakcja Jonasza na to, co powiedział i uczynił Bóg – a raczej na to, co Bóg powiedział i czego NIE uczynił. Nie jest to odrębna, druga część opowiadania, lecz kontynuacja zdarzeń, dalszy rozwój wypadków.

Tło i ramy wydarzeń zostały już nakreślone w rozdziale czwartym, znamy więc miejsce akcji oraz główne postacie; wiemy, że Jonasz siedzi pod uschniętym drzewem poza granicami wielkiego miasta Niniwy oraz że jest zły, niezadowolony i sfrustrowany. I, jak się wydaje, ma ku temu dobre powody. Został wyrwany ze swojego zwyczajnego, monotonnego, rutynowego i przewidywalnego życia przez boski głos, który zmusił go, wbrew jego woli, do porzucenia wszystkiego, co zna
i wszystkich, których zna oraz do wyruszenia w pełną przygód i niebezpieczeństw podróż. Choć stawiał opór, próbował uciec i usiłował się ukryć, przeżył coś, czego nie doświadczyła żadna inna osoba na ziemi (ani na wodzie) – przeżył po tym, jak został wyrzucony za burtę statku i groziło mu utonięcie podczas sztormu; przeżył trzy dni i noce w brzuchu jakiegoś potwora morskiego; udało mu się przejść od wybrzeża Morza Śródziemnego przez Liban i Syrię aż po sam środek Iraku. Ponosząc pewne ryzyko, jako że dostarczanie niepopularnego przesłania jest zawsze niebezpiecznym zajęciem, udał się do samego centrum najbardziej niegodziwego, brutalnego i pełnego przemocy miasta na ziemi i zawołał na głos: „Bóg jest na was wszystkich rozgniewany! Za czterdzieści dni Bóg zniszczy to miasto!”. Następnie jakoś się stamtąd wydostał i znalazł sobie miejsce poza murami miasta, rozsiadł się w cieniu i przypatrywał się rozgrywającym się wydarzeniom. Aż do chwili, gdy zapewniające mu cień drzewo uschło, a Jonasz dostał udaru słonecznego i rozbolała go głowa.

Potem jednak nic się nie dzieje. Jonasz pyta więc Boga: „Dlaczego nie?”, na co Bóg odpowiada: „No cóż, widzisz, zmieniłem zdanie. W końcu to miasto jest siedliskiem najokropniejszych ignorantów, ludzi niekompetentnych, niepiśmiennych i niepełnosprawnych umysłowo, nie wspominając już o zwierzętach, które plasują się niewiele niżej od nich pod względem osiągnięć intelektualnych. Więc, no cóż, zdecydowałem się jednak ostatecznie tego nie robić”.

I na tym kończy się rozdział czwarty w drukowanych wydaniach księgi Jonasza. Następnie rozpoczyna się zaś rozdział piąty. Oto jedna z jego możliwych wersji:

– CO? – wykrzyknął z wściekłością Jonasz. – Co?! Ależ wiedziałeś o tym jeszcze zanim wyruszyłem w drogę, zanim zmusiłeś mnie do wyruszenia w drogę! Już wtedy WIEDZIAŁEŚ, jakiego rodzaju ludzie tu mieszkają, WIEDZIAŁEŚ, że są głupi, głupi jak noga stołowa, niewykształceni, niezdolni wykroczyć myślą poza swoją własną, małą strefę komfortu, niezdolni wybiec spojrzeniem poza mury i granice własnego miasta. Już wcześniej WIEDZIAŁEŚ, że jest tu dużo zwierząt. No i co z tego? Każdego dnia zabijasz tysiące ludzi! Wstają, łapią jakąś chorobę i padają trupem; albo ich serca się zatrzymują, zwalasz ich z nóg bądź zsyłasz udar. Spadają ze schodów lub przejeżdża ich jakiś wóz. Czy o NICH też się tak troszczysz? Każdego dnia w Niniwie zabijanych jest tysiące zwierząt – nie dysponuję wprawdzie statystykami, ale byłem na targowisku – no dobrze, tylko na JEDNYM targowisku, i zaręczam cię, że były tam setki krów, cieląt, owiec, baranków, kóz, świń, osłów, koni i królików – czy wspominałem już, że tutaj zjadają również szczury, psy i koty? Kurczaki, indyki, gęsi, kaczki, gołębie i skowronki? Wszystkie sprowadzono tam po to, aby je zarżnąć! Na każdym rogu można tam znaleźć kebabownie lub burgerownie! Nie wspominając już o szczurach, które truje się tam bądź zabija w pułapkach, ani o psach, które zostają zatłuczone przez ludzi na śmierć, ani o zadeptanych wężach; nie wliczając milionów owadów rozdeptywanych sandałami, rozbijanych na ścianach, łapanych w pułapki na muchy! Każdego dnia! Nie pozuj mi tu nagle na egzaltowanego, poprawnego politycznie miłośnika zwierząt, Boże! Nie baw się teraz ze mną w te wegetariańskie gierki! Nie ze mną takie numery!”.

W tym miejscu nastąpiła przerwa. Długa, przeciągająca się w nieskończoność przerwa. Gdy Bóg w końcu się odezwał, nie przemawiał już ze złością. Jego głos był łagodny, pojednawczy, nieomal błagalny.

I słowo Pana spłynęło raz jeszcze na Jonasza syna Amitaja. „Ależ nie zrozumiałeś, Jonaszu”, powiedział Bóg. „Ta cała podróż. Ta cała misja. Nie chodziło w niej wcale o Niniwę. Nie, nigdy o to nie chodziło. Chodziło o CIEBIE. Czy dasz radę posłusznie wypełnić polecenie? Czy uda ci się zmienić? Czy będziesz potrafił okazać współczucie i odczuwać empatię wobec innych ludzi, zmuszonych porzucić swoje domy i cały swój dobytek, swoje rodziny i wszystko, co jest im bliskie i zmierzyć się z nieznaną przyszłością na obcej ziemi? Czy TY potrafiłbyś okazać współczucie ludziom siedzącym w małej łódce na nękanym sztormami morzu Śródziemnym, którym grozi utonięcie? Czy okazałbyś współczucie mieszkańcom Iraku i Syrii, których miasta faktycznie są burzone tuż przed ich oczami, razem z  wszystkimi ich współmieszkańcami i zwierzętami? Czy nie jesteś w stanie wykrzesać z siebie choćby krzty współczucia dla drzewa, które rośnie, a potem umiera w skwarnym upale, nie mogąc sobie poradzić z klimatem, który wcześniej wydawał mu się sprzyjający do rozwoju? Zauważyłem, że nie kiwnąłeś nawet palcem, aby je podlewać i troszczyć się o nie, najzwyczajniej uznałeś cień za coś oczywistego. Czyż to nie typowe? Zakładasz, że chłodny cień, wiatraki czy też klimatyzacja zawsze będą dostępne i narzekasz, gdy ich nie ma lub gdy coś nie działa tak jak należy, ale czy zastanowiłeś się kiedykolwiek, skąd się bierze prąd? Lub jakim kosztem jest on dostępny? Lub kto musi tak ciężko pracować, abyś ty mógł sobie siedzieć w komfortowych warunkach?   

W całej tej podróży chodziło o CIEBIE, Jonaszu. Przychodzisz do mnie z pretensjami, gdy mieszkańcy Niniwy, jakkolwiek by nie byli głupi, nagle uświadamiają sobie, że sprawy nie mogą dłużej wyglądać tak, jak dotąd, że coś musi się zmienić, począwszy od ich własnego podejścia, jeśli ich miasto ma przetrwać. Ale czy nie narzekałbyś też, gdyby tego nie uczynili? Gdyby zignorowali twoje słowa? Powiedz mi też – gdybym ci teraz oznajmił: „Dalej Jonaszu, wracaj z powrotem do swej ojczyzny, wracaj do Jerozolimy i ogłoś jej mieszkańcom: „Bóg jest na was rozgniewany z powodu tego, co robicie” – czy sądzisz, że zachowaliby się choć trochę lepiej, czy sądzisz, że by cię posłuchali, czy uważasz, że zmieniliby swe postępowanie, przywdzialiby włosiennicę, posypaliby sobie głowę popiołem, pościliby, modlili się i zastanawiali, jak mogą naprawić swoje postępowanie? Czy naprawdę tak sądzisz? Jeśli tak, to idź i uczyń właśnie w taki sposób, Jonaszu,
a ja pomogę ci w twym przedsięwzięciu, lecz jeśli w głębi swego wysuszonego serca wcale w to nie wierzysz, to nie przybieraj mi tu proszę takiej na wskroś moralizującej pozy i nie sądź, że jesteś w czymkolwiek lepszy od tych Niniwijczyków. Wiesz, nie wystarczy tylko określać się mianem Żyda. Musisz również BYĆ Żydem! Właśnie na tym polega przymierze”.

Jest to mrożące krew w żyłach, dramatyczne, ekscytujące i trzymające w niesamowitym napięciu miejsce w tekście, potyczka słowna pomiędzy Władcą Wszechświata i jednostkowym Żydem, który zmaga się z koncepcją indywidualnej oraz wspólnotowej odpowiedzialności i pokuty, samokrytyki oraz uczciwości wobec siebie samego. Tutaj mógłby się teoretycznie zacząć rozdział szósty, nie chciałbym jednak wybiegać za daleko. Być może za rok, w Jom Kipur. Jeśli dotrwamy do tego momentu. Nawiasem mówiąc, tradycyjnie uważa się, że Jonasz pozostał w Niniwie i został tam pochowany, a jego grób „Nabi Junus” nieopodal Mosulu stał się miejscem pielgrzymek, dopóki w 2014 roku nie wysadziło go w powietrze tzw. Państwo Islamskie czy też ISIS. Uchylamy tu jednak tylko rąbka tajemnicy w kwestii dalszych wydarzeń.

Nie wszyscy spośród dziś tu zgromadzonych są urodzonymi pisarzami, wszyscy macie jednak różne pomysły – mam oczywiście nadzieję, że nie jesteście równie głupi, co – jeśli wierzyć opisom – mieszkańcy Niniwy, niepotrafiący rozróżnić pomiędzy swoją prawicą i lewicą (i to nawet niew politycznym znaczeniu tych terminów) i że wszyscy przeczytaliście pierwsze cztery rozdziały tej dziwacznej, niemniej wspaniałej księgi.

Tak więc – życzę wszystkim nadzwyczaj kreatywnego, pomocnego, pełnego namysłu i wyzwań czasu poświęconego na spisanie waszej własnej wersji piątego rozdziału. Zaś potem zechcecie być może omówić robocze wersje waszych tekstów z przyjaciółmi i sąsiadami oraz zastanowicie się, jaką lekcję możecie z nich wynieść zarówno wy sami, jak i wasi bliscy. Czy możliwe jest prawdziwie szczęśliwe zakończenie? Tylko czas może pokazać – w zależności od tego, co mu pokażemy. Dużo zależy jednak od tego, jakie treści MY sami umieścimy w naszych rozdziałach.
I w naszym życiu.

 

Chatima Towa,

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

KOL NIDRE

KOL NIDRE

Rabin dr. Walter Rothschild

Nasz Dzień Pojednania rozpoczynamy od dziwnej prośby, która dostępna jest nawet w różnych wersjach i która wywołała wiele nieporozumień, nie wspominając już o wrogości ze strony tych, którzy zawsze szukają wymówek, aby okazać wrogość. Modlitwa Kol Nidre jest skierowaną do Boga prośbą, aby przebaczył albo te grzechy, które popełniliśmy w minionym roku – bądź też te grzechy, które dopiero popełnimy w roku nadchodzącym – składając obietnice i biorąc na siebie zobowiązania, które następnie złamaliśmy – lub które dopiero złamiemy. Pierwsza wersja tej prośby zdaje się być „uniwersalną formułą”, za pomocą której usiłujemy wymazać dawne długi – a przynajmniej długi natury moralnej; zaś druga wersja zdaje się przypominać wystawianie samemu sobie czeku in blanco (jeśli ktokolwiek z was pamięta jeszcze, czym były czeki!), dzięki któremu przyznajemy samym sobie nieograniczony limit kredytowy, tak abyśmy nie musieli się już poważnie martwić aż do końca roku – a może nawet i dłużej – bo zawsze możemy przecież powtórzyć tę czynność jeszcze raz, czyż nie?

Dla osób chcących wierzyć, że Żydzi zawsze łamią złożone przez siebie obietnice, modlitwa ta stanowi doskonały dowód potwierdzający ich przeświadczenie; i na pierwszy rzut oka faktycznie tak jest, nawet jeśli – jak mamy się często okazję przekonać – również wszyscy inni łamią swoje obietnice. Fakt ten nie może być jednak dla nas usprawiedliwieniem.

Istnieje wystarczająco dużo artykułów i komentarzy na temat różnych wersji Kol Nidre; większość rabinów jest zdania, iż miało to być w zamierzeniu rozwiązanie pozwalające tym, którzy z dowolnego powodu oddalili się od wiary, na nowo do niej powrócić i zostać przyjętym do kongregacji, nawet jeśli oni sami bądź ich przodkowie się od niej odsunęli, zostali zmuszeni do przyjęcia chrztu, opuścili swoje żydowskie domy bądź stali się tułaczami w świeckim czy też heretyckim świecie. Zgodnie z założeniem miała to być skierowana do Boga prośba o to, aby przebaczył nam, iż zaniedbaliśmy obietnice złożone właśnie Jemu, a nie innym ludziom. Rabini podkreślali, że podczas Dziesięciu Dni Pokuty, Aseret Jemej Tszuwa, każdy ma szansę spróbować naprawić to, co tylko można w zakresie zepsutych relacji i nadwyrężonego zaufania w kontaktach z innymi ludźmi; można spłacić długi, zwrócić pożyczki, naprawić to, co zostało zepsute, przywrócić to, co zostało utracone. Następnie w Jom Kipur mamy szansę uczynić to samo w odniesieniu do naszej relacji z Bogiem. Terminy hebrajskie używane w tym kontekście to: bejn Adam wemakom, a nie tylko bejn Adam wechawejro  – między daną osobą i Bogiem,
a nie tylko między daną osobą i innymi ludźmi.

Kol Nidrei

Printed by Zvi Hirsch Spitz Segal – Machzor to Yom Kippur, Offenbach


To ważna koncepcja, chciałbym tu jednak zaproponować jej nieco udoskonaloną wersję. Wielu osobom dużą trudność sprawia sama koncepcja Boga; czy potrafimy jednak uwierzyć w nas samych?

A co z obietnicami, które składamy samym sobie? Z naszymi własnymi postanowieniami? Że będziemy bardziej dbać o nasze zdrowie, że będziemy bardziej wydajnie pracować, będziemy bardziej konsekwentni, zrzucimy nieco kilogramów, będziemy więcej ćwiczyć, uczyć się
i modlić? Że będziemy wierni i lojalni?

Chciałbym podkreślić, że nie próbujemy osiągnąć stanu doskonałości. Ludzie nie są i nigdy nie będą „doskonali”; jesteśmy stworzeni w taki a nie inny sposób, w grę zawsze wchodzić będzie zmęczenie, choroby, rozmaite wydzieliny cielesne, przewrażliwienie, pokusy. Co więcej, teorie zakładające doskonałość są na wskroś niebezpieczne, wykluczają bowiem jakąkolwiek możliwość dalszego rozwoju. Przekonaliśmy się też wielokrotnie, że osobom, które wierzą w doskonałość i w „ulepszanie” innych, nigdy nie udaje się odnaleźć owej doskonałości, w związku z czym zaczynają nienawidzić innych ludzi, którzy w ich odczuciu „ponieśli porażkę”, „rozczarowali ich”, „nie docenili rangi celu i wizji” – usiłują ich więc zniszczyć. Są to dogmatyczni ideologowie, a nie ludzie cechujący się wiarą i tolerancją wobec ludzkiej różnorodności i ludzkiej słabości.

Bądźmy więc realistami. Nie staniemy się doskonali, ale MOŻEMY stać się lepsi. Nie ma wytłumaczenia dla popadania w apatię i mówienia: „Cóż, i tak nigdy nie uda mi się wystrzec wszystkich grzechów, więc po co w ogóle próbować?”. Nie! Każdy dzień przynosi nowe wyzwania; niektóre bywają trudniejsze od innych, jednak wszystkie stawiają nas w obliczu wyborów moralnych. Być może podejmiemy próbę samodoskonalenia się, krok po kroku –
i czasem, miejmy nadzieję, uda nam się odnotować na tym polu sukces, niekiedy zdarzy nam się jednak ponieść porażkę; nieraz zaś nie tylko zaliczymy porażkę, lecz jeszcze cofniemy się na naszej drodze! W takich chwilach potrzebujemy zachęty, wsparcia i pomocy, aby spróbować na nowo.

Jeśli się nie mylę, to irlandzki dramatopisarz Samuel Beckett napisał:

„Podjąłeś próbę?

Nie wyszło ci?

Nieważne,

Spróbuj jeszcze raz.

Znów ci nie wyjdzie.

Ale nie wyjdzie ci LEPIEJ”.*

Oto dobry cel, cel realistyczny, właśnie dlatego, że stawia przed nami tylko pewne ograniczone,
a nie nieskończone żądania. Konfrontuje nas z pewnym wyzwaniem, lecz czyni to w sposób,
z którym my, jako istoty ludzkie, jesteśmy w stanie sobie poradzić. Bądź powinniśmy być
w stanie sobie poradzić. Wymaga to jednak zaakceptowania możliwości porażki, zanim jeszcze na dobre zabierzemy się do działania; wymaga to pogodzenia się z faktem, że być może nie uda nam się osiągnąć naszych celów, i to jeszcze zanim podejmiemy w ogóle jakiekolwiek działania w kierunku ich spełnienia. Wymaga to wykazania się skromnością – ale zarazem determinacją, aby uczynić wszystko, co w naszej mocy.

Jeśli będziemy rozpatrywać słowa modlitwy Kol Nidre właśnie w takim kontekście, to nabiorą one ważnego, aktualnego znaczenia i staną się pomocne.

W nadchodzących godzinach czeka nas wiele do zrobienia. Będziemy pościć (o ile nie uniemożliwią nam tego ważne względy zdrowotne), celowo starając się nie tyle stosować dietę
i stracić na wadze, co po prostu nauczyć się obchodzić bez czegoś, skoncentrować się
w mniejszym stopniu na naszych żołądkach, a bardziej na naszych duszach. Zważywszy iż nie jesteśmy do tego prawdopodobnie zbytnio przyzwyczajeni, początkowo będzie się to wiązać
z pewnym dyskomfortem – podobnie jak w przypadku każdego innego rodzaju ćwiczeń, czy będą to ćwiczenia natury fizycznej czy też duchowej – lecz dyskomfort ten przeminie,
a w każdym razie czas jego trwania będzie (dla nas) ograniczony.

Będziemy odmawiać wiele modlitw; niektóre z nich wyrecytujemy tylko raz, inne zaś będziemy powtarzać kilkukrotnie. Po co je powtarzamy? Niektóre przesłania nabierają większego znaczenia i są przyswajane jeszcze lepiej dzięki powtarzaniu, siła ich oddziaływania nie słabnie
i nie powszednieją nam, lecz stają się częścią naszego sposobu myślenia – na przykład gdy zwracamy się do Awinu Malkenu, do „naszego Ojca, naszego Króla”. Słowa te przypominają nam, iż jesteśmy tylko dziećmi, iż jesteśmy tylko poddanymi, że choć współcześnie modne jest bycie dumnym z własnej autonomii i niezależności, to w rzeczywistości dalej pozostajemy śmiertelni i to nie my sami definiujemy nasze ograniczenia.

Będziemy mieli okazję czytać i myśleć, studiować i oddawać się kontemplacji. Będziemy mogli przyłączyć się do wspólnych śpiewów i czytań całej kongregacji, będą też jednak okazje do „wyłączenia się” i podążania tokiem własnych myśli, do przywołania własnych żali oraz wspomnień o rzeczach uczynionych i nieuczynionych – o rzeczach, które są na wskroś osobiste
i które takimi powinny pozostać, którymi nie podzielimy się z żadnym innym człowiekiem – lecz tylko z samym sobą i Bogiem. Niekiedy będziemy odczytywać na głos wspólne wyznania: „Zgrzeszyliśmy, zawiedliśmy…” – a jako że czytamy je wspólnie, razem, w „pierwszej osobie liczby mnogiej”, unikamy tym samym osobistego upokorzenia, dając jednocześnie naszym językom i ustom możliwość wyrażenia tego, co czują nasze umysły.

Będzie też okazja zastanowić się nad tym, w jaki sposób działał system składania ofiar
w dawnych czasach, jak również nad tym, co my sami – i w jaki sposób – bylibyśmy skłonni poświęcić i złożyć w ofierze.

Może się zdarzyć tak, że w momencie, gdy ten dzień będzie dobiegać końca, czyli właśnie o tej porze jutro wieczorem, będziecie mieć poczucie: „To wszystko mnie przerosło, nie skupiłem się wystarczająco, nie wyszedłem z tej próby zwycięsko – CHCIAŁEM się lepiej modlić i głębiej się zastanawiać. Chciałem wytrwać w stanie czuwania. Chciałem wszystko przeczytać”. Scenariusz ten jest dość prawdopodobny, nie ma się czym martwić. Jeśli w modlitwie Kol Nidre możemy dopatrzeć się jakiegoś znaczenia, to jest nim nauka otwartego przyznawania, że nie zawsze udaje się nam osiągnąć nasze cele – ale że przynajmniej cele te sobie postawiliśmy.

A w następnym roku – jeśli Bóg pozwoli – możemy spróbować jeszcze raz. Lepiej.

Chatima Towa.

Rabin dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

 

* Przekład za wersją angielską (przyp. tłum.).

PORANEK ROSZ HASZANA

PORANEK ROSZ HASZANA

Rabin dr Walter Rothschild

Dzieje się tak każdego roku, jeśli tylko przestrzegamy kalendarza czytań z Tory na każdy szabat oraz na najważniejsze święta, o których wspomina się w Torze i do których przypisana jest szczególna liturgia czytania Tory (nie należy do nich ani Purim, ani Chanuka, ani Tu Biszwat) – każdego roku, przez cały rok, mierzymy się z trudnymi tekstami. Tekstami stanowiącymi dla nas wyzwanie. Tekstami wzbudzającymi w nas uczucie dyskomfortu. Tekstami, które niekiedy wydają się nam wręcz przerażające lub żenujące. Tekstami, co do których mamy być może poczucie, że nie powinny były powstać, lub, jeśli już je napisano, to wypadałoby je odesłać do jakiejś pokrytej kurzem, starej części biblioteki i nigdy więcej nie zaprzątać sobie nimi głowy.

Judaizm nie działa jednak w taki sposób. Jesteśmy zobowiązani otwierać Torę co tydzień oraz podczas każdego święta i czytać, studiować, dyskutować i oddawać się refleksji nad jakimś aspektem naszej przeszłości – naszej jako istot ludzkich bądź jako Izraelitów – czy będzie to pytanie, jak powstał wszechświat, czy też dokąd on zmierza i kiedy nastąpi jego kres… i w jaki sposób dojdzie do owego kresu. Możemy też rozważać, jak wszystko może zostać zniszczone przez wielką powódź, jak różne grupy ludzi walczą ze sobą i zabijają się nawzajem, jak ziemie bywają zdobywane i tracone, jak można znaleźć albo stracić dom, jak rodziny mogą dobrze albo źle funkcjonować, jak kolejne pokolenia powinny przekazywać dalej swoje doświadczenie
i mądrość, jak ojcowie odnoszą się do synów, a synowie do ojców (przepraszam: wspomina się też o matkach i córkach, ale zwykle występują one tylko w roli drugoplanowej – Sara, Riwka, Lea i Rachela są z pewnością aktywne i wpływowe na swój własny sposób, ale to mężczyźni odgrywają dominującą rolę w poszczególnych narracjach; na przykład Mojżesz ma zarówno siostrę jak i brata, ale o Miriam wspomina się o wiele rzadziej i, w odróżnieniu od Aharona, nie ustanawia ona swojej własnej dynastii).

Można by wskazać wiele takich przykładów, i właśnie dlatego rabin musi co tydzień wyjaśniać na ile tylko potrafi konkretny, odczytywany w danym dniu fragment. Dzisiaj, w Rosz Haszana, mierzymy się z DWIEMA opowieściami o ojcu, który usiłował zamordować swojego syna.
W postępowych synagogach zwykle odczytujemy tylko drugą z nich – pochodzącą z 22 rozdziału Księgi Bereszit historię opisującą, jak Abraham przygotowuje się do zamordowania własnymi rękoma, za pomocą noża, swojego ukochanego, urodzonego jako drugi w kolejności syna, Icchaka. Ale w poprzednim rozdziale Abraham objawił się jako gotowy pozwolić na to, aby jego pierworodny syn, Iszmael, oraz matka chłopca, Hagar, umarli z głodu bądź – co bardziej prawdopodobne – zmarli z pragnienia na pustyni, po tym jak wygnał ich bezbronnych z tylko jednym bukłakiem wody do podziału. Są to straszne teksty, teksty niepokojące i wprawiające
w zakłopotanie, podważają bowiem miły i ciepły obraz Abrahama jako „Awrahama Awinu”, Naszego Ojca. MY wiemy, że w obu tych przypadkach jego synowie przeżyją – w istocie uda im się dokonać o wiele więcej: z czasem sami zostaną ojcami, dziadkami i pradziadkami – ale nie było to wcale takie oczywiste na początku obu tych historii i również sam Abraham nie miał takiej pewności.

Nie chcę się tu wdawać w nazbyt dogłębną analizę tekstu, zważywszy iż przeczytaliśmy go wspólnie oraz, mam nadzieję, pamiętamy też jeszcze nieco z tego, czego nauczyliśmy się
w zeszłym roku, o ile ktoś nie znalazł się tu po raz pierwszy, a jeśli ktoś faktycznie JEST tu po raz pierwszy, to i tak doznał już wystarczająco głębokiego szoku. Chciałbym się raczej skupić na samym fakcie, iż tekst ten jest w ogóle przez nas czytany.

Tora jest pełna krępujących i nieprzyjemnych fragmentów, podobnie jak ludzkie ciało pełne jest lepkich, śmierdzących, swędzących, pryszczatych i bolesnych części. A jednak, jeśli przyjrzeć się sposobowi, w jaki przedstawia się ludzi w naszym społeczeństwie, praktycznie nigdy nie wspomina się o tych aspektach – a jeśli już, to tylko w celu zareklamowania rozmaitych produktów, które wedle zapewnień ich producentów potrafią zaradzić brzydkiemu zapachowi, swędzeniu,  wypryskom, wypadającym włosom, zwiotczałym mięśniom, nadprogramowym warstwom tłuszczu, nieświeżemu oddechowi i innym tego typu przypadłościom. A nawet wtedy owe miejsca pokazuje się zwykle dopiero PO TYM, jak dany specyfik zdążył już zadziałać,
a osoby te mogą się znów uśmiechać i wyglądać bez zarzutu…. Ponadto bohaterowie opowieści
i filmów sprawiają wrażenie, jak gdyby nigdy nie musieli korzystać z toalety, nigdy nie bolała ich głowa, chyba że wymaga tego akurat scenariusz, nigdy nie cierpieli na hemoroidy ani problemy
z trawieniem… Czy widzieliśmy kiedykolwiek, aby baśniowej księżniczce zdarzyło się beknąć lub aby książę puszczał wiatry? Gdy ekranowa para zakochuje się w sobie, całują się głęboko
i namiętnie, ale nie zdają się nigdy zauważać, że partner czy partnerka ma zepsuty ząb, chorobę dziąseł lub zwyczajnie nieświeży oddech. Gdy para śpi razem, żadne z nich nigdy nie chrapie ani nie ma pełnego pęcherza. Czy Madonna karmiąc piersią swoje dziecko cierpiała kiedykolwiek
z powodu zatkanych kanalików mlekowych? Czy musiała zmienić pieluchę? Albo czy musiała sobie poradzić z chlustającymi wymiotami dziecka? Dzieciątko zawsze po prostu tam leży, spokojne i zadowolone. Wyidealizowane. Czy bohater wracający ze zwycięskiej kampanii musiał się kiedykolwiek zmagać z zaburzeniami erekcji lub może z jakąś chorobą weneryczną nabytą podczas długiego pobytu z dala od domu? Takie rzeczy po prostu nigdy się nie zdarzają!

Ale w prawdziwym życiu – jak najbardziej. Oraz w Torze. Nie opisano w niej absolutnie WSZYSTKIEGO, ale znajdziemy tam między innymi instrukcje dotyczące tego, jak zbudować latryny poza obozem lub jak chować zwłoki i jak należy się obmyć w przypadku styczności
z nieczystością; znajdziemy tam również całe rozdziały dotyczące chorób skórnych, różnych wydzielin i menstruacji. Czytamy o żonach gotowych zdradzić swoich mężów i spiskujących,  aby umożliwić faworyzowanemu synowi zdradzenie własnego ojca i brata. Czytamy o rodzicach, którzy tracą dzieci na skutek nagłych wypadków z udziałem ognia, czytamy o rodzicach niebędących w stanie kontrolować swojego brutalnego potomstwa, które dopuszcza się przestępstw i morderstw, używając jako wymówki „rodzinnego honoru”. Znajdziemy tam ostrzeżenia przed szukaniem wymówek poprzez modlenie się do fałszywych wartości. Znajdziemy przykazania zabraniające mordowania, kradzieży czy też popełniania cudzołóstwa, zakłada się bowiem, że ludzie będą się dopuszczać takich czynów, o ile nie nakaże się im, aby tego NIE robili. (A może nawet i wtedy… dostajemy więc też instrukcje wyjaśniającą, co mamy robić z tymi, których przyłapiemy na łamaniu owych zasad).

Już choćby w rozdziałach z księgi Rodzaju opowiadających o Abrahamie i Sarze czytamy
o problemach z niepłodnością, o problemach związanych z relacjami międzyludzkimi (również pomiędzy wujem i bratankiem), czytamy o parze, która nie może mieć dzieci, czytamy
o zaproponowanym na to rozwiązaniu, które działa, lecz – poprzez swe działanie – generuje zazdrość i nienawiść, morderczą nienawiść; czytamy o mężu, który, zdając sobie sprawę, jak trudno jest mu zadowolić swoją żonę i dać jej to, czego pragnie najbardziej, czyli dziecko – podporządkowuje się zamiast tego jej pełnym zazdrości żądaniom – w końcu chce mieć w domu przynajmniej TROCHĘ spokoju – najpierw szykuje się więc do wygnania ciężarnej służącej,
a następnie, gdy to się nie udaje, do wygnania jej wraz z jej synem. O rany! I ludzie nazywają to ŚWIĘTĄ Torą? Co w takim razie musiałoby w niej być, aby nazwali ją BEZBOŻNĄ?

Następnie mamy zaś rozdział odczytywany przez nas w dniu dzisiejszym, w którym Abraham nie tylko przygotowuje się do zamordowania tego ze swoich synów, który przy nim pozostał, ale, co więcej, zamierza to uczynić bez wiedzy i zgody swojej żony, a jego matki. Potem jego żona umiera; nie wydaje się, aby przedtem z sobą rozmawiali. Abraham zmuszony będzie negocjować zakup miejsca na jej pochówek, będzie musiał zorganizować synową, którą poślubi Icchak, sam też ponownie się ożeni i ponownie zostanie ojcem, i tak dalej. Przez cały ten czas Abraham żyje ze świadomością, że istnieje Bóg, z którym może debatować i sprzeczać się w pewnych – o ile nie we wszystkich – okolicznościach. Już wcześniej (w rozdziale 12) nakazano mu opuścić własny dom i rodzinę; aby uniknąć śmierci głodowej, musiał przenieść się za granicę oraz kłamać na temat swojej żony, aby uratować własną skórę; został uwikłany w wojnę pomiędzy różnymi królami i musiał uratować swojego bratanka Lota; targował się też z Bogiem w próbie – jak się okazało, nieudanej – zapobiegnięcia całkowitemu zniszczeniu niektórych miast wraz z ich mieszkańcami za sprawą potężnych ataków z powietrza; jego życie z pewnością nie było nudne, błędem byłoby jednak sądzić, że było ono zawsze wypełnione błogosławieństwem, spokojem
i płodnością.

A jednak czytamy o życiu Abrahama, i to regularnie, w synagogach. Nie ukrywamy żadnych
z wyżej wymienionych problemów, nie zaprzeczamy im. Nie poprawiamy obrazków za pomocą „fotoszopa” ani ich nie retuszujemy. Tora nakazuje dokonywać obrzezania – brit mila – lecz przyznaje, że może to być bolesne. Samo bycie w przymierzu, brit, może być bolesne. Może być dezorientujące. Słyszymy o obietnicach, które wprawdzie są składane, ale, jak się wydaje, nie zostają spełnione (czy Abraham ujrzał kiedykolwiek swych potomków tak licznych jak gwiazdy na niebie bądź żyjących bezpiecznie w swej własnej  ojczyźnie? Nie, w rozdziale 25 umrze jako nomada, nie posiadając żadnego majątku poza namiotem i obietnicą; ofiaruje swym urodzonym w dalszej kolejności synom dary pieniężne, lecz nigdy nie przekaże oficjalnie brit Icchakowi – Icchak odziedziczy go po prostu po śmierci swego ojca, niczym dziedziczny tytuł).

To wszystko jest ważne, bardzo, bardzo ważne. Żydowscy bohaterowie i bohaterki są ludźmi. Nie noszą aureoli. Czasem bywają nikczemni, czasem nie mają racji, popełniają błędy, grzeszą, odnoszą porażki, kłamią, walczą; pary sprzeczają się ze sobą. Ludzie umierają.

Można by zaproponować stwierdzenie, że z teologicznego punktu widzenia w chrześcijaństwie człowiekowi zostają przypisane atrybuty boskie, natomiast w judaizmie to Bogu przypisuje się cechy ludzkie. Bóg może się rozzłościć i zniecierpliwić. Nie będę się tu wdawał zbyt głęboko
w kwestie teologiczne, jednak znajdujemy się w kraju, na który bardzo głęboki wpływ wywarła doktryna i tradycje Kościoła Rzymskokatolickiego. Jesteśmy w kraju, który sam spędził długi czas na wygnaniu, zanim powrócił do ziemi obiecanej mu przez zewnętrzne mocarstwa, z na nowo zdefiniowanymi granicami – zarówno po pierwszej jak i drugiej wojnie światowej. W kraju cechującym się długą historią, po części starodawną, a po części współczesną; po części heroiczną i romantyczną, a po części – cóż, kłopotliwą. Pomyślcie tylko o losie wielu osób żyjących na obszarach, które nagle w 1945 roku stały się polskie. Ale pomyślcie też o losach wielu spośród tych, którzy aż do roku 1938 sądzili, że są Polakami, lecz którzy zostali następnie odrzuceni, pozbawieni swoich praw i swojej tożsamości, którym w owym czasie zabroniono nawet powrotu do kraju… Pomyślcie o losach tych, którzy żyli tutaj, jako Polacy, podczas wojny i po wojnie, a jednak byli izolowani, prześladowani i źle traktowani dlatego, iż z jakiegoś powodu uznano ich za  „niewłaściwy rodzaj Polaków” i za przedstawicieli „niewłaściwej” religii czy też grupy etnicznej. Pomyślcie o tych, którzy musieli uciekać z kraju i żyć na wygnaniu, również w roku 1968. Pomyślcie o tych, którzy zbuntowali się przeciwko totalitaryzmowi
i doprowadzili do czegoś, co było w istocie wojną domową – Polaków przeciwko Polakom, ideałów przeciwko ideologii.

Czy odważymy się o tym mówić? Czy odważymy się przyznać, że w owych trudnych, naznaczonych konfliktami czasach niektórzy zdradzali innych, że niektórzy walczyli raczej między sobą aniżeli ze wspólnym wrogiem? Że niektórzy byli gotowi zabijać sąsiadów
i krewnych oraz czerpać profity z tego, co tamci po sobie pozostawili?

Historią zajmuję się tylko amatorsko i nie twierdzę, że wszystko o niej wiem, ale WIEM jedno – że jeśli coś się wydarzyło, to żydowskie nauczanie głosi, iż mamy obowiązek to odnotować
i o tym rozmawiać, a nie starać się wyciszyć dyskusję o tych wydarzeniach lub udawać, że nigdy nie miały one miejsca. JEDYNYM sposobem na przepracowanie jakiejś niesprawiedliwości – niezależnie od tego, kto się jej dopuścił i na czym ona polegała – jest mówienie o niej na głos, mówienie otwarcie o losie, jaki spotkał ofiary, o ich cierpieniu i poniesionych przez nie stratach oraz otwarta dyskusja o motywach kierujących sprawcami, jak również o okolicznościach,
w jakich dopuścili się tego, czego się dopuścili – w historii często bywa tak, że nie wszystkie fakty były znane w chwili podejmowania działań, bądź ktoś miał do wyboru dwie opcje,
z których obie były złe, ale być może jedna z nich była gorsza od drugiej…. Tak jak to było
w przypadku Abrahama, gdy Bóg mówił mu jedną rzecz, podczas gdy żona mówiła mu być może coś innego; gdy obiecano mu wyidealizowaną wizję przyszłości, lecz musiał starać się przeżyć
w nie do końca idealnej teraźniejszości….

W Rosz Haszana każdy z nas staje przed Sądem Niebiańskim. Ale inni też to czynią – w Unetane Tokef stwierdza się, że „wszystkie stworzenia świata” –  nawet anioły – poddawane są w tym dniu osądowi. Nikt nie będzie z tego zwolniony. Mam nadzieję, że wyraziłem się wystarczająco jasno. Nie jest to tylko kwestia „tej historii” lub „tamtej historii”, „tej grupy ofiar” lub „tamtej grupy ofiar”. Nie chodzi o politykę, lecz o moralność. Chodzi o szczerość w kwestii  przeszłości. O otwartym mówieniu o ludziach, zarówno o ich słabościach jak i  mocnych stronach, o ich uchybieniach na równi z ich sukcesami i triumfami. O nie wycofywanie się na pozycje wybiórczego traktowania i „wybielania” historii. O nie zabranianie innym prowadzenia własnych badań i prezentowania swoich odkryć.

Osobiście mam nadzieję – i ufam, że podzielają ją również inni – że w nadchodzącym roku zaobserwujemy zmianę w nastawieniu, że ci, którzy usiłują zaprzeczać przeszłości bądź też ją przykrywać zmienią zdanie i zaczną ją studiować, mierzyć się z nią i ją przepracowywać. Ani my, ani oni nie możemy jej zmienić – ale możemy ją spisać, odczytywać na głos i wyciągnąć
z niej lekcję. A ostatecznie właśnie to jest w historii najważniejsze. Nasza przyszłość zależy
w dużej mierze od tego, jak zrozumiemy naszą przeszłość.

Wówczas faktycznie będzie to Szana Towa, Dobry Rok, rok, o którym w swoim czasie również będzie warto pisać, rok godzien zapamiętania i uczczenia.

Szana Towa!

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka