Bemidbar

Wykonać Boską pracę zanim On ją wykona

Refleksja nad paraszą Bemidbar

Menachem Mirski

Życie stawia nas czasem w trudnych i skomplikowanych sytuacjach, w których mówimy do siebie “jakoś to będzie”, po czym okazuje się, że rzeczywistością staje się to, czego najbardziej się obawialiśmy. Czasem jest też tak, że jesteśmy w tych trudnych przepełnieni optymizmem, przez co dostrzegamy tylko to, co pozytywne i wręcz nie dopuszczamy do siebie myśli, że może wydarzyć się inaczej. Nasze rozczarowanie jest wtedy dużo większe. Wówczas, po fakcie, rozliczamy samych siebie i czasem stwierdzamy, że nie zrobiliśmy wszystkiego by owej sytuacji zapobiec, że mogliśmy być bardziej przewidujący i zrobić więcej.

Nasza porcja Tory na ten tydzień rozpoczyna się od słów, które wydają się nie mieć nic wspólnego z tym, co napisałem powyżej:

Dnia pierwszego drugiego miesiąca, w drugim roku po wyjściu z Egiptu, tymi słowami przemówił Pan do Mojżesza na pustyni Synaj w Namiocie Spotkania: Dokonajcie obliczenia całego zgromadzenia Izraelitów według szczepów i rodów, licząc według głów imiona wszystkich mężczyzn. Ty i Aaron dokonajcie spisu wszystkich Izraelitów zdolnych do walki od lat dwudziestu wzwyż, według ich zastępów. Z każdego pokolenia winien wam towarzyszyć mąż, głowa rodu. (Liczb 1:1-4)

Bóg nakazuje Mojżeszowi policzyć plemiona Izraelskie w celu określenia ilości mężczyzn zdolnych do sformowania wojska i wyruszenia w bitwy, aby podbić Erec Israel. Możemy zapytać: dlaczego (wszechwiedzący) Bóg potrzebuje tej liczby, czyżby jej nie znał? Odpowiedź na to pytanie brzmi następująco: On tej liczby nie potrzebuje. Potrzebuje jej Mojżesz, inni liderzy Izraela i lud Izraela jako taki, żeby zaplanować i dokonać owego podboju. Potrzebują tego, bowiem od momentu wyjścia z Egiptu boska protekcja i interwencja ulega stopniowemu zmniejszeniu. Jedynie pierwszą bitwę, z Egipcjanami, Bóg sam stoczył dla Izraela, własnymi rękami, zatapiając egipskie wojska w morzu.  Następna bitwa, stoczona z Amalekitami zaraz po wyjściu z Egiptu (Wj 17:8-16) stoczona była już przez Izraelitów, Bóg jedynie pomógł im ją wygrać. W takiej też postaci – relacji partnerstwa, nie zaś kompletnej zależności od Boga – zostaje utrwalona relacja ludu wybranego z Wiekuistym.

Jak ujął to, idąc za mędrcami, Nachmanides nigdy nie powinniśmy zakładać, że wydarzą się cuda; musimy zawsze poczynić wszelkie niezbędne przygotowania, aby realnie móc się zmierzyć z wrogiem. Podobnie w naszym indywidualnym życiu, w naszych zmaganiach z rzucanymi nam wyzwaniami: musimy być stale zdolni oszacować co jest od nas zależne, co jest w naszej mocy i co, w konsekwencji, należy do naszych obowiązków, czym nie powinniśmy obarczać Wiekuistego, ani też innych ludzi. Wtedy powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby stawić czoła złu lub niebezpieczeństwu. Z powodu naszej wyjątkowej relacji z Wiekuistym, cuda się (prawdopodobnie) wydarzą (co mieliśmy okazję zaobserwować w naszej nawet nieodległej historii). Jeśli się one wydarzą, będzie to dla nas dodatkowy dar, który będzie nagrodą za naszą mądrość i gotowość do działania, dar który przyniesie nam ulgę, przywróci szczęście oraz pokój między ludźmi.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Bamidbar

About our obligations to the Covenant.

Thoughts on Parashat Bamidbar

 

Menachem Mirski

 

This Sabbath we begin the Book of Numbers, in Hebrew Bamidbar (In the Desert). At the beginning of Parashat Bamidbar God asks Moses to conduct a census of the twelve tribes of Israel. Moses counts 603,505 men able to bear arms (20 to 60 years); the tribe of Levi, however, numbering 22,300 males aged one month and older, is counted separately. Almost everything our parasha speaks of is discussed in the context of numbers. Names, placement of the people in the camp, in the hierarchy, as well as some obligations and responsibilities. Everything is in the context of numbers.

The first verse of week Haftarah reminds us about the promise given to Abraham:

The number of the people of Israel shall be like that of the sands of the sea, which cannot be measured or counted; and instead of being told, “You are Not-My-People,” they shall be called Children-of-the-Living-God. (Hosea 2:1)

Hosea gives the same promise to the Israelites whose God wants to remarry, rebuking them at the same time (for this one of the fundamental elements of prophetic activity) and setting conditions upon which the promise will be given again. These conditions can be summarized on one: break with the past. Doing so, Hosea also introduces one important theological concept: the Covenant seen as a marriage between God and Israel – Husband and Wife. This imagery was adopted by later prophets, like Isaiah and Jeremiah. But the origins of this concept are not particularly beautiful. In the first chapter of the book God commands Hosea to marry a whore, Gomer, and to have children with her. Hosea’s acceptance of his shameful role as the husband of a whoring wife is analogical to God’s shameful status of being connected to Israel. But on the other hand it illustrates that God would not abandon Israel even if they left Him to serve false gods. It demonstrates how far God can go to restore the proper, covenantal relationship with His people.

The Torah accustomed us to a strict connection between fertility and divine blessing. That’s one of “the laws of nature” I would say and this particular “law of nature” incorporates the divine laws as well. What’s the reason for such a claim? I’m saying this because mere fertility is not enough for a people’s survival, especially if we talk about specific, ethnic or religious groups. We are not animals, our survival has always had a political aspect. We have to maintain stable societal institutions, we have to obey laws and principles to provide people with an environment in which they can grow and develop. We have to live according to a certain ideology or ethos that recognizes true values, like justice, love and peace, as well as the value of human life itself and not only the value of individual life but also the life of the community. There have been numerous tribes, ethnic and religious groups or even entire civilizations which disappeared from the face of the earth throughout history. We are one of those very few ancient peoples that did not. It is mainly because our religion has always recognized the true values, the value of life itself and has never stopped putting those values actively into practice.

I believe that both, the life of an individual and the life a community as a whole is, by default, of equal value. The community which respects this balance is the community God wants to marry or to remarry, as it is in our Haftarah; these are the people among whom His spirit would inhabit. He divorced and will divorce a community of selfish people who only take care of their individual needs and interests. He will do so not only for ethical reasons: communities like that are not sustainable over time. If they are not sustainable, they cannot fulfill their part of the covenant with God, which is, by definition, eternal. That’s one of the fundamental ideas and beliefs in our religion: we were appointed to be witnesses of the one and only God and we are to remain witnesses forever, until the end of times (whatever that means, but very very long). I also believe that God would never have married a community that constantly sacrifices the capacities and interests of its individuals on the altar of so called ‘common good’ – a community that embraced various, radical forms of collectivism and doesn’t care about individual rights.

What does it mean for an individual? It means that your life is precious, but it is finite. Life you may create is not less precious than yours – it is equally precious, by definition. The goal is to maintain a certain balance between valuing your individual self-fulfillment and valuing procreation. This balance is of course different at different stages of human life. We must obtain certain wisdom to find this balance. At the societal level we must obtain certain wisdom to find the balance between rights and dreams of an individual and the well-being of the community. This line can be and should be drawn somewhere, because both, radical individualism (that is seeing and valuing everything exclusively from the perspective of an individual) and radical collectivism (seeing and valuing everything exclusively from the perspective of the group) is harmful to human beings. Radical, thoughtless individualism hurts primarily the individuals, the society – to a lesser degree, depending how widespread it is. Radical collectivism, especially in the long run, hurts most of the individuals, thus it also hurts society itself.
Collectivism has been expressed strongly through political philosophies such as socialism, fascism, and communism. Its radical renditions existed in practice in various totalitarian systems established throughout history. They are visible and real also today. They are put in practice in countries like North Korea, islamist theocracies like Afghanistan, and perhaps to a lesser degree – China, Belarus. In the West the collectivists ideas exist in the ideologies of far-right and far-left movements.

Collectivism is also present in those forms of identity politics that put the group identity ahead of the identity of the individual. These kinds of concepts are dangerous because they may easily result in ascribing something that is called collective responsibility to certain groups in the society. I’m not denying that a phenomenon like collective responsibility may exist but we should deal with this idea very carefully. It generates a number of controversies on many levels: metaphysical, moral, psychological and sociological. The situation becomes even worse when in the name of the collective responsibility we drop the idea of individual responsibility. This makes any form of justice impossible because justice is inextricably linked to individual responsibility. As Jews, we know too well how ascribing collective responsibility works in practice and how tragic the consequences might be. We should be the first to reject these patterns of thinking, or at least approach them with deep criticism.

The threats that stem from all these radical concepts are never gone and will never be gone. It’s a direct consequence of human freedom: freedom of thought, speech, action and the freedom of existential self-defining. Knowing all of that we should, however, distance ourselves, not only practically, but also ideologically, from all the forms of these concepts: radical collectivism, various forms of self-centeredness, narcissism, as well as from its supposedly reasonable justifications. We should distance ourselves also from group forms of self-centeredness and narcissism, which are very common in our societies today and only fuel partisanship and deepen divisions. All beliefs like: “only people from my group are really smart, intelligent and educated, all other people (especially those from a group I hate) are either crazy, dumb or uneducated” fell into this category.

God loves us equally as individuals and as a community. He is in charge of solving conflicts of human interests. His actions might be delayed, but they are always just. Whenever you feel that as a result of those conflicts you were treated unjustly, by people or even by God himself, one should have patience and trust that justice will come. It does not mean that you should just wait passively and not actively repair the situation. On the contrary, you should take action if you feel it’s warranted. But being patient and having trust in the Supreme Judge first makes subsequent actions more thoughtful, more reasonable and more balanced, which is always necessary in pursuing justice.

Shabbat shalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Bamidbar

O naszym zobowiązaniu wobec Przymierza

Refleksja nad paraszą Bamidbar

Menachem Mirski

W ten szabat rozpoczynamy czytanie księgi Liczb, po hebrajsku Bamidbar (Na pustyni). Na początku paraszy Bamidbar Bóg prosi Mojżesza, żeby przeprowadził spis dwunastu plemion Izraela. Mojżesz dolicza się 603 505 mężczyzn zdatnych do służby wojskowej (w wieku od 20 do 60 lat); jednakże plemię Lewiego, liczące 22 300 jednostek płci męskiej w wieku od jednego miesiąca i starszych, zostaje policzone oddzielnie. Prawie wszystko, o czym mówi nasza parasza jest omawiane w kontekście liczb. Imiona, umiejscowienie ludzi w obozie i w obrębie hierarchii, jak również pewne zobowiązania i obowiązki – wszystko to rozważane jest w kontekście liczb.

Pierwszy werset czytanej w tym tygodniu haftary przypomina nam o obietnicy danej Abrahamowi:

„A liczba [ludu] Izraela będzie jak piasek morski, którego nie można ani zmierzyć, ani zliczyć. I będzie tak, że zamiast mówić do nich: Wy nie jesteście moim ludem, będzie się do nich mówiło: [Dziećmi] Boga żywego jesteście”. (Ozeasz 2, 1)

Ozeasz daje taką samą obietnicę Izraelitom, których Bóg chce ponownie poślubić, ganiąc ich jednocześnie (gdyż jest to jeden z fundamentalnych elementów aktywności proroczej) i formułując warunki, jakie muszą zostać spełnione, aby obietnica została dana ponownie, co można streścić jednym zdaniem: trzeba zerwać z przeszłością. Czyniąc to, Ozeasz wprowadza również pewną ważną koncepcję teologiczną: przymierze postrzegane jako małżeństwo pomiędzy Mężem i Żoną, Bogiem i Izraelem. Ta metaforyka została zaadoptowana przez późniejszych proroków, jak Izajasz czy Jeremiasz. Ale początki tej koncepcji wcale nie są takie piękne. W pierwszym rozdziale księgi Bóg nakazuje Ozeaszowi poślubić nierządnicę, Gomer, i mieć z nią dzieci. Akceptacja haniebnej roli męża żony nierządnicy jest analogią haniebnego statusu Boga będącego w związku z Izraelem. Ale z drugiej strony narracja ta pokazuje, że Bóg nie porzuciłby Izraela, nawet gdyby Go zostawili, by służyć fałszywym bogom. Pokazuje ona też, jak daleko Bóg może posunąć się, aby naprawić relację Przymierza ze swoim ludem.

Tora przyzwyczaiła nas do istnienia ścisłego związku pomiędzy płodnością i boskim błogosławieństwem. Powiedziałbym, że jest to jedno z „praw natury”, zaś to szczególne „prawo natury” zawiera w sobie również prawa boskie. Co przemawia za takim twierdzeniem? Mówię tak, gdyż sama płodność nie wystarczy dla przetrwania danego ludu, zwłaszcza jeśli mówimy o konkretnych grupach etnicznych lub religijnych. Nie jesteśmy zwierzętami, nasze przeżycie od zawsze miało wymiar polityczny. Musimy utrzymywać stabilne instytucje społeczne, musimy przestrzegać praw i zasad, tak aby zapewnić ludziom środowisko, w którym będą mogli wzrastać i się rozwijać. Musimy żyć zgodnie z pewną ideologią czy też etosem, który uznaje prawdziwe wartości, takie jak sprawiedliwość, miłość i pokój, jak również wartość samego ludzkiego życia, i to nie tylko wartość jednostkowego życia, ale również życia całej wspólnoty. Na przestrzeni historii istniały liczne plemiona, grupy etniczne i religijne albo nawet całe cywilizacje, które zniknęły z powierzchni ziemi. Jesteśmy jednym z bardzo nielicznych starożytnych ludów, które nie zniknęły. Stało się tak głównie dlatego, że nasza religia zawsze uznawała prawdziwe wartości, wartość samego życia i nigdy nie przestała czynnie wprowadzać tych wartości w życie.

Uważam, że obie te rzeczy – zarówno życie jednostkowe, jak i życie wspólnoty – posiadają z założenia taką samą wartość. Wspólnota szanująca tę równowagę jest wspólnotą, którą Bóg chce poślubić czy też poślubić na nowo, tak jak w naszej haftarze; to jest właśnie lud, wśród którego zamieszka Jego duch. Bóg rozwiódł się i rozwiedzie się ze społecznością egoistycznych ludzi, którzy dbają tylko o swoje indywidualne potrzeby i interesy. Uczyni to nie tylko z powodów etycznych: tego typu społeczności są na dłuższą metę nietrwałe; a jeśli nie są trwałe, to nie mogą wypełnić swojej części przymierza z Bogiem, które jest, z definicji, wieczne. Jest to jedna z fundamentalnych idei i przekonań w naszej religii: zostaliśmy wyznaczeni do bycia świadkami jednego, jedynego Boga i mamy pozostać świadkami na zawsze, aż do końca czasów (cokolwiek by to nie znaczyło, ale bardzo, bardzo długo). Sądzę też, że Bóg nigdy nie poślubiłby wspólnoty, która nieustannie składa w ofierze możliwości i interesy swoich jednostek na ołtarzu tak zwanego „wspólnego dobra” – wspólnoty, która popiera różne, radykalne formy kolektywizmu i nie dba o prawa jednostek.

Co to oznacza dla poszczególnych jednostek? Oznacza to, że twoje życie jest cenne, ma jednak skończony charakter. Życie, które możesz stworzyć, nie jest mniej cenne od twojego – jest z definicji równie cenne. Celem jest zachowanie pewnej równowagi pomiędzy docenianiem znaczenia swojej indywidualnej samorealizacji i docenianiem znaczenia prokreacji. Ta równowaga ma oczywiście różną postać na różnych etapach ludzkiego życia. Musimy zdobyć pewną mądrość, żeby odnaleźć tę równowagę. Na poziomie społecznym musimy osiągnąć pewną mądrość, żeby znaleźć równowagę pomiędzy prawami i marzeniami jednostek a dobrostanem wspólnoty. Taka granica może być i powinna być gdzieś wytyczona, jako że oba podejścia – zarówno radykalny indywidualizm (czyli postrzeganie i ocenianie wszystkiego wyłącznie z perspektywy danej jednostki) jak i radykalny kolektywizm (postrzeganie i ocenianie wszystkiego wyłącznie z perspektywy grupy) jest szkodliwe dla ludzi. Radykalny, bezmyślny indywidualizm krzywdzi przede wszystkim jednostki – zaś samo społeczeństwo w mniejszym stopniu, w zależności od tego, jak bardzo jest rozpowszechniony. Radykalny kolektywizm, zwłaszcza na dłuższą metę, szkodzi większości jednostek, a zatem szkodzi również samemu społeczeństwu.

Kolektywizm znalazł mocny wyraz w filozofiach politycznych takich jak socjalizm, faszyzm i komunizm. Jego radykalne odmiany istniały w praktyce w różnych systemach totalitarnych ustanowionych na przestrzeni historii. Również dzisiaj są one widoczne i realnie istniejące. Są one wprowadzane w życie w krajach takich jak Korea Północna, w islamistycznych teokracjach takich jak Afganistan i być może w mniejszym stopniu w Chinach i na Białorusi. Na Zachodzie idee kolektywistyczne są obecne w ideologiach skrajnie prawicowych i skrajnie lewicowych ruchów. Kolektywizm jest również obecny w tych formach polityki tożsamościowej, które przedkładają tożsamość grupową ponad jednostkową tożsamość. Tego rodzaju koncepcje są niebezpieczne, gdyż mogą łatwo skutkować przypisywaniem czegoś, co zwie się zbiorową odpowiedzialnością pewnym grupom w obrębie społeczeństwa. Nie zaprzeczam, że zjawisko takie jak zbiorowa odpowiedzialność może istnieć, ale powinniśmy podchodzić do tej koncepcji z dużą ostrożnością. Generuje ona szereg kontrowersji na wielu poziomach: metafizycznym, moralnym, psychologicznym i socjologicznym. Sytuacja jeszcze się pogarsza, kiedy w imię zbiorowej odpowiedzialności porzucamy koncepcję indywidualnej odpowiedzialności. Niemożliwa jest wtedy jakakolwiek forma sprawiedliwości, gdyż sprawiedliwość jest nierozerwalnie powiązana z odpowiedzialnością jednostkową. Jako Żydzi zbyt dobrze wiemy, jak działa w praktyce przypisywanie ludziom odpowiedzialności zbiorowej i jak tragiczne mogą być tego konsekwencje. Powinniśmy jako pierwsi odrzucić te wzorce myślenia lub przynajmniej podchodzić do nich bardzo krytycznie.

Zagrożenia wynikające z wszystkich tych radykalnych koncepcji nigdy nie znikają i nigdy nie znikną. Jest to bezpośrednia konsekwencja ludzkiej wolności: wolności myśli, wypowiedzi i działania oraz wolności egzystencjalnego samookreślenia. Wiedząc o tym wszystkim, powinniśmy jednak zdystansować się – nie tylko w wymiarze praktycznym, ale również ideologicznie, od wszelkich odmian tego typu koncepcji: radykalnego kolektywizmu, różnych form egocentryzmu i narcyzmu, jak również od ich rzekomo racjonalnych usprawiedliwień. Powinniśmy dystansować się też od grupowych form egocentryzmu i narcyzmu, które są bardzo często spotykane w naszych dzisiejszych społeczeństwach i tylko podsycają stronniczość i pogłębiają podziały. Wszystkie przekonania w stylu: “tylko ludzie z mojej grupy są naprawdę mądrzy, inteligentni i wykształceni, wszyscy inni zaś (szczególnie przedstawiciele grup, których nie znoszę) są albo szaleni, głupi albo niewykształceni” podpadają pod tę kategorię.

Bóg kocha nas tak samo jako jednostki oraz jako wspólnotę. To on odpowiada za rozwiązywanie konfliktów ludzkich interesów. Jego działania mogą być opóźnione, ale są zawsze sprawiedliwe. Ilekroć mamy poczucie, że w wyniku tych konfliktów zostaliśmy potraktowani niesprawiedliwie, przez ludzi albo nawet przez samego Boga, powinniśmy wykazać się cierpliwością i ufać, że sprawiedliwość nadejdzie. Nie oznacza to, że powinniśmy po prostu biernie czekać i nie podejmować działań w celu naprawy sytuacji. Przeciwnie, powinniśmy podejmować działania, jeśli czujemy, że są one uzasadnione. Ale wcześniejsze bycie cierpliwym i zaufanie do Najwyższego Sędziego sprawiają, że dalsze działania są bardziej przemyślane, bardziej rozsądne i zrównoważone, co jest zawsze konieczne w dążeniu do sprawiedliwości.

Szabat szalom!

Menachem Mirski- student rabinacki w Ziegler School of Rabbinic Studies, American Jewish University, Los Angeles, USA

Tłum. Marzena Szymańska-Błotnicka