O żydowskiej jedności i różnorodności Refleksja nad paraszą Bamidbar

O żydowskiej jedności i różnorodności

Refleksja nad paraszą Bamidbar.

Menachem Mirski

Porcja Tory przeznaczona na ten tydzień zawiera szereg praw i regulacji dotyczących obowiązków przedstawicieli poszczególnych plemion Izraelskich w Namiocie Spotkania. Regulacje te to jedynie część całego kodeksu praw, którego celem było harmonijne współżycie plemion Izraelskich w czasach biblijnych. Wątek harmonii i konfliktu pomiędzy plemionami izraelskimi przewija się w zasadzie przez całą Biblię hebrajską i od samego początku był on ważki w swoim charakterze.

Jest on oczywiście bardzo istotny także dzisiaj. Czy my, współcześni Żydzi, stanowimy spójną i dobrze funkcjonującą – w wymiarze globalnym – społeczność? Nie odpowiem na to pytanie, bowiem jakakolwiek odpowiedź na nie jest w istocie karkołomna, z przyczyn, które omówię poniżej.

Przede wszystkim jesteśmy bardzo po świecie rozproszeni i nieporównywalnie bardziej zróżnicowani od naszych biblijnych przodków. To niebagatelnie wpływa na różnorodność naszego życiowego doświadczenia, bowiem żyjemy w strukturach różnych, odmiennych od siebie społeczeństw. Nasze życie, zarówno w wymiarze żydowskim, jak i uniwersalnym, jest odmienne w zależności od miejsca, w którym żyjemy; jest inne w Polsce, inne w Szwecji, inne na Ukrainie, w Rosji, w USA, Izraelu itd, co różnicuje także naszą mentalność, kulturową tożsamość, nasze przekonania moralne, polityczne itd. Żydzi Polscy są już w pewnym istotnym stopniu kulturowo odmienni od Żydów niemieckich czy szwedzkich, a z pewnością w dużo większym stopniu od np. Żydów amerykańskich. Po prostu nasiąkamy otaczającą nas kulturą i mentalnością. Jesteśmy też zróżnicowani rasowo, choć to też zależy od regionu świata, w którym żyjemy. Afroamerykanie, Latynosi, Azjaci, rdzenni Amerykanie, Sefardyjczycy i Mizrahi – czyli wszyscy nie-Aszkenazim – stanowią blisko 20% Żydów w Ameryce. W związku z powyższym również nasze definicje bycia Żydem są różne w różnych zakątkach świata. Nawet jeśli zdają się wyrastać z tego samego, rabinicznego korzenia, w praktyce są one nieco odmienne w Izraelu, Polsce, Europie Zachodniej i USA.

Powyższa, globalna różnorodność naszego życia i doświadczenia nie jest dla nas na codzień specjalnie widoczna, przez co nasze postrzeganie innych Żydów jest wypaczone przez pryzmat naszych własnych doświadczeń, wizji świata oraz iluzję kulturowej jedności ze wszystkimi Żydami. W wyniku tego często nieadekwatnie oceniamy działania naszych braci żyjących na innym krańcu świata, w innej rzeczywistości kulturowej, politycznej czy ekonomicznej. Współczesny zglobalizowany i zinformatyzowany świat często karmi nas ułudą, że wiemy w zasadzie wszystko, a przynajmniej, że wiedza o wszystkim jest w zasięgu ręki. Dzięki temu łatwo ekstrapolujemy nasze własne doświadczenia i snujemy wszelkiego rodzaju analogie. Największym prawdopodobnie złudzeniem jest wiara, iż tak zwana kultura czy cywilizacja Zachodu stanowi jedność, kulturowy monolit. Mimo faktu, że jest ona w całości zbudowana na tych samych fundamentach (wartości judeochrześcijańskie i wartości oświeceniowe) jest to trudny do utrzymania pogląd, bowiem owa cywilizacja sama w sobie jest lokalnie dość zróżnicowana. Ewidentne podobieństwa nie powinny nam przesłaniać różnic, zwłaszcza istotnych różnic. Weźmy na przykład wielokulturowość – pojęcie to wydaje się znaczyć wszędzie to samo; jednakże jej praktyczne implementacje i implikacje są odmienne w Kalifornii, Zachodniej Europie czy Izraelu, w praktyce więc nie jest to ta sama wielokulturowość. Musimy być elastyczni intelektualnie, żeby widzieć różnice, a nie leniwi, bo to lenistwo intelektualne jest, niestety, głównym źródłem ignorowania różnic, koncentracji na powierzchownych podobieństwach, chybionych analogii czy przesadnych generalizacji. Nie powinniśmy więc np.  automatycznie zakładać, iż rozwiązania polityczne, które przyjęliśmy w jednym miejscu świata, i które działają u nas skutecznie, będą skutecznie działać w innym miejscu na świecie, innym kręgu kulturowym.

Tak więc rozwiązania polityczne, jak i odpowiedzi na wyzwania i problemy, takie jak np. antysemityzm będą się różnić w różnych miejscach na świecie. Dlatego zalecałbym ostrożność w stawianiu definitywnych diagnoz, a zwłaszcza w osądzaniu przekonań, decyzji oraz działań naszych braci mieszkających w innych aniżeli my, zakątkach świata. W sytuacji w której wiemy tak naprawdę niezbyt wiele o ich codziennym życiu i doświadczeniu, lepiej jest założyć, że są oni absolutnie świadomi rzeczywistości, która ich otacza i wiedzą co robią.

Jednym z wyzwań, przed którymi wszyscy Żydzi dziś stoimy, jest rosnący, zwłaszcza na Zachodzie, brak uznania państwa Izrael jako integralnej części żydowskiego życia i żydowskiej tożsamości. Po 2000 latach stałego, duchowego połączenia z naszą ojczyzną przodków jesteśmy świadkami coraz bardziej powszechnego rozczarowania tą ideą, lub też trwałych wobec tej idei sporów i antagonizmów mających miejsce w naszych społecznościach. To sprawia, że Żydzi diaspory coraz częściej dystansują się od uznania ich związku z Izraelem, związku niezbywalnego i mającego w rzeczywistości istotne znaczenie.

Jednymi z przyczyn zaistniałego stanu rzeczy są, oprócz tendencji, które wskazałem powyżej, nasza dość schematyczna powszechnie wiedza z zakresu historii oraz, co często idzie z tym w parze, podatność na bardzo uproszczone, jednowymiarowe, binarne narracje medialne na temat obecnej sytuacji politycznej Izraela i konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Pomimo globalnego wzrostu antysemityzmu, negatywnej retoryki skupionej wokół Izraela i innych trudnych kwestii, z którymi się w tym kontekście borykamy, Izrael pozostaje wieczną i integralną częścią żydowskiego życia i naszej tożsamości. Jak trafnie ujęła to dr Elana Yael Heideman:

 We don’t all have to have the same background, political leanings or opinions. Yet we are all part of the story of Am Yisrael. No geographical or political divide can diminish the significance of that.

This is true whether or not we actively embrace this. The magical thing is that, when we do fully embrace this, we become stronger – as individuals and as a community.

Chcąc nie chcąc musimy uznać państwo Izrael za ważny, jeśli nie fundamentalny, element naszego żydowskiego życia, bowiem od jego fizycznego istnienia zależą również nasze losy jako społeczności w diasporze. Gdyby istniało niepodległe i suwerenne państwo Izrael przed II wojną światową, to albo nie byłoby Holokaustu wcale, albo pochłonąłby on znacznie mniejszą ilość ofiar.

Nie oznacza to oczywiście że mamy być jednomyślni (jest to rzeczy zupełnie nie do pomyślenia w kontekście naszej tradycji) czy bezkrytyczni w kwestiach ideowych i politycznych. Osobiście wierzę w ogromną, jednoczącą moc naszej historii; wiara ta nie jest bezpodstawna, obserwuję od czasu do czasu, jak owa jednocząca moc  działa w praktyce. W moim odczuciu przeciwdziała ona radykalizmom i różnego rodzaju tendencjom odśrodkowym. Nasze historie i narracje naszej religii są nie tylko źródłem naszej tożsamości, ale także – naszej jedności. Kochając naszą tradycję uczymy się kochać innych Żydów. Nasza wewnętrzna różnorodność i multikulturowość posiada u swoich fundamentów coś, co nas jednoczy – naszą wspólną historię – sprawia, iż pomimo wielu różnic stanowimy jedność. Nasza wewnętrzna wielokulturowość może być – a może nawet być powinna – wzorem dla innych wielokulturowości na świecie. Wielokulturowość bowiem, ażeby była trwała, musi posiadać choćby jedną, skromną, ale zarazem fundamentalną, zrozumiałą dla wszystkich i jednoczącą ludzi różnych kultur narrację, wyrażającą ogólną strukturę naszych wspólnych, ludzkich wartości.

 

Szabat Szalom

Menachem Mirski

Komu możemy zaufać?

Komu możemy zaufać?

Mati Kirschenbaum

 Czytana przez nas w tym tygodniu parsza Bechukotaj zamyka tak zwany Kodeks Świętości, rozdziały 17-26 Księgi Kapłańskiej poświęcone rytualnym i moralnym zakazom mającym na celu uczynienie ludu Izraela narodem aspirującym do świętości. Początek naszej parszy przypada na podsumowanie Kodeksu, w którym znajdziemy opis błogosławieństw i przekleństw mających spaść na Izraelitów, jeśli będą — lub nie będą — oni posłuszni poleceniom Wiekuistego po wkroczeniu do Ziemi Izraela. Nagrodą jest pomyślność i pokój. Karą zaś — spustoszenie Ziemi Izraela, wygnanie Izraelitów, strach, głód i poniżenie na obczyźnie. Kara nie ma jednak trwać wiecznie – Wiekuisty nie opuści resztki Swojego ludu i w końcu przypomni sobie o przymierzu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem.

Do tematu przymierza z Bogiem nawiązuje haftara do naszej parszy — rozdział 16 i 17 proroctwa Jeremiasza. W haftarze  znajdujemy następujące stwierdzenie:

אָרוּר הַגֶּבֶר אֲשֶׁר יִבְטַח בָּאָדָם

Przeklęty jest człowiek, który pokłada nadzieję w innym człowieku. (Jr 17,5)

Takiego człowieka Jeremiasz opisuje następująco:

jest on podobny do dzikiego krzaka na stepie, nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście: wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną. (Jr 17,6)

W czym zatem mamy pokładać nadzieję? Jeremiasz nie pozostawia nam co do tego żadnych wątpliwości, mówiąc:

בָּרוּךְ הַגֶּבֶר, אֲשֶׁר יִבְטַח בַּיהוָה; וְהָיָה יְהוָה, מִבְטַחוֹ

Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Wiekuistym, i Wiekuisty jest jego otuchą. (Jr 17,7)

W niedzielę wybieramy polskich przedstawicieli w Parlamencie Europejskim. Wielu z nas ma poczucie, że głosuje na mniejsze zło. Nie mamy poczucia, że ufamy naszym politykom. I nie musimy: Jeremiasz uczy nas, że tak naprawdę możemy ufać tylko Wiekuistemu. Nie oznacza to jednak, że mamy, pełni nieufności, powstrzymać się od głosowania. Przeciwnie, musimy głosować, pamiętając o kolejnych słowach Jeremiasza:

 עָקֹב הַלֵּב מִכֹּל, וְאָנֻשׁ הוּא; מִי, יֵדָעֶנּוּ. אֲנִי יְהוָה חֹקֵר לֵב, בֹּחֵן כְּלָיוֹת:  וְלָתֵת לְאִישׁ כִּדְרָכָו, כִּפְרִי מַעֲלָלָיו

Serce (źródło ludzkiego intelektu) jest bardziej zdradliwe niż wszystko inne, jest ono słabe; któż je zbada? Ja, Wiekuisty, zgłębiam serce, badam wnętrze (charakter) człowieka, aby oddać każdemu według jego postępowania, stosownie do owoców jego starań. (Jr 17,9-10).

Jeremiasz uczy nas, że politycy popełniają błędy, co wynika z ludzkiej, niedoskonałej natury. W ostatecznym rozrachunku to Wiekuisty oceni ich błędy i wyciągnie ich konsekwencje. Teraz jednak musimy wierzyć, że ufając Wiekuistemu i Jego naukom jesteśmy w stanie wybrać najlepszych polityków, na jakich stać nasze społeczeństwo. Życzę Wam wszystkim oddania przemyślanego głosu w niedzielę.

 

A już teraz – Szabat Szalom!

 

Mati Kirschenbaum

Czy nadszedł czas na rok jubileuszowy?

Czy nadszedł czas na rok jubileuszowy?

 Mati Kirschenbaum

W czytanej w tym tygodniu paraszy Behar znajdziemy opis praw dotyczących roku jubileuszowego – roku, w którym wszelka własność wraca do jej pierwotnego właściciela. Praktyka obchodzenia roku jubileuszowego została przedstawiona w następujący sposób:

Naliczysz sobie siedem lat sabatowych, siedem razy po siedem lat. Czas tych siedmiu lat sabatowych obejmować będzie czterdzieści dziewięć lat. W dziesiątym dniu siódmego miesiąca każesz zadąć w róg. W dniu pojednania każecie dąć w rogi po całej waszej ziemi. Poświęcicie pięćdziesiąty rok i obwołacie w ziemi wolność dla wszystkich jej mieszkańców. Będzie to dla was rok jubileuszowy. Wrócicie każdy do dawnej swej własności i wrócicie każdy do swojej rodziny.

(Kpł 25, 8-10)

Opis jubileuszu zdaje się sugerować, że co czterdzieści dziewięć lat w społeczeństwie izraelickim dochodziło do swoistego „zrestartowania”, w ramach którego własność, która wcześniej przechodziła z rąk do rąk, powracała do jej pierwotnego właściciela. Koncepcja ta może wywołać u wielu z nas uczucie głębokiego dyskomfortu. W końcu w świecie cechującym się długą przewidywalnością życia przypadający co pięćdziesiąt lat jubileusz jest wydarzeniem, które prawie wszyscy z nas mieliby okazję przeżyć za swojego życia. Sądzę też, że większość z nas nie byłaby zadowolona, gdyby na przykład nasze mieszkanie, zakupione dzięki wsparciu w postaci zaciągniętego na 35 lat kredytu hipotecznego, miało powrócić do swojego poprzedniego właściciela tylko dlatego, że nadszedł rok jubileuszowy.

To uczucie dyskomfortu wynika z naszego oderwania od rzeczywistości biblijnej. My sami funkcjonujemy w gospodarce opartej na umiejętnościach, w ramach której zarabiamy na życie, sprzedając nasze umiejętności, a nie owoce naszej ziemi. Dla odróżnienia, społeczeństwo biblijne było w dużej mierze społeczeństwem rolniczym – większość Izraelitów pracowało w charakterze pasterzy i rolników. Dla nich sprzedaż ich ziemi komuś innemu była równoznaczna z przemienieniem się w pracownika najemnego, należącego do klasy społecznej plasującej się tylko oczko wyżej od niewolników. Gdy tacy pracownicy najemni popadali w długi, sprzedawali swoją wolność i stawali się niewolnikami. Zarówno akt sprzedaży własnej ziemi jak i sprzedaży własnej wolności były unieważniane podczas roku jubileuszowego, kiedy to ziemia była zwracana jej pierwotnemu właścicielowi, zaś niewolników wyzwalano i mogli wrócić do swoich rodzin. Jaki stał za tym powód? Dlaczego Tora postanowiła anulować transakcje, które stanowiły nieodłączną część życia gospodarczego na starożytnym Bliskim Wschodzie?

Tradycyjne komentarze przedstawiają odmienne odpowiedzi na te pytania. Zgodnie z wyjaśnieniem pochodzącym z Sifry, czyli komentarza do księgi Kapłańskiej, powrót ziemi do jej pierwotnych właścicieli miał w zamierzeniu służyć zachowaniu stanu posiadania ziemi przez plemiona izraelickie, zapewniając tym samym między nimi pokój. Sifra stwierdza również, że izraelickich niewolników uwalniano dlatego, iż stan zniewolenia uniemożliwiał im służenie ich prawdziwemu panu – czyli Bogu – z pełnym, niczym nieograniczonym oddaniem. Średniowieczny hiszpański komentator Abraham Ibn Ezra podkreślał znaczenie osobistej wolności, porównując osobę pozbawioną wolności do ptaka w klatce, który ostatecznie traci chęć do życia.

Wydaje się, że prawa dotyczące lat jubileuszowych miały służyć zapewnieniu zarówno jednostkowej wolności, jak również harmonii społecznej w starożytnym społeczeństwie izraelickim. Jakie mają one jednak znaczenie i zastosowanie w naszym życiu jako mieszkańców współczesnego świata zachodniego, w którym niewolnictwo odeszło już do przeszłości? Co oznaczają one w demokratycznym społeczeństwie szanującym nienaruszalność prawa własności?

Sądzę, że powinniśmy postrzegać prawa roku jubileuszowego przez pryzmat nierówności, które zagrażają stabilności naszego świata. Jednym z takich zagrożeń jest wciąż narastająca obecnie w skali globalnej nierówność pomiędzy bogatymi i biednymi. Na przykład, w roku 2018 najbogatszy 1% światowej ludności kontrolował 45% globalnego bogactwa, podczas gdy 64% światowej populacji posiadało tylko 2% światowego bogactwa. Ta nierówność jeszcze bardziej rzuca się w oczy, jeśli przyjrzymy się wzrastającemu w zawrotnym tempie bogactwu najbogatszych jednostek na świecie. W 2009 roku łączny majątek najbogatszych 380 ludzi na świecie odpowiadał stanowi posiadania całej biedniejszej połowy ludzkości. W 2017 roku bogactwo zgromadzone przez zaledwie czterdzieści dwie najbogatsze jednostki dorównywało wartości majątku posiadanego przez biedniejszą połowę ludzkości. Nierówności wyraźnie się powiększyły.

Nie chciałbym zostać źle zrozumiany, nie postuluję tu komunistycznej rewolucji jako remedium na wzrastające nierówności. Chcę tylko zwrócić uwagę, że dzisiejsze nadmierne nierówności są równie szkodliwe dla społeczeństwa, jak miało to miejsce w czasach biblijnych. W skali narodowej fakt ten osłabia spójność społeczną, antagonizuje różne grupy społeczne i sprzyja rozwojowi prawicowych ruchów populistycznych, które poszukują kozła ofiarnego. W skali globalnej nieproporcjonalny rozkład bogactwa prowadzi do narastania fundamentalistycznych postaw w społeczeństwach, które czują się skolonizowane, stanowi zarzewie wojen domowych i skłania ludzi do podejmowania dramatycznych, często kończących się śmiercią prób dostania się do krajów rozwiniętych.

Konsekwencje nierówności pod względem dochodu i szans są dotkliwie odczuwane w naszym społeczeństwie i skutkują występującymi w nim głębokimi podziałami politycznymi. W ten szabat, w szabat przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, zachęcam was do spojrzenia poza wzajemne oskarżenia naszych polityków i do zadania sobie następujących pytań: wybór której partii i którego programu może doprowadzić do powstania bardziej równego i mniej podzielonego społeczeństwa? Co mogę zrobić, aby doprowadzić do nastania współczesnego roku jubileuszowego, którego tak bardzo dziś potrzebujemy w tym kraju, w Europie i na całym świecie.

Szabat szalom!

Mati Kirschenbaum

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Emor

Emor

Rabin dr Walter Rothschild

W czytanej w tym tygodniu sidrze zostaje poruszonych kilka wątków, jednak w rozdziale 23 księgi Kapłańskiej znajdziemy listę świąt, które mamy obchodzić – wraz z wyjaśnieniem, w jaki sposób należy je obchodzić. Nasuwa się w związku z tym wiele pytań, zważywszy iż nie wypełniamy już opisanych tam zaleceń – nie przynosimy ofiar zwierzęcych ani nie potrząsamy „omerem”, czyli snopkiem. Liczymy, ale nie potrząsamy! Lecz jak powinniśmy świętować nasze święta i jaki tak naprawdę mamy powód do świętowania?

Muszę przyznać, że zaczynam się stopniowo coraz bardziej martwić o rabinów mieszkających w Stanach Zjednoczonych. I nie jest to kwestia „Schadenfreude”. Od lat dostawałem e-maile i komentarze w stylu „Jak możesz wciąż pracować w Europie? Czyż nie jest tam niebezpiecznie? Tak wiele tam narastającego antysemityzmu i populistycznych prawicowych polityków?”. Zaś teraz – muszą sobie jakoś radzić z faktem mieszkania w kraju rządzonym w na wpół-dyktatorski sposób przez prezydenta, który uważa, że może po prostu wydać zarządzenie – i zostanie ono wykonane; który może wydawać oświadczenia przeciwko uchodźcom i imigrantom, który może cofnąć zegar poprawności politycznej i liberalnych wartości o dwadzieścia albo trzydzieści lat – i wciąż będzie miał poparcie pokaźnej mniejszości, a nawet większości narodu; muszą też jakoś żyć z okropnymi, morderczymi atakami z bronią w ręku dokonywanymi przez szaleńców na synagogi w Pittsburghu i w Kalifornii… (nie wspominając o tak wielu innych atakach – na cywilów, na pracowników biurowych w Nowym Jorku, na biegnących w bostońskim maratonie oraz innych). Z samych niewłaściwych powodów – gdyż są to NIEWŁAŚCIWE powody – ich pełen zadufania w sobie i samozadowolenia ton zniknął. Liberalne wartości są zagrożone, zagrożeni są również Żydzi. Komentarze od znajomych amerykańskich rabinów się wykruszyły.

   Staje się to jeszcze bardziej widoczne w świetle faktu, iż przez dziesięciolecia wielu rabinów wyrażało swoje niezadowolenie z faktu korzystania z tradycyjnej Hagady na Pesach – która oczywiście zastąpiła składane niegdyś tradycyjne ofiary. Minęło już wprawdzie kilka tygodni, odkąd używaliśmy jakiejkolwiek wersji Hagady, widzę jednak, że jest to wciąż temat wart dyskusji: czy powinniśmy uwzględniać tradycyjne ustępy krytykujące nie-Żydów, czy też je usunąć? „W końcu – argumentuje się – obecnie łączą nas o wiele lepsze relacje z naszymi nie-żydowskimi sąsiadami niż wcześniej, w średniowieczu (definiowanym jako okres od V do XV wieku) czy też w „późniejszym średniowieczu” (definiowanym jako pierwsza połowa XX wieku). Obecnie wielu spośród naszych członków sami zaczęli życie jako nie-Żydzi i wielu z nich ma nie-żydowskich członków rodziny albo nie-żydowskich rodziców – nie chcemy obrażać tych osób”. Są to interesujące argumenty, świadczą jednak o niezrozumieniu sedna problemu. Ustępy, których najczęściej dotyczą tego typu  dyskusje – Wehi Szeamda i Szefoch Chamatcha – nie są modlitwami skierowanymi przeciwko nie-Żydom jako takim; są to oświadczenia i modlitwy skierowane przeciwko antysemitom. NIE wszyscy nie-Żydzi są antysemitami; w istocie wielu nie-Żydów podziela wartości, które wprowadził do świata judaizm – wartości monoteizmu, odpowiedzialności i wzajemnego szacunku, błogosławieństwa i pragnienia, aby nastały stabilność i pokój. ALE – i jest to poważne zastrzeżenie – istnieją ludzie, którymi kieruje jedynie nienawiść: nienawiść wobec muzułmanów, nienawiść wobec chrześcijan i nienawiść wobec Żydów. Oczywiście są też tacy muzułmanie, którzy nienawidzą innych muzułmanów za to, że są niewłaściwego rodzaju muzułmanami; wielu chrześcijan nienawidziło innych chrześcijan za bycie niewłaściwego rodzaju chrześcijanami, zaś historia Europy, a obecnie Bliskiego Wschodu została wielokrotnie splamiona krwią szyitów, sunnitów i ahmadystów, krwią katolików, protestantów, Koptów, husytów, albigensów  i innych, wielu innych…. Jednakże we wszystkich tych krwawych i żądnych krwi stuleciach występował jeden wspólny czynnik – mianowicie sposób, w jaki ziemia i wody zostały splamione krwią Żydów. Żydów zabijanych tylko dlatego, że byli Żydami. Dla naszych wrogów nie ma czegoś takiego jak „niewłaściwy rodzaj Żydów” – WSZYSCY Żydzi bez wyjątku (nawet byli Żydzi, którzy przeszli konwersję, albo ochrzczeni Żydzi, albo potomkowie Żydów) byli uznawani za uzasadniony obiekt ich nienawiści. Na opisanie mordowania Żydów albo ich męczeństwa  używamy terminu Kidusz HaSzem, mówiąc w ten sposób, iż „uświęcają Imię” – podkreślamy tym samym, że powodem ich ofiary, śmierci i cierpienia był tylko i wyłącznie fakt, iż byli oni Żydami – nie Niemcami, nie Polakami, nie Rosjanami, a nawet nie Izraelczykami – ale Żydami. To właśnie „Imię” – w tym przypadku, imię „Żyd”, miało w tej sytuacji znaczenie.

I właśnie dlatego uważam, że w pełni uzasadnione jest, abyśmy podczas  świętowania naszego wyzwolenia z niewoli i prześladowań recytowali oświadczenie głoszące, że nie było to tylko jednorazowe wydarzenie. W Wehi Szeamda stwierdza się: „W KAŻDYM pokoleniu są tacy, którzy powstają przeciwko nam i usiłują nas zniszczyć. W KAŻDYM pokoleniu, czego byśmy nie zrobili albo nie robimy, gdziekolwiek byśmy się nie znajdowali. Nie możemy od tego uciec. Ale aż do teraz Najświętszy zawsze ratował co najmniej niektórych z nas – w przeciwnym wypadku nie byłoby nas tutaj dzisiaj i nie moglibyśmy śpiewać tych słów”.

Słowa te wydają mi się całkiem uzasadnionym podsumowaniem historii żydowskiej oraz żydowskich nadziei na przyszłość. Aż do niedawna przynajmniej Żydzi w Stanach Zjednoczonych mieli poczucie, że udało im się przeżyć przez kilka pokoleń tylko z łagodną formą społecznego antysemityzmu; byli wykluczeni z pewnych klubów i być może również ze sprawowania pewnych stanowisk politycznych, ale w gruncie rzeczy spotykali się z niemal pełną akceptacją i poczuciem bezpieczeństwa. To się jednak skończyło….

Szefoch Chamatcha, tradycyjnie często recytowane na stojąco, przy otwartych drzwiach, aby pokazać wszelkim czającym się na zewnątrz wrogom, że nie mamy się czego obawiać, że nie mamy nic do ukrycia, jest skierowaną do Boga prośbą, aby zesłał boską zemstę na „te narody, które powstają, aby nas zniszczyć, aby nas pochłonąć” – a nie na inne, które nas nie prześladują i zostawiają nas w spokoju. I dlaczego nie mielibyśmy o to prosić? Gdzie w Tanachu napisano, że mamy obowiązek pozostać bierni, że mamy być pacyfistami i spokojnie i bez złości przyjmować wymierzone przeciwko nam nieusprawiedliwione ataki? Wprost przeciwnie – zaczynając od obrony przeciwko Amalekitom opisanej w 17 rozdziale księgi Wyjścia. Prorocy wspominają wielokrotnie o USPRAWIEDLIWIONYCH atakach – w przypadku gdy uczyniliśmy coś złego, czym zirytowaliśmy Boga i zasłużyliśmy na karę – jest to problematyczna zasada teologiczna, niemniej jednak można spotkać tego typu rozumowanie. Jednakże, gdy jakieś ludy atakują nas bez żadnej przyczyny,  wówczas nie ma powodu, aby fałszywie brać na siebie winę. Byłby to, delikatnie mówiąc, przejaw „fałszywej skromności”. Nie powstajemy i nie mówimy, że NASZYM obowiązkiem jest zaatakowanie i ukaranie tych przeciwników, lecz prosimy Boga, aby zrobił to dla nas.

Jest wielu takich, którzy twierdzą, że działają w imię Boga, gdy wysadzają w powietrze kościoły albo mordują osoby modlące się w kościołach, synagogach i meczetach, albo kiedy grożą, że zgładzą z powierzchni ziemi państwo żydowskie wraz z jego mieszkańcami – lecz jest to nikczemne bluźnierstwo. Nigdzie w żadnym z monoteistycznych pism nie powiedziano, że Bóg, pod jakimkolwiek imieniem, faktycznie poprosił ich o to albo nakazał im, aby to uczynili. Sprzeniewierzają się oni imieniu Boga i nadużywają go, aby usprawiedliwić swoją własną ludzką słabość i nienawiść. Gdyby naprawdę wierzyli w Boga, poprosiliby Go, aby ukarał tych, z którymi się nie zgadzają – a następnie czekaliby, aż Bóg to uczyni. A jeśli Bóg by tego nie uczynił – wówczas powinno im to zasugerować, że być może ich życzenia były nieuzasadnione, a ich przekonania błędne. Powiedzmy więc otwarcie, że nie musimy akceptować ani wierzyć tym, którzy twierdzą, że ich działania są motywowane wiarą; w istocie kieruje nimi BRAK wiary. NIE wierzą, że Bóg podejmie jakieś działania, więc podejmują je na własną rękę. Jest to całkowite odwrócenie wszelkiej prawdy i jakiejkolwiek wiary.

 

Bywały czasy i miejsca, w których czuliśmy się bardziej bezpiecznie i bardziej akceptowani niż gdzie indziej i aż do teraz USA, po części ustanowione przez prześladowaną sektę brytyjskich purytanów, którzy domagali się rozdziału między Kościołem i państwem, były być może jednym z takich miejsc. Obecnie – chyba w mniejszym stopniu. Oczywiście nie ułatwia to nam w żaden sposób życia tutaj, w Europie, gdzie mierzymy się z mnogością dowodów na ludzką głupotę. Ale pozwala nam to lepiej zrozumieć tych anonimowych geniuszy, którzy ułożyli dwa ustępy uwzględnione w Hagada szel Pesach, które – w moim przekonaniu – stanowią ważną część rytuału oraz sposobu, w jaki podchodzimy do naszej historii i do naszej tożsamości. Zawarte są w nich niewygodne, ale głębokie prawdy.

Chukat olam ledorotechem – „oto wieczne prawo dla wszystkich twoich pokoleń” – właśnie takiego zwrotu używa się w Torze na opisanie czegoś, co powinno trwać dalej; niestety musimy używać go również do opisywania rzeczy, które NIE powinny dalej trwać, ale z jakiegoś powodu wciąż mają miejsce….

 

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Świat między porządkiem a chaosem

Świat między porządkiem a chaosem.

Refleksja nad paraszą Szemini.

Menachem Mirski

W porcji Tory na ten tydzień (Księga Kapłańska/Wajikra 9:1-11:47) Aaron oraz jego synowie zaczynają pełnić obowiązki kohanim (kapłanów).  Bóg zsyła ogień, który pochłania ofiary na ołtarzu; tym samym boska obecność zaczyna mieszkać w Namiocie Spotkania, zwanym po hebrajsku również Miszkanem.[1]

I wszedł Mojżesz i Ahron do przybytku zboru; i wyszli, i pobłogosławili lud. I ukazał się Majestat Wiekuistego całemu ludowi. I wyszedł ogień z przed Wiekuistego i pochłonął na ofiarnicy całopalenie i łoje; i widział to lud cały i wydali radosny okrzyk, i padli na oblicze swoje.

(Księga Kapłańska/Wajikra 9:23-24)

Wkrótce potem, po chwili wielkiej radości i euforii, dochodzi jednakże do tragedii:

I wzięli synowie Ahrona – Nadab i Abihu, każdy kadzielnicę swoję, i włożyli w nie ognia, i położyli nań kadzidła, i tak przynieśli przed oblicze Wiekuistego ogień nieuświęcony, którego nie przekazał im. I wyszedł ogień z przed oblicza Wiekuistego i pochłonął ich; i pomarli przed obliczem Wiekuistego. I rzekł Mojżesz do Ahrona: „Oto co powiedział Wiekuisty, gdy rzekł: Przez bliskich Mi uświęconym będę, i w obliczu całego ludu sławionym!” I zamilkł Ahron.

(Księga Kapłańska/Wajikra 10:1-3)

Powyższe wydarzenia przykuły uwagę wielu komentatorów i niejednokrotnie stanowiły wyzwanie dla teologów. Napisano o tym sporo, nie na tym się jednak tutaj skupię, lecz na samej chronologii wydarzeń: chwila euforii, szczęścia, radości i nagle tragedia.

Brzmi znajomo? Oczywiście, może nawet nazbyt znajomo, prawdopodobnie niemal każdy z nas jest w stanie przytoczyć podobny bieg wydarzeń, które zna ze słyszenia lub był bezpośrednio ich świadkiem. W drugim przypadku często pamiętamy je do końca życia; tego rodzaju doświadczenia są często traumatyczne i pozostawiają nas z szeregiem dramatycznych pytań, typu: czy można było temu zapobiec, co tak naprawdę było przyczyną, dlaczego do tego doszło i tak dalej.

Jedna pomyłka, chwila nieuwagi, mogą doprowadzić nas do katastrofy. Czy jesteśmy w stanie tak zorganizować świat, ażeby do takich sytuacji nie dochodziło? Moim zdaniem jest to utopia, przede wszystkim dlatego, że jako ludzie nie dysponujemy środkami i umysłem, by móc zapanować nad całą otaczającą nas rzeczywistością. Najlepiej więc świadomie zaakceptować własną ograniczoność. Świat jest wciąż zbyt wielki i złożony i wciąż za mało wiemy o zachodzących w nim procesach, choć oczywiście wiemy dużo więcej niż nasi dziadkowie i pradziadkowie. I choć powinniśmy szczególnie dbać o nasze bezpieczeństwo, musimy to robić we właściwy sposób.

Potrzeba bezpieczeństwa jest jedną z fundamentalnych, biologicznych ludzkich potrzeb, obok takich jak potrzeba odżywiania się, prokreacji itd. Jednakże dbałość o bezpieczeństwo, zwłaszcza osób nam bliskich, może łatwo przerodzić się w protekcjonalność, co sprowadza na osoby, o których bezpieczeństwo dbamy, np. nasze dzieci, potencjalnie jeszcze większe niebezpieczeństwa. Dlaczego? Ponieważ zapewniając komuś permanentny komfort oduczamy tę osobę dbałości o własne bezpieczeństwo. Dlatego dzieci należy wychowywać nie tak, by zawsze były bezpieczne – i wiele autorytetów z dziedziny psychologii i pedagogiki się tutaj ze mną zgodzi – ale tak, aby same zaczęły o dbać o swoje bezpieczeństwo, aby same stały się ostrożne w tym co robią i jak żyją. Powinniśmy je więc stopniowo, z biegiem lat, wystawiać na otaczający nas świat realny, ze wszystkimi związanymi z tym problemami, trudnościami, niepowodzeniami czy cierpieniami. Jeśli tego nie zrobimy, jeśli będziemy je trzymać w „bańce bezpieczeństwa”, po jakimś czasie rzeczywistość bezwzględnie skoryguje nasze błędy w życiu dziecka i może to uczynić w sposób niekiedy bardzo brutalny. Nadmierna dbałość o bezpieczeństwo innych infantylizuje i powoduje, że ludzie nigdy nie dorastają i unikają wzięcia odpowiedzialności za samych siebie, nie mówiąc już o wzięciu odpowiedzialności za innych. Świat, w którym ludzkość składałaby się wyłącznie z takich jednostek byłby jednym z wariantów piekła na ziemi.

I choć w panowaniu nad otaczającym nas światem nie ma zasadniczo nic złego (o ile owo panowanie nie oznacza brutalnej czy choćby bezsensownej eksploatacji) i jest ono niezbędne dla naszego przetrwania, musimy sobie wybić z głowy ideę, że możemy panować nad wszystkim. Nie, nie możemy, dlatego musimy wiedzieć jak rozróżnić to nad czym panować możemy od tego, nad czym nie możemy i być może nigdy nie będziemy mogli. Tak samo jak nie da się potrzeby bezpieczeństwa, jak też innych naszych potrzeb, „załatwić”, zaspokoić raz na zawsze. Chaos zawsze będzie się wdzierał w porządek, bez względu na to, czy jest to porządek przez nas ustanowiony czy naturalny. I nie ma na to rady, taka jest bowiem natura świata, w którym żyjemy, że użyję bardzo tradycyjnego języka. Co więc możemy zrobić?

Odpowiedź brzmi: żyć sensownie. Co to znaczy? To znaczy stale stawiać czoła owemu chaosowi, żyć w opozycji do niego i zarazem ów chaos organizować, zarówno w naszym życiu zewnętrznym jak i wewnętrznym. W tym drugim aspekcie, a do pewnego stopnia także w pierwszym, najlepiej dopracowanym systemem walki z chaosem jest, śmiem twierdzić, nasza religia – judaizm. Jeśli żyjemy wedle jej zasad, to niemal każdy aspekt naszego życia staje się sensowny i zorganizowany. Choć oczywiście, są sprawy praktyczne, które wykraczają poza nasze życie religijne, ale i tu ich sensowna organizacja jest niezbędna, a mądrość naszej tradycji także przyjdzie z pomocą, bowiem judaizm to nauka o życiu według reguł i z umiarem, z trwale wdrożonym, regularnym obowiązkiem odpoczywania, chroniącego w dłuższej perspektywie ludzkie życie, bo podporządkowanego jemu właśnie. Dla ratowania życia w Szabat można złamać wszystkie jego reguły oraz zasadniczo zrobić wszystko, poza tym, o czym wiemy, że doprowadzi nas do czczenia bożków, zabronionych stosunków seksualnych czy rozlewu krwi.

Osoby, które mają obrany w życiu cel oraz regularny tryb życia mają statystycznie mniejsze skłonności do depresji, nałogów i innych tendencji destruktywnych. Obrać cele, mieć regularny rytm życia (np. pory posiłków, snu, pracy, nauki, rozrywki itd.) oraz uporządkowane życie osobiste. Dla niektórych ludzi to może być już cel sam w sobie. Tylko wówczas można planować i osiągać wszystko to, co zamierzamy. Spotykają nas niepowodzenia? Oczywiście, one zawsze będą nas spotykać, trzeba przechodzić nad nimi do porządku dziennego i iść dalej. Bardzo możliwe, że już następnego dnia odkryjemy ich sens i znaczenie, dzięki którym np. odnajdziemy i wdrożymy w swoim życiu reguły, które pomogą nam uniknąć potencjalnie znacznie większych nieszczęść.

Oczywiście pozostaje pytanie o rolę spontaniczności w naszym życiu i owszem, dla niej też jest miejsce. Konflikt pomiędzy planem a życiem tu i teraz jest rzeczą, której niejednokrotnie doświadczyliśmy. Nie ma jednakże nic złego ani głupiego w planowaniu i absolutnie nie stoi to w sprzeczności ze starym, zabawnym przysłowiem jidysz Der Mentsz tracht un Got lacht – Człowiek planuje, Bóg się śmieje – które jest przede wszystkim wyrazem dystansu oraz zdrowej reakcji na własne niepowodzenia. Posiadanie zbyt wielu planów i zamierzeń też nie musi być wcale głupie. Im więcej ich mamy, tym więcej ich zrealizujemy (zakładając, że nie mamy ich po prostu milion na minutę lub też np. że nie ma w naszym życiu jakiegoś stałego, patologicznego elementu, który wszystko udaremnia, jak np. nałóg, uzależnienie, choć walka z nimi też polega na wdrażaniu w życie porządku i poszerzaniu jego zakresu). Zrealizujemy więcej, choć oczywiście nigdy nie zrealizujemy wszystkich naszych planów, co z kolei często okazuje się nie być specjalnym problemem w długoterminowej perspektywie. Podobnie rzecz się ma z przykazaniami i regułami naszej religii: im więcej z nich szczerze postanowimy wypełniać, tym więcej z nich realnie wypełnimy i w rezultacie nasze życie zmieni się na lepsze. Dlatego rzekomo „zdroworozsądkowa” tendencja do redukcji reguł życia wcale nie jest dobra – im mniej reguł i zasad respektujemy w teorii, tym mniej wypełniamy w praktyce i wówczas nasze życie może powoli zacząć dryfować w stronę chaosu, choć ten może szczególnie dotknąć dopiero życie naszych dzieci.

To może być jedna z odpowiedzi na pytanie dlaczego judaizm zawiera tak wiele przykazań, reguł i norm, dotyczących wszystkiego. To przypuszczalnie jest też jedna z odpowiedzi na pytanie dlaczego jako mająca ciągłość tożsamości i tradycji społeczność przetrwaliśmy już ponad 3 millenia, podczas gdy wiele innych narodów i grup religijnych zwyczajnie przestało istnieć.

Celowe, sensowne i wypełnione odpowiedzialnością życie nie jest zmyśloną przez „religijnie nawiedzonych” ludzi mrzonką, jak chcieliby niektórzy, rzekomo racjonalni, modernistyczni i postmodernistyczni „mędrcy”. Po co robić cokolwiek, skoro za milion lat i tak nas nie będzie –  ten argument to zwyczajny trik nihilistycznego umysłu. Owszem, nasz rozum posiada tę możliwość i zawsze możemy wyobrazić sobie pewną czasową perspektywę, w której żadne z naszych działań nie będzie miało sensu. Nie musi to być wcale perspektywa tysiąca czy miliona lat, wystarczy sto. Takie rozumowanie to jednak logiczno-metafizyczna pułapka, a postawa z tego wypływająca to zwyczajne oddanie walki z chaosem, walki o życie, walkowerem. Nie ma w tym nic wzniosłego, nic wartościowego, nic godnego naśladowania i ostatecznie – nic mądrego.

Jeśli porzucamy wiarę w sens i cel ludzkiego życia, wkrada się w nie nihilizm, chaos, a ostatecznie destrukcja. Idea sensu i celu ludzkiego życia, w każdym wydaniu, i religijnym, i świeckim, kolektywnym czy indywidualnym nie jest niczym „irracjonalnym”, przeciwnie, jest najwyższą formą ludzkiej racjonalności.

 

Szabat szalom

Menachem Mirski

 

 

 

 

 

 

 

[1] Niektórzy językoznawcy utrzymują, że polskie słowo „mieszkać” pochodzi właśnie od hebrajskiego miszkan.

Parasza Caw

 

Parasza Caw

Rabin dr Walter Rothschild

 

Czytana w tym tygodniu parasza zawiera liczne instrukcje rytualne dotyczące składania różnego rodzaju ofiar. Wielu czytelnikom instrukcje te wydają się na pierwszy rzut oka raczej nudne,
a z pewnością pełne powtórzeń i w gruncie rzeczy pozbawione znaczenia. Mogę zrozumieć ten punkt widzenia, jednak nie w pełni go podzielam. W moim przekonaniu posiadają one znaczenie, które przedstawia się następująco: zostały one spisane i są dostępne dla szerokiej publiczności, która może je oglądać, czytać, studiować i kopiować. Nie przechowuje się ich
w sekrecie, nie są owiane tajemnicą, nie trzyma się ich w ukryciu, nie napisano ich za pomocą jakiegoś kodu w nieznanym języku, nie są przeznaczone tylko dla nielicznej grupy wtajemniczonych. Ofiary składane w Przybytku, a następnie w Świątyni nie były częścią jakiegoś konspiracyjnego spisku, nie były przeznaczone tylko dla członków Zakonu Iluminatów; przeciwnie, każdy mógł się przekonać, na czym polega zakres obowiązków kohena, czyli kapłana, oraz jakie dostaje za to wynagrodzenie. Dużo się mówi o potrzebie większej transparentności we współczesnym życiu politycznym, ale w praktyce podejmujemy niewiele konkretnych działań mających zapewnić, że zasady te faktycznie zostaną wprowadzone w życie.

Bardzo często w życiu czy też przy lekturze Tory musimy przyglądać się uważnie kontekstowi
i sekwencji wydarzeń oraz wypatrywać wskazówek wyjaśniających, co tak naprawdę ma tam miejsce. Czasem podpowiedzi te są ukryte między wierszami, zaś niekiedy podane są dużymi literami, czarno na białym, i musimy po prostu cofnąć się o krok, żeby je było lepiej widać.
W judaizmie ranga i znaczenie kapłanów uległy zmniejszeniu. Jest to fakt o wielkiej doniosłości. Nie pozwolono im się wykazywać jakąkolwiek własną inicjatywą. Bóg mówi Mojżeszowi – czyli świeckiemu przywódcy – aby przekazał kapłanom polecenia dotyczące wykonywanych przez nich zadań – takich jak składanie ofiary całopalnej, ofiary z mąki etc. Tak więc Mojżesz jako świecki przywódca również nie jest Bogiem, lecz zaledwie „rzecznikiem” Boga, jego pośrednikiem. Bóg nie przemawia bezpośrednio do kapłanów! Czyż nie jest to niesamowite! Niemniej Bóg przekazuje stanowcze, jednoznaczne instrukcje opisujące krok po kroku, jak Izraelici mają się w stosunku do Niego zachowywać, jakiego rodzaju ofiary mają składać
w różnych okolicznościach, jaką część swoich ofiar mają prawo sami spożyć, a do jakiej części mają prawo kapłani tytułem honorarium za swoją pracę.

Nie zamierzam udawać, że szczegóły dotyczące składania wszystkich tych ofiar są nad wyraz fascynujące – WARTO jednak przyjrzeć się użytemu w tym kontekście językowi oraz formie,
w jakiej zostały wyrażone. Jakże często słyszymy, jak politycy – w dowolnym kraju i z dowolnej partii – wygłaszają hasła takie jak: „DAMY tyle i tyle milionów na edukację, na służbę zdrowia albo na pomoc socjalną”? Po czym oczekują pochwał i wdzięczności za takie stwierdzenia. Podczas gdy prawda jest taka, że rząd jako taki w rzeczywistości w ogóle niczego nie daje – jedynie PRZEZNACZA pewną kwotę z rocznego budżetu na jakiś konkretny cel…; nie są to jego osobiste pieniądze, są to fundusze pochodzące z podatków, zarówno tych pośrednich jak
i bezpośrednich. Tak więc, gdy kapłani składają zgodne z ustalonym porządkiem ofiary, pochodzą one z datków złożonych wspólnie lub indywidualnie przez przybywających do Świątyni Izraelitów. Kapłani reprezentują lud przed Bogiem w taki sam sposób, w jaki prawnik reprezentuje swojego klienta przed sędzią w sądzie – wszyscy wiedzą, że dostaje wynagrodzenie za wykonywaną przez siebie pracę, za mówienie dobrych rzeczy o swoim kliencie, za proszenie
o wydanie dla niego korzystnego orzeczenia albo przynajmniej o łagodną karę; wszyscy wiedzą, że prawnik nie znał swojego klienta, zanim ten nie zjawił się u niego w biurze; wszyscy wiedzą też, że potem nigdy więcej nie zobaczy go już na oczy (miejmy nadzieję!) i że nie zostanie bliskim przyjacielem rodziny, a jednak prawnik ten mówi o swoim kliencie tak, jak gdyby łączyła ich od zawsze zażyła relacja i byli bliskimi przyjaciółmi….

Jakże często politycy i urzędnicy mówią „my”, podczas gdy w istocie mają na myśli: „Ja – ale pociągnę was razem z sobą – choćby i na samo dno?”. „My w naszej partii…”, „My w naszym rządzie…”, „My w naszym kraju…” lub nawet „my w naszym narodzie”.

Słowo „kadosz”, które tłumaczy się często jako „święty”, oznacza po prostu „specjalny, oddzielny, niezwykły”. W sytuacji, gdy pracujemy nad wyjątkowym zadaniem, jakże łatwo jest nabrać przekonania o własnej wyjątkowości. Co to oznacza? Że oczekujemy specjalnych nagród, że mamy poczucie, iż nie obowiązują nas już normalne zasady i ograniczenia, że mamy prawo do szczególnych przywilejów – nie tylko z uwagi na posiadany przez nas status, ale przez wzgląd na nas samych. Jest to typowa, często występująca pokusa. Ma się wtedy poczucie, że możemy przemawiać w imieniu wszystkich pozostałych – nawet tych, którzy jeszcze się nie urodzili; nawet tych, którzy już nie żyją. Możemy sobie wtedy wmawiać, iż czujemy, że jesteśmy „bliżej Boga”, lecz w rzeczywistości jesteśmy od niego równie daleko, co wszyscy inni i nie jesteśmy wolni od dokładnie takich samych ludzkich ułomności i słabości.

W ostatnich miesiącach (nie chcę się tu zbytnio angażować w politykę, chciałbym jednak zilustrować moją argumentację jakimiś bieżącymi przykładami) obserwujemy, jak wielkie piętno odcisnął na Kościele fakt, iż tylko dlatego, że mężczyzna przywdziewa sutannę i składa pewne śluby, nie oznacza to wcale, że jego seksualność po prostu wyparowuje; co najwyżej zostaje skanalizowana w innych kierunkach, a w konsekwencji nieomalże z definicji staje się destrukcyjna – dla nich samych, dla ich ofiar oraz dla systemu, któremu służą. Widzieliśmy, jak przywódcy polityczni zaprzeczają historycznym tendencjom i faktom, próbując przedstawić historię swojego narodu sprzed siedemdziesięciu pięciu lat w taki sposób, aby wyglądało na to, iż naród ten składał się tylko i wyłącznie z ofiar i niewiniątek, aby wyglądało na to, że nikt nie kolaborował w nim ze złem, nikt nie wspierał zła i nikt nie zdawał sobie nawet sprawy z jego istnienia…. Niewinna, puszysta owieczka, która miała styczność z lwem, nie ulegając przy tym  zdeprawowaniu. Zaś każdy, kto temu zaprzecza, oskarżany jest o bycie heretykiem
i zasługującym na karę oszczercą i bluźniercą. Cały naród niewiniątek! W takiej sytuacji człowiek zaczyna się zastanawiać, w co tak naprawdę wierzą niektórzy ludzie i w co myślą, że uda im się przekonać do uwierzenia innych….

Kolejnym ważnym zagadnieniem jest kwestia „zamknięcia jakiegoś rozdziału życiowego”. Jeśli jakiś człowiek, dajmy na to Żyd, dopuścił się jakiegoś grzechu lub chciałby o coś poprosić, dysponuje jasnymi, opisanymi krok po kroku instrukcjami wyjaśniającymi, co ma zrobić, żeby zaspokoić tę potrzebę. Zamiast korzystać latami z pomocy psychologicznej bądź z psychoterapii, można przynieść ofiarę przebłagalną. Niedawno sam musiałem udzielać tego typu wsparcia pewnemu mężczyźnie – nie-Żydowi – który przez prawie całe życie nosił w sobie poczucie winy za tragedię, w którą był zamieszany jako nastolatek. Jakże inaczej mogłoby się potoczyć całe jego życie, gdyby udało mu się „naprawić relację z Bogiem” w taki czy inny sposób – gdyby przyznał się do nękającego go poczucia winy i wstydu, gdyby przyznał się do niemożliwości naprawienia tego, co się wydarzyło – ktoś stracił życie w wypadku – ale gdyby mógł przynajmniej naprostować swoją relację z Bogiem i jakoś dalej żyć. Lista opłat przedstawiona
w Torze jest stosunkowo prosta, zdarzają się okazyjne zniżki dla najuboższych, nie przewiduje się jednak wyższych, dodatkowych opłat dla bogatszych – niemniej lista ta jest jasna, została podana do ogólnej wiadomości niczym ceny w menu wystawianym na zewnątrz restauracji. Gdy jako ludzie stoimy przed Bogiem, ważne jest nie tyle to, co posiadamy, ale raczej to, co jesteśmy gotowi ofiarować. Bóg nie potrzebuje ofiary po to, aby zaspokoić swoje potrzeby; ofiara służy temu, żeby człowiek mógł powiedzieć: „poradzę sobie bez tego, stać mnie na to, żeby to ofiarować, nie będę tego zawsze potrzebował” i żeby mógł oddać to komuś innemu – aby pokazać, że potrafi się zdystansować od rzeczy materialnych, że jest w stanie patrzeć, jak trawi je ogień albo że potrafi dzielić się nimi z innymi. Słowo oznaczające ofiarę – korban – wywodzi się od zwrotu oznaczającego „zbliżanie się” do Boga. Rabini oświadczyli, że możemy się zbliżyć do Boga poprzez modlitwę, która stanowić ma w zamierzeniu alternatywę czy też zastępstwo dla składanych niegdyś ofiar.

Tak więc, gdy czytamy te rozdziały z księgi Kapłańskiej – nie musimy trzymać się ścisłej interpretacji i wypełniania zasad i przykazań, a ja z pewnością nie zaliczam się do tych Żydów, którzy dowodzą, że należy przywrócić kult ofiarny w Jerozolimie – jednak możemy i powinniśmy zadać sobie pytanie: dlaczego prawie wszystkie religie w historii świata zawsze domagały się czegoś od swoich wyznawców? Dlaczego zawsze istniało zapotrzebowanie na kapłanów, ołtarze i ofiary (w różnych formach, pod różnymi nazwami, nawet jeśli chodziło o pieniądze, palenie kadzideł przed obrazami albo ofiary składane kapłanom lub mnichom) i dlaczego zwyczaje te występowały wszędzie – od Tajlandii przez Indie aż po Peru? Jaki wpływ na modlących się wywierały właśnie takie a nie inne formy oddawania czci? I po jakie opcje sięgamy obecnie w ich zastępstwie, gdy chcemy zbliżyć się do Boga?

Szabat Szalom,

Rabin dr Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Demokracja i odpowiedzialność. Refleksja nad paraszą Wajikra

 Demokracja i odpowiedzialność.

Refleksja nad paraszą Wajikra

Menachem Mirski

 […] Obojętność na zło jest gorsza niż samo zło, […] w wolnym społeczeństwie winni są niektórzy,  odpowiedzialni są jednakże wszyscy.

Abraham Joshua Heschel

 Jeśli kapłan namaszczony zgrzeszy, tak że wina spada na lud, niech złoży ofiarę zagrzeszną za swój grzech: cielca młodego, bez skazy, Wiekuistemu na ofiarę zagrzeszną.

(Księga Kapłańska/Wajikra 4:3)

Gdy kapłan, rabin czy inny religijny autorytet popełnia grzech lub przestępstwo, jego wina nie jest wyłącznie jego winą, lecz przynajmniej część tej winy spada na społeczność, którą przewodzi i reprezentuje. Nie ma w tym nic metafizycznego, to zwyczajny fakt socjologiczny: ludzie wyrabiają sobie opinię o grupach religijnych czy stronnictwach politycznych na podstawie zachowania ich liderów. Tym samym jest koniecznym, ażeby na przywódców wybierać ludzi przede wszystkim odpowiedzialnych. Im wyższa jest pozycja danej osoby w społeczeństwie, to znaczy w hierarchicznych strukturach decyzyjnych tego społeczeństwa, tym większa jest odpowiedzialność tej osoby. To wszystko wydaje się być bardzo proste, banalne wręcz, jednakże praktyka nazbyt często pokazuje, że wcale tak nie jest. Ludzie piastujący powierzone im wysokie funkcje w społeczeństwie nie zawsze chcą brać na siebie większą, wynikającą z funkcji, odpowiedzialność. Nie zawsze są nawet tego świadomi, że właśnie poziom ich odpowiedzialności wzrósł. Często skupiają się na realizacji swoich wizji i na delektowaniu władzą oraz przywilejami, którymi ich obdarzono.

Rasistowskie wypowiedzi rabina Owadii Josefa, takie jak: „Goje urodzili się tylko po to, by nam służyć. Bez tego nie mieliby po co istnieć na tym świecie – są tu tylko po to, by usługiwać ludowi Izraela” (kazanie na sobotni wieczór, październik 2010; źródło:  www.timesofisrael.com), stały się wieloletnią wodą na młyn wszystkich antysemitów i zwolenników tezy, że Żydzi są z gruntu rasistami. Ostatnie antysemickie wypowiedzi kongresmenki Ilhan Omar zaciążyły bardzo na wizerunku Partii Demokratycznej, nie tylko w USA, ale i na całym świecie. Słowa mają znaczenie, a ich waga jest wprost proporcjonalna do pozycji zajmowanej w hierarchii społecznej. Dlatego wszyscy liderzy, i religijni, i polityczni, muszą dbać o nie. Muszą też dbać o precyzję swoich wypowiedzi. A jeśli muszą dbać o słowa, to tym bardziej o swoje decyzje, czyny i ich konsekwencje. Prywatne wojny liderów religijnych są w stanie zniszczyć niejedną religijną społeczność.

We współczesnym, zachodnim świecie wiele instytucji zostało zdemokratyzowanych, jako że demokracja została uznana jako najlepszy dotąd wymyślony system sprawowania władzy. Różne są jej koncepcje i odcienie, lecz nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły. Wiadomym jest jednakże, że mechanizmy demokratycznego wyboru reprezentantów społeczeństw nie gwarantują tego, że wybranymi zostaną jednostki o wyjątkowych przymiotach przywódczych, intelektualnych oraz moralnych. Innymi słowy, nic nie gwarantuje, że wybrani przez nas reprezentanci nie będą popełniać błędów, grzechów, które ostatecznie zaciążą na tych, co ich wybrali. Nasi reprezentanci w parlamentach stanowią zasadniczo „statystyczny przekrój” tej części społeczeństwa, która bierze czynny udział w wyborach. Jak to ujął George Bernard Shaw:

Demokracja jest przedsięwzięciem, które gwarantuje, że otrzymujemy nie lepsze rządy niż te, na które zasługujemy.

W identycznym duchu wypowiadał się również Joseph de Maistre:

Demokracja jest najsprawiedliwszym ustrojem, bowiem w niej społeczeństwo otrzymuje to, na co zasługuje. 

To wszystko brzmi dość cynicznie, lecz w podobnym duchu wypowiadało się na temat demokracji wielu innych myślicieli i filozofów, którzy nie byli bynajmniej przeciwnikami demokracji, jak np. Bertrand Russell:

Demokracja ma przynajmniej jedną zaletę – mianowicie taką, że parlamentarzysta nie może być głupszy od swoich wyborców, gdyż im głupszy parlamentarzysta, tym jeszcze głupsi byli ci, którzy go wybrali.

…czy też:

W demokracji wolno głupcom głosować, w dyktaturze wolno głupcom rządzić.  

I jakkolwiek oczywistym jest, że demokracja nie gwarantuje, że nie będą nami rządzić ludzie nieodpowiedzialni lub zwyczajnie głupi, nie gwarantuje tego i nie gwarantował żaden inny sposób namaszczania ludzi na publiczne urzędy. Każda władza ma tendencję do degeneracji, by przywołać słynny cytat  autorstwa Johna Actona:

Władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie.

Osoba obdarzona władzą, przywilejami i obowiązkami musi umieć znaleźć odpowiedni balans pomiędzy tym wszystkim. Tylko wówczas możliwe jest długotrwałe i sprawiedliwe sprawowanie władzy. Powołanie na lidera w moim odczuciu automatycznie powinno oznaczać przesłanie: od tej pory twoje ego będzie musiało wielokrotnie ustępować przed odpowiedzialnością, którą ci powierzono. Sumieniem władzy w starożytnym Izraelu byli prorocy, którzy mieli głęboki wgląd w jej naturę i posiadali głębokie, normatywne wizje jej funkcjonowania. By na koniec raz jeszcze przywołać rabina Heschela:

Im głębiej zanurzałem się w sposób myślenia właściwy prorokom, tym mocniej i wyraźniej docierała do mnie prawda, jaką usiłowali przekazać swoim życiem: iż z moralnego punktu widzenia nie ma granic dla zatroskania, jakie należy odczuwać z powodu ludzkiego cierpienia, że obojętność na zło jest gorsza niż samo zło, że w wolnym społeczeństwie winni są niektórzy, odpowiedzialni są jednakże wszyscy.

Szabat szalom,

Menachem Mirski

Po co nam religia?

Po co nam religia?

Refleksja nad paraszą Wajachel

Menachem Mirski

W porcji Tory na ten tydzień Mojżesz gromadzi Izraelitów i przypomina o przykazaniu przestrzegania szabatu. Następnie przekazuje instrukcje, które otrzymał od Boga, dotyczące budowy Miszkanu. Ludzie ofiarowują niezbędne materiały w obfitości, przynosząc złoto, srebro i miedź; wełnę barwioną a niebiesko, purpurowo i czerwono; kozie włosy, lnianą przędzę, skóry zwierząt, drewno, oliwę z oliwek, zioła i kamienie szlachetne… W pewnym momencie Mojżesz nakazuje Izraelitom, ażeby przestali przynosić swoje dary.

Mamy tu do czynienia z kwestią, z którą nie tylko judaizm, lecz religie jako takie borykają się wiecznie: środków materialnych niezbędnych do budowy i utrzymania instytucji religijnych. A ponieważ wszystkie te środki są owocem ludzkiej pracy, niekiedy ciężkiej pracy, zasadnym jest postawić pytanie: skoro obdarowujemy religię i jej instytucje owocami naszej ciężkiej pracy (można by powiedzieć, że są to dary dla samego Boga; ale to ma sens jedynie w przenośni, bowiem Bóg tak naprawdę niczego materialnego nie potrzebuje, gdyż Bóg tak naprawdę nic nie posiada i posiada wszystko zarazem), to co w takim razie religia daje nam w zamian?

Kwestia wydaje się być bardzo rozległa, jednakże daje się ją streścić dość zwięźle. By tego dokonać posłużę się koncepcją polskiego psychologa religii, profesora nauk społecznych, Adama Zycha. Otóż religie w naszym życiu pełnią funkcje takie jak np. funkcja kompensacyjna, która polega na swoistej rekompensacie ludzkiej bezsilności lub słabości. Wierzenia religijne kompensują niepomyślną dolę jednostki, pomagają w pokonywaniu licznych trudności i rozwiązywaniu jej konfliktów wewnętrznych. Inną funkcją religii jest funkcja światopoglądowa jej istotą jest tworzenie przez religię własnego obrazu świata. Religia jako forma świadomości społecznej stara się również interpretować oraz wyjaśniać zjawiska i procesy zachodzące we wszechświecie, w przyrodzie i społeczeństwie, a także w samym człowieku. W tej właśnie kwestii pojawia się często spór religii z nauką; jednakże nie ma on charakteru uniwersalnego – nie wszystkie religie popadają w ów konflikt. Istnieją religie (i ich wyznania), które są bardziej elastyczne i mniej elastyczne w tej materii.

Możemy wyróżnić jeszcze kilka innych, równie ważnych funkcji religii, takich jak funkcja wychowawczo-regulacyjna – religia głosząc określone nakazy i zakazy, stara się kształtować osobowość jednostek i życie całych społeczeństw; człowiek znajduje w niej moralne oparcie i stabilne zasady postępowania; lub np. funkcja terapeutyczna – podczas działań takich jak modlitwa zachodzą swoiste procesy emocjonalne w rodzaju wypierania uczuć negatywnych przez pozytywne bądź narastania napięcia emocjonalnego, a następnie jego rozładowania. Ważną funkcją religii jest też jej funkcja egzystencjalna; amerykański psycholog religii J.M. Yinger określił religię jako „system wierzeń i działań, za pośrednictwem których wspólnota usiłuje rozwiązać najważniejsze problemy życia ludzkiego”, a także funkcja społeczno-integracyjna, przez którą można rozumieć szereg procesów (zależnych od wszystkich wyżej wymienionych funkcji), prowadzących do budowania jedności między ludźmi i tę jedność wzmacniających.

Tym samym, zanim odpowiemy sobie na pytanie, co dają nam religia i jej instytucje w zamian (zakładając, że my sami w nie „inwestujemy”), warto przeanalizować je pod kątem wyżej wymienionych funkcji, które powinny one wypełniać. Oby ten rachunek był dla nas zawsze korzystny i satysfakcjonujący; a jeśli zdarzy się, że nie do końca, przedyskutujmy to w naszych synagogach i nie wahajmy się wyrażać naszych najgłębszych oczekiwań wobec religii, naszych liderów czy nawet samego Boga.

 

Szabat szalom,

Menachem Mirski

 

TECAWE

TECAWE

Beit Warszawa, 15 lutego 2019 – Czytany przez nas w ten szabat fragment Tory pochodzi z drugiej części księgi Szemot (Wyjścia) – część ta składa się w dużej mierze z instrukcji dotyczących wykonywania przedmiotów rytualnych, których przygotowanie nakazał Bóg po katastrofalnym zajściu, gdy lud oddawał cześć bożkowi, złotemu cielcu, tuż po objawieniu na górze Synaj (choć, co może być mylące, to zdarzenie zostało opisane później). Nagle staje się oczywiste, że Izraelici potrzebują czegoś więcej niż tylko abstrakcyjnej koncepcji Boga, obłoku lub boskiego głosu albo też enigmatycznego stwierdzenia „jestem, który jestem”; potrzebują czegoś namacalnego, czegoś co można zobaczyć, mają potrzebę podejmowania jakichś konkretnych czynności.

Jest to typowo ludzka wada, i używam tutaj słowa „wada” z rozmysłem, jako że choć mocno wierzymy w pewne rzeczy, których nie widzimy, lecz które tylko czujemy – takie jak miłość lub strach, to jednak często nie możemy uwierzyć w inne rzeczy, o ile nie mamy przed nosem ich zdjęcia lub modelu. Gdzie byłoby chrześcijaństwo – nawet w odmianie protestanckiej – bez ikon i obrazów karmiącej matki lub mężczyzny przybitego do dwóch drewnianych belek? Gdzie byłby buddyzm bez posążków Buddy? Choć islam podziela żydowski zakaz wykonywania obrazów Boga, istnieje wiele islamskich dzieł sztuki przedstawiających proroków i różnych bohaterów. Interesujący jest fakt, że wielu ultra-ortodoksyjnych Żydów nie widzi problemu w gromadzeniu będących wytworem wyobraźni portretów brodatych i noszących turbany starodawnych rabinów, obrazów przedstawiających stojących przy ołtarzu kapłanów w rytualnych szatach i nakryciach głowy albo nawet miniaturowych modeli zburzonej dawno temu Świątyni. Oczywiście wiemy też, jak duże emocje potrafi wywołać wysoki kamienny mur czy też dość zakurzone, zatłoczone miasto u osób, które poza tym kierują się w życiu racjonalnym podejściem. Ludzie są gotowi umrzeć, aby uratować flagę lub sztandar przed dostaniem się w ręce wroga…. Oddają życie za kawałek kolorowego materiału, ponieważ dla nich symbolizuje on o wiele więcej….

Jest to istotny aspekt prawie wszystkich religii. Osoby niewierzące nie rozumieją potęgi tej symboliki – albo też próbują zastąpić ją czymś innym.

W związku z tym należy uznać, że nasza sidra powinna być rozważana w kontekście szeregu innych sidrot, w których, choć są one dość pomieszane pod względem chronologicznym (do takiego stopnia, że Raszi skomentował, iż w ogóle nie da się zrozumieć sekwencji wydarzeń – „ejn mukdam umeuchar baTora” – w narracji Tory nie ma „przedtem” ani „potem”), znajdziemy opis szczegółowych instrukcji dotyczących kwestii rytualnych. (Jak już wskazywałem, wiąże się z tym pewien poważny problem – a mianowicie taki, że zajście ze złotym cielcem zostało w istocie opisane w rozdziale 32, czyli dopiero w NASTĘPNEJ sidrze!). Pod sam koniec sidry Jitro w rozdziale 20, bezpośrednio po Aseret HaDibrot, Dziesięciu Słowach czy też Dziesięciu Przykazaniach, Bóg ogłasza Mojżeszowi, że Izraelici powinni wybudować tylko bardzo prosty ołtarz z ziemi albo w ostateczności z nieociosanych, nieobrobionych kamieni; że nie wolno im mieć żadnych srebrnych ani złotych bożków i że powinni dopilnować, aby ołtarz nie był zbyt wysoki, tak aby oczom nie ukazywały się żadne nieskromne i wstydliwe widoki, gdy będą nań wchodzić po stopniach. Można odnieść wrażenie, że ktokolwiek pisał te słowa miał w istocie okazję obserwować, jak egipscy kapłani w króciutkich szatach wchodzą po schodach, i w związku z tym dobrze wiedział, o czym mówi. Wszystko miało być skromne i naturalne i – owszem – w gruncie rzeczy abstrakcyjne.

Następnie mamy zaś sidrę Miszpatim, która najpierw koncentruje się na prawie cywilnym, na prawach związanych ze szkodami i własnością (włącznie z posiadaniem ludzi, czyli niewolników), na przypadkowo wyrządzonych szkodach i stratach oraz na aktach uwodzenia. Ale następnie w Wj 22, 17-19 ni z tego, ni z owego mówi się nam: nie pozwól magikowi ani czarownikowi pozostać przy życiu; każdy, kto spółkuje ze zwierzęciem, poniesie śmierć; każdy, kto złoży ofiarę jakiemukolwiek innemu bogowi, będzie podlegać klątwie cherem. Po tej serii alarmujących zakazów i kar przez pozostałą część rozdziału 22 i przez cały rozdział 23 tekst wraca zaś do omawiania kwestii związanych ze sprawiedliwością społeczną. Ale nagle w rozdziale 24 Bóg wzywa Mojżesza, aby wstąpił na górę wraz ze swoim bratem, dwoma najstarszymi bratankami (bez pozostałych dwóch!) i siedemdziesięcioma przedstawicielami starszyzny; następnie Mojżesz buduje ołtarz z pomnikami dwunastu plemion – sziwtej Jisrael, o których w tym miejscu po raz pierwszy wspomina się jako o plemionach – i taka delegacja wspina się na górę i widzi Boga…; urządzają też świąteczny posiłek – i NASTĘPNIE Bóg mówi Mojżeszowi, aby wstąpił na szczyt góry, aby otrzymać kamienne tablice z objawieniem. Co też ów czyni, po czym obłok zakrywa go na czterdzieści dni.

Właśnie w tym momencie przechodzimy do następnej sidry, „Teruma” (rozdział 25), i tutaj Bóg zaczyna od ogłoszenia wytycznych dotyczących sfery rytualnej – składania ofiar oraz budowy przenośnej świętej skrzyni, którą można nosić na drążkach, całej wykonanej z drzewa akacjowego i czystego złota; następnie w rozdziałach 26 i 27 przekazane zostają złożone i szczegółowe instrukcje dotyczące wewnętrznego wyposażenia, zasłon i dywanów, jak również ołtarza, który ma być pokryty miedzią – wszystkie te opisy przypominają nieomalże czasopisma z branży wystroju wnętrz.

Tak więc nasza sidra Tecawe zaczyna się od instrukcji dotyczących oświetlenia, a następnie w rozdziale 28 czytamy o mianowaniu kapłanów (Aharona i, tym razem, wszystkich czterech jego synów) oraz o ich szatach. Następnie w rozdziale 29 zaczyna się opis aktu wyświęcania na kapłanów, oficjalnych szat kapłańskich oraz składanych ofiar, łącznie z codziennymi, składanymi według ustalonego porządku ofiarami stanowiącymi swoistą podwalinę całego rytuału – ołtarz będzie nieustannie używany, lampy będą się palić, ogień będzie płonął przez cały czas, niezależnie od tego, czy swoje ofiary składać będą również poszczególne jednostki.

Poświęciłem dużo czasu na opisywanie całego tego kontekstu, gdyż w naszej opowieści są to bardzo ważne dni i tygodnie dla Izraelitów; „opuścili” Egipt – słowo „opuścili” jest tutaj eufemizmem, jako że zostali z niego jednocześnie wyrzuceni i wyciągnięci siłą – nie opuścili Egiptu z własnej woli – i byli całkowicie zagubieni i zdezorientowani w nowym środowisku, na pustyni; nie wiedzieli, gdzie zmierzają ani co tak naprawdę się dzieje, kto ich prowadzi i dlaczego (Mojżesz był w końcu obcym człowiekiem, który pojawił się nie wiadomo skąd, nie był jednym z nich, nie był kimś, kogo znali i darzyli zaufaniem, nie był osobą, którą wybrali sobie na przywódcę). My, którzy mamy do dyspozycji nasze drukowane Biblie i wiemy, jaki będzie dalszy ciąg tej historii, mamy ogromną przewagę nad biednymi byłymi niewolnikami, którzy zostali uwolnieni od wszystkiego, co znali – od swoich domów, od swojej pracy, jakkolwiek ciężka by ona nie była – i zostali wrzuceni w kompletną pustkę. Rabini tradycyjnie wypowiadali się bardzo lekceważąco o dor hamidbar, o „pokoleniu pustyni”, które było tak bardzo przerażone, zbyt przerażone, aby ruszyć na przód, gdy mu to nakazano; jestem jednak przekonany, że ci z nas, którzy doświadczyli bezpośrednio albo pośrednio któregoś z masowych przemieszczeń ludności bądź przypadków wygnania z własnego domu, jakie miały miejsce w minionym stuleciu, bądź którzy znają historie rodzinne dotyczące tych wydarzeń, powinni mieć dla nich więcej empatii. Po kilkusetletnim pobycie w Egipcie – gdzie ich życie było niezwykle trudne z powodu ciężkiej pracy i prześladowań ze strony państwa, ale przynajmniej wiedzieli, gdzie się znajdują i mieli jedzenie, wodę i domy – teraz znaleźli się nagle po środku pustyni i oczywiście, gdy ustępuje pierwszy szok, zaczynają się głośno domagać wody, jedzenia, schronienia, bezpieczeństwa i przewodnictwa. Wkrótce zaczną spoglądać z nostalgią na dawne dni, gdy byli jeszcze w Egipcie…. Są to normalne uczucia, których doświadczają prawie wszyscy uchodźcy i osoby deportowane. Dom pozostaje domem, nawet jeśli ktoś ci go ukradł i cię z niego wyrzucił.

Jak zbudować naród z motłochu? Jak wprowadzić radykalnie nową religię państwową, która ma zastąpić mnogość starych zwyczajów, przesądów i pozostałości religii egipskiej, które znał do tej pory lud? Jak stworzyć nowy ośrodek kultu, nową kastę kapłańską, nowe zasady składania ofiar, aby zapełnić lukę powstałą po utracie wszystkich starych pewników? Egipt był miejscem, w którym religia była traktowana bardzo poważnie, miejscem wypełnionym świątyniami i grobowcami, ze świętymi posągami i ludźmi, którzy – podobnie jak ci, którzy obecnie postanawiają się poddać kriogenicznemu zamrażaniu – planowali powrócić do życia, gdy nastanie ku temu odpowiednia pora, zaś w międzyczasie byli przechowywani w zmumifikowanym stanie. Władcy spodziewali się, iż będą w dalszym ciągu rządzić nawet po swojej śmierci i oczekiwali też, że będą mieli pod ręką swoje meble i swoją służbę, tak by mogli w dalszym ciągu cieszyć się komfortowymi warunkami. Byli statyczni, a nie dynamiczni. Lecz teraz lud Izraela będzie się musiał zadowolić przenośnym sanktuarium i brakiem stałego miejsca pobytu aż do czasu, gdy dotrą do ziemi opisywanej mgliście jako „przyobiecanej waszym przodkom”.

Zauważalny i nieraz frustrujący jest sposób, w jaki tekst Tory oscyluje gwałtownie pomiędzy stanowczymi ogólnymi zasadami – najpierw nakazuje: „Miłuj Boga! Szanuj swoich rodziców! Przestrzegaj szabatu!”, zaś następnie pogrąża się obsesyjnie w omawianiu drobnych, zawiłych szczegółów dotyczących ubrań kapłanów, ilości oliwy, jaka ma zostać wymieszana z mąką czy też tym, ile dokładnie baranków wymaganych jest do jakiegoś rytuału. Czy to wszystko naprawdę jest ważne? Czy Bóg by się zdenerwował, gdyby w pierwszym wersecie 29 rozdziału ktoś złożył w ofierze tylko jednego baranka, a nie dwa? Czy cały system by się rozpadł, gdyby w 42 wersecie 28 rozdziału jeden z kapłanów zapomniał jakiegoś elementu swojej bielizny? Bądź gdyby w 9 wersecie 30 rozdziału w kadzidle zabrakło jednego ze składników?

Cóż – i tak, i nie. Nie mija dużo czasu, nim dwóch z kapłanów, niedoświadczonych i może nazbyt pewnych siebie, ulega spaleniu w wyniku popełnionego przez siebie błędu. Tekst zdaje się sugerować, iż był to raczej wypadek aniżeli kara, ale nawet taki scenariusz pokazuje, iż owe regulacje powinny być traktowane poważnie i że należy ich ściśle przestrzegać. Ponadto nakazy te spełniają również inną ważną rolę – mają sprawić, że ludzie nie będą się już czuli tak bardzo osamotnieni. Raczej niż patrzeć wstecz w poszukiwaniu bożej pomocy, powinni spoglądać w górę; zamiast myśleć o bogach tam, w Egipcie, powinni mieć nieustannie świadomość istnienia Boga, który jest obecny pośród nich, w obozie. Będą w dalszym ciągu mieli boskiego partnera, z którym będą mogli porozmawiać w sytuacji, gdy poczują się przestraszeni, gdy będą mieli jakieś pytania, gdyby mieli jakieś konkretne życzenia lub gdyby odczuwali wdzięczność lub poczucie winy. Ci ludzie nigdy nie czytali Księgi Rodzaju, mają niewielką wiedzę o wcześniejszych wydarzeniach i pokoleniach, nawet jeśli zabrali z sobą zmumifikowane ciało Józefa. Bóg dużo od nich wymaga i z psychologicznego punktu widzenia nie są jeszcze gotowi na wykonanie następnego poważnego kroku naprzód. Zakrzyknięcie „naase weniszma!” – „uczynimy i wysłuchamy!” to jedna sprawa – jednak czymś zupełnie innym jest przemierzenie pustyni Synajskiej w celu dotarcia do kraju, który, jak donoszą ich zwiadowcy, jest dobrze ufortyfikowany i zamieszkały przez olbrzymów.

Są to ludzie, którzy przez całe swoje życie byli niewolnikami, którzy nigdy nie przeszli wojskowego przeszkolenia, którzy wprawdzie odnieśli zwycięstwo nad jednym nomadycznym plemieniem Amalekitów, lecz poza tym nie mieli w tym zakresie żadnego doświadczenia. Przez całe ich życie mówiono im, co mają robić, zaś teraz słyszą, że mają zaufać niewidzialnemu Bogu oraz że mają podejmować decyzje!

Tak więc czytana w tym tygodniu sidra stanowi część ważnego etapu przejściowego w historii ludu Izraela. Po dwóch dramatycznych wydarzeniach –  przejściu przez morze oraz chwili, gdy głos przemówił z obłoku unoszącego się nad górą, następuje powrót do zwyczajnej rzeczywistości i pojawia się potrzeba ustanowienia nowych porządków, nowych rytuałów.

A my? Czy jesteśmy od nich lepsi? Czy potrafimy modlić się do Boga bez specjalnych, ozdobionych budynków i specjalnego, wykwalifikowanego personelu, który otrzymał ordynację i odziany jest w skomplikowane szaty? Czy jesteśmy gotowi ruszyć naprzód ku nieznanej przyszłości, czy potrafimy zaufać, czy potrafimy odnaleźć w sobie nadzieję?

Możemy czytać stare teksty i patrzeć, jakie działania podejmowano wówczas, jak moglibyśmy jednak odnieść te lekcje do naszego własnego życia i do naszych własnych czasów? Czy potrafimy oddzielić ogólne zasady dotyczące moralności i człowieczeństwa od nieomalże neurotycznej obsesji na punkcie rytuałów i szczegółów? Kilka tygodni temu odwiedziłem synagogę, w której odgrodzone niczym w klatce kobiety wyciągały ręce ku Sefer Tora, podczas gdy mężczyźni obnosili zwój dookoła, a następnie przybliżały dłonie do ust i całowały je – było to najbliżej, jak tylko mogły się zbliżyć do owego tajemniczego, niewidzialnego Boga, którego obecność wyczuwały, lecz którego nie mogły jednak dosięgnąć. Zamiast siedzieć z otwartym chumaszem i czytać tekst Tory w dowolnym języku, w oryginale czy też w tłumaczeniu, potrzebowały i pragnęły raczej nie-fizycznego kontaktu z jakimiś niewidzialnymi promieniami rozchodzącymi się od ściśle zwiniętego, zamkniętego i przykrytego pergaminu. Patrzyłem ze smutkiem i czułem, że był to swoisty ważny symbol świadczący o potrzebie zidentyfikowania się raczej z Sefer aniżeli z Torą. Są osoby, które wypowiadają się autorytatywnie w kwestii dokładnego sposobu, w jaki należy nosić tfilin oraz w którym miejscu powinny się znajdować wiązania, zastanawiam się jednak, kiedy ostatnio czytały one zamieszczone w nich teksty.

W następnych sidrot wątek budowania infrastruktury niezbędnej do odprawiania rytuałów będzie kontynuowany i również w księdze Wajikra poświęca się dużo uwagi sposobom korzystania z tej infrastruktury, ale dopiero o wiele później prorocy przypomną nam, że sam rytuał nie wystarczy, że świątynie mogą zostać utracone i zniszczone – i zasłużenie – jeśli religia stanie się zaledwie kwestią rutynowego przyzwyczajenia pozbawionego jakiejkolwiek wewnętrznej treści. Jest to wyzwanie, z którym mierzą się wszystkie religie, we wszystkich czasach. My nie jesteśmy wyjątkiem.

Szabat Szalom,

Rabin dr Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Co symbolizuje Przybytek Zgromadzenia?

Co symbolizuje Przybytek Zgromadzenia?

Mati Kirschenbaum

 

Adonaj to Król, drżyjcie narody. Siedzi na cherubach, zadrżyj ziemio. (Ps 99, 1)

Słowa te wypowiadamy co tydzień w trakcie Kabbalat Szabat. Odwołują się one do wizji Wiekuistego siedzącego na cherubach w Przybytku Zgromadzenia, którego budowę opisuje czytana przez nas w tym tygodniu parsza Truma. Parsza ta opisuje instrukcje dotyczące budowy Przybytku Zgromadzenia, które Mojżesz otrzymał od Wiekuistego. Mojżesz przekazuje te instrukcje Izraelitom, nakazując wszystkim, których skłania do tego serce, złożenie daniny na rzecz budowy Przybytku. Jego ukończenie ma umożliwić Wiekuistemu zamieszkanie WŚRÓD Izraelitów. To sformułowanie sugeruje, że, w odróżnieniu od bliskowschodnich bóstw, których świątynie były postrzegane jako ich domostwa, Wiekuisty nie miał mieszkać w Przybytku. Przybytek miał być tylko jego symbolicznym domostwem. Instrukcje dotyczące budowy tego domostwa są jednak bardzo dokładne. Możemy zadać sobie pytanie, dlaczego budowla o czysto symbolicznym znaczeniu opisana jest w tak szczegółowy sposób.

Pytanie to zajmowało naszych uczonych już w starożytności. Józef Flawiusz, żydowski historyk żyjący w pierwszym wieku naszej ery, twierdził, że Przybytek symbolizuje nasz świat. Dwie części Przybytku dostępne kapłanom, Dziedziniec i Święte Miejsce, miały symbolizować niebo i ziemię, Święte Świętych miało zaś symbolizować niedostępne dla ludzi miejsce przebywania Boga. Dwanaście bochenków chleba miało symbolizować dwanaście miesięcy w roku. Cztery rodzaje materiałów, z których wykonane były zasłony Przybytku miały symbolizować cztery żywioły.

Z kolei Szemot Raba, zbiór midraszy na temat Księgi Wyjścia, interpretuje Przybytek jako ziemskie unaocznienie stwórczej siły Wiekuistego. W tej interpretacji zasłony w Przybytku symbolizują niebo, które, według Psalmu 104, 2, zostało rozpostarte przez Wiekuistego. Podział między Świętym Świętych a Miejscem Świętym miał symbolizować podział wód poprzez stworzenie sklepienia niebieskiego, opisany w Księdze Rodzaju 1, 6. Światła w Przybytku miały przypominać o pochodzeniu wszelkiego Światła od Wiekuistego.

Opisane powyżej interpretacje budowy Przybytku wyjaśniają szczegółowość instrukcji na różne sposoby. Ich cechą wspólną jest przekonanie, że Przybytek reprezentuje wielowymiarowość świata stworzonego przez Wiekuistego. Model ten pokazuje nam, że nie jesteśmy w stanie w tym świecie przeniknąć wszystkich aspektów rzeczywistości. Jesteśmy jednak w stanie wiele się nauczyć, próbując ją przedstawić korzystając z dostępnych nam środków. Co więcej, sam proces budowy takiego modelu zbliża nas do Wiekuistego.

W dzisiejszych czasach wznoszenie Przybytku dla Wiekuistego nie wiąże się z wznoszeniem imponujących budowli. Przybytek ten wznosimy obecnie przez dobre uczynki. Każdy akt pomocy bliźnim, każdy przejaw naszego zaangażowania społecznego przyczynia się do wzniesienia tu i teraz Przybytku, w którym wśród nas zamieszka Wiekuisty. Niech ta chwila nadejdzie za naszych dni. Ken jehi racon bimhera bejamejnu.

Szabat Szalom!

Mati Kirschenbaum