WAJESZEW

WAJESZEW

Rabin dr Walter Rothschild

„A Jakub mieszkał w ziemi, gdzie ojciec jego był gościem, w ziemi kananejskiej” (Rdz 37, 1).

Wielu komentatorów próbowało wyjaśnić to przepełnione tak głębokim znaczeniem zdanie, które zwraca uwagę na pewne fundamentalne pytania dzięki temu, iż przeciwstawia sobie dwa pojęcia – „mieszkać” gdzieś albo „być gościem, być gdzieś tylko przelotem” (ang. to wander) – używane często w tym kontekście angielskie słowo „sojourn” oznacza właśnie „zatrzymać się gdzieś podczas podróży”. Co to znaczy „mieszkać” w jakimś miejscu? Stać się obywatelem? „Zapuścić korzenie”? Nabyć jakąś własność i posiadać ziemię albo dom? Mówić w miejscowym języku tak dobrze, jak ci, którzy tam dorastali, bez obcego akcentu? Podzielać tę samą kulturę, religię i wartości, co większość ludności, która jest tam „u siebie”?  A ponadto – kto nadaje krajowi jego nazwę? Kto ma „prawo” tam mieszkać? Czy prawo to można odziedziczyć, czy można walczyć o prawo do nazywania danego kraju „swoim własnym”? Czyż każde państwo nie jest w praktyce częścią tej samej planety – jakie więc znaczenie mogą mieć granice i ograniczenia, czy nie jesteśmy WSZYSCY zaledwie wędrowcami przemierzającymi powierzchnię Ziemi? Co dzieli, a co łączy? Zdążyliśmy już poznać w Torze ludzi twierdzących, iż są „królami” Geraru, Sodomy, Egiptu i tak dalej. Kto ich nimi uczynił i jakie mają prawo rządzić? Królowie mają zwykle niezdrową tendencję do używania (albo nadużywania) religii do potwierdzenia swoich roszczeń do ziemskiej władzy; rekrutują uległych kapłanów, żeby wystawili im „certyfikat koszerności”, żeby ogłosili, iż królowie ci zasiadają na swoich tronach z woli Boga albo bogów. Jest to odwieczny zwyczaj i ludzie wciąż się na niego nabierają, nawet teraz!

Z wersetem tym wiąże się tak wiele głębszych znaczeń, że można by o nim mówić przez tydzień. W istocie również ojciec Jakuba, Izaak, urodził się w tym miejscu – to jego dziadek Abraham wyemigrował z Iraku przez Syrię. Matka Jakuba, Riwka, została sprowadzona z Haranu (Syrii), aby poślubić Izaaka, zaś jego brat bliźniak Ezaw z czasem wyrusza do miejsca, które otrzyma nazwę Edom od jego czerwonawego koloru. Edom położony jest na wschód od Jordanu, a Kanaan na zachód; Jakub musiał zbiec przed gniewem swojego brata i jego pragnieniem zemsty, uciekając na północ, do Syrii, a kiedy w końcu powrócił, musiał znów spotkać się z Ezawem, aby zawrzeć z nim niepewne zawieszenie broni; następnie zakupił nieco ziemi w Szechem na północy kraju (teraz miejsce to zwie się Nablus – jest to arabska wersja greckiej nazwy „Neapolis”, która oznacza po prostu „nowe miasto”) – które zostało wybudowane w miejscu i na pozostałościach dawnego miasta – widzicie, nawet samo nazewnictwo odzwierciedla różne okresy historii, różnych mieszkańców i ich kultury. (Podobnie jak w przypadku nazw Danzig i Gdańsk, Breslau i Wrocław….). Jednakże z powodu gwałtownych wypadków Jakub nie mógł tam pozostać i musiał skierować się dalej na południe, do Kanaanu….

Tak, osiedla się tu z dwunastoma synami (przynajmniej przez jakiś czas) oraz zhańbioną i niemającą szans na małżeństwo córką – nigdy nie słyszymy, żeby Dina później wyszła za mąż – ale wkrótce jeden z synów, jego ulubieniec, zniknie i zostanie uznany za zmarłego. Wiele lat później syn ten odnajdzie się w cudowny sposób i jego rodzina przybędzie do Egiptu, żeby uratować się przed głodem; gdy faraon zapyta Jakuba, ile ma lat, ten odpowie (Rdz 47, 9): „jemej szenej meguraj szeloszim-umea szana” – „czas mojego PIELGRZYMOWANIA (ang. wanderings) wynosi sto trzydzieści lat” – a następnie powie o przeżytych przez siebie latach, że były „meat weraim” – „krótkie i złe” i nie tak długie, jak „lata życia ojców moich w czasie ich pielgrzymowania” (ang. sojournings) – „welo hisigu et-jemej sznej chajaj awotaj, bimej m’gurejhem”. Nigdy nie słyszymy Jakuba mówiącego, iż miał kiedykolwiek poczucie „zapuszczenia korzeni” w jakimś miejscu; wydaje się, że w swoim odczuciu zawsze był wędrowcem, podobnie jak jego przodkowie.

Czy można to wyjaśnić mówiąc, iż był nomadą, mieszkającym w namiotach, a nie w miastach? Że należał do wędrującej z własnej woli mniejszości? To jedno możliwe wyjaśnienie. Istnieją – zawsze istniały – osoby, które wolą podróżować, na przykład na morzach albo jako kupcy, kierowcy bądź odkrywcy; ludzie, którzy zdają się spędzać dużą część swojego życia raczej w pociągach i samolotach albo na autostradach, może jako nomadyczni pasterze, a może nawet jako bezdomni żebracy – aniżeli być na trwałe przypisanym i „uwiązanym” do jakiegoś konkretnego miejsca. Jednakże byli też inni, którzy chcieli się gdzieś osiedlić, którzy chcieli poczuć się gdzieś „jak w domu”, a może nawet sądzili, że udało im się to osiągnąć, wybudowali domy i obsiali swoje pola – lecz potem znowu zostali zmuszeni do przeprowadzki.

Żydzi spędzili większość swej historii jako mniejszość w państwach innych narodów – nawet jeśli słowo „naród” oznaczało coś innego w III wieku p.n.e. albo w XIX wieku n.e. i mogło być używane w znaczeniu plemiennym, etnicznym albo politycznym. Nie zawsze mieliśmy poczucie, że jesteśmy gerim, że jesteśmy gdzieś tylko przelotem; zaś ger toszaw  to obcy, który z tobą mieszka, w odróżnieniu od kogoś, kto ma tylko powiedzmy wizę tranzytową, turystyczną albo pracowniczą. Ger toszaw  to ktoś, kto imigruje i integruje się. Właśnie tak, często czuliśmy, że jesteśmy gdzieś faktycznie „w domu” – to ideologia syjonizmu skonfrontowała Żydów z niekomfortową prawdą, że nawet po tym, jak wszyscy inni przestali być zaledwie poddanymi różnych królów, książąt i cesarzy, stając się teraz obywatelami nowo uformowanych narodów, Francuzami, Włochami, Austriakami albo Niemcami – to Żydzi dalej pozostali Żydami, wciąż byli odrębną mniejszością i byli postrzegani jako odmienni i obcy, często wzbudzając   dyskomfort albo nawet uczucie zagrożenia. Syjonizm powiedział Żydom – „możecie to po prostu zaakceptować i obrócić w coś pozytywnego – w znak, że musicie iść i osiedlić się w swojej WŁASNEJ ojczyźnie”. Miało to jednak wiele ironicznych konsekwencji. Ole albo ola, czyli ktoś, kto dokonuje aliji do Izraela, pozostaje do końca życia ole; natomiast ich urodzone już tam na miejscu dzieci są sabrami. Rdzennymi mieszkańcami. Obecnie jesteśmy świadkiem interesującego odwrotnego procesu: niektórzy Izraelczycy decydują się (z różnych całkiem uzasadnionych powodów) przenieść się do Ameryki albo do Europy i pozostają Izraelczykami w Ameryce i Europie, nawet jeśli osiedlą się tam i wezmą tam ślub; ale ich dzieci – czy są Izraelczykami, czy też Amerykanami mającymi izraelskiego ojca? Polakami pochodzenia izraelskiego czy może Izraelczykami mieszkającymi w Polsce?

A co z takimi społeczeństwami „tygla narodów”, jak Stany Zjednoczone albo Australia, gdzie NIKT z przodków obecnych białych mieszkańców nie mieszkał na tamtej ziemi wcześniej niż najdalej kilka stuleci temu, kiedy to przenieśli się tam celowo, lecz z zamiarem osiedlenia się i  to bez proszenia o pozwolenie żyjącej tam już ludności! Zaś prawdziwi rdzenni mieszkańcy czy też aborygeni są teraz spychani do statusu mniejszości i podklasy w swoich własnych krajach? A co z państwami i kontynentami, które dostały nawet zupełnie nowe nazwy? „Virginia” nazwana na cześć królowej Elżbiety I, „Królowej Dziewicy”? [ang. virgin to „dziewica” – przyp. tłum.]  A Waszyngton na cześć generała i męża stanu? Albo Karoliny po królu Karolu? Luizjana na cześć króla Ludwika? Nowa Południowa Walia, która została nazwana na cześć „starej” Południowej Walii, albo Wiktoria po innej brytyjskiej królowej? Nawet nazwa „Ameryka” pochodzi od odkrywcy Amerigo Vespucciego z Florencji (1454-1512), któremu w roku 1502 udało się w istocie wywnioskować, że Brazylia nie może być wschodnim wybrzeżem Chin, a zatem musi być inny kontynent blokujący drogę z Portugalii do Azji. W roku 1507 ów „Nowy Świat” został następnie nazwany zlatynizowaną formą jego pierwszego imienia. Cóż za sława!

Akty nazywania kryją w sobie wiele ironii. „Transjordania” to nazwa nadana w  roku 1922 obszarowi położonemu „po drugiej stronie Jordanu” patrząc z zachodu, (na zachód od Jordanu była „Cisjordania”, co oznacza: „ta strona”). W roku 1946 państwo to zyskało niepodległość jako „Transjordania”, ale dwa lata później, po tym, jak zajęło ziemię na zachód od rzeki, czyli „Brzeg Zachodni” – zmieniło nazwę na Jordańskie Królestwo Haszymidzkie – jako że teraz było położone po obu stronach rzeki, a nie „za” nią! Z perspektywy biblijnej, gdy Izraelici podążający za Mojżeszem znaleźli się w ziemi Moabskiej, termin „po drugiej stronie Jordanu” oznacza w istocie „patrząc ze wschodu na zachód”! Zaś nazwa „Żydzi” pochodzi stąd, iż uważano, że ludzie ci wywodzą się od ludu Judei – jak choćby Mordechaj, który opisywany jest właśnie jako „isz jehudi” w Megilat Ester – natomiast drugie królestwo ustanowione po śmierci Salomona nazywało się „Izrael”!

Czy zatem „mieszkanie” w jakimś miejscu wiąże się z tym, iż można nadać mu dowolną nazwę, jakiej sobie tylko zażyczymy? A może ze zdolnością zakupienia ziemi i urządzenia się tam, kupowania raczej niż wynajmowania, ze zdolnością budowania i zakorzeniania się? Z możliwością głosowania? W kraju, który zwykł być „Zjednoczonym Królestwem”, słyszy się głosy mówiące obywatelom innych państw europejskich, że pod takim czy innym względem nie są „wystarczająco brytyjscy”, nawet jeśli żyli tam być może i pracowali przez dziesięciolecia, płacąc podatki i kształcąc tam swoje dzieci – nie, nagle „Byłe Zjednoczone Królestwo”, jak je nazywam, rozpadło się na sprzeczające się z sobą mniejszości i nawet ja, który się tam urodziłem, wychowałem i zdobyłem edukację, który tam „mieszkałem”, choć mój ojciec przybył tam jako uchodźca, bezpaństwowy wędrowiec, teraz sam czuję się niczym wędrowiec w obcym kraju, który nie wydaje mi się już „mój własny”. I wiem, że nie tylko ja się tak czuję. Całość nastrojów politycznych i społecznych została zatruta, gdy każda grupa mówi innym, że „nie są tu u siebie”. Nie tylko dlatego, że są Żydami (choć było to w istocie podnoszone jako problem), ale ponieważ są proeuropejscy albo antyeuropejscy, są za Szkotami bądź przeciwko Szkotom, za Walijczykami albo przeciwko Walijczykom, za demokracją albo za referendum albo co tam jeszcze. A z tego, co rozumiem sytuacja w niektórych innych krajach europejskich – nie tak bardzo odległych – nie jest o wiele lepsza.

Wszyscy krzyczą. Nikt nie słucha.

Właśnie taki bywa często problem z wersetami biblijnymi, zwłaszcza tymi, które na pierwszy rzut oka wydają się tak proste i nieszkodliwe. Wyskakują nam nagle przed nosem i wytrącają nas z równowagi, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Właśnie dlatego trzeba czytać, i to czytać uważnie, oraz starać się wyprowadzać z czytanych tekstów możliwie jak najwięcej lekcji i stosować je w życiu najlepiej, jak tylko potrafimy. Niektóre sprawy mogą się wydawać stare i staroświeckie, ale jest wiele takich, które nigdy się nie zmieniają.

Szabat Szalom,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka