SZABAT CHOL HAMOED

SZABAT CHOL HAMOED

Rabin dr Walter Rothschild

 

Jest to najprawdopodobniej najdziwniejsze święto Pesach w najnowszej historii żydowskiej i jest to doświadczenie, z którym mierzy się obecnie cały świat. Rządy różnych państw po prostu ogłosiły  w ramach szeregu działań dotykających szkoły i uniwersytety, ale również niektóre sektory przemysłu i handlu – że wszystkie miejsca kultu religijnego mają zostać zamknięte. Kościoły, meczety i synagogi. Nie jest to, jak się wydaje, forma prześladowań religijnych, których z pewnością doświadczaliśmy w przeszłości (zwłaszcza w krajach ateistycznych albo komunistycznych, które są tak niepewne siebie i tak bardzo obawiają się, że ich obywatele będą wierzyć w cokolwiek innego niż w ich własną doktrynę partyjną), nie jest to również działanie motywowane antysemityzmem –  narzucane przez tych, którzy są tak niepewni w swojej własnej wierze w Boga, że obawiają się każdego, kto reprezentuje inną formę tej samej wiary  jako że  rozporządzenia te dotyczą w takim samym stopniu wszystkich religii. Nie, dekret ten przyszedł z góry bardzo nagle, został przyjęty i  przynajmniej początkowo, gdy piszę te słowa – został zaakceptowany jako rozsądne, konieczne i pozytywne działanie. Być może za kilka tygodni, kiedy znudzenie, frustracja i ludzka potrzeba kontaktów towarzyskich zaczną narastać, nastroje się zmienią; jednak w czasie, kiedy te rozporządzenia zostały wydane i można to sprawdzić  nikt nie narzekał: żaden biskup, żaden imam, żaden naczelny rabin.

Potrzeba zredukowania ryzyka rozpowszechniania się niewidzialnej plagi była postrzegana jako przewyższająca wszystko inne. Koncepcje otwartych granic, swobodnego prawa do zgromadzeń albo nawet prawa do wspólnego gromadzenia się i modlenia – wszystko to zostało anulowane na mocy narzuconego z góry dekretu – bez żadnych wyborów, żadnego referendum, żadnego sondażu badającego opinię publiczną, bez pozostawienia wyboru.

Jak na ironię, i właśnie dlatego mówiłem wcześniej o „współczesnej historii żydowskiej” – najlepszym porównaniem, jakie mogę znaleźć do obecnej sytuacji, jest absolutnie pierwsze świętowanie Pesach. Zostało ono oczywiście opisane w księdze Szemot i z tej okazji Izraelitom nakazuje się najpierw z wyprzedzeniem przygotować i zgromadzić żywność – jest to forma „chomikowania” albo „panicznego wykupowania”; nakazuje im się też, żeby się przygotowali, żeby zgromadzili rzeczy od swoich sąsiadów, a potem żeby spędzili noc w tym, co obecnie nazywamy „zamknięciem czy też izolacją”, za zamkniętymi drzwiami, stłoczeni w swoich wymazanych domach, podczas gdy na zewnątrz w ziemi egipskiej niewidzialna plaga szerzyła się i odbierała życie wszystkim pierworodnym… najstarszym członkom każdego pokolenia. Jak się okazało, Izraelici zostali potem wygnani w środku tej samej nocy – nie było czasu, żeby zastosować regulacje określające, co zrobić z pozostałymi porcjami pieczonego baranka – i musieli przejść do kolejnej ważnej fazy procesu stawania się jednym ludem.

Teraz, po wieczornym sederze, w Szabat Chol HaMoed czytamy fragment z 13 rozdziału księgi Szemot, w którym podkreślone zostaje znaczenie tego wydarzenia. NIEZWYKLE ważne jest, żeby przypominać sobie o nim co roku, nawet po tym, jak Bóg przyprowadził nas już do ziemi Kananejczyków, Amorytów, Hetytów i innych. Akt jecijat Micrajim, „opuszczenia Egiptu”, jest ZASADNICZYM, posiadającym fundamentalne znaczenie doświadczeniem.

Co wiemy o Egipcie? Ograniczę się tutaj do informacji dostępnych w Biblii i odłożę na bok całą wiedzę uzyskaną od egiptologów i archeologów, nie dlatego, iż jest ona sama w sobie nieważna, ale ponieważ nie jest ona znacząca dla narracji biblijnej. Wiemy, że Egipt jest w istocie podzielony na dwa kraje, Górny i Dolny, stąd też słowo „Micrajim” – przyrostek „-ajim” oznacza „dwa, para”. A jednak jest tylko jeden władca, zwany faraonem. Jest on najwyraźniej władcą absolutnym. Nawet jego służący powinni drżeć o swoją wolność i życie, jako że nawet za jeden malutki błąd mogą grozić straszne konsekwencje. Wiemy, że jego doradcami są czarodzieje i magicy raczej niż doradcy polityczni i ekonomiczni. Jako że zostają o to poproszeni, wiemy, że do ich zadań należy interpretowanie znaczenia snów, lecz odnoszą porażkę przy jednej ważnej okazji; są wprawdzie w stanie naśladować niektóre plagi, ale nie potrafią zapobiec związanym  z  nimi zagrożeniom i z czasem sytuacja zaczyna ich przerastać. Wiemy, że faraon oddaje cześć wielu bogom.

Wiemy, że ma nowoczesne wojsko z wieloma końmi i rydwanami – jest to mobilna armia, a nie opieszała, wolna piechota żywiąca się tym, co udało się znaleźć na polach; jest to szybko uderzająca siła umożliwiająca szybkie transportowanie wojsk przez pełne piasku egipskie pustynie. Wiemy, że ma więzienie i naczelnego ochroniarza, który sprawuje nadzór nad więźniami; wiemy też, że kiedy ktoś zostaje o coś oskarżony, nie ma żadnego procesu, obrony czy wzywania świadków. Wiemy, że Egipcjanie pogardzają nomadycznymi pasterzami, jako że są z natury rolnikami i ludźmi miastowymi; wiemy, że nawadniają swoje pola, kopiąc kanały i tunele raczej niż modląc się o deszcz, są też uzależnieni od regularnego, corocznego zalewania gruntów przez Nil. Wiemy, że są tam targi niewolników, na których podróżne karawany mogą sprzedawać dla zysku osoby, które znaleźli i porwali po drodze. Wiemy, że kiedy na Egipcjan spada głód, nie mają wyboru i muszą odkupić  w razie konieczności płacąc za to własną ziemią i własną wolnością – zboże, które zostało od nich wcześniej ściągnięte w formie podatku przez faraona podczas lat urodzaju, a następnie było przechowywane w specjalnych silosach i magazynach. Wiemy, że faraon może zainicjować ogromne projekty budowalne, wezwać pracowników przymusowych i pozyskać wszystkie materiały wymagane w celu zrealizowania tych projektów.

Po sporządzeniu takiej listy okaże się, że nawet bez pomocy archeologów i znawców hieroglifów i tak wiemy już całkiem sporo o Egipcie, i są to często mało przyjemne informacje. Jest to dyktatura, do której może zostać wpuszczona cała grupa ludzi – jeśli będą akurat rodziną wysokiej rangi urzędnika – albo dla odmiany cała grupa etniczna może zostać zniewolona,
a nawet wymordowana jeśli nie korzystają już z takiej „protekcji”. Nowy faraon może po prostu unieważnić szczodre decyzje poprzedniego faraona; nie przywiązuje się tam żadnej wagi do praw człowieka ani do lojalności pomiędzy władcą a ludnością.

Izraelici mają sobie o tym wszystkim przypominać. Mają o tym czytać co roku, mają o tym rozmawiać ze swoimi dziećmi niezależnie od tego, czy dzieci są tym zainteresowane czy nie, mają sobie przypominać o doświadczeniu bezsilności i strachu przed nieznanym oraz o uczuciu ekstatycznej ulgi, kiedy ścigający ich prześladowcy zostają zlikwidowani. Mają za to dziękować tylko i wyłącznie Bogu, a nie jakiemukolwiek ludzkiemu pośrednikowi. Mają o tym pamiętać również w mrocznych czasach – jako że w naszej historii jest pod dostatkiem takich wydarzeń,
a świat nie został jeszcze zbawiony. Zmysłem smaku mają doświadczać goryczy niewoli, słonego smaku łez, suchego chleba biedy. Za pomocą modlitw, pieśni i gościnności mają pogłębiać uczucie jedności i bycia jednym narodem.

A w tym roku – cóż, „dlaczego ta noc będzie się różnić od wszystkich innych nocy  sederowych?”. Możliwości gromadzenia się wspólnie w świecie realnym raczej niż wirtualnym będą ograniczone; liczba tych, którym uda się wspólnie zgromadzić będzie ograniczona; wielu z nas będzie odizolowanych i trudno będzie nam doświadczyć poczucia wolności. Zdajemy sobie
z tego sprawę i nie możemy uczynić wiele więcej niż zaoferować słowa pociechy.

Niemniej  podstawowe przesłanie pozostaje takie samo. Być może nasz sposób świętowania będzie musiał być inny, a podczas świętowania będziemy mieć do dyspozycji inne środki – ale nasz powód do świętowania pozostaje taki sam. Seder nie sprowadza się tylko do samego posiłku: jest pewnym przesłaniem – i to przesłanie pozostaje takie samo. Tak więc – gdziekolwiek byście nie byli, gdy przeczytacie te słowa – mam nadzieję, że uczestniczycie albo już uczestniczyliście w sederze i mam nadzieję, że przeczytacie albo już przeczytaliście Hagadę. Szabat szalom i moadim lesimcha!

Rabbi Dr. Walter Rothschild.

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

WAJECHI

WAJECHI

Rabin dr Walter Rothschild

Czytana w tym tygodniu sidra kończy księgę Bereszit, czyli księgę Rodzaju, i zamyka zarazem historię patriarchów, która rozpoczęła się od „wezwania” Abrahama na początku 12 rozdziału. W rozdziale 49 Jakub umiera i w rozdziale 50 zostaje pochowany z wielkimi honorami w jaskini Machpela w Hebronie, którą Abraham zakupił w ziemi Kanaan po śmierci Sary z przeznaczeniem na rodzinny grobowiec (choć nie wiadomo dlaczego przez jakiś czas przebywają również gdzieś „za Jordanem”). W rozdziale 50 umiera także Józef – ale nie zostaje pochowany. Zostanie zmumifikowany i złożony w trumnie, którą zabiorą ze sobą Izraelici, gdy będą opuszczać Egipt ponad 400 lat później, po tym jak uda im się wyrwać z niewoli – kości Józefa są ogniwem łączącym Izraelitów z ich przeszłością, zaś kiedy zostanie w końcu pochowany (w Szechem, pod koniec księgi Jozuego), będzie to również ogniwo łączące z Jakubem, jako że właśnie ten kawałek ziemi Jakub zakupił w pierwszej kolejności po swoim powrocie z Haranu. Elementy tej historii układają się w „pasującą do siebie całość”, jeśli spojrzymy na nie z szerszej perspektywy – nazbyt często czytamy ten tekst tylko w krótkich, oderwanych od siebie częściach, w cotygodniowych porcjach, przez co grozi nam, że stracimy z oczu całościowy kontekst. Ponadto, chowając w owym miejscu szczątki Józefa, Izraelici symbolicznie „biorą w posiadanie” swoją ziemię, składając w niej swego starodawnego, zmarłego patriarchę.

Można powiedzieć, że śmierć samego Józefa jest pozbawiona dramatyzmu. Osiągnął wiek stu dziesięciu lat, ma synów, wnuków, a nawet prawnuków, jako że czytamy, iż zobaczył dzieci Efraima do trzeciego pokolenia, a również dzieci syna Menasze, Machira, urodziły się jeszcze za jego życia (50, 23). Niezłe osiągnięcie! A jednak – w chwili, gdy nadchodzi śmierć, nie pojawia się żadna wzmianka o jego synach. Józef nie rozmawia z nimi, nie stoją przy jego łożu. Za to po śmierci Jakuba to BRACIA Józefa (a w istocie przyszywani bracia) niepokoją się i proszą go o litość, martwiąc się, że Józef może zemścić się na nich za to, iż byli dla niego okrutni – że zrobi to teraz, kiedy ich wspólny ojciec nie żyje; i to  do swoich braci Józef zwraca się, aby przysięgli mu, że (właśnie oni!!) zabiorą jego kości do ziemi, którą Bóg przyobiecał Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi – ich ojcu, dziadkowi i pradziadkowi – gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Czy wszyscy bracia wciąż żyją, choć Józef jest drugim od końca najmłodszym z klanu? Żaden nie zostaje wymieniony z imienia, nie podaje się też, ilu było ich tam obecnych. Jest to nieco dziwne.

A zatem Józef nie przekazuje żadnego przymierza swojemu synowi czy też synom, jako że zrobił to już jego ojciec Jakub (48, 15-20), w rzeczy samej uprzywilejowując przy tym młodszego Efraima przed starszym Menasze. Nie czytamy już nic więcej na temat żony Józefa, Osnat, córki kapłana, po tym jak zawarli małżeństwo – czy urodzenie tylko dwóch synów było czymś normalnym wśród ówczesnych Egipcjanek? Kiedy, w jaki sposób i gdzie umiera Osnat, gdzie jest pochowana i opłakiwana? Tekst nie wspomina o tym ani słowem. Józef martwi się tylko o swoje własne szczątki, o Bożą obietnicę i o przyszłość Izraelitów, i pod tym względem faktycznie postępuje zgodnie z duchem przymierza, lecz nie przekazuje tego przymierza swojemu synowi Efraimowi, aby ten je wypełnił. Oczywiście Efraim – chyba że towarzyszył ojcu podczas pogrzebu swego dziadka – nigdy nie opuścił Egiptu, wychowywała go egipska matka, a jego dziadkiem był egipski kapłan; nigdy nie widział ziemi, o której mówi Józef, podczas gdy bracia Józefa byli tam pasterzami. (Mniej więcej cztery stulecia później Bóg będzie musiał wezwać innego Izraelitę będącego jedynym w swoim pokoleniu, który opuścił ziemię Egiptu, nauczył się innego języka, doświadczył życia na pustyni i wykształcił zdolności przywódcze raczej niż tylko umiejętność pracy…).

Czy Józef wie – on, człowiek, który ma sny i wizje i potrafi przewidzieć przyszłość króla, kraju, podczaszego i piekarza – czy wie także, co się stanie z Izraelitami po jego śmierci? Czy jest w stanie przewidzieć nadchodzące zniewolenie i prześladowania, mordowanie nowo-narodzonych dzieci, pozbywanie się słabych i bezużytecznych? Jaką ma relację z Bogiem, czy nie może modlić się do Niego, żeby zmienił ów dekret? Czy niewolnictwo Izraelitów jest w jakiś sposób konsekwencją jego własnego wcześniejszego zniewolenia, złym czasem, przez który będą musieli przejść, jeśli mają zostać ludem faktycznie związanym przymierzem? Innymi słowy – czy naprawdę jest jakiś plan, jakiś cel w tym, co czeka ich w przyszłości?

W judaizmie skupiamy się w dużej mierze na przełomowych momentach wyjścia z Egiptu, na wyzwoleniu z niewoli, które dokonało się dzięki pomocy Boga, który wysłał swojego posłańca, Mojżesza, żeby spierał się z faraonem, żeby dawał znaki, czynił cuda, a następnie aby otrzymał przykazania. Wywodzimy dużą część naszych nauczań moralnych z przykazania, aby zawsze pamiętać, pamiętać i jeszcze raz pamiętać, jak to było być bezsilnym i prześladowanym, pogardzanym, bezczeszczonym i wyśmiewanym, jak to było być zniewolonym – i zostać następnie wyzwolonym. W Szemot, czyli w księdze Wyjścia, odkąd Bóg odpowiedział na wołanie o pomoc, które dobiegło go od cierpiących Izraelitów, Bóg jest nieustannie obecny. Bóg mówi, Bóg robi, Bóg organizuje i załatwia, Bóg wpływa na rozwój wydarzeń. Lecz w czytanym tu przez nas zakończeniu księgi Rodzaju Bóg jest zaledwie mętną koncepcją, o której wspomina stary, umierający człowiek.

Księga Bereszit zaczyna się od wspaniałych, majestatycznych opisów całego kosmosu – „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię”, cały kosmos oraz samo życie! Na końcu tej księgi mamy zaś starego mężczyznę, prawnuka Abrahama, który zostaje złożony do trumny w Egipcie. Jak na tak szumne zapowiedzi, jest to mało efektowne zakończenie…. W pewien sposób przymierze umiera wraz z nim, gdyż nawet jeśli teoretycznie Jakub przekazał je Efraimowi, to ten nie wie tak naprawdę, co to oznacza ani jakie mogą spoczywać na nim w związku z tym obowiązki. Skąd mógłby to wiedzieć? Czy miał kiedykolwiek jakieś doświadczenia związane z Bogiem? Nie miał żadnych snów, wizji, nie otrzymał żadnych przykazań, nie doszło do żadnych spotkań. Co mógłby mu właściwie powiedzieć Jakub? „Tu oto, mój faworyzowany wnuku, jest obietnica, iż Bóg dał nam wspaniałą ziemię, ziemię mlekiem i miodem płynącą. A tak przy okazji, to twoja babcia zmarła przy porodzie twojego wujka Benjamina i znajdujemy się teraz w tym miejscu, gdyż tam panował okropny głód…”. Byłby to nieco niespójny i sprzeczny przekaz! Nie dostajemy żadnych dalszych rejestrów rodowych ani drzew genealogicznych. Nie wiemy nawet, czy Efraim i Menasze żenią się z Izraelitkami, swoimi kuzynkami, aby zostać jakoś włączonym do plemienia ich ojca, czy też żenią się z Egipcjankami; nie wiemy też, w jaki sposób wychowują dzieci, które widzi Józef. Przymierze „zostaje zgubione”, a kiedy w następnej księdze Mojżesz przychodzi do Izraelitów, ci nie za bardzo wiedzą, o czym mówi. Nie praktykują już obrzezania. Nie zachowali żadnych symboli swojej ziemi obiecanej, zapomnieli, gdzie ona jest i jak wygląda; nie zostały im żadne pozostałości upraw czy kamieni pochodzących z owego miejsca. Jedynym namacalnym przedmiotem będzie trumna Józefa i jego kości.

A co takiego mamy do dyspozycji MY sami? Co łączy nas z przeszłością naszego ludu, a w istocie z żydowską przyszłością? Sterta kości czy też zwłoki, stanowiące ogniwo łączące nas z tym, co było kiedyś? Wspomnienia o bratobójczej zdradzie? Pamięć o uwięzieniu, bezdomności albo wygnaniu? Wizja ziemi i przyszłości, w której będzie nie tylko mleko i miód, ale pożywienie i słodycz dla wszystkich, ziemia zbudowana na fundamencie sprawiedliwości i wdzięczności? Plany dotyczące tego, gdzie my sami chcemy być pochowani – w stosownym czasie? W jaki sposób patrzymy przed siebie i na czym opierają się nasze wizje? I gdzie zostaną złożone na wieczny spoczynek nasze kości? Niniejsza księga dobiega końca – ale wiemy, że historia ta będzie miała dalszy ciąg w kolejnej księdze. Jest to – pomimo wszystkiego, co się tu wydarza – pewien rodzaj pocieszenia!

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Wesprzyj czy po prostu zostaw w spokoju? Refleksja nad paraszą Miszpatim

Wesprzyj czy po prostu zostaw w spokoju?

Refleksja nad paraszą Miszpatim

Porcja Tory na ten tydzień zaczyna się od XXI rozdziału Księgi Wyjścia, czyli od rozdziału, który następuje zaraz po tym, który zawiera Dekalog. Cztery rozdziały naszej paraszy zawierają szereg przepisów o charakterze moralnym, rytualnym, jak również z dziedziny prawa rodzinnego, cywilnego oraz karnego. Jakkolwiek w Torze nie ma nic mniej lub bardziej ważnego, ponieważ jako całość stanowi ona system boskiego prawa, to jednak w toku dziejów pewne jej prawa, przynajmniej w swoim dosłownym rozumieniu, wydają się być bardziej „aktualne” aniżeli inne. W mojej opinii, zresztą nie tylko w mojej, na szczególną uwagę zasługują następujące wersety:

Nie będziesz gnębił i nie będziesz uciskał cudzoziemców, bo wy sami byliście cudzoziemcami w ziemi egipskiej. Nie będziesz krzywdził żadnej wdowy i sieroty. Jeślibyś ich skrzywdził i będą Mi się skarżyli, usłyszę ich skargę, zapali się gniew mój, i wygubię was mieczem i żony wasze będą wdowami, a dzieci wasze sierotami.

(Szemot/Exodus 22:20-23)

Chociaż niektórym może się wydawać, ze Tora w swoich przepisach jest bardzo szczegółowa, jest to dość powierzchowne wyobrażenie. Biorąc pod uwagę jej totalność, bardzo często okazuje się, że prawa Tory są dość ogólne i wymagają dookreślenia. Tym też od wieków zajmują się rabini, „rozpakowując”, używając języka informatyki, „skompresjowane treści”, które ona w sobie zawiera. Także prawo dotyczące cudzoziemców, wdów oraz sierot wymaga dookreślenia. Rozważając powyższe wersety warto więc sięgnąć do choćby dwóch spośród najznamienitszych komentatorów. Raszi przykładowo stwierdza, iż powyższe prawo w rzeczywistości dotyczy każdego człowieka; niemniej jednak Tora specjalnie akcentuje ludzi spośród tych trzech grup z uwagi na ich, niekorzystne względem innych obywateli, położenie – ich podatność na zranienie oraz bezsilność wobec świata. Taki sam pogląd wyraża Ibn Ezra, dodając jednakże, iż cudzoziemiec musi odrzucić bałwochwalstwo, ażeby zasłużyć sobie na „równe traktowanie”. Mówiąc językiem współczesnym – cudzoziemiec musi wpierw zaakceptować normy społeczeństwa, w którym zdecydował się żyć.

Powyższa zasada „współczucia” wobec słabych to nie tylko zasada etyczna, ale i socjologiczna. Wiemy dobrze, jakiego rodzaju ludzie mogą – choć nie muszą – wyrosnąć z gnębionych sierot. Bo chociaż cierpienia i frustracje u ludzi dorosłych mogą być, i często są, przez nich przekute na działania dobre i pozytywne, to jednak bolesne i pełne frustracji dzieciństwo trudno uznać za coś pozytywnego. Tego rodzaju doświadczenia zwiększają głównie prawdopodobieństwo postaw aspołecznych w dorosłym życiu, takich jak kierowanie się resentymentem, chęcią zemsty czy bycie po prostu przestępcą. Tak więc pomoc słabszym może być motywowana już choćby długofalowym, własnym interesem społeczeństwa, swojego rodzaju „grupowym egoizmem” wspólnoty. Kara, którą Bóg przepowiada w wersecie 23:

Zapali się gniew mój, i wygubię was mieczem i żony wasze będą wdowami, a dzieci wasze sierotami.

jest w gruncie rzeczy opisem realnych, długofalowych procesów zachodzących w zbiorowościach ludzkich: niesprawiedliwość jest dziedziczona i prowadzi do rozpadu społeczeństwa, rozkładu jego więzi, a w konsekwencji do całkowitego upadku społeczności, która ostatecznie będzie składać się wyłącznie z wdów, sierot i przestępców, a więc ze jednostek słabych oraz z tyranów. Czy tego rodzaju społeczeństwo jest w stanie obronić się przed jakimkolwiek zagrożeniem z zewnątrz, czy to ludzkim czy po prostu naturalnym?

Chociaż powyższe przykazania mają charakter negatywny, wyrażany w słowach „nie krzywdź”, to jednak niekiedy przydawany jest im, co jest oczywiście spójne z innymi przykazaniami Tory, pozytywny charakter, który można wyrazić w słowach „wesprzyj”, „pomóż” itd. I tutaj sprawy się komplikują. Nigdy nie miałem wątpliwości, iż nie tylko dobrowolna, ale i instytucjonalna pomoc słabszym jest niezwykle ważna we współczesnych społeczeństwach na świecie. Ale, niestety, sprawa nie jest taka prosta i pojawiają się tu pewne niebezpieczeństwa.

Po pierwsze nie każda pomoc stanowi pomoc. Zanim zdecydujemy się pomagać słabszym upewnijmy się, że nasza pomoc nie skończy się jedynie na zaspokajaniu ich doraźnych potrzeb. Tego rodzaju pomoc wobec osoby nieprzystosowanej społecznie (wracamy do słów Ibn Ezry), błąkającej się po tym świecie bez celu i sensu, lub nie zamierzającej wziąć za nic odpowiedzialności, chociażby za samą siebie – jest często demoralizująca.

Po drugie, co bardzo istotne, los i pozycja słabszych jest często wykorzystywana politycznie w niecnych celach, o czym ludzie/obywatele dowiadują się często po fakcie, gdy już ewidentnym jest, że wcale nie chodziło o pomoc słabszym, lecz o własne przywileje, władzę i realizację własnych, ideologicznych wizji. I tutaj zaczyna otwierać się piekło czarno-białych i przesyconych resentymentem wizji świata. Jedną z nich jest generalnie nadużywany, sztywny podział na „opresjonowanych i opresjonujących”, „skrzywdzonych i krzywdzących” itd. Tego rodzaju koncepcje nie budują porozumienia między ludźmi i choć może dodają one otuchy ludziom i grupom będącym w gorszym położeniu, to w dalszej perspektywie wcale nie przyczyniają się do pokoju i naprawy relacji między ludźmi w danym społeczeństwie. W skrajnych przypadkach to – tu nazwę rzecz po imieniu – marksistowskie z gruntu interpretowanie zjawisk społecznych, nosi wręcz znamiona podżegania do zbrodni. Owo napuszczanie „skrzywdzonych” przeciw „tym, którzy się obłowili kosztem wszystkich innych” wydało swój potworny owoc niedawno w Gdańsku, podczas ostatniego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ludzkie losy są nazbyt złożone, by móc sprowadzić je do dwóch kategorii. Wśród skrzywdzonych są zapewne autentycznie skrzywdzeni i uciskani. Ale samo poczucie krzywdy u człowieka nie oznacza, że był on w rzeczywistości skrzywdzony przez innych. Są wśród pokrzywdzonych także tacy, którzy sami sobie na swój los zapracowali. Dlatego w tej materii nadmierne uogólnienia, jak budowanie całych obozów i grup skrzywdzonych, jest bardzo niebezpieczne.

Konkludując, nie tylko nie czyńmy życia słabszych trudniejszym, ale starajmy się, wedle własnych możliwości, uczynić je łatwiejszym, zwłaszcza jeśli sami nic na tym tracimy. Miejmy też ograniczone zaufanie do instytucji publicznych rzekomo nas z tego „wyręczających”. A najbardziej uważajmy na polityków, jakiejkolwiek przynależności, którzy na sztandarach mają „pomoc słabszym”, bowiem nader często nie działają tak naprawdę w ich interesie, lecz jedynie w interesie własnej, wąsko pojętej grupy.

Menachem Mirski

Szabat szalom!