SIMCHAT TORA 5781

SIMCHAT TORA 5781

Rabin dr Walter Rothschild

Simchat Tora nie odgrywa tak naprawdę dużego znaczenia w samej Torze! Mamy serię świąt rozpoczynającą się od Rosz Haszana, potem Jom Kipur, a potem Sukot, zaś na końcu tego ostatniego święta mamy „Ósmy Dzień, Obchody Końca, Zamknięcie” – „Szmini Aceret”. Jednak rabini okresu misznaickiego wprowadzili – co bardzo ważne – zasadę regularnego czytania Tory podczas ich spotkań – szczegóły niektórych ich dyskusji można znaleźć w Misznie w traktacie Megila. Nie odnosili się do rozdziałów i wersetów, jako że te zostały dodane do tekstu biblijnego dopiero o wiele później; zamiast tego mówili coś w stylu: „Zaczynamy od miejsca, gdzie napisano: „I Mojżesz powiedział…”, i wszyscy obecni wiedzieli, o czym mowa! Oczywiście, jako że mamy do czynienia z zagadnieniem żydowskim, pojawiły się różne opinie i różne metody – rabini z diaspory w Iraku postanowili czytać cały Pięcioksiąg w ciągu jednego roku, podczas gdy ci w Ziemi Świętej uznali, że poświęcą na to trzy lata, ale – i to jest ważne – przestrzegali tego samego kalendarza, tyle że w pierwszym roku czytali jedną trzecią „sidry” czy też „paraszy”, w drugim roku kolejną jedną trzecią, a w trzecim… – cóż, na pewno potraficie dopowiedzieć sobie resztę. Oznacza to, że we wszystkich społecznościach sidra „Bereszit” była odczytywana w tym samym tygodniu, nawet jeśli w niektórych miejscach odczytywano całość – to, co my TERAZ nazywamy Rdz 1, 1 – 6, 8, zaś w innych miejscach odczytywano za każdym razem tylko krótszy fragment. Obecnie cykl trzyletni stał się normą w postępowych społecznościach. Co jakiś czas zdarzają się pewne zakłócenia w kalendarzu, jeśli trzeba połączyć dwie krótsze porcje albo w przypadku, jeśli święto przypada w szabat i zwyczajowy cykl zostaje zakłócony.

Co ciekawe, postanowili zaczynać i kończyć cykl czytań nie w Rosz Haszana, lecz wtedy, gdy minie już całe zamieszanie związane ze specjalnymi czytaniami w Straszne Dni – czyli dopiero w Szmini Aceret. Ważny jest również fakt, iż ten dzień uzyskał nazwę – nie „Dzień Tory”, ale „RADOŚĆ Tory” – Simchat Tora. Odzwierciedla to do pewnego stopnia przykazanie, żeby radować się całym świętem Sukot – „wesamachta” – „będziesz radosny” – co jest dość trudne do osiągnięcia przez cały tydzień!

Niektórzy uznali potem, że trzeba uważać, żeby nie zasugerować nikomu (niezgodnie z prawdą), że wspólnota raduje się z powodu zakończenia czytania Tory, a zatem pojawił się zwyczaj, żeby natychmiast zaczynać czytać od nowa pierwsze rozdziały księgi Rodzaju, tak aby pokazać, że powodem do radości jest możliwość rozpoczęcia kolejnego cyklu czytań! Byłby to do pewnego stopnia żydowski odpowiednik rzymskiej figury „Janusa”, patrzącej jednocześnie w tył i w przód (stąd też wywodzi się angielska nazwa miesiąca styczeń – January). Wykształciły się również inne rytuały, takie jak wzywanie różnych grup osób do alijot albo zwyczaj, zgodnie z którym „Oblubieniec Tory” recytuje końcowe błogosławieństwa, a potem ktoś inny – „Oblubieniec Bereszit” – recytuje pierwsze błogosławieństwa nowego cyklu – również i w tym przypadku w postępowych kongregacjach stosujemy egalitarne zasady. Odbywają się procesje („hakafot”), czasem macha się flagami, dzieciom rozdaje się słodycze i ogólnie rzecz biorąc świętuje się.

Ta koncepcja cykliczności może nas wiele nauczyć. Na przykład, że jeśli świat może mieć początek, to może również (teoretycznie) mieć koniec. Tylko Bóg jest wieczny, a nie stworzone przez Niego rzeczy. Jak również, że pomimo iż Mojżesz, wielki przywódca, tak wiele osiągnął, to i tak musiał zaakceptować fakt, iż jest śmiertelny i musiał zejść ze stron księgi przed końcowym wersetem. Uczy nas to również, jak ważne jest, żeby mieć księgę Praw – nawet jeśli są otwarte na interpretacje, to zapewniają podstawę dla naszych relacji z naszym światem, naszym Stwórcą i nami samymi. Niedawno czytałem relację o zbrodniach wojennych na Sumatrze i w innych częściach Dalekiego Wschodu, i uderzyła mnie jedna rzecz – że japońscy żołnierze, którzy doprowadzili do śmierci tak wielu jeńców alianckich, ale również Hindusów, Malajów, Tajlandczyków i innych niewolniczych pracowników poprzez zagłodzenie, brak opieki medycznej i czystą brutalność, po zakończeniu wojny nie byli w stanie dostrzec, że zrobili coś złego. Kiedy skonfrontowano ich i oskarżono o popełnienie zbrodni wojennych, nie myśleli o sobie jako o „złych” albo zachowujących się w nieodpowiedni sposób – tak się po prostu postępowało z jeńcami, nad którymi sprawowało się kontrolę. Nikt nie nauczył ich innego postępowania. W historii europejskiej możemy oczywiście wskazać wiele podobnych przykładów osób, które uważały, że wolno im traktować zwierzęta i „Untermenschen” jak tylko im się podoba, bez żadnego kompasu moralnego. W takim przypadku sprawcy często mieli styczność z tradycjami biblijnymi, ale zdecydowali się je ignorować. Europa również była świadkiem, stulecia wcześniej, konfliktów pomiędzy chrześcijanami i poganami – tymi, którzy wierzyli w zasadę krwi i miecza i uważali, że można zniewolić albo wymordować przegranych i zgwałcić ich żony…. Niestety są miejsca na Bliskim Wschodzie, gdzie takie praktyki wciąż zdają się być przerażającą normalnością. Co nam to mówi? Że społeczeństwo POTRZEBUJE księgi praw i że, chyba że ktoś jest w stanie wskazać faktycznie lepszą księgę z tego okresu, Tora jest w istocie najlepszą, jaka istnieje – jest księgą, która uczy nas szanować całe Stworzenie i pozwala nam zrozumieć, jak różne narody wraz z ich kulturami i językami, różne warstwy społeczne, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy – jak wszyscy są zakorzenieni w tych samych początkach i że nawet zwierzęta mają prawa.

Mamy Torę. Kiedy z niej czytamy, dziękujemy Bogu za to, że nam ją ofiaruje (a nie za to, że nam ją „kiedyś ofiarował”, jako że akt objawienia Tory pozostaje nieustannym procesem) i ta Tora mówi nam, kim jesteśmy, jak powstał świat, w którym żyjemy, jak zostaliśmy narodem, jak obiecano nam miejsce do osiedlenia się, jak jesteśmy odpowiedzialni za siebie nawzajem, jak możemy się komunikować z Bogiem, jeśli tego chcemy – owszem, wiele szczegółów pozostaje niejasnych i podlega komentarzom i interpretacjom, a okoliczności wpływają czasem na zmianę jakichś szczegółów, ale nie ma w tym nic złego, bo wciąż liczy się sama zasada. Jesteśmy ludem, który żyje zgodnie z zestawem praw definiujących, kim jesteśmy i jak się odnosimy do samych siebie i do innych. Żadna istota ludzka nie może zastąpić Boga ani postawić się w miejscu Boga – nawet przywódca, nawet patriarcha, nawet prorok. Tora mówi nam, że ludzi definiuje zdolność rozróżniania pomiędzy dobrem i złem, że nie jesteśmy zaledwie stworzeniami rządzonymi zwierzęcym instynktem – a przynajmniej nie powinniśmy być.

Samo prawo nie jest wystarczające i Tora to coś o wiele, wiele więcej niż zestaw praw i wytycznych rytualnych, niemniej są one ważne dla każdej grupy ludzi, która pragnie rozwijać i utrzymać własną tożsamość. Definiujemy się jako lud wywodzący się od Abrahama, człowieka wybranego przez Boga, aby być Jego posłańcem monoteizmu, a następnie od tych, którzy zostali wyprowadzeni z niewoli przez człowieka – Mojżesza – wybranego przez Boga, aby poprowadził zbiegów do przeznaczonego im miejsca; definiujemy się poprzez kalendarz wskazujący ważne dni w tygodniu i całym roku, poprzez to, co decydujemy się jeść i czego decydujemy się nie jeść, poprzez sposób, w jaki zakładamy rodziny i żyjemy z własnymi rodzinami oraz z innymi rodzinami. Ten krótki opis stanowi zaledwie drobny ułamek powodów, jakie mamy do radości. Czytamy o możliwości rozmawiania z Bogiem, proszenia o coś Boga i spierania się z Nim. Czytamy o ludzkich namiętnościach, o ludzkich staraniach, o ludzkich marzeniach i ludzkich ograniczeniach. „Czytaj ją i czytaj wciąż na nowo” – mówili rabini, „bo wszystko jest w niej zawarte”. Zgodzenie się z nimi nie jest zaledwie jakąś fundamentalistyczną deklaracją. Jest to deklaracja wiary i wdzięczności.

Tak więc – choć w tym roku nie są dozwolone wspólne spotkania, tańczenie ze zwojami ani wspólnotowe procesje; choć w tym roku święto będzie obchodzone – niestety – w o wiele bardziej ograniczony, indywidualny, odizolowany, zdystansowany społecznie sposób – to i tak wzywa się nas do radości – bo mamy Torę. Doceńmy znaczenie tego faktu!

Szalom, Chag Sameach,

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Emor

Emor

Rabin dr Walter Rothschild

W czytanej w tym tygodniu sidrze zostaje poruszonych kilka wątków, jednak w rozdziale 23 księgi Kapłańskiej znajdziemy listę świąt, które mamy obchodzić – wraz z wyjaśnieniem, w jaki sposób należy je obchodzić. Nasuwa się w związku z tym wiele pytań, zważywszy iż nie wypełniamy już opisanych tam zaleceń – nie przynosimy ofiar zwierzęcych ani nie potrząsamy „omerem”, czyli snopkiem. Liczymy, ale nie potrząsamy! Lecz jak powinniśmy świętować nasze święta i jaki tak naprawdę mamy powód do świętowania?

Muszę przyznać, że zaczynam się stopniowo coraz bardziej martwić o rabinów mieszkających w Stanach Zjednoczonych. I nie jest to kwestia „Schadenfreude”. Od lat dostawałem e-maile i komentarze w stylu „Jak możesz wciąż pracować w Europie? Czyż nie jest tam niebezpiecznie? Tak wiele tam narastającego antysemityzmu i populistycznych prawicowych polityków?”. Zaś teraz – muszą sobie jakoś radzić z faktem mieszkania w kraju rządzonym w na wpół-dyktatorski sposób przez prezydenta, który uważa, że może po prostu wydać zarządzenie – i zostanie ono wykonane; który może wydawać oświadczenia przeciwko uchodźcom i imigrantom, który może cofnąć zegar poprawności politycznej i liberalnych wartości o dwadzieścia albo trzydzieści lat – i wciąż będzie miał poparcie pokaźnej mniejszości, a nawet większości narodu; muszą też jakoś żyć z okropnymi, morderczymi atakami z bronią w ręku dokonywanymi przez szaleńców na synagogi w Pittsburghu i w Kalifornii… (nie wspominając o tak wielu innych atakach – na cywilów, na pracowników biurowych w Nowym Jorku, na biegnących w bostońskim maratonie oraz innych). Z samych niewłaściwych powodów – gdyż są to NIEWŁAŚCIWE powody – ich pełen zadufania w sobie i samozadowolenia ton zniknął. Liberalne wartości są zagrożone, zagrożeni są również Żydzi. Komentarze od znajomych amerykańskich rabinów się wykruszyły.

   Staje się to jeszcze bardziej widoczne w świetle faktu, iż przez dziesięciolecia wielu rabinów wyrażało swoje niezadowolenie z faktu korzystania z tradycyjnej Hagady na Pesach – która oczywiście zastąpiła składane niegdyś tradycyjne ofiary. Minęło już wprawdzie kilka tygodni, odkąd używaliśmy jakiejkolwiek wersji Hagady, widzę jednak, że jest to wciąż temat wart dyskusji: czy powinniśmy uwzględniać tradycyjne ustępy krytykujące nie-Żydów, czy też je usunąć? „W końcu – argumentuje się – obecnie łączą nas o wiele lepsze relacje z naszymi nie-żydowskimi sąsiadami niż wcześniej, w średniowieczu (definiowanym jako okres od V do XV wieku) czy też w „późniejszym średniowieczu” (definiowanym jako pierwsza połowa XX wieku). Obecnie wielu spośród naszych członków sami zaczęli życie jako nie-Żydzi i wielu z nich ma nie-żydowskich członków rodziny albo nie-żydowskich rodziców – nie chcemy obrażać tych osób”. Są to interesujące argumenty, świadczą jednak o niezrozumieniu sedna problemu. Ustępy, których najczęściej dotyczą tego typu  dyskusje – Wehi Szeamda i Szefoch Chamatcha – nie są modlitwami skierowanymi przeciwko nie-Żydom jako takim; są to oświadczenia i modlitwy skierowane przeciwko antysemitom. NIE wszyscy nie-Żydzi są antysemitami; w istocie wielu nie-Żydów podziela wartości, które wprowadził do świata judaizm – wartości monoteizmu, odpowiedzialności i wzajemnego szacunku, błogosławieństwa i pragnienia, aby nastały stabilność i pokój. ALE – i jest to poważne zastrzeżenie – istnieją ludzie, którymi kieruje jedynie nienawiść: nienawiść wobec muzułmanów, nienawiść wobec chrześcijan i nienawiść wobec Żydów. Oczywiście są też tacy muzułmanie, którzy nienawidzą innych muzułmanów za to, że są niewłaściwego rodzaju muzułmanami; wielu chrześcijan nienawidziło innych chrześcijan za bycie niewłaściwego rodzaju chrześcijanami, zaś historia Europy, a obecnie Bliskiego Wschodu została wielokrotnie splamiona krwią szyitów, sunnitów i ahmadystów, krwią katolików, protestantów, Koptów, husytów, albigensów  i innych, wielu innych…. Jednakże we wszystkich tych krwawych i żądnych krwi stuleciach występował jeden wspólny czynnik – mianowicie sposób, w jaki ziemia i wody zostały splamione krwią Żydów. Żydów zabijanych tylko dlatego, że byli Żydami. Dla naszych wrogów nie ma czegoś takiego jak „niewłaściwy rodzaj Żydów” – WSZYSCY Żydzi bez wyjątku (nawet byli Żydzi, którzy przeszli konwersję, albo ochrzczeni Żydzi, albo potomkowie Żydów) byli uznawani za uzasadniony obiekt ich nienawiści. Na opisanie mordowania Żydów albo ich męczeństwa  używamy terminu Kidusz HaSzem, mówiąc w ten sposób, iż „uświęcają Imię” – podkreślamy tym samym, że powodem ich ofiary, śmierci i cierpienia był tylko i wyłącznie fakt, iż byli oni Żydami – nie Niemcami, nie Polakami, nie Rosjanami, a nawet nie Izraelczykami – ale Żydami. To właśnie „Imię” – w tym przypadku, imię „Żyd”, miało w tej sytuacji znaczenie.

I właśnie dlatego uważam, że w pełni uzasadnione jest, abyśmy podczas  świętowania naszego wyzwolenia z niewoli i prześladowań recytowali oświadczenie głoszące, że nie było to tylko jednorazowe wydarzenie. W Wehi Szeamda stwierdza się: „W KAŻDYM pokoleniu są tacy, którzy powstają przeciwko nam i usiłują nas zniszczyć. W KAŻDYM pokoleniu, czego byśmy nie zrobili albo nie robimy, gdziekolwiek byśmy się nie znajdowali. Nie możemy od tego uciec. Ale aż do teraz Najświętszy zawsze ratował co najmniej niektórych z nas – w przeciwnym wypadku nie byłoby nas tutaj dzisiaj i nie moglibyśmy śpiewać tych słów”.

Słowa te wydają mi się całkiem uzasadnionym podsumowaniem historii żydowskiej oraz żydowskich nadziei na przyszłość. Aż do niedawna przynajmniej Żydzi w Stanach Zjednoczonych mieli poczucie, że udało im się przeżyć przez kilka pokoleń tylko z łagodną formą społecznego antysemityzmu; byli wykluczeni z pewnych klubów i być może również ze sprawowania pewnych stanowisk politycznych, ale w gruncie rzeczy spotykali się z niemal pełną akceptacją i poczuciem bezpieczeństwa. To się jednak skończyło….

Szefoch Chamatcha, tradycyjnie często recytowane na stojąco, przy otwartych drzwiach, aby pokazać wszelkim czającym się na zewnątrz wrogom, że nie mamy się czego obawiać, że nie mamy nic do ukrycia, jest skierowaną do Boga prośbą, aby zesłał boską zemstę na „te narody, które powstają, aby nas zniszczyć, aby nas pochłonąć” – a nie na inne, które nas nie prześladują i zostawiają nas w spokoju. I dlaczego nie mielibyśmy o to prosić? Gdzie w Tanachu napisano, że mamy obowiązek pozostać bierni, że mamy być pacyfistami i spokojnie i bez złości przyjmować wymierzone przeciwko nam nieusprawiedliwione ataki? Wprost przeciwnie – zaczynając od obrony przeciwko Amalekitom opisanej w 17 rozdziale księgi Wyjścia. Prorocy wspominają wielokrotnie o USPRAWIEDLIWIONYCH atakach – w przypadku gdy uczyniliśmy coś złego, czym zirytowaliśmy Boga i zasłużyliśmy na karę – jest to problematyczna zasada teologiczna, niemniej jednak można spotkać tego typu rozumowanie. Jednakże, gdy jakieś ludy atakują nas bez żadnej przyczyny,  wówczas nie ma powodu, aby fałszywie brać na siebie winę. Byłby to, delikatnie mówiąc, przejaw „fałszywej skromności”. Nie powstajemy i nie mówimy, że NASZYM obowiązkiem jest zaatakowanie i ukaranie tych przeciwników, lecz prosimy Boga, aby zrobił to dla nas.

Jest wielu takich, którzy twierdzą, że działają w imię Boga, gdy wysadzają w powietrze kościoły albo mordują osoby modlące się w kościołach, synagogach i meczetach, albo kiedy grożą, że zgładzą z powierzchni ziemi państwo żydowskie wraz z jego mieszkańcami – lecz jest to nikczemne bluźnierstwo. Nigdzie w żadnym z monoteistycznych pism nie powiedziano, że Bóg, pod jakimkolwiek imieniem, faktycznie poprosił ich o to albo nakazał im, aby to uczynili. Sprzeniewierzają się oni imieniu Boga i nadużywają go, aby usprawiedliwić swoją własną ludzką słabość i nienawiść. Gdyby naprawdę wierzyli w Boga, poprosiliby Go, aby ukarał tych, z którymi się nie zgadzają – a następnie czekaliby, aż Bóg to uczyni. A jeśli Bóg by tego nie uczynił – wówczas powinno im to zasugerować, że być może ich życzenia były nieuzasadnione, a ich przekonania błędne. Powiedzmy więc otwarcie, że nie musimy akceptować ani wierzyć tym, którzy twierdzą, że ich działania są motywowane wiarą; w istocie kieruje nimi BRAK wiary. NIE wierzą, że Bóg podejmie jakieś działania, więc podejmują je na własną rękę. Jest to całkowite odwrócenie wszelkiej prawdy i jakiejkolwiek wiary.

 

Bywały czasy i miejsca, w których czuliśmy się bardziej bezpiecznie i bardziej akceptowani niż gdzie indziej i aż do teraz USA, po części ustanowione przez prześladowaną sektę brytyjskich purytanów, którzy domagali się rozdziału między Kościołem i państwem, były być może jednym z takich miejsc. Obecnie – chyba w mniejszym stopniu. Oczywiście nie ułatwia to nam w żaden sposób życia tutaj, w Europie, gdzie mierzymy się z mnogością dowodów na ludzką głupotę. Ale pozwala nam to lepiej zrozumieć tych anonimowych geniuszy, którzy ułożyli dwa ustępy uwzględnione w Hagada szel Pesach, które – w moim przekonaniu – stanowią ważną część rytuału oraz sposobu, w jaki podchodzimy do naszej historii i do naszej tożsamości. Zawarte są w nich niewygodne, ale głębokie prawdy.

Chukat olam ledorotechem – „oto wieczne prawo dla wszystkich twoich pokoleń” – właśnie takiego zwrotu używa się w Torze na opisanie czegoś, co powinno trwać dalej; niestety musimy używać go również do opisywania rzeczy, które NIE powinny dalej trwać, ale z jakiegoś powodu wciąż mają miejsce….

 

Rabbi Dr. Walter Rothschild

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka

Demokracja i odpowiedzialność. Refleksja nad paraszą Wajikra

 Demokracja i odpowiedzialność.

Refleksja nad paraszą Wajikra

Menachem Mirski

 […] Obojętność na zło jest gorsza niż samo zło, […] w wolnym społeczeństwie winni są niektórzy,  odpowiedzialni są jednakże wszyscy.

Abraham Joshua Heschel

 Jeśli kapłan namaszczony zgrzeszy, tak że wina spada na lud, niech złoży ofiarę zagrzeszną za swój grzech: cielca młodego, bez skazy, Wiekuistemu na ofiarę zagrzeszną.

(Księga Kapłańska/Wajikra 4:3)

Gdy kapłan, rabin czy inny religijny autorytet popełnia grzech lub przestępstwo, jego wina nie jest wyłącznie jego winą, lecz przynajmniej część tej winy spada na społeczność, którą przewodzi i reprezentuje. Nie ma w tym nic metafizycznego, to zwyczajny fakt socjologiczny: ludzie wyrabiają sobie opinię o grupach religijnych czy stronnictwach politycznych na podstawie zachowania ich liderów. Tym samym jest koniecznym, ażeby na przywódców wybierać ludzi przede wszystkim odpowiedzialnych. Im wyższa jest pozycja danej osoby w społeczeństwie, to znaczy w hierarchicznych strukturach decyzyjnych tego społeczeństwa, tym większa jest odpowiedzialność tej osoby. To wszystko wydaje się być bardzo proste, banalne wręcz, jednakże praktyka nazbyt często pokazuje, że wcale tak nie jest. Ludzie piastujący powierzone im wysokie funkcje w społeczeństwie nie zawsze chcą brać na siebie większą, wynikającą z funkcji, odpowiedzialność. Nie zawsze są nawet tego świadomi, że właśnie poziom ich odpowiedzialności wzrósł. Często skupiają się na realizacji swoich wizji i na delektowaniu władzą oraz przywilejami, którymi ich obdarzono.

Rasistowskie wypowiedzi rabina Owadii Josefa, takie jak: „Goje urodzili się tylko po to, by nam służyć. Bez tego nie mieliby po co istnieć na tym świecie – są tu tylko po to, by usługiwać ludowi Izraela” (kazanie na sobotni wieczór, październik 2010; źródło:  www.timesofisrael.com), stały się wieloletnią wodą na młyn wszystkich antysemitów i zwolenników tezy, że Żydzi są z gruntu rasistami. Ostatnie antysemickie wypowiedzi kongresmenki Ilhan Omar zaciążyły bardzo na wizerunku Partii Demokratycznej, nie tylko w USA, ale i na całym świecie. Słowa mają znaczenie, a ich waga jest wprost proporcjonalna do pozycji zajmowanej w hierarchii społecznej. Dlatego wszyscy liderzy, i religijni, i polityczni, muszą dbać o nie. Muszą też dbać o precyzję swoich wypowiedzi. A jeśli muszą dbać o słowa, to tym bardziej o swoje decyzje, czyny i ich konsekwencje. Prywatne wojny liderów religijnych są w stanie zniszczyć niejedną religijną społeczność.

We współczesnym, zachodnim świecie wiele instytucji zostało zdemokratyzowanych, jako że demokracja została uznana jako najlepszy dotąd wymyślony system sprawowania władzy. Różne są jej koncepcje i odcienie, lecz nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły. Wiadomym jest jednakże, że mechanizmy demokratycznego wyboru reprezentantów społeczeństw nie gwarantują tego, że wybranymi zostaną jednostki o wyjątkowych przymiotach przywódczych, intelektualnych oraz moralnych. Innymi słowy, nic nie gwarantuje, że wybrani przez nas reprezentanci nie będą popełniać błędów, grzechów, które ostatecznie zaciążą na tych, co ich wybrali. Nasi reprezentanci w parlamentach stanowią zasadniczo „statystyczny przekrój” tej części społeczeństwa, która bierze czynny udział w wyborach. Jak to ujął George Bernard Shaw:

Demokracja jest przedsięwzięciem, które gwarantuje, że otrzymujemy nie lepsze rządy niż te, na które zasługujemy.

W identycznym duchu wypowiadał się również Joseph de Maistre:

Demokracja jest najsprawiedliwszym ustrojem, bowiem w niej społeczeństwo otrzymuje to, na co zasługuje. 

To wszystko brzmi dość cynicznie, lecz w podobnym duchu wypowiadało się na temat demokracji wielu innych myślicieli i filozofów, którzy nie byli bynajmniej przeciwnikami demokracji, jak np. Bertrand Russell:

Demokracja ma przynajmniej jedną zaletę – mianowicie taką, że parlamentarzysta nie może być głupszy od swoich wyborców, gdyż im głupszy parlamentarzysta, tym jeszcze głupsi byli ci, którzy go wybrali.

…czy też:

W demokracji wolno głupcom głosować, w dyktaturze wolno głupcom rządzić.  

I jakkolwiek oczywistym jest, że demokracja nie gwarantuje, że nie będą nami rządzić ludzie nieodpowiedzialni lub zwyczajnie głupi, nie gwarantuje tego i nie gwarantował żaden inny sposób namaszczania ludzi na publiczne urzędy. Każda władza ma tendencję do degeneracji, by przywołać słynny cytat  autorstwa Johna Actona:

Władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie.

Osoba obdarzona władzą, przywilejami i obowiązkami musi umieć znaleźć odpowiedni balans pomiędzy tym wszystkim. Tylko wówczas możliwe jest długotrwałe i sprawiedliwe sprawowanie władzy. Powołanie na lidera w moim odczuciu automatycznie powinno oznaczać przesłanie: od tej pory twoje ego będzie musiało wielokrotnie ustępować przed odpowiedzialnością, którą ci powierzono. Sumieniem władzy w starożytnym Izraelu byli prorocy, którzy mieli głęboki wgląd w jej naturę i posiadali głębokie, normatywne wizje jej funkcjonowania. By na koniec raz jeszcze przywołać rabina Heschela:

Im głębiej zanurzałem się w sposób myślenia właściwy prorokom, tym mocniej i wyraźniej docierała do mnie prawda, jaką usiłowali przekazać swoim życiem: iż z moralnego punktu widzenia nie ma granic dla zatroskania, jakie należy odczuwać z powodu ludzkiego cierpienia, że obojętność na zło jest gorsza niż samo zło, że w wolnym społeczeństwie winni są niektórzy, odpowiedzialni są jednakże wszyscy.

Szabat szalom,

Menachem Mirski