WAJESZEW

WAJESZEW

Rabin dr Walter Rothschild

Sidra na ten tydzień zaczyna się od spokojnego, dodającego otuchy wersetu, w którym czytamy, iż Jakub w końcu ma poczucie, że może osiedlić się bez obaw na ziemi, gdzie jego przodkowie byli zaledwie wędrownymi cudzoziemcami. „Wajeszew Jaakow beerec megurej awiw, beerec Kanaan”. Jest to, niestety, chyba ostatni spokojny werset w całej tej sidrze. Jak na ironię, zanim rozdział ten dobiegnie końca, Józefowi, czyli synowi, którego Jakub faworyzował kosztem innych, udało się wszystkich zirytować ciągłym nawijaniem o snach o własnej wspaniałości. Zamiast liczyć na Boga, jego przyszywani bracia postanowili wziąć sprawy w swoje ręce,  porwali go i – nie jest do końca jasne, kto kogo komu sprzedał i za ile, ale nie ma to tak naprawdę znaczenia; nagle Józef NIE zamieszkuje już na ziemi, na której osiedlił się jego ojciec i na której przebywał jego dziadek, ale sam jest obcym w obcej ziemi – a do tego jest bezsilnym niewolnikiem, kupowanym i sprzedawanym jak rzecz, jak przedmiot. Również dla Jakuba zamieszkiwanie na tych terenach, ale bez swego ukochanego syna, to tylko połowiczne życie.

W rozdziale 35 Jakub wraz ze swoim bratem bliźniakiem Ezawem, z którym był skłócony (a który również miał pięciu synów z trzech żon, ale jakimś cudem bez podobnych napięć między rodzeństwem), pochowali wspólnie swojego ojca Izaaka w Hebronie – i jak na ironię ta część rodziny, teraz zwana Edomitami, OPUSZCZA tę ziemię. W Rdz 36,6 Ezaw „wziął żony swoje, i synów swoich, i córki swoje, i wszystkie >>dusze domu swego<<” (jest to powtórzenie zwrotu użytego w odniesieniu do Abrahama i Sary w 12,5) i wszystkie swoje zwierzęta i dobytek, jaki nabył w Kanaanie, i udał się na inne tereny, z dala od swego brata Jakuba, gdyż nie mogli mieszkać razem na „ziemi, na której przebywali jako przechodnie”. A zatem  skierowali się na wschód do ziemi, która zaczęła być określana mianem Edomu od przydomka Ezawa („czerwonego”) – na terytorium zwanym obecnie królestwem Jordanu. Ezaw dobrowolnie i całkiem rozsądnie idzie w swoją stronę, żeby uniknąć potencjalnego konfliktu, co przywodzi na myśl podział, do jakiego doszło wcześniej między Abrahamem i Lotem albo pomiędzy Jakubem i Awimelechem, kiedy ich trzody i stada stały się zbyt duże, aby mogli wspólnie korzystać z tych samych  ograniczonych zasobów ziemi i wody. Jakież to dziwne i zarazem wygodne: Jakubowi – który tak bardzo obawiał się Ezawa, kiedy wracał z Haranu w rozdziale 32, który wysłał przodem dary i następnie w rozdziale 33 najpierw w końcu spotyka Ezawa, a potem go okłamuje, mówiąc, że pójdzie za nim, ale tak naprawdę zamierzając osiedlić się w Szechem, kupić ziemię i przestać się tułać – przytrafia  się kłopotliwa sytuacja (delikatnie rzecz ujmując), gdy dwóch jego synów dokonuje rzezi mieszkańców Szechem (rozdział 34). Jednak teraz jest już w Rdz 37,1 i może odetchnąć spokojnie, bo wszyscy ludzie stanowiący dla niego zewnętrzne zagrożenie sami uprzejmie usunęli się z pola widzenia – tylko po to, żeby zmierzyć się teraz z wewnętrznymi napięciami, które prowadzą do rozpadu jego rodziny.

Rzadko się zdarza, żeby ktokolwiek przyglądał się całemu temu kontekstowi i właśnie dlatego bez żadnych wyrzutów sumienia przytaczam obszerne fragmenty zeszłotygodniowej sidry. Nic nie dzieje się w próżni. Synowie Jakuba nie są głupi i widzieli, jak ich ojciec okłamywał własnego brata, musieli też wiedzieć o tym, że ich ojciec był gotów uciec się do podstępu wobec własnego ojca, Izaaka, i udawać, że jest kimś innym – ich wujkiem. (A skoro już o tym mowa, to musieli też wiedzieć, że babka Riwka zachęcała ich ojca do snucia intrygi, zaś potem musieli mieć świadomość, że matka Lea [matka sześciu z nich] oszukała matkę Rachelę [matkę Józefa i Benjamina], zgadzając się, aby wydano ją za mąż za ich ojca jako pierwszą, dochodząc tym samym praw należnych pierworodnej córce). Więc kiedy to oni z kolei  spiskują wspólnie, aby pozbawić ich brata Józefa wszelkich praw i przywilejów przynależnych pierworodnym, albo kiedy namawiają się, żeby oszukać swego ojca, pokazując mu kawałek poplamionej krwią szaty (którą sami zaplamili!), mamy prawo zapytać, gdzie nauczyli się takich metod postępowania.

A potem nagle w rozdziale 38 dochodzi do całkowitej zmiany scenerii, ale jest to zasadniczo kolejna historia o prawach i dziedzictwie pierworodnych. Juda żeni się z miejscową dziewczyną w Kanaanie (cóż, właśnie z tym wiąże się bycie tam stałym mieszkańcem, a nie tylko wędrownym przybyszem) i ma syna Era, a potem drugiego, Onana, a potem trzeciego, Szelacha. Tak po prostu. Bez żadnych długotrwałych problemów z niepłodnością. Jakub został więc dziadkiem, choć nie pojawia się żadna wzmianka o jakichkolwiek kontaktach, nie wspomina się też o tym, że Er jest pierworodnym wnukiem ani o żadnych przywilejach. Czytamy tylko, że Juda bierze żonę dla Era (przypuszczalnie również miejscową dziewczynę, a nie jedną z jego bratanic?) – Tamar, co po hebrajsku oznacza palmę daktylową. Jednak Er przedwcześnie umiera. Co zrobić? Jako że był pierworodnym, ważne jest, żeby zachować jego ród, więc Tamar zostaje po prostu wydana za Onana, z założeniem, że Onan powinien zapewnić syna swojemu zmarłemu bratu. W kontekście tego, jak do tej pory bracia oszukiwali się nawzajem, żeby uniemożliwić sobie uzyskanie statusu i dziedzictwa, trudno uznać za zaskakujące, że Onan nie chce wypełnić swojego obowiązku – później określanego mianem „małżeństwa lewiratu”, choć to Juda, a nie Lewi, jako pierwszy zaaranżował to rozwiązanie. (W istocie jest to tylko kiepska gra słów, termin lewir wywodzi się z łaciny, a nie z hebrajskiego, i oznacza po prostu „szwagra”). A zatem Onan również nagle znika ze sceny. W rezultacie Tamar jest podwójną wdową, która utknęła, czekając, aż jej pozostały przy życiu szwagier będzie wystarczająco dorosły, aby wypełnić spoczywające na nim zadanie. W międzyczasie jej teściowa Szua również umiera i Juda, teraz samotny wdowiec, szuka nieco pocieszenia na zasadach komercyjnych. Tamar wykorzystuje tę sytuację i przebiera się (tak aby Juda nie spostrzegł, z kim jest na „randce w ciemno”) i w końcu zachodzi w ciążę – ale ze swoim teściem, a nie szwagrem. Juda wścieka się na jej „niewierność” (choć w rzeczywistości Tamar nie jest już zamężna, a tylko zaręczona trzeciemu synowi), aż zostaje przez nią publicznie zawstydzony, kiedy kobieta walczy, aby uratować się przed straceniem. Efektem jest – o nie! – KOLEJNA para spierających się ze sobą bliźniaków, Perec i Zera.

Co do diaska próbuje nam powiedzieć Tora w tym rozdziale? Nie jest to rozdział szczególnie mocno eksponowany w Bibliach dla dzieci.

W międzyczasie Józef zmaga się z własnymi pokusami i problemami w Egipcie, gdzie został kupiony przez naczelnika policji; żona naczelnika znajduje w nim upodobanie i składa przeciwko niemu fałszywe oskarżenia, gdy Józef NIE ulega jej naciskom i prośbom. (Powiedziałbym „jej wdziękom”, ale w Torze nigdzie nie napisano, że była atrakcyjna, a tylko, że Józef był przystojny… Zaś na podstawie „argumentu z milczenia” można wywnioskować, że była bezdzietna i być może, tak samo jak Tamar, chciała po prostu rozpaczliwie zajść w ciążę z kimkolwiek, kto był akurat pod ręką, w czasie gdy jej zajęty mąż był zawsze poza domem, walcząc z wrogami faraona; w innym wypadku po co podejmowałaby takie ryzyko?).  Gdybyśmy myśleli, że Józef nie może już upaść niżej, to odtąd nie jest już tylko  niewolnikiem, lecz uwięzionym niewolnikiem. Raz jeszcze interpretuje sny – tym razem cudze – i jego wykładnia sprawdza się, gdyż jeden z jego współwięźniów zostaje stracony, a drugi podlega amnestii i wychodzi z więzienia – ale, choć obiecał, że wstawi się za Józefem, zapomina to zrobić.

Jakże długą i krętą drogę przebyliśmy od pierwszego wersetu rozdziału 37 do 23 wersetu rozdziału 40! Jakub myślał, że w końcu osiedlił się spokojnie w jednym miejscu, ale najpierw jego ulubiony syn znika i zostaje uznany za zmarłego, a potem jego czwarty w kolejności syn traci dwóch swoich synów i nieświadomie płodzi dwóch kolejnych synów, którzy będą również jego wnukami…, zaś Józef w Egipcie utknął w zatęchłym więzieniu. Później będziemy się definiować jako „dzieci Jakuba” albo „dzieci Izraela” (to jego alternatywne imię), ale szczerze mówiąc można się zastanawiać, czy jest to rodzina, z której można być dumnym albo czy nie wolelibyśmy pominąć milczeniem naszego pochodzenia…

Jaką możemy z tego wszystkiego wynieść lekcję?

Po pierwsze – że trzeba zachować czujność. Właśnie w momencie, kiedy mamy poczucie, że możemy odetchnąć z ulgą i że udało się wyeliminować inną grupę etniczną z kraju, może dojść do następnej katastrofy!

Po drugie – o potrzebie skromności. Nasi przodkowie nie byli typem ludzi, których można stawiać za wzór moralnej prawości, synowskiej miłości, solidarności między rodzeństwem, etyki i duchowości. Gdy pracuje się z ludźmi, można się szybko przekonać, że do większości przypadków znęcania się i przemocy – w tym seksualnej – dochodzi w domu, w ramach rodziny. Ci politycy i fundamentalistyczni duchowni, którzy trąbią o „wartościach rodzinnych!” jako o recepcie na wszystkie współczesne problemy, powinni mieć tego świadomość. Często można odnieść wrażenie, że nigdy tak naprawdę nie przeczytali książki, którą tak chętnie stawiają za wzór. Trzeba przyznać, że niektóre rodziny opisane w tych rozdziałach zostałyby określone raczej jako „patchworkowe” i jako „dalsza rodzina”, ale wszystkie są dysfunkcyjne.

Po trzecie – że trzeba mieć świadomość, iż za wieloma rozgrywającymi się wydarzeniami MOŻE się kryć długoterminowy boski plan. Plan Boga jest wyraźnie taki, żeby Jakub i jego rodzina przybyli, aby osiedlić się w Egipcie – pod koniec rozdziału 46 oraz w 47,6 przybywają, aby „mieszkać, osiedlić się” „jaszwu baarec Goszen” – użyto tu tego samego słowa, od którego zaczęła się nasza sidra Wajeszew. Bóg powiedział już Abrahamowi, że jego potomkowie będą zmuszeni udać się do obcej ziemi, gdzie będą musieli służyć innym… W Rdz 15,13 Bóg oświadczył Abrahamowi, że jego potomkowie będą służyć innemu ludowi na obcej ziemi przez czterysta lat, ale w 17, 8 powiedział mu również, że jego potomkowie odziedziczą „erec megurecha, erec Kanaan”,  „ziemię, na której przebywasz jako przychodzień, całą ziemię kanaanejską”. Tekst pełen jest takich nawiązań, przywołań i gry słów tworzących tło i szerszą perspektywę dla narracji i zawsze zachodzi niebezpieczeństwo, że jeśli będziemy się każdorazowo skupiać tylko na jednej sidrze, to przeoczymy te analogie i cały ten kontekst.

O Perezie wspomni się ponownie w 46,12 jako o członku rodziny Judy, który przybył do Egiptu jako uchodźca z ziemi, którą dopadła klęska głodu, ale, co o wiele bardziej znaczące, w Rut 4 Perez został wymieniony jako jeden z przodków Boaza, a zatem również króla Dawida… Oznacza to, że Dawid, który również jest młodszym synem i musi przyćmić swoich starszych braci i który sam też będzie miał wielu skorych do rywalizacji synów urodzonych mu przez kilka różnych żon (niektóre z nich były nawet jego własnymi żonami!), sam wywodzi się od kogoś, kto urodził się w niezwykłych okolicznościach opisanych w czytanej w tym tygodniu sidrze (oraz miał moabicką matkę). Czy już w tym miejscu można doszukać się Bożego planu? Po co w innym razie zamieszczano by w ogóle ten rozdział?

Historia będzie miała dalszy ciąg. Nie przegapcie ekscytującego odcinka w przyszłym tygodniu! (Uwaga na spojler – Józef wyjdzie z więzienia! Jego bracia przybędą, żeby kupić zboże z państwowych magazynów, zaś ich właśni potomkowie będą musieli później zbudować kolejne magazyny…). Nigdy nie zapominajmy jednak, że każdy odcinek jest właśnie tym – zaledwie jedną częścią długiej historii, która (dzięki Bogu!) jeszcze się nie skończyła…

Szabat Szalom,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

 

 

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Wajeszew

Upokorzenie Józefa.

Refleksja nad paraszą  Wajeszew

 

Menachem Mirski

Porcja Tory na ten tydzień zaczyna się od opowieści o tym, jak Jakub osiedla się w Hebronie ze swoimi dwunastoma synami. Jego ulubionym synem jest siedemnastoletni Józef, o którego jego bracia są zazdrośni, gdyż jest faworyzowany przez ojca. Żeby jeszcze pogorszyć sprawę, Józef opowiada swoim braciom dwa swoje sny, które przepowiadają, że jego przeznaczeniem jest rządzić nad nimi, co oczywiście jeszcze zwiększa ich zawiść i nienawiść. Na początku planują go zabić, ale zamiast tego upokarzają go i sprzedają do niewoli w Egipcie.

Możemy sobie tylko wyobrazić cierpienie, żal, poczucie rozpaczy i złość, jakich doświadczył Józef. W tego typu sytuacjach ludzie – w zależności od ich temperamentu – pragną zemsty, chcą, aby sprawcy zostali potępieni i/albo domagają się sprawiedliwości. W Talmudzie w traktacie Bawa Kama (83b i na dalszych stronach) rabini debatują nad słynnym starożytnym prawem „oko za oko, ząb za ząb”. Prawo to prawdopodobnie przestało być dosłownie stosowane na początku okresu Drugiej Świątyni i z pewnością nie było stosowane na początku ery chrześcijańskiej. Wiemy o tym z Miszny, gdzie zostaje ono zastąpione przez zbiór praw dotyczących odszkodowań za wyrządzenie różnego rodzaju szkód. Kodeks zaczyna się od ogólnego prawa:

Jeśli ktoś zrani drugiego, ma obowiązek zapłacić odszkodowanie za spowodowany uraz tytułem pięciu rodzajów rekompensat: musi zapłacić za szkody, za cierpienie, za koszty leczenia, za utratę środków do życia i za upokorzenie. (Miszna, Bawa Kama 8, 1)

Temat ten zostaje następnie szczegółowo omówiony we wszystkich kolejnych misznajot w rozdziale 8. Jednakże Talmud (Gemara) zaczyna od poddania w wątpliwość samej koncepcji wypłacania odszkodowania zamiast dosłownego przestrzegania prawa biblijnego. Następnie rabini analizują inne przypadki, w których doszło do wyrządzenia szkody (jak choćby te, w wyniku których ucierpiały zwierzęta albo czyjaś własność). Po znalezieniu kilku usprawiedliwień wyjaśniających, dlaczego prawo to nie jest przestrzegane dosłownie, dochodzą do wniosku, że rekompensata pieniężna za poniesioną stratę jest najbardziej prawowitą opcją, biorąc pod uwagę, iż zapłacenie szkodą za szkodę jest w istocie niemożliwe, jako że niemożliwe jest odpłacenie się dokładnie taką samą szkodą. W taki sposób prawo misznaickie zostaje przywrócone i otrzymuje mocne uzasadnienie oraz dalsze rozwinięcie.

Kilka stron później  (Bawa Kama 86b) rabini debatują nad przypadkiem, który ma szczególne znaczenie w kontekście naszej historii biblijnej: nad upokorzeniem.

„A gdy Józef przyszedł do braci swoich, ściągnęli z Józefa szatę jego, szatę z długimi rękawami, którą miał na sobie, pochwycili go i wrzucili go do studni. A studnia ta była wyschnięta, nie było w niej wody”. (Rdz 37, 23-24)

Abstrahując od naszej opowieści biblijnej, prawa rabiniczne dotyczące upokorzenia (czyli na przykład zawstydzenia kogoś w miejscu publicznym, obnażenia czyjejś nagości albo niszczenie jego reputacji) są dość interesujące. Aby pokazać wam małą próbkę, oto krótki fragment Gemary:

Mędrcy nauczali w barajcie: Jeśli ktoś upokorzył kogoś, kto był nagi, ponosi za to odpowiedzialność, lecz stopień upokorzenia doznanego w sytuacji, jeśli upokorzył go, gdy ten był nagi, jest nie do porównania ze stopniem upokorzenia doznanym, gdyby był go upokorzył, kiedy był ubrany, jako że ten, kto decyduje się chodzić nago, jest mniej wrażliwy na upokorzenie. Podobnie, jeśli ktoś upokorzył kogoś w łaźni, ponosi za to odpowiedzialność, lecz stopień upokorzenia doznanego w sytuacji, jeśli upokorzył go w łaźni jest nie do porównania ze stopniem upokorzenia doznanym, gdyby był go upokorzył na placu targowym (Talmud, Bawa Kama 86b).

Jak widać już na podstawie tego fragmentu, rabini uważnie analizowali liczne okoliczności, w ramach których doszło do aktu upokorzenia. Biorą również pod uwagę czynniki psychologiczne i społeczne, na przykład czy istotą upokorzenia jest tylko uczucie zawstydzenia albo czy jest nim publiczne zawstydzenie widziane przez innych. Dochodzą do wniosku, że prawo dotyczące tego typu kwestii powinno opierać się raczej na obiektywnych dowodach krzywdy niż na uczuciach poszkodowanego. Z tego powodu wyłączyli na przykład osoby obłąkane/chore psychicznie z grona osób mających prawo do odszkodowania za zostanie zawstydzonym/upokorzonym w miejscu publicznym, twierdząc, że takie osoby są już upokorzone par excellence, więc nie można (praktycznie) wyrządzić im już żadnych dalszych szkód. Wielu żyjącym współcześnie osobom może się to wydawać brutalne albo nawet nieludzkie, sądzę jednak, że za tym prawem stały pewne przesłanki praktyczne: 1) w takim przypadku trudno było zdefiniować granice odpowiedzialności (z powodu braku zorganizowanych instytucji zajmujących się takimi osobami) oraz 2) osoba chora psychicznie mogłaby teoretycznie zgłaszać nieskończone roszczenia finansowe.

Wracając do naszej opowieści biblijnej, Józef nie miał żadnych możliwości, aby pozwać swoich braci za całe cierpienie, upokorzenie i krzywdę, jakie mu wyrządzili. Ludzkie sądy nie były mu więc pomocne, jako że (w kontekście tej opowieści) w ogóle nie istnieją.  Oczywiście owe ludzkie instytucje sprawiedliwości mogą zawodzić także wtedy, kiedy istnieją i możemy się do nich odwołać. Józef musiał znosić traumę i cierpienie w okropnych warunkach egipskiego więzienia przez długi czas, zanim otrzymał swoją ostateczną rekompensatę od wyższego, Bożego sądu. W moim przekonaniu właśnie to uczyniło możliwym jego późniejszy akt przebaczenia i jest to jedno z przesłań ukrytych pomiędzy wersetami tej opowieści biblijnej. Właśnie dlatego uważam, że nie powinniśmy nigdy oddzielać przebaczenia od potrzeby poczucia sprawiedliwości doznawanej w związku z konkretną sytuacją. W większości przypadków bez zaspokojenia owej potrzeby realne i prawdziwe przebaczenie (którego nie należy mylić ze zwykłym aktem zapomnienia) nie jest w istocie możliwe.

Szabat szalom.

Menachem Mirski

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

WAJESZEW

WAJESZEW

Rabin dr Walter Rothschild

„A Jakub mieszkał w ziemi, gdzie ojciec jego był gościem, w ziemi kananejskiej” (Rdz 37, 1).

Wielu komentatorów próbowało wyjaśnić to przepełnione tak głębokim znaczeniem zdanie, które zwraca uwagę na pewne fundamentalne pytania dzięki temu, iż przeciwstawia sobie dwa pojęcia – „mieszkać” gdzieś albo „być gościem, być gdzieś tylko przelotem” (ang. to wander) – używane często w tym kontekście angielskie słowo „sojourn” oznacza właśnie „zatrzymać się gdzieś podczas podróży”. Co to znaczy „mieszkać” w jakimś miejscu? Stać się obywatelem? „Zapuścić korzenie”? Nabyć jakąś własność i posiadać ziemię albo dom? Mówić w miejscowym języku tak dobrze, jak ci, którzy tam dorastali, bez obcego akcentu? Podzielać tę samą kulturę, religię i wartości, co większość ludności, która jest tam „u siebie”?  A ponadto – kto nadaje krajowi jego nazwę? Kto ma „prawo” tam mieszkać? Czy prawo to można odziedziczyć, czy można walczyć o prawo do nazywania danego kraju „swoim własnym”? Czyż każde państwo nie jest w praktyce częścią tej samej planety – jakie więc znaczenie mogą mieć granice i ograniczenia, czy nie jesteśmy WSZYSCY zaledwie wędrowcami przemierzającymi powierzchnię Ziemi? Co dzieli, a co łączy? Zdążyliśmy już poznać w Torze ludzi twierdzących, iż są „królami” Geraru, Sodomy, Egiptu i tak dalej. Kto ich nimi uczynił i jakie mają prawo rządzić? Królowie mają zwykle niezdrową tendencję do używania (albo nadużywania) religii do potwierdzenia swoich roszczeń do ziemskiej władzy; rekrutują uległych kapłanów, żeby wystawili im „certyfikat koszerności”, żeby ogłosili, iż królowie ci zasiadają na swoich tronach z woli Boga albo bogów. Jest to odwieczny zwyczaj i ludzie wciąż się na niego nabierają, nawet teraz!

Z wersetem tym wiąże się tak wiele głębszych znaczeń, że można by o nim mówić przez tydzień. W istocie również ojciec Jakuba, Izaak, urodził się w tym miejscu – to jego dziadek Abraham wyemigrował z Iraku przez Syrię. Matka Jakuba, Riwka, została sprowadzona z Haranu (Syrii), aby poślubić Izaaka, zaś jego brat bliźniak Ezaw z czasem wyrusza do miejsca, które otrzyma nazwę Edom od jego czerwonawego koloru. Edom położony jest na wschód od Jordanu, a Kanaan na zachód; Jakub musiał zbiec przed gniewem swojego brata i jego pragnieniem zemsty, uciekając na północ, do Syrii, a kiedy w końcu powrócił, musiał znów spotkać się z Ezawem, aby zawrzeć z nim niepewne zawieszenie broni; następnie zakupił nieco ziemi w Szechem na północy kraju (teraz miejsce to zwie się Nablus – jest to arabska wersja greckiej nazwy „Neapolis”, która oznacza po prostu „nowe miasto”) – które zostało wybudowane w miejscu i na pozostałościach dawnego miasta – widzicie, nawet samo nazewnictwo odzwierciedla różne okresy historii, różnych mieszkańców i ich kultury. (Podobnie jak w przypadku nazw Danzig i Gdańsk, Breslau i Wrocław….). Jednakże z powodu gwałtownych wypadków Jakub nie mógł tam pozostać i musiał skierować się dalej na południe, do Kanaanu….

Tak, osiedla się tu z dwunastoma synami (przynajmniej przez jakiś czas) oraz zhańbioną i niemającą szans na małżeństwo córką – nigdy nie słyszymy, żeby Dina później wyszła za mąż – ale wkrótce jeden z synów, jego ulubieniec, zniknie i zostanie uznany za zmarłego. Wiele lat później syn ten odnajdzie się w cudowny sposób i jego rodzina przybędzie do Egiptu, żeby uratować się przed głodem; gdy faraon zapyta Jakuba, ile ma lat, ten odpowie (Rdz 47, 9): „jemej szenej meguraj szeloszim-umea szana” – „czas mojego PIELGRZYMOWANIA (ang. wanderings) wynosi sto trzydzieści lat” – a następnie powie o przeżytych przez siebie latach, że były „meat weraim” – „krótkie i złe” i nie tak długie, jak „lata życia ojców moich w czasie ich pielgrzymowania” (ang. sojournings) – „welo hisigu et-jemej sznej chajaj awotaj, bimej m’gurejhem”. Nigdy nie słyszymy Jakuba mówiącego, iż miał kiedykolwiek poczucie „zapuszczenia korzeni” w jakimś miejscu; wydaje się, że w swoim odczuciu zawsze był wędrowcem, podobnie jak jego przodkowie.

Czy można to wyjaśnić mówiąc, iż był nomadą, mieszkającym w namiotach, a nie w miastach? Że należał do wędrującej z własnej woli mniejszości? To jedno możliwe wyjaśnienie. Istnieją – zawsze istniały – osoby, które wolą podróżować, na przykład na morzach albo jako kupcy, kierowcy bądź odkrywcy; ludzie, którzy zdają się spędzać dużą część swojego życia raczej w pociągach i samolotach albo na autostradach, może jako nomadyczni pasterze, a może nawet jako bezdomni żebracy – aniżeli być na trwałe przypisanym i „uwiązanym” do jakiegoś konkretnego miejsca. Jednakże byli też inni, którzy chcieli się gdzieś osiedlić, którzy chcieli poczuć się gdzieś „jak w domu”, a może nawet sądzili, że udało im się to osiągnąć, wybudowali domy i obsiali swoje pola – lecz potem znowu zostali zmuszeni do przeprowadzki.

Żydzi spędzili większość swej historii jako mniejszość w państwach innych narodów – nawet jeśli słowo „naród” oznaczało coś innego w III wieku p.n.e. albo w XIX wieku n.e. i mogło być używane w znaczeniu plemiennym, etnicznym albo politycznym. Nie zawsze mieliśmy poczucie, że jesteśmy gerim, że jesteśmy gdzieś tylko przelotem; zaś ger toszaw  to obcy, który z tobą mieszka, w odróżnieniu od kogoś, kto ma tylko powiedzmy wizę tranzytową, turystyczną albo pracowniczą. Ger toszaw  to ktoś, kto imigruje i integruje się. Właśnie tak, często czuliśmy, że jesteśmy gdzieś faktycznie „w domu” – to ideologia syjonizmu skonfrontowała Żydów z niekomfortową prawdą, że nawet po tym, jak wszyscy inni przestali być zaledwie poddanymi różnych królów, książąt i cesarzy, stając się teraz obywatelami nowo uformowanych narodów, Francuzami, Włochami, Austriakami albo Niemcami – to Żydzi dalej pozostali Żydami, wciąż byli odrębną mniejszością i byli postrzegani jako odmienni i obcy, często wzbudzając   dyskomfort albo nawet uczucie zagrożenia. Syjonizm powiedział Żydom – „możecie to po prostu zaakceptować i obrócić w coś pozytywnego – w znak, że musicie iść i osiedlić się w swojej WŁASNEJ ojczyźnie”. Miało to jednak wiele ironicznych konsekwencji. Ole albo ola, czyli ktoś, kto dokonuje aliji do Izraela, pozostaje do końca życia ole; natomiast ich urodzone już tam na miejscu dzieci są sabrami. Rdzennymi mieszkańcami. Obecnie jesteśmy świadkiem interesującego odwrotnego procesu: niektórzy Izraelczycy decydują się (z różnych całkiem uzasadnionych powodów) przenieść się do Ameryki albo do Europy i pozostają Izraelczykami w Ameryce i Europie, nawet jeśli osiedlą się tam i wezmą tam ślub; ale ich dzieci – czy są Izraelczykami, czy też Amerykanami mającymi izraelskiego ojca? Polakami pochodzenia izraelskiego czy może Izraelczykami mieszkającymi w Polsce?

A co z takimi społeczeństwami „tygla narodów”, jak Stany Zjednoczone albo Australia, gdzie NIKT z przodków obecnych białych mieszkańców nie mieszkał na tamtej ziemi wcześniej niż najdalej kilka stuleci temu, kiedy to przenieśli się tam celowo, lecz z zamiarem osiedlenia się i  to bez proszenia o pozwolenie żyjącej tam już ludności! Zaś prawdziwi rdzenni mieszkańcy czy też aborygeni są teraz spychani do statusu mniejszości i podklasy w swoich własnych krajach? A co z państwami i kontynentami, które dostały nawet zupełnie nowe nazwy? „Virginia” nazwana na cześć królowej Elżbiety I, „Królowej Dziewicy”? [ang. virgin to „dziewica” – przyp. tłum.]  A Waszyngton na cześć generała i męża stanu? Albo Karoliny po królu Karolu? Luizjana na cześć króla Ludwika? Nowa Południowa Walia, która została nazwana na cześć „starej” Południowej Walii, albo Wiktoria po innej brytyjskiej królowej? Nawet nazwa „Ameryka” pochodzi od odkrywcy Amerigo Vespucciego z Florencji (1454-1512), któremu w roku 1502 udało się w istocie wywnioskować, że Brazylia nie może być wschodnim wybrzeżem Chin, a zatem musi być inny kontynent blokujący drogę z Portugalii do Azji. W roku 1507 ów „Nowy Świat” został następnie nazwany zlatynizowaną formą jego pierwszego imienia. Cóż za sława!

Akty nazywania kryją w sobie wiele ironii. „Transjordania” to nazwa nadana w  roku 1922 obszarowi położonemu „po drugiej stronie Jordanu” patrząc z zachodu, (na zachód od Jordanu była „Cisjordania”, co oznacza: „ta strona”). W roku 1946 państwo to zyskało niepodległość jako „Transjordania”, ale dwa lata później, po tym, jak zajęło ziemię na zachód od rzeki, czyli „Brzeg Zachodni” – zmieniło nazwę na Jordańskie Królestwo Haszymidzkie – jako że teraz było położone po obu stronach rzeki, a nie „za” nią! Z perspektywy biblijnej, gdy Izraelici podążający za Mojżeszem znaleźli się w ziemi Moabskiej, termin „po drugiej stronie Jordanu” oznacza w istocie „patrząc ze wschodu na zachód”! Zaś nazwa „Żydzi” pochodzi stąd, iż uważano, że ludzie ci wywodzą się od ludu Judei – jak choćby Mordechaj, który opisywany jest właśnie jako „isz jehudi” w Megilat Ester – natomiast drugie królestwo ustanowione po śmierci Salomona nazywało się „Izrael”!

Czy zatem „mieszkanie” w jakimś miejscu wiąże się z tym, iż można nadać mu dowolną nazwę, jakiej sobie tylko zażyczymy? A może ze zdolnością zakupienia ziemi i urządzenia się tam, kupowania raczej niż wynajmowania, ze zdolnością budowania i zakorzeniania się? Z możliwością głosowania? W kraju, który zwykł być „Zjednoczonym Królestwem”, słyszy się głosy mówiące obywatelom innych państw europejskich, że pod takim czy innym względem nie są „wystarczająco brytyjscy”, nawet jeśli żyli tam być może i pracowali przez dziesięciolecia, płacąc podatki i kształcąc tam swoje dzieci – nie, nagle „Byłe Zjednoczone Królestwo”, jak je nazywam, rozpadło się na sprzeczające się z sobą mniejszości i nawet ja, który się tam urodziłem, wychowałem i zdobyłem edukację, który tam „mieszkałem”, choć mój ojciec przybył tam jako uchodźca, bezpaństwowy wędrowiec, teraz sam czuję się niczym wędrowiec w obcym kraju, który nie wydaje mi się już „mój własny”. I wiem, że nie tylko ja się tak czuję. Całość nastrojów politycznych i społecznych została zatruta, gdy każda grupa mówi innym, że „nie są tu u siebie”. Nie tylko dlatego, że są Żydami (choć było to w istocie podnoszone jako problem), ale ponieważ są proeuropejscy albo antyeuropejscy, są za Szkotami bądź przeciwko Szkotom, za Walijczykami albo przeciwko Walijczykom, za demokracją albo za referendum albo co tam jeszcze. A z tego, co rozumiem sytuacja w niektórych innych krajach europejskich – nie tak bardzo odległych – nie jest o wiele lepsza.

Wszyscy krzyczą. Nikt nie słucha.

Właśnie taki bywa często problem z wersetami biblijnymi, zwłaszcza tymi, które na pierwszy rzut oka wydają się tak proste i nieszkodliwe. Wyskakują nam nagle przed nosem i wytrącają nas z równowagi, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Właśnie dlatego trzeba czytać, i to czytać uważnie, oraz starać się wyprowadzać z czytanych tekstów możliwie jak najwięcej lekcji i stosować je w życiu najlepiej, jak tylko potrafimy. Niektóre sprawy mogą się wydawać stare i staroświeckie, ale jest wiele takich, które nigdy się nie zmieniają.

Szabat Szalom,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

W niewoli rodzicielskiej nieuwagi i braterskiej zazdrości

W niewoli rodzicielskiej nieuwagi i braterskiej zazdrości

Mati Kirschenbaum,

Gdy miałem 13-14 lat, bardzo chciałem mieć dżinsy Wranglera. Moi rodzice uważali jednak, że są one relatywnie drogie i kupowali mi spodnie innych, tańszych marek. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze rodzice wydawali, wysyłając mnie na dodatkowy wakacyjny obóz albo na lekcje języków obcych. Dziś jestem im wdzięczny za uznawanie mojej edukacji za priorytet wśród ich wydatków. Jako nastolatek widziałem to jednak inaczej. Okropnie zazdrościłem niektórym moim kolegom z klasy ich markowych dżinsów. Wydawało mi się, że koledzy ci bardziej by mnie szanowali, gdybym takie nosił. Upływ czasu oraz fakt, że zdarzyło mi się kupić markowe dżinsy (dzięki czemu wiem, że ich noszenie nie zmieniło w magiczny sposób mojego życia na lepsze) pozwoliły mi zapomnieć o zazdrości, jaką czułem wobec moich noszących Wranglery kolegów. Przypomniałem sobie jednak o tym uczuciu, czytając przypadającą na ten tydzień parszę Wajeszew, opowiadającą historię stosunku Jakuba – Izraela do jego dwunastu synów. Odnajdujemy w niej następujące słowa:

 Izrael miłował Józefa najbardziej ze wszystkich swych synów, gdyż urodził mu się on w podeszłych jego latach. Sprawił mu też wzorzystą szatę. Bracia Józefa widząc, że ojciec kocha go bardziej niż wszystkich, tak go znienawidzili, że nie mogli zdobyć się na to, aby przyjaźnie z nim porozmawiać. (Rdz. 37, 3-4)

Józef, podobnie jak moi koledzy z klasy, nosił ubranie będące symbolem statusu społecznego, mogące stać się przedmiotem pożądania, a nawet zazdrości. Uczucia te miały swoje źródło w potrzebie akceptacji i uznania. Ja jako nastolatek chciałem być członkiem grupy, która była cool, dżinsy miały dla mnie tak naprawdę drugorzędne znaczenie. Z kolei bracia Józefa zazdrościli mu nie wzorzystej szaty, tylko tego, co ta szata symbolizuje – uznania i miłości Izraela.

Moja potrzeba znalezienia kręgu szkolnych znajomych została zaspokojona; z biegiem czasu znalazłem przyjaciół, z którymi dzieliłem hobby, dla których markowe ubrania nie były istotne. Potrzebę akceptacji i przynależności jest zaspokoić dużo trudniej, gdy dotyczy ona długotrwałych relacji, zwłaszcza w rodzinie. W procesie wychowania dzieci przez rodziców niezwykle istotna jest sprawiedliwość wyrażająca się przez okazywanie dzieciom jednakowej uwagi i ciepła. Jeśli tak się nie dzieje, w kontaktach między rodzeństwem pojawiają się napięcia wynikające ze wzmożonych starań o względy rodziców, podejmowanych przez braci i siostry, którzy czują się zaniedbywani i pominięci. Napięcia te mogą przerodzić się w otwarty konflikt i wrogość, wynikającą z rosnącego przez lata poczucia krzywdy. Tak właśnie dzieje się w rodzinie Izraela, którego synowie nie są w stanie dłużej tolerować arogancji Józefa, uważającego swój status ulubieńca ojca za coś oczywistego. Bracia Józefa w końcu wybuchają, rozładowują rodzinne napięcie poprzez sprzedanie go w niewolę. Takie „rozwiązanie” rodzinnego problemu przysparza ich ojcu, Izraelowi, wielkich cierpień.

Myślę, że większości z nas nigdy nie przyszłoby do głowy sprzedać członków rodziny, nawet tych najbardziej uprzykrzonych. Nie oznacza to jednak, że nasze rodziny pozbawione są napięć. Przeciwnie, w prawie każdej rodzinie ktoś czuje się poszkodowany, bo rodzice okazywali lub okazują więcej uwagi jego rodzeństwu; bo rodzice nie mieli czasu lub sił się nim zajmować, gdy był mały, a jego rodzeństwem tak; bo rodzice stawiali jej starszą siostrę za niedościgniony wzór.

Takie poczucie krzywdy może ujawnić się po latach, wybuchając ze zdwojoną siłą. Co możemy zrobić, żeby tego uniknąć? To zależy od naszej roli w rodzinie. Jeśli jesteśmy rodzicami, możemy starać się pokazać wszystkim naszym dzieciom, nawet najbardziej buntowniczym nastolatkom, jak bardzo nam na nich zależy. Jeśli mamy rodzeństwo, możemy się zastanowić, czy nie staramy się skupić uwagi rodziców na sobie kosztem naszych braci i sióstr. Co więcej, jeżeli wyczuwamy napięcie w naszych kontaktach z rodzeństwem, możemy spróbować zastanowić się, czy nie wynika ono z poczucia, że ktoś z rodzeństwa był faworyzowany. Jeżeli tak było, musimy się zastanowić, czy jesteśmy w stanie poprawić nasze relacje przez podejmowanie działań służących rodzinnemu pojednaniu. Nie jest to łatwe, niejednokrotnie taki proces potrafi trwać nawet wiele lat.

Sprzedanie Józefa w niewolę, stanowiące kulminację narastającej w rodzinie Izraela nienawiści, przysłużyło się narodowi żydowskiemu, gdyż pozwoliło Izraelitom znaleźć schronienie w Egipcie w czasie klęski głodu. Stało się to jednak dopiero możliwe po długim czasie rozłąki i bolesnym pojednaniu. Opisując wybuch nienawiści między synami Izraela, wynikający z jego błędów jako rodzica, parasza Wajeszew przestrzega nas przed doprowadzaniem rodzinnych konfliktów do eskalacji. W ten Szabat zachęcam Was do zastanowienia się, jak możecie załagodzić rodzinne konflikty i napięcia.

Szabat Szalom!

Mati Kirschenbaum